post

Uwaga! Nadchodzą tygrysy!

Dużo ostatnio mamy trudnych chwil, zmieniło nam się znowu życie – Łucja chodzi do szkoły, Remik ma opiekunkę, a ja mam coraz więcej zajęć. Najtrudniej w tym jest Łucji i mamy częste wybuchy rozmaitych emocji.

Było fajnie, bawili się w bazie. 

– Ta baza jest już tylko moja. Remik nie może tu wchodzić! – oświadczyła nagle Łucja stanowczym tonem
– Baza, baza! – płacze Remik
-Remik  też chce wejść do bazy, to co teraz?
– Wybuduj mu jego. Tylko gorszą od mojej. –  Buduję. Gorszą. Ale chyba nie dość gorszą, bo Łucja stwierdza:
– To ja jeszcze buduje trzecią. I wszystkie będą wszystkich dobra?
– No dobra. – pomagam jej dokończyć, bawią się. Remik krzyczy „baza, baza!”. Wychodzę na 30 sekund z pokoju i jest walka.
– Idź sobie Remik, zburzyłeś mi bazę! – naprawiam i zabieram go do tej, która miała być jego. Z książką. Łucja przychodzi i warczy. – Nie, nie możecie tu być. Wszystkie bazy są moje.

Duży pokój zamienił się w kłębowisko koców i poduszek, zmieściłoby się w tych bazach pół przedszkola. Widzę, że jest napięta, zła i że to w ogóle nie o te bazy chodzi. Remik jest zajęty książką, więc mówię:

– Ok, to teraz wszystkie bazy będą twoje, a my poczytamy. – Remik nagle nie chce już czytać i zaczyna się bawić Duplo. Łucja nagle nie chce być już w żadnej z trzech baz. Podchodzi i wyrywa mu klocki i rzuca przez pół pokoju. 

– To moje zabawki! Wszystkie są moje! – wymachuje rękami i tupie nogami. Zaczynam śpiewać głupią piosenkę, coś w stylu „Oooo Bubek, wszystkie zabawki są Łucji i nie możesz nic mieć”, ale Łucja nie chwyta. Zwija się w kulkę na moich kolanach i płacze:

– Jesteś tylko moją mamą! Bubek nie ma mamy i tylko jesteś moją.
– Tato Bubu – mówię śmiertelnie poważnym tonem. Nasza mała Łucja, która nie ma brata ani siostry jest strasznie zrozpaczona. Może ją pogłaszczemy? – ale tego już żadne z nich nie chwyta. Ona wyje przeraźliwie na moich kolanach, a on próbuje się na nie dostać jęcząc i odpychając. Ja zastanawiam się gdzie jest mój telefon, żeby zadzwonić do Bartka z płaczem, co by przefrunął nad korkami, bo no oszaleje przecież zaraz z tymi gówniarzami.

A potem nie wiem już jak to się stało, Remik siedzi na kolanach, Łucja obok nas warczy, krzyczy i skacze. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim długowłose dziecko jest za nie ciągnięte, a to bardziej pulchne szczypanie. Łucji ciało jest napięte, buzia wykrzywiona. Nagle przychodzi mi pomysł do głowy. Bębnie głośno rękami o podłogę, a oni zamierają, żeby zobaczyć co się stanie. 

– Uwaga! Uwaga! Nadchodzą tygrysy!
– I co? – pyta Łucja
– Trzeba się schronić gdzieś wysoko! – Łucja ucieka na najbliższe krzesełko, a ja udaje że tygrys dorwał moją nogę przeraźliwie krzycząc. Wyszarpuje ją i upadam na kanapę. Łucja piszczy z radości.
– Uwaga! Nadchodzą sępy! Trzeba się schronić na podłodze. – dalej idzie już łatwo, szalejmy po pokoju.
–  Uwaga! Żmije! Tupiemy, żeby je odstraszyć! O nie! To muchy! Zabijamy je! Klaszczemy! A teraz tygrysy i muchy na raz, kurcze, chyba nas pokonają! Bubu klaszcz! I przytulaste misie przyszły, musimy się przytulać!

Dzieci się śmieją i biegają po pokoju. Widzę jak w trakcie tej zabawy z ciała Łucji uchodzi napięcie, jak pojawiają się przyjemne emocje. Udało nam się. Wydostaliśmy się. Kiedy odzywa się dźwięk kodu wpisywanego do bramy bloku, biegną zgodnie do drzwi przywitać tatę, roześmiani, spokojni. I tylko sąsiadów mi żal. 

Niesamowita zabawa

Wiecie, ja w kółko czytam i piszę o tej zabawie. Opowiadam o niej rodzicom, specjalistom. A potem przychodzi taka chwila i zawsze jestem zmiażdżona jej mocą, możliwościami które daje. Tym jak wspiera regulację emocji, jak pozwala uwalniać napięcie, pozbywać się stresu, jak odbudowuje relacje. Więc mam nadzieje, że wam się nie przejadło, bo jeszcze trochę o tym pewnie popiszę.

 

post

Psycholog i terapeuta – czym się różnią?

Psycholog i terapeuta – czy to w ogóle jakaś różnica? Wiele osób myśli, że to to samo, bo psycholog prowadzi terapię, więc jest terapeutą. Piszę ten tekst w związku z tym, że ostatnio z dużym smutkiem obserwuję, jak ludzie tworzą pozory odnośnie swojego wykształcenia, tak żeby uchodząc ze specjalistę, który może pracować z dziećmi czy doradzać rodzicom.

 

Psycholog jest osobą, która skończyła pięcioletnie studia magisterskie. Psychoterapeuta jest osobą z odpowiednim wykształceniem, która skończyła szkołę terapii. Terapeuta, no cóż… to trochę bardziej skomplikowane. Może być wykwalifikowaną osobą do udzielania pomocy, a może być osobą, którą tym terminem próbuje ukryć swoje braki w wykształceniu. 

Kim jest psycholog?

Psycholog skończył studia z psychologii. W ich trakcie miał zajęcia, które dostarczyły mu między innymi wiedzy z zakresu:

  • psychopatologii (czyli uczył się o różnych zaburzeniach);
  • psychologii rozwojowej (powinien potrafić rozpoznać, jakie zachowania mieszczą się w szeroko rozumianej normie dla danego wieku);
  • psychometrii (wie jak działają różne testy psychologiczne i jak je rozumieć);
  • statystyki (jest w stanie zrozumieć i zaanalizować badania i dane);
  • psychologii zdrowia (dobry psycholog koncentruje się na dobrostanie swojego klienta, a nie na objawach);
  • psychologii osobowości (wie, że ludzie mają różnie i że norma jest bardzo szeroka).

Dodatkowo, żeby skończyć studia psycholog odbył praktyki pod okiem kogoś doświadczonego, najczęściej w szpitalu czy poradni. Psycholog powinien też przejść terapię własną, co znacznie minimalizuje przenoszenie swoich trudności na pracę z klientami.

Psychologia, to nie jest tylko słuchanie jak gadają ludzie i mądrzenie się. Żeby zostać psychologiem, trzeba zdobyć dużo wiedzy, ale przede wszystkim świadomości, jak tą wiedzę wykorzystywać, żeby nie krzywdzić ludzi. Żeby temu zapobiec dobry psycholog regularnie poddaje się superwizji, czyli spotyka się z innym psychologiem rozmawiać o swojej pracy. 

Psychoterapeuta a terapeuta

Psychoterapeutą zostaje osoba po szkole terapii, najczęściej po studiach z psychologii, czasem po jakimś pokrewnym kierunku. To długi proces, który oprócz szkoleń wymaga ponownego przejścia własnej terapii, regularnej superwizji, wielu godzin własnej praktyki. Jeżeli ktoś jest psychoterapeutą na na swojej stronie czy wizytówce tak będzie miał napisane. Dodatkowo na jego stronie powinna znaleźć się informacja jaką szkołę terapii ukończył (np. psychodynamiczną, systemową, CBT, gestalt).

Jeżeli ktoś na swojej stronie pisze, że jest terapeutą i nie podaje wykształcenia, to wiedzcie, że coś się dzieje. Bo samo słowo terapeuta nic nie znaczy, nie świadczy o żadnym wykształceniu, ani żadnych umiejętnościach. 

Terapeuta? Ale jaki?

Wielu ludzi, którzy określają się jako terapeuci nie mają nic wspólnego z wykształceniem psychologicznych ani nie kończyli szkoły terapii. Czasem robili studia podyplomowe z jakiegoś rodzaju terapii, czasem jakiś kurs. Czasami mają nie mają wiedzy ani kwalifikacji, żeby doradzać ludziom. Bywa tak, że ktoś jest terapeutą zajęciowym albo po kursie arteterapii, albo właściwie po niczym i pisze na swojej stronie po prostu terapeuta. Zanim udasz się do niego na wizytę i mu zaufasz, zachęcam Cię żebyś sprawdzał, co pod tym magicznym terapeuta się kryje. Żebyś sprawdził na jego stronie jakie ma wykształcenie, jakie kursy ukończył, jakie ma opinie.

Może być tak, że ktoś nie skończył psychologii, ale posiada odpowiednie kompetencje, empatię i zdobył wiedzę dzięki którym naprawdę pomaga ludziom. Ale jeśli ktoś kryje się ze swoim prawdziwym wykształceniem, nie chce odpowiedzieć na pytanie jakim terapeutą właściwie jest, jakie ma doświadczenie, to ja bym się bała eksperymentować. 

Terapeuta znikąd, czyli dobry marketing

Terapeuta z facebooka, z ogromną ilością lajków. Czy jest dobrym terapeutą? Czy posiada odpowiednią wiedzę i umiejętności? Czy mówi o sobie prawdę? Widzę na facebooku ludzi, którzy mają kilkadziesiąt tysięcy polubień i nie można tego o nich powiedzieć, którzy swoją działalnością szkodzą i krzywdzą. Jeśli chcesz to sprawdzić nie szukaj opinii na facebooku, gdzie łatwo można je usunąć. Nie patrz na ilość polubień, które można kupić za pieniądze. Nie patrz na jakość obrazków i zapewnienia nieznanych fanów, że dostali pomoc. Jeśli masz wątpliwości czy prosić o poradę taką osobę, zapytaj kogoś kto zna się na tym zna i może Ci doradzić. Sprawdź dokładnie jego wykształcenie i szkolenia, które przeszedł. Sprawdź czy nie obiecuje gruszek na wierzbie i rozwiązania problemów jednym prostym sposobem. Jeżeli ktoś pisze: “Pięć sposobów, aby twoje dziecko nigdy nie pyskowało / zawsze sprzątało / zaczęło jeść / odpieluchowało się w tydzień”, to mogę Cię zapewnić, że to nie ten adres. 

Psycholog kontra terapeuta

Znam psychologów, którzy skończyli studia i których bym nie poleciła ludziom. Ukończone studia nie są przecież gwarantem jakości usług w żadnym zawodzie. Znam też ludzi, którzy nie są psychologami ani psychoterapeutami i bez wahania zachęcałabym do szukania u nich pomocy. Jednak jeżeli nie wiesz nic o danych osobach, to o wiele bezpieczniej jest wybrać osobę, która skończyła studia, superwizuje się, stale aktualizuje swoją wiedzę, a przede wszystkim nie kłamie na swój temat, żeby zarobić pieniądze.

Załączam link do tekstu na ten temat napisanego przez psycholog Anitę Janeczek-Romanowską (być-bliżej.pl) oraz do grafiki stworzonej przez psycholog Magdalenę Hadaj.

 

post

Kiedy czas przynosi poczucie winy

To było z rok temu, jak Remik był jeszcze noworodkiem i przyzwyczajaliśmy się do życia w czwórkę. Łucja przyszła do mnie rozżalona i spytała:
– Mamo czy jeszcze kiedyś zrobimy coś takiego bardzo, bardzo fajniusiego?
– Co takiego?
– Tak jak kiedyś. Że Ty będziesz pracowała na komputerze, a je będę oglądała na telefonie i będziemy leżeć razem w łóżeczku.
– Tak, tak zrobimy – mówię i dławi mnie w gardle.

Największe grzechy rodziców

Dławi mnie w gardle, bo nienawidziłam tak robić, bo myślałam, że moje dziecko na tym traci i robiłam tak tylko, gdy nie wyrobiłam się z pracą w czasie, gdy była opiekunka. My rodzice mamy mnóstwo takich momentów, które nijak nie przystają do tego co planowaliśmy, kiedy czujemy że nie jesteśmy w pełnym kontakcie, że zapychamy dziecko środkiem zastępczym, żeby zrobić coś pilnego. Włączamy bajki, żeby ugotować obiad, dajemy papier toaletowy do darcia żeby się załatwić, marchewkę do pobierania, kiedy gotujemy, pozwalamy na stworzenie krainy z poduszek na podłodze, żeby spokojnie pogadać z mężem i z mocno średnim zaangażowaniem patrzymy na to co robi dziecko. Czas, który może przynosić poczucie winy, że rodzic nie daje z siebie dość. A potem… potem dziecko przychodzi i mówi, mamo to było super gdy leżałyśmy w łóżku i oglądałam bajkę, mamo to była najlepsza zabawa właśnie wtedy, kiedy byłaś zajęta obiadem.

Równoległe spędzanie czasu

Jordan Shapiro pisze o czymś takim jak równoległe spędzanie czasu ze sobą. To jest to co robimy trochę obok siebie, ale będąc razem. Kiedy wymęczona siadasz wieczorem na kanapie obok swojego męża i każdy nurkuje w swój telefon i tylko od czasu do czasu mówicie: „O jaaa, zobacz to” albo „Nie no, co oni znowu za bzdury piszą”, „Ej przeczytałam coś ciekawego”. Takie bycie bez pełni uwagi, ale bycie razem mimo to. Coś co traktujemy jako gorsze, co piętnujemy czasem, a jednak coś co też karmi relacje, zostawiając jednocześnie przestrzeń. Dzieci to wiedzą lepiej niż my, i potrafią się tym cieszyć.

Zabawa, nie-zabawa

Różni rodzice mówili mi, że nie potrafią się bawić, że nie spędzają dość czasu z dziećmi. A potem w trakcie, kiedy gadamy okazuje się, że oni się bawią, że są razem tylko nie widzieli w ten sposób tego, co robili. Nie myśleli, że wspólne pieczenie ciasta, mycie okien i sprzątanie to może być zabawa, to może być wspólny czas. Widzę to kiedy mój roczny syn z wielką radością ładuje ze mną pranie do pralki. Przypominam sobie też ciepłe jesienne dni, kiedy układaliśmy drewno do kominka na zimę, a tata woził nas taczką w drodze po kolejne kawałki. I wiem, że takie chwile też budują więź.

Mamy tylko 24 godziny

24 godziny. Z czego część śpimy, część jemy, sprzątamy, robimy pranie, załatwiamy różne rzeczy, próbujemy złapać oddech. I niezmiernie ważne jest, żeby w nich zaplanować ten czas z dzieckiem, z partnerem, z samym sobą w którym choć przez chwilę jesteśmy tylko dla siebie. Żeby zmieścił się między tymi wszystkimi pilnymi sprawami. Żebyśmy mieli chwilę na to, żeby z pełną uważnością się zobaczyć, odpowiedzieć na swoje potrzeby, pobyć. Ale to nie jest porażka, że dużo z niego spędzimy trochę obok siebie – można być obok siebie z uważnością na siebie, dobrze się bawiąc albo tylko zerkając sobie przez ramię od czasu do czasu. Bo 24 godziny to mało. 

Zdjęcie:

 

post

O mówieniu nie.

Byliśmy ostatnio w ZOO, w czwórkę. Ja, moje dzieci i mój nastoletni brat. Po drodze umówiliśmy się, że nie kupujemy zabawek, bo nie chcę i gadaliśmy o tym, że tam są drogie zabawki i takie same jak się bardzo chce można kupić gdzie indziej dużo taniej. Myślałam, że jesteśmy umówieni.

ZOO to jedno z takich miejsc, które same w sobie są

Łu już na wstępie miała jakiś nietęgi nastrój. Pierwsze co, to chciała wypożyczyć drewniany wózek, na co się nie zgodziłam i przez pierwsze parę minut była markotna z tego powodu. Po pół godziny zażyczyli sobie już loda i frytki. Okej. Chwilę później Łucja chciała zabawkę, na którą się też nie zgodziłam odwołując do naszej umowy. Ale płakała. A zaraz potem chciała iść na park linowy, przypominając mi, że powinna chodzić na takie rzeczy, żeby ćwiczyć równowagę, bo takie dostała zalecenie od pani, u której diagnozwałyśmy przetrwałe odruchy wczesnodziecięce. Znowu się nie zgodziłam, bo mieliśmy mało czasu – niedługo mieli dojechać dziadkowie.

W efekcie spędziliśmy pierwszą godzinę w nieustannym płaczu i miauczeniu. Było ciepło, ja niosłam Remika z poczuciem, że przecież organizuje super wycieczkę i wszystko źle, a mój brat zaczął rzucać sarkastyczne komentarze na ten temat. Wydawało mi się, że przyjmuje emocje i że spokojnie tlumaczę, a jest coraz gorzej.

I właśnie wtedy moje dziecko wyrzuciło:
– Bo ty mi dzisiaj cały dzień tylko mówisz NIE! Każdą rzecz, którą proszę to nie i nie. A w ogóle nie mówisz tak. – trochę mnie zagotowały te słowa w pierwszej chwili, bo ja byłam z myślą, że całe to ZOO to już jest spore tak. Z głębokim wdechem wypuściłam tę frustrację, starając się słyszeć to co ona mówi i nie słyszeć sapania brata, który był cały dzień w nastawieniu „To może jednak nie frytki, bo są drogie tutaj”.

– To chyba głupie całe czas słyszeć nie? – udało mi się wypuścić z siebie

– No głupie. Bo tylko nie i nie – przestała płakać i poczułam, że już teraz możemy gadać.

– To może znajdźmy coś ja co będę miała dzisiaj miejsce, żeby Ci powiedzieć tak, co? Bo ja myślałam, że już tak zrobiłam, ale dla Ciebie to chyba za mało.

– W ogóle nie mówiłaś tak! – zaperzyła się Łu i poczułam, że właśnie puściłam z trudem zdobyte porozumienie i próbuje forsować swoją rację.

– No dobra. Rozumiem. Cały czas słyszysz nie. Znajdziemy jakiś pomysł, żebym mogła powiedzieć tak?

– Dobra. Ale to nie będzie łatwe, bo ty cały czas nie. – Zagryzam wargi i nic nie mówię. Idziemy w ciszy. Przeżuwam w sobie listę potrzeb i szukam, co jest za tą zabawką, za tym parkiem linowym, jakie potrzeby moje dziecko ma, które chce w ten sposób zaspokoić.

– Mamo! Mamo! Plac zabaw, skręcamy!

– Ok, skręcamy – co tam że plac zabaw mamy pod domem, że moglibyśmy zdążyć obejrzeć nandu i kapibary, zanim przyjadą dziadkowie. Nie do końca wiem o jakie potrzeby chodziło, bo już jestem na to zbyt rozdrażniona. Ale usłyszałam dość, że ona chce usłyszeć tak.

Dochodzimy do placu zabaw i tam jest karuzela, za którą trzeba zapłacić 8 zł za jakieś 3 minuty. Płacę i Łu jeździ, a potem bawimy się na placu zabaw i dopiero wtedy ruszamy dalej.

Nagle mam zupełnie inne dziecko. Rozchmurzone i zadowolone. Karmienie owiec, które jeszcze przed chwilą miało być głupie, teraz jest super i na szczęście moi rodzice docierają w porę i mają złotówkę, żeby dokupić karmę, bo tak szybko im zeszła. Pozostałe dwie godziny są super.

Wychodzimy. Bez parku linowego, bez zabawki, ale jakimś cudem zadowoleni. Zostaję z myślą, jak działa ta równowaga między NIE a TAK. Z tym jak ciężki może stać się dzień, gdy nie dostrzegamy, że chodzi właśnie o jakieś TAK, a nie konkretną rzecz, kiedy dziecko w poszukiwaniu tego tak rzuca kolejna prośbę , a my coraz bardziej rozdrażnieni odmawiamy. I z tą strategią, żeby nie proponować do razu co zamiast, ale poszukać razem:

Czy jest taka rzecz, na którą mogłabym ci powiedzieć tak?

Czy znajdziesz coś innego, na co mogłabym się zgodzić?

Chciałabym coś dla ciebie zrobić / coś ci kupić, ale tak, żebym też była z tym okej. Co by to mogło być?

post

dbanie o siebie

Dopadł mnie wirus i nie czuję się najlepiej, więc tata zabrał dzieci na wyprawę do parku. Mimo średniego samopoczucia, zachłystuje się euforią nad tym czasem sama ze sobą i rozglądam po domu, co chciałabym zrobić. Odpocząć? Oddać zaległy tekst? Skończyć obiecaną pracę? W zasadzie najbardziej bym odpoczęła, jakbym się zdrzemnęła. Nie chce mi się spać. Może jednak by sprzątnąć? Jest już taki bałagan, potem nie będzie jak. Albo pogram chwilę na komputerze. Wieeeki nie grałam, a to zajęcie z mojej strefy komfortu.

Już wiem, że tego czasu jest zawsze mniej niż myślę, że nie mogę zrobić nawet kawałka tych wszystkich rzeczy. Stoję w rozkroku. Pierwsze co chcę zrobić, to skończyć tekst i wysłać, bo wiem, że to jest 5 minut. Ale gdzieś z tyłu głowy mnie szarpie “dbaj o siebie, wykorzystaj to najlepiej jak potrafisz, szybko, mocno, teraz”.

Dbanie o siebie w rodzicielstwie jest czymś na co kładzie się ostatnio duży nacisk. Pamiętam, że jak Łucja była mała to tak samo i w kółko gadano o rozwoju. Kiedy wracasz do pracy? Trzeba się rozwijać. Teraz – nie możesz tak tyrać, dbaj o siebie.

Prawda to wszystko, że warto dbać o siebie. Ale nagle jestem w takim przymusie tego dbania. Pięknie to ostatnio Marta Sikorska (Pasikonie) ujęła na swoim instagramie – „stawiam sobie oczekiwania dbania o siebie”.

Myślę o tym, że dbanie o siebie to zaspokajanie swoich potrzeb. I że każda z rzeczy, które przyszły mi do głowy, że chcę zrobić jest związana z moimi potrzebami. Sprzątanie i wywiązanie się z umów, wykonanie pracy też. Dociera do mnie, że mam ich tak strasznie dużo niezaspokojonych, że kiedy mam moment o tym pomyśleć to nie wiem, w którą stronę się zwrócić.

Zatrzymuję się w pędzie. Zamykam oczy, biorę oddech i sprawdzam co mi mówi ciało, czego najbardziej potrzebuję. Czuję pragnienie i delikatny głód. Wypijam szklankę wody, zjadam nieśpiesznie nektarynkę. Czuję też zmęczenie mięśni i delikatne zawroty głowy z powodu choroby, więc ubieram czyste prześciaradło i przynoszę wiatrak do pokoju. I komputer. Chcę poleżeć i chcę popracować. Dbam o siebie, bo świadomie wybieram.

Moja koleżanka Karla (Karla Orban – Psycholog RB) robi kurs online o dbaniu o siebie, jeśli też was uwiera ten temat, możecie do niej zajrzeć.

Chyba jednak chwilę pogram 

post

Nie warcz

– Nie warcz – mówię zmęczona i zirytowana, że Łucja warczy na Remika. Nie w przenośni. Dosłownie warczy albo ryczy, jak zbliża się do niej. Po całym dniu strasznie się wkurzam, jak słyszę głośne warknięcia, szczególnie, jak on potem wybucha płaczem.

Bez sensu. Jak przychodzi chwila refleksji to już wiem, że to zupełnie bez sensu. Przecież opowiadała mi o swoim balonie zazdrości i o tym, że kiedy już jest bardzo pełen to wybucha. A teraz oprócz zazdrości, dochodzi jeszcze konieczność bronienia swoich granic, kiedy mały, obśliniony raczkujący potwór zbliża się gnieść jej obrazki, zjadać jej czekoladę albo co gorsza lego, wyrywać zabawki, przerywać czynności.

– Po co warczysz? – pytam już bez złości, z ciekawością
– No żeby tu nie szedł, nie wiesz? – odpowiada zdziwiona moim pytaniem. Aha, czyli to drugie i dla niej jasne jak słońce, że to wiem. I że jak mówię “Nie warcz”, to może też mówię “Nie broń się”?

Moje dziecko ma różne sposoby na trudności w relacji z młodszym bratem. Niektóre są niesamowicie dojrzałe. Inne są takie, że chcę się ich jak najszybciej pozbyć. Warczenie jest gdzieś po środku. Kiedy zabiorę jej ten ze środka to duża szansa, że wróci do tych, których chciałabym, żeby nie używała i na przykład go walnie, dlatego zupełnie bez sensu, że tak gadam. Kiedy zaczynam myśleć o tym, że to warczenie to postęp, w stosunku do tego, co było dwa tygodnie temu albo co mogłoby być robi mi się lepiej. Przypominam sobie też o tym, że mówienie “nie warcz” zwiększa tylko napięcie, komplikuje im stosunki.

Następnym razem daje im chwilę przestrzeni i nie reaguję, kiedy Łucja warczy na raczkującego w jej stronę Remika. Zatrzymuje się i wybucha płaczem. Na 10 sekund, a potem idzie w swoją stronę. I wszystko jest okej.

Myślę też o innych rzeczach, które mogę powiedzieć zamiast “Nie warcz”, o rzeczach, które będą jej dodawać zamiast odejmować – strategii, sił, empatii.

Czy mogę Ci jakoś pomóc?
Co się stało?
Przeszkadza Ci, co?
To czasem trudne mieć młodszego brata?
Ciekawe czemu on tak bardzo chce do Ciebie iść?
Może wymyślimy więcej pomysłów, żebyś mogła się obronić?

A potem nagle odkrywam, że zupełnie mi już to warczenie nie przeszkadza…


Może spodoba Ci się też:

Zazdrość i bicie

Nie lubisz mnie

Zdjęcie PublicDomainPictures

post

Zabawa, która pomaga na zazdrość

Padają ostatnio pytania o zabawy, które pomagają nam, żeby Łucji było trochę mniej trudno z pojawieniem się młodszego brata. Myślę, że to, że odpowiem na to pytanie ma sens jako źródło inspiracji, otwarcie się na takie pomysły bycia z dzieckiem. Wcale jednak nie musi być tak, że inne dzieci będą chciały skorzystać z tego samego, co my robimy.

Cohen w książce rodzicielstwo przez zabawę pisze o tym, że dziecku często trzeba proponować ileś różnych zabaw, zanim którąś przyjmie. Ja myślę też, że jeśli dziecko czuje, że to ma być nasz złoty i szybki środek na załatwienie czegoś, to też w to nie pójdzie. I że w zasadzie najlepiej się sprawdza, kiedy zabawa wychodzi od dziecka.

1. Siłowanki

Przepychanie, ściskanie, tulenie, wygłupy. Umożliwiają kontakt fizyczny i rozładowanie różnych napięć. Nie będę o tym pisać, bo jest cała książka „Siłowanki” wydawnictwa Mamania z masą pomysłów.

2.Zagubiona dziewczynka / zwierzątko

To jest autorski pomysł Łucji. Ona kuli się w jakimś kącie (często na spacerze) i mówi „Ojejku zgubiłam się w tym strasznym ciemnym lesie / mieście”, a ja zapraszam żeby szła ze mną. Pytam czy chciałaby ze mną zamieszkać, czy chciałaby mieć brata, bo ja bym chciała żeby mieszkała. Pokazuje jej mieszkanie, pokój, zabawki. Ona zadaje różne pytania, częściowo buduje strukturę „A co robicie kiedy?”, „Czy chodzicie na spacery?”, „A możemy kiedyś pojechać do lasu?”.

To jest zabawa o wyborze i o tym, że jesteśmy ze sobą bo się chcemy. A przede wszystkim o tym, że to nie jest tak, że ja ją po prostu “mam”, bo ją urodziłam, ale że ją wybieram codziennie, kocham, chcę mieć.  Myślę, że ważne jest też to że ona sobie przypomina różne rzeczy, które ma, które są jej, które dostała od nas i daje to poczucie stabilności, ale też bycia ważną i widzianą.

3.Dzidziuś / wykluwający się dinozaur

Jest dzidziusiem (niekoniecznie ludzkim), którym się zajmuje i opiekuje. Często używam dzidziusiowych akcesoriów, małego kocyka, zabawek Remika. Słyszałam od wielu osób, że się w ten sposób bawili po pojawieniu się rodzeństwa. Czasami, szczególnie w ciężkie poranki lubi być jajkiem dinozaura, otulona kocykiem, a ja i Remik ją ogrzewamy. W tej zabawie pomocne jest dla niej odwrócenie ról, w którym on jest starszym bratem.

4. Krecik Łucja

To jest zabawa, w której ja nigdy nie uczestniczyłam. Łucja zaczęła ją z opiekunką, a jak byłam w ciąży to bardzo ją rozbudowała z tatą i to z nim się w to bawi, prawie codziennie przed spaniem. Wymyslili już mnóstwo scenariuszy tej zabawy, ale zasadniczo jest o Kreciku, który wpadł w tarapaty i ratuje go Borsuk, z którym może razem zamieszkać. Często zaczynają od wspólnego budowania nory z poduszek i kocy.

Buduje jej poczucie bezpieczeństwa, pozwala się poczuć zaopiekowaną i ułatwia spokojne zaśnięcie.

5. Miasteczko Heartlake

Rozwijające się z każdym nowym zestawem LEGO Miasteczko Heartlake jest jedną z jej ulubionych zabaw, w której wymyśla historie i je wspólnie odgrywamy postaciami z LEGO. Przerabiamy tam wchodzenie w związki, zakochiwanie się, śluby, porody, odrzucenie, zazdrość, różne trudności w relacjach, chorobę psychiczną, ale też takie bardziej sensacyjne wątki typu porwanie, wypadek, pojawienie się ducha.

Dla mnie to jest taka zabawa, która tworzy nieskończone możliwości i łączy w sobie elementy klasycznego opowiadania historii, psychodramy, odgrywania ról i technik projekcyjnych, ale jest przede wszystkim mega prześmieszna.

6. Arielka

W Arielkę bawimy się w wannie, głównie gadając. Wspominam o niej, bo ma dwa ważne elementy. Po pierwsze bawimy się przy okazji, trochę wydzieramy czas na zabawę, tam gdzie wydawałoby się , że już go nie ma, a to jest ważne przy maluchu, który tak dużo go zabiera.

Po drugie to jest zabawa, do której Łucja wpuszcza Remika. Czasem jest psem księcia Eryka, ale coraz częściej księciem, albo bratem. Myślę o tym jak zabawa buduje więź i że to bardzo cenne szukać takich, które obejmą oboje dzieci i im to ułatwią. Myślę, że pomaga też kiedy fabuła historii ich jednoczy w jakimś wspólnym celu.

15 minut dziennie

 Łucja zawsze ma gotowe pomysły i czeka, więc nie musimy wspólnej zabawie nadawać struktury. Jak tak nie macie to dobrze jest pamiętać o takim wyłącznym czasie dla dziecka, w którym ono przejmuje zupełną inicjatywę za zabawę i w którym robicie wszystko, co ono chce. Może to trwać 15 minut, a może dłużej (ja widzę, że dla nas 15 minut to jest za mało, bo Łucja lubi budować skomplikowane fabuły).

Cohen w “Rodzicielstwie przez zabawę” dużo pisze o tym, jak takie 15 minut dziennie zabawy sterowanej przez dziecko bardzo wzmacnia więź między rodzicami a dzieckiem. Ja obserwuję u nas, że znalezienie czasu na zabawę to jest też pewnego rodzaju inwestycja – jak poświęcam trochę czasu na tę zabawę, to potem de facto oszczędzam go gdzie indziej, bo “wybawiona” Łucja jest często bardziej skłonna do współpracy przez resztę dnia.


Być może spodoba Ci się:

Nie lubisz mnie

Zazdrosna

Już mnie nie kochasz

Photo credits 

post

Nie lubisz mnie

– Nie lubisz mnie… – pojękuje Łucja po raz kolejny w tym tygodniu. Trudno jej. Zazdrosno. Remik mało śpi. Ona ma mało mamy. Wszystkim trudno, ale jej bardzo. Było milion rozmów, mnóstwo pytania o to co może ci pomóc. Tylko ileż mogę pytać, ileż ona może mówić, kiedy wciąż i wciąż brak zasobów na to, co jej może pomóc. Mama jej może pomóc. Taka tylko dla niej. I trochę to daje ulgi, że widzę, że słyszę, że pytam, że snujemy plany, że łapiemy minuty. Ale ciągle za mało.

– Nie lubisz mnie… – powtarza głośniej. Wiem co teraz będzie, jeśli spytam dlaczego tak mówi albo myśli. Wiem też co będzie jeśli zacznę zaprzeczać. Wiem, że znowu wylądujemy nigdzie. Robię więc coś po czym nie wiem co będzie, ale widzę, że jest spokojna, lekko rozdrażniona i tak po prostu to mówi.

– No. Nie lubię. – zastyga i patrzy na mnie zdziwiona. Jakby miała długie uszy to by nimi strzygła jak zwierzaczek. – Nieee lubieee cieee jaaak….
– No jak co pyta? – już lekko naburmuszona
– Jak czekolady cię nie lubię! – dociera do niej, że to zabawa i się rozluźnia
– Nie lubię cię jak małych roślinek. I słodkich kociaczków. Jak słonecznego dnia. Nie lubię cię jaaaak….
– Jak co? Jak co? – pyta już lekko podekscytowana
– No nie lubię cię jak pysznej, zimnej wody w upał. I lodów. Taak nie lubię cię jak lodów.

Śmieje się i mnie przytula. Powtarzamy to ostatnio prawie co dzień. Starcza, żeby zrzucić trochę ciśnienia, kiedy Remik nie śpi i wisi mi na rękach. Pozwala nie wchodzić w rozmowę z serii nie lubisz mnie, kochasz go bardziej i w ogóle już nie jestem dla was ważna. Starcza, bo to zabawa, a zabawa pomaga gdy dzieciom jest ciężko, pomaga gdy nitka więzi się niebezpiecznie mocno naciąga, a ten balon zazdrości o którym ostatnio mówiła już prawie wypełnia.


Być może spodoba Ci się:

Już mnie nie kochasz
Ból istnienia
Zazdrosna

Zdjęcie: trzyletnia Łu , Stawy Milickie

post

Dinozaur

Mam 31 lat i pod pewnymi względami jestem już dinozaurem. Zdarza mi się myśleć, że jak byłam dzieckiem/nastolatką/studentką to było inaczej. Zdarza mi się zupełnie nie rozumieć pewnych rzeczy, o których mówi mi młodsze rodzeństwo, choć jeszcze parę lat temu z łatwością wślizgiwałam się do ich świata. Mam trochę swoich pomysłów i przekonań, które coraz mniej przystają do tego jak wygląda dzisiaj. Na przykład o tym, że książka jest na ogół lepsza niż film i że ręką pisane jest bardziej z serca, a czytane z kartki trochę bardziej wartościowe niż z ekranu. Albo że lepiej pisać i czytać niż mówić i słuchać.

Myślałam zawsze, że taki moment, w którym zacznę czuć, że świat mija mnie szybciej niż potrafię w nim uczestniczyć przyjdzie znacznie później, może jak będę miała 50 lat, albo 70. A jednak nagle zorientowałam się, że stoję w nim jedną nogą.

Kiedyś

Pamiętam jak jeszcze parę lat temu byłam na studiach i wyniki z egzaminu pojawiły się w internecie w środku dnia. Z 30 osób przekonanych o postępowości świata, w którym wyniki dostępne są w internecie, stłoczyło się korytarzu wokół jedynego kolegi, który miał tablet z internetem i mógł nam je przeczytać. A jak cofnę się jeszcze kilka lat wcześniej to pamiętam, jak ktoś w autobusie odpowiedzi na pytanie czy ma internet powiedział, że nie przy sobie i wszyscy strasznie się śmiali.

Do niedawna trzymałam się kurczowo pewnego stylu, w którym wyrosłam. Tego z innej epoki, z ery przed smartfonów, szukania informacji w bibliotekach, czytania papierowych książek. Od paru miesięcy podejmuje wysiłek, żeby nauczyć się słuchać nagrań, co było trudne i mnie denerwowało (bo szybciej bym przeczytała i byłoby ładniej napisane), ale powoli dociera do mnie że ich zaletą jest to, że mogę to robić mając zajęte ręce i oczy, przy zmywaniu i sprzątaniu. Zaczęłam czytać książki na ekranie, zakochawszy się w aplikacji Kindle dającej mi dostęp do książek niedostępnych albo bardzo drogich w Polsce i ciesząc, że mogę robić to sprawnie nosząc albo karmiąc Remika, co jest trudne z książką w ręce. Nawet udało mi się nagrać live na Facebooku, co było bardzo dużym wyzwaniem.

Dzisiaj

Nie chcę, żeby świat mnie mijał. Chcę korzystać z różnych niesamowitych możliwości, których nie było jeszcze parę lat temu, a nie zamienić się przy tym tempie zmian za pięć lat w tetryka, który nie ogarnia co się dzieje.

Ale przede wszystkim myślę o dzieciach, które rosną w tej nowej erze, dla których to wszystko jest oczywiste, jest częścią codzienności. Myślę o mojej pięciolatce , która z łatwością przeskakuje z kartki w telefon, żeby policzyć zadanie którego ja bym nigdy się nie podjęła w tym wieku. Chwilę później ogląda na Google Street View gdzie jedziemy na na najbliższe parę dni albo wyszukuje głosowo w Wikipedii i odsłuchuje sobie informacje, które chce poznać. Robi to zwyczajnie, niemal od niechcenia i z wdziękiem kogoś kto w tym dorasta.

Prosi mnie, żeby uruchomić jej nagrywanie Minecrafta, bo chce ćwiczyć bycie jutuberką. Budzi to we mnie niejasne opory, choć nie umiem do końca powiedzieć o co mi chodzi, ale po tym z jakim trudem przychodzi mi nagranie live’a zaczynam rozumieć że ona ćwiczy coś równie ważnego w jej świecie, jak pisanie wypracowań w moim. Udaje nam się za którymś podejściem, nie jest mi łatwo to rozkminić, ale nagrywa. Kulawo jej idzie i jak się okazuje, że za pierwszym razem nie włączyliśmy mikrofonu to nawet nie rozpacza.

Jutro

Chcę jej pomóc w tym, żeby mogła mistrzowsko opanować narzędzia, którymi będzie się posługiwał jej świat. Chcę ją nauczyć wykorzystywać potencjał jaki one dają i bezpiecznie poruszać się wśród specyficznych dla tego świata zagrożeń. Ale przede wszystkim nie chcę stracić z nią ani jej bratem kontaktu, kiedy przedzieli nas przepaść dwóch światów. Nie chcę zostać po tamtej stronie ściskając kurczowo w ręce moje chińskie pióro na pompkę i notatniczek o śmiesznej w porównaniu z telefonem pojemności słów i broniąc jak niepodległości świata, który odchodzi tylko dlatego, że go znam i jest dla mnie bezpieczny. Nie chce spod nosa burczeć o tym, że nie znam się na tych waszych internetach i że pauzę włączcie.

Chcę ich w tym świecie prowadzić, a nie zabraniać licząc na… no właśnie na co? Że nie będą używać podstawowego narzędzia swoich czasów? Chcę im pokazać mądre i bezpieczne ścieżki, zamiast udawać, że w ogóle nie wejdą w las.

Chociaż czasem – przyznam się tu po cichu –  czasem ja też się strasznie tego boję.

 

post

Zazdrosna

Siłowałyśmy się z Łucją, kiedy coś nagle poszło nie tak. Ostatnio bardzo często wchodzi w taką zabawę, spragniona kontaktu fizycznego ze mną, bo ma go mniej, ale też widzi młodszego brata na rękach. Nie zawsze to jest łatwe dla mnie do przeprowadzenia, kiedy nie ma taty, bo trudno mi czasem równocześnie zadbać o bezpieczeństwo Remika, ale trochę nam się udaje.

Tym razem chciała, żeby ją ściskać mocniej i mocniej, a potem nagle choć już nie ściskałam mocniej, zrobiło jej się za mocno i wybiegła z pokoju rozżalona i zła. Czasem tak bywa podczas takich zabaw, że dzieciom nagle wychodzą różne emocje i dobrze być na to gotowym. Ja jak zwykle nie byłam i zupełnie o tym nie pamiętałam przez jakąś chwilę.

Krzyczenie i bicie

— Idź sobie stąd!! – krzyknęła do mnie jak zaglądałam przez drzwi
— Chciałam sprawdzić czy wszystko okej?
— Nie jest okej! Nie będę z tobą gadać. Nie chce nawet na Ciebie patrzeć! – Dowaliła. Przełknęłam ślinę i poszłam do kuchni mantrując w głowie “Nie o mnie, nie o mnie, nie o mnie”. Ale po chwili wyszła, żeby oznajmić trzęsącym się głosem, że nie jest zła i że przyjdzie pogadać, jak się wysmarka.

— Przepraszam, że na Ciebie krzyczałam.
— Okej, spoko.
— Po prostu mnie zabolało, jak mnie boli, to nie mogę mówić łagodnie.
— Jak kogoś boli to trudno mówić łagodnie.
— No ale nie chciałam krzyczeć, chciałam łagodnie
— Jak coś boli to dobrze umieć krzyczeć, żeby ktoś na pewno usłyszał i przestał. Cieszę się, że umiesz krzyczeć. – myślę sobie o tym, jakie to trudne dla mnie, żeby w taki sposób zadbać o siebie i nie chcę jej tego blokować.
— No ale lepiej mówić łagodnie
— A krzyczenie się nie przydaje ?
— No może. Ale przepraszam.
— Okej. Wszystko dobrze. Przepraszam że cię za mocno ścisnęłam
— Ale…
— Ale okej.
— Ale Bubek! — wybucha płaczem i myślę o co jej chodzi, że się przestraszył przy tej kłótni?
— Nic mu nie jest, spoko.
— Ale bo ja go uderzyłam! To nie chodzi, że mnie ścisnęłaś. Tylko on się nie przestraszył, że płakał, ale ja go uderzyłam przedtem. — teraz już zanosi się płaczem — A on ma taką słodką buzię i patrzy na mnie z ufnością i ja nie wiem jak mogłam go uderzyć!


Zazdrość

Biorę ją na kolana i mi serce się ściska z tego nieszczęścia całego co ma sobie, z tego że chodzi z tym już pół dnia i że dopiero w tych siłowankach, w tym ściskaniu, w doświadczeniu bólu do niej przychodzi, żeby to wyrzucić. Przytulam i głaszcze po włosach. Rzeczony Bubek zupełnie nie pamięta, że ktoś go kiedykolwiek uderzył i bardzo zadowolony zmierza po podłodze do kawałka naleśnika, który mu wcześniej wypadł z ręki. Nic nie mówię i przytulam spokojnie, choć strasznie mi smutno i trudno, że jej tak trudno, że to część tego, że ja daję jej mniej niż potrzebuje, ale nie mniej niż jestem w stanie teraz dać. I jakoś taką bezradność mam na to wszystko, na te dzieci, na bałagan, na trudy, na bycie niedoskonałą.

— Bo ja się zrobiłam zazdrosna i go chciałam uderzyć, ale smok był ciężki i już wiedziałam, że to będzie mocno, ale nie mogłam już zatrzymać.
— Oj misiaczku…
— I on jest taki słodki, i ja go tak kocham, a potem robi mi się zazdrość i ja nie mam już panowania… tylko zazdrość ma mamo.
— A ta zazdrość Ci się nagle robi taka duża?
— Nie, bo ona się robi, że ja pomyślę że ty go nosisz ciągle i przytulasz, i jest najpierw mała, ale potem rośnie jak balon i potem już jest taka duża, że ja nie umiem jej powstrzymać i pęka i nie mam już wtedy panowania. Mamo jak ja mogę tak robić?
— Misiu tak się zdarza, jak człowiek się zdenerwuje, że jego mózg działa tak jakby tam mu się klapka jedna odłączyła. I wtedy czasem robi i mówi rzeczy, których nie chciałby normalnie. Że nie ma tego panowania.
— I tak mi się klapka otworzyła?
— No chyba tak.
— I to się nic nie da zrobić?
— Da się. Można wiedzieć, się zbliża ten moment i wcześniej to przerwać. Zanim balon urośnie i pęknie. Na przykład na samym początku, jak się robisz zazdrosna.
— Ale jak?
A co by ci pomogło?
— Jakbyś mnie przytuliła wtedy.
— To przyjdź wtedy się przytulić może?
— Dobra. Albo żebyśmy się dzisiaj pobawiły.
— Okej.

Jakaś radosna wstała następnego dnia, jak dawno nie, bardzo opiekuńcza dla niego, a ja trochę uważniejsza na jej potrzeby, żeby jeszcze coś więcej dla niej wcisnąć w rozkładzie dnia. Wchodziła na kolana parę razy i coś tam opowiadała. Minęły dwa dni i znów małe pięcioletnie stopy kopały w stronę (bo na ogół metaforycznie, powietrzu) ośmiomiesięcznego brzucha. Więc przekazałyśmy go tacie i poszłyśmy na zakupy, napięcie zeszło.

Wystarczająco dobry rodzic

Dużo mam myśli. Przysięgam, napisałam tak jak ona mówi. A że tak właśnie mówi, dorośle i wyszukanie, to czasem zapominam że ma pięć lat, że też potrzebuje bardzo dużo. Do tego młodszy jest bardziej wymagający w swojej bezradności niemowlęcej i łatwo tracę ją z oczu.

Myślę też o ciężarze okrutnym, który niesie w sobie to dziecko, które zbije, które nie znajdzie lepszego sposobu na rozładowanie napięcia, o tym jak bardzo ważne jest pomóc mu to regulować, zatrzymać wcześniej. A potem często dziecko tak chętnie będzie współpracować, ale potrzebuje wsparcia, uwagi, braku oceny za to co się wydarzyło, pełnej akceptacji siebie nawet wtedy kiedy po prostu i zawsze.

Myślę też o tym, że rodzice często mówią “ale ten młodszy ma już 9 miesięcy /rok, to chyba dość czasu żeby się przyzwyczaić, wcześniej było lepiej”, a to właśnie teraz dzieciom bywa trudniej, bo młodszy nie śpi już tyle, ma coraz bardziej podobne potrzeby, chce zabawki, chce jedzenie i w ogóle wyraźnie chce. Może teraz dociera, że to nie jest przejściowy kryzys tylko że już tak będzie, że muszę dzielić się wszystkim. Może nawarstwiają się niezaspokojone ileś czasu rzeczy. I wszystko wybucha, tik-tak? A my tak często myślimy “Co mu nagle odpaliło?”

Na koniec myślę o sobie, o tym że więcej nie dam już, bo nie mam z czego i chwytam się nadziei, że to jest dość. Tego, że wystarczy być nie idealnym ale wystarczająco dobrym. I że w ogóle wystarczy po prostu być.. dla nich, z nimi, z miłością, ciekawością, akceptacją.


Być może spodoba Ci się:

Czy lubisz wszystkie moje emocje?
Ból istnienia

Zdjęcie