post

Granie w gry uczy myśleć na metapoziomie i planować samorozwój

Kto grał kiedyś w gry z gatunku RPG to wie, że jedną z charakterystycznych dla nich cech jest rozbudowywanie bohatera. Częścią gry jest nie tylko akcja, ale też zaplanowane rozwijanie pewnych umiejętności u swojej postaci, tak żeby odpowiadał preferencjom gracza albo żeby mógł wykonać konkretną misję. Z reguły ścieżek rozwoju jest kilka i rzadko można zdobyć wszystkie umiejętności na raz. Kiedy gracz zatrzymuje na chwilę akcję i przygląda się swojej postaci, następuje taki moment na poziomie meta – decydowania na co chcę wykorzystać zasoby (punkty doświadczenia albo pieniądze), kim moja postać ma być, co chcę żeby osiągnęła.

Granie w gry a myślenie na metapoziomie

 Jordan Shapiro pisze o tym, że granie w gry wspiera kształtowanie się takiej właśnie umiejętności metapoznania czy wewnętrznego wglądu. Można powiedzieć, że powtarzalne przechodzenie przez ten proces wytwarza w głowie gracza procedurę , którą potem przenosi do codziennego funkcjonowania – zatrzymaj się, sprawdź co masz, zastanów jak to wykorzystać i co chcesz osiągnąć.
Żyjemy dzisiaj, w Polsce, w świecie dobrobytu, ale i dużych oczekiwań, takim w którym najczęściej nie chcemy po prostu przetrwać, ale czegoś więcej. W czasach, kiedy tak ważny jest dla nas samorozwój, taki wgląd to jedna z najważniejszych życiowych umiejętności. Umożliwia planowanie rozwoju i osiąganie celów, ale przede wszystkim pozwala na to, że nie biegać w kółko siekając na oślep wszystkie napotkane potwory. Sprawia, że sprawdza się czy to co się robi ma sens, czy nie jest marnotrawieniem zasobów, czy prowadzi w takim kierunku, jakby się chciało. 

Granie w gry a planowanie samorozwoju

Moim zdaniem wybory i dylematy przed, którymi staje się grając w gry są bardzo podobne do tych, które napotyka się podczas rozwoju zawodowego, ale też osobistego, na przykład:
  1. Podczas grania w gry zdarza się, że ktoś chce wybrać wszystkie umiejętności na podstawowym poziomie, zamiast zacząć się specjalizować w jednej lub kilku i najczęściej okazuje się, wtedy, że to nie jest dobra strategia i że bez wyspecjalizowanych mocy trudno w pewnym momencie iść dalej.

2. Może być też tak, że utknie się w miejscu i nie ma zasobów na to, żeby dalej się rozwijać. Czasami jest możliwość zdobycia następnego poziomu, żeby je zdobyć jeśli się więcej „ćwiczy”. A czasem trzeba zrezygnować z kupowania droższych, następnych poziomów wybranej specjalności i zacząć rozwijać inną, na którą ma się zasoby i dopiero dzięki temu można posuwać się dalej.

3. Każdy najchętniej korzysta z najbardziej zaawansowanych umiejętności i mocy, ale żeby je zdobyć trzeba zaplanować optymalną drogę do nich, która bardzo rzadko jest prosta, bo na przykład jeśli inwestuje się tylko w sztuki walki, może się okazać, że ciężko o pieniądze. Często konieczne jest ustalenie małych kroków, które doprowadzą postać na szczyt.


Może chcesz też przeczytać czego NIE robi granie w gry.

post

To Twoja wina!

Ostatnio ciągle była nasza wina. Jak potknęła się na zabawce, to moja że nie sprzątnęłam. Jak upuściła wielki szpital LEGO , to z jakiegoś powodu taty. Jak wylała wodę, to dlatego że jej dałam w przezroczystej szklance. I tak dalej i w kółko piskliwy krzyk „to Twoja wina!”. Raz, drugi i piąty się wkurzałam, aż w końcu przypomniałam sobie, że jestem psychologiem i że wypadałoby zrozumieć i już zaraz potem, że jestem rodzicem i że chcę zrozumieć.

Obwinianie pozwala pozbyć się napięcia

Brene Brown mówi, że obwinianie innych sprawia, że możemy pozbyć się napięciaTu jest taki fajny filmik na youtube, krótki, zabawny i pokazujący jak to działa. Niektórzy robią to nagminnie, inni rzadziej, ale obwinianie sprawia, że czujemy się trochę lepiej w sytuacjach, kiedy już mleko się rozleje. Jest więc pewna strategią radzenia sobie z trudnymi emocjami, może nie za fajną, ale moje dziecko miewało jeszcze mniej przyjazne. Trochę mi pomaga, jak pomyślę, że dziś wybrała tę, a nie którąś z wielkiego pudła tych, na które reaguję wybitnie alergicznie. Łatwiej mi też, kiedy uzmysławiam sobie, że to jest jakiś krok do przodu, co wiąże się z tym, że…

To jest rozwojowe

Ciągle mam tak, że często wydaje mi się, że jakieś rzeczy które moje dziecko robi są bardzo unikalne i że to jest jakiś nasz „problem”, a potem się okazuje że to jest zupełnie normalne. I nieodmiennie bywam zdziwiona, że dużo (albo nawet większość dzieci) tak robi w pewnym momencie swojego życia, a potem im to samo przechodzi. Wiecie, jak z wchodzeniem w kałuże. No i jakie było zdziwienie, gdy po weekendzie, po którym byliśmy mocno zmęczeni natężeniem zarzutów Łucji odnośnie tego, co jest naszą winą, odkryliśmy post Bliskiego Miejsca większość 5.5-6.5 latków tak robi. A potem pojawiły się w głowie dwa potężne w kojeniu serca rodzica czasowniki – to normalne i to mija.

Ty to zrobiłeś, więc ty to posprzątasz!

Mówicie tak? Ja czasem tak. Ostateczny argument, który miesza poczucie winy z odpowiedzialnością, a często podawany jest jako przykład naturalnej konsekwencji, ale nią nie jest. Naturalną konsekwencją rozlania wody, jest to że jest ona rozlana, a nie to, że trzeba ją powycierać. Olśniło mnie, kiedy rozmawiając z Łucja usłyszałam, że to taty wina, że LEGO się rozpadło WIĘC on musi odbudować. Ty to zrobiłeś więc ty to posprzątasz to nie jest nauka brania odpowiedzialności, tylko obwiniania. I pomysłu, że ten kto jest winien ten ma naprawiać, który potem bardzo komplikuje w relacjach.
Usłyszałam też, że za tym „Twoja wina” kryje się u mojego dziecka prośba o pomoc.

A odpowiedzialność?

Może czytając poprzedni akapit przeszedł Cię zimny dreszcz, że to jest właśnie prosta droga, do tego, żeby dziecko wyrosło na kogoś, kto nie chce brać odpowiedzialności, za różne rzeczy.  Ja myślę, że jest na odwrót. Odpowiedzialność nie bierze się z poczucia winy, tylko z decyzji, że ja chce ją przyjąć, np chce naprawić coś albo chce się komuś pomóc.
To właśnie obwinianie sprzyja temu, że zamiast koncentrować się na tym, co można zrobić próbujemy wrzucić winę na inną osobę. I że dopiero jak ustalimy czyja to wina, to ona będzie to robić. Branie odpowiedzialności za to często bierze się z empatii, że widzę drugiego człowieka i chcę coś zrobić dla niego.

Co robię, kiedy słyszę że znowu jest moja wina?

Ja jak słyszę, że moja wina to mam ochotę eksplodować i czuję napięcie w rękach i nogach. To jest dla mnie sygnał, że to nie jest dobry moment na gadanie, więc biorę parę głębokich wdechów i skupiam się na tych wszystkich myślach, o których pisałam.
  1. Dzieci tak mają.
  2. To normalne.
  3. To minie.
  4. To nie o mnie, tylko o jej napięciu.
A jak już się uspokoję, to robię różnie. Jak to jest coś małego, co szybko się da rozwiązać to pytam „Chciałbyś, żeby Ci z tym pomóc?”.
Czasem jak widzę, że się uda to obracam wszystko w żart, tak żeby to śmiech rozładował napięcie. Teatralnie przepraszam i mówię że rzeczywiście to jest absolutnie i zupełnie moja wina , że siedząc w drugim pokoju nie domyśliłam się, że coś tam o nie pomogłam. A i jeszcze muszę jej wyznać, że przeze mnie dziś nie pojedziemy pod namiot , bo jest zima. Albo coś takiego. Przenosimy to obwinianie na poziom meta i robimy z niego teatr, spełnia swoją rolę oczyszczania z emocji, ale bez niszczenia relacji.
Ale najczęściej robię najoczywistsze i najłatwiejsze, sięgam po empatię. Przytulam, słucham, słucham smutku, słucham złości i mówię, że też mi przykro że się zniszczyło. Nie mówię, że jakbyś nie kładła na środki podłogi to by się nie stało.
A czasem to w ogóle, okazuje się że też mi nerwy puszczają, wykrzykuje że chyba na mózg jej padło i wychodzę z pokoju. 😁
post

Telewizor, smartfon, komputer i dziecko.

Wkurzam się. Jak widzę kolejne pojawiające się masowo na fejsbuku informacje straszące rodziców o tym, jak kontakt z telewizorem, komputerem i tabletem może zaszkodzić dzieciom. Najczęściej nie są one w żaden sposób poparte stanem współczesnej wiedzy, a wręcz im zaprzeczają. Plan jest taki, że napiszę o tym więcej i bardziej szczegółowo, ale dziś krótko o tym, czego waszemu dziecku NIE ZROBI komputer ani tablet.

MIT 1. Telewizor, smartfon, komputer i tablet uzależnia jak heroina.

Heroina uzależnia jak heroina. I już samo to nie jest tak oczywiste, jak przywykliśmy myśleć (jeśli kogoś to interesuje, to polecam posłuchać lub poczytać pana, który nazywa się Johann Hari ). Sam pomysł tego, że rzeczy uzależniają nas same z siebie przez to, że się z nimi zetkniemy, a my jesteśmy bezwolni w tym, wymaga weryfikacji.

To co najczęściej mają autorzy takich zdań na myśli to prawdopodobnie to, że różne rzeczy lub aktywności sprawiają nam przyjemność (lub że wpływają na mózgowy układ nagrody i kary). Ale nie jest to TAKIE SAMO oddziaływanie na mózg jak heroiny. Badacze gier komputerowych Markey i Fergusson wykazali w 2017, że granie  w gry podnosi poziom dopaminy w mózgu mniej więcej tak wysoko jak zjedzenie lodów albo kawałka pizzy, czyli o wiele, wiele mniej niż narkotyki. (Za: Peter Gray TU) Ale jak już koniecznie chcemy się trzymać tego niezbyt rzetelnego naukowo przykładu, to mam złą wiadomość – zgodnie z tą logiką wszystkie miłe rzeczy uzależniają jak heroina. Smaczne jedzenie, spacery w lesie, budowanie z klocków lego i przytulanie.

Więc nie. Ani telewizor ani smartfon ani komputer ani tablet NIE uzależnia jak heroina. I w ogóle nie uzależnia sam w sobie.

MIT 2 Tablet i smartfon upośledza motorykę małą.

Prawdą jest, że kiedy dziecko korzysta z tabletu i smartfona to ćwiczy motorykę małą w inny sposób niż na przykład podczas rysowania czy zabaw koralikami. Dziecko nie ćwiczy jej w przypadku miliona innych czynności – na przykład jak kopie w piłkę, spaceruje, słucha jak ktoś czyta mu bajki. To, że dziecko korzysta z elektroniki nie wpływa destrukcyjnie na umiejętności, które posiada albo które może opanować, co najwyżej sprawia, że w tej chwili ich nie ćwiczy lub robi to w inny sposób. Dziecko, które w ogóle nie korzysta z tabletu też może mieć problemy z motoryką, jeśli nie będzie wykonywało aktywności, które to ćwiczą albo ma takie a nie inne wrodzone predyspozycje. Rozwiązaniem jest proponowanie dziecku aktywności wspierających rozwój motoryki, a nie odbieranie mu dostępu do elektroniki.

MIT 3 Granie w gry wyłącza płaty czołowe ( i dzieci jeszcze przez 2 godziny się nie uczą).

 

Grając w gry dzieci uczą się bardzo dużo i nie jest to moja opinia, ale bardzo dobrze przebadana informacja (będę o tym więcej pisać, ale jak ktoś chce teraz już to polecam teksty Petera Graya, które zawsze mają bezpośrednie odnośniki do badań).

Pod magicznym określeniem wyłączenia płatów czołowych nie kryje się to, że dziecku przestaje nagle działać mózg, tylko jak przypuszczam, że przechodzi ono w tryb walki i ucieczki. Dzieje się tak, gdy czuje się ono zagrożone i w niebezpieczeństwie, więc może to się zdarzyć w przypadku grania w niektóre gry, szczególnie te niedostosowane do wieku. Bycie w trybie walki i ucieczki nie jest przyjemne i większość ludzi nie wybrałoby tego, choć w pewnych sytuacjach może się tak zdarzyć i dotyczy to osób, które przebywają w nim permanentnie. Dziecko raczej nie powinno dążyć do takiej sytuacji.

Cała prawda jaka ukryta jest w tym zdaniu jest taka, że gry czasem mogą uruchamiać u dzieci ten tryb, a najsensowniejszy wniosek z tego płynący jest taki, że rodzice powinni mieć sprawdzać w co ich dzieci grają i jak się z tym czują, a najlepiej poświęcić czas na wspólne granie. 

(Przy okazji optymalne dla uczenia się jest bycie w stanie delikatnego pobudzenia, ale nawet przy “wyłączonych płatach czołowych” człowiek może się uczyć, tylko na ogół nie ma dostępu do tej wiedzy poza tym stanem.)

MIT 4 Telewizja, komputer, tablet i smartfon sprawiają, że dzieci są mniej empatyczne, mniej kreatywne i mniej sprawne fizycznie (i cokolwiek jeszcze chcecie dodać).

Większość badań, na które powołują się osoby przedstawiające takie wnioski to badania korelacyjne, czyli że badani sprawdzali ile (według wypowiedzi rodziców) dzieci spędzają przed ekranem dziennie i mierzyli potem poziom jakiejś cechy u nich. Widzicie problem?

Po pierwsze może być tak, że dzieci posiadające określone cechy chętniej wybierają aktywności przed ekranem. Prawdopodobnie, gdyby zrobić analogicznie z godzinami rysowania, to też by się okazało że im więcej dziecko rysuje tym jest mniej sprawne fizycznie.

Po drugie, tego typu badania są bardzo wrażliwe na skrajności. Czyli, że na ich wynik wpływa to, że są dzieci zaniedbane albo z problemami, które rozwiązują spędzaniem przed ekranem 10 godzin dziennie i te dzieci po pierwsze mają już pewne trudności, po drugie wyłączne spędzanie czasu przed komputerem czy telewizorem sprawia, że nie mają one różnorodnych aktywności wspierających rozwój. To bezdyskusyjnie nie jest zdrowa sytuacja dla dziecka. Ale jak się ją wrzuci do badań i uśredni to wychodzi, że im więcej dziecko korzysta z telefonu czy komputera, tym jest dla niego gorzej, co nie jest zgodne prawdą.

Znowu, podobnie jak w przypadku motoryki małej kluczem nie jest to, żeby dziecko nie spędzało czasu w ten sposób, ale żeby miało bogactwo i różnorodność aktywności, z których może wybierać. Jeżeli chce się mieć wpływ na empatię albo kreatywność dziecka to jak dla mnie pierwszą rzeczą nie powinno być szukanie kozła ofiarnego, który tę empatię magiczne obniżył, ale raczej powrót do tego co ją u dzieci buduje i jak się ona rozwija. Zabranie tabletu nie sprawi, że dziecko nagle będzie empatyczne. Ba, myślę, że jest wiele sposobów w jaki elektronika może rozwijać także takie cechy jak empatia i kreatywność u osób, które z nich korzystają, są między innymi takie gry.

MIT 5 Dziecko powinno spędzać X minut dziennie przed ekranem.

Myślę, że nie ma żadnego ogólnego limitu, który określałby jaka ilość czasu jest odpowiednia dla dzieci. Rzecz w tym, żeby wspierać dziecko w regulacji tego czasu, w taki sposób, aby korzystanie z różnych sprzętów elektronicznych mu służyło, a nie je obciążało. Znowu warto pamiętać, że te zalecania typu 15 czy 20 minut dla przedszkolaka powstały w oparciu o badania korelacyjne i to nie oznacza to, że jak dziecko będzie korzystało z 30 minut to się nagle uzależni albo nie będzie miało empatii.

Po drugie wyznaczanie czasu dziennego jest bardzo mało wspierające regulacje, bo czasem jest tak, że dzieci w ogóle by nie korzystały, ale mają poczucie że im “przepadnie”, a czasem że potrzebują na wybraną aktywność dłużej niż przewiduje dzienny limit (bajka trwa 30 minut a dziecko ma 20, albo zrobienie w misji w grze trwa ponad godzinę). Dlatego zamiast nadmiernie przejmować się limitami z krążących po Facebooku infografik lepiej skorzystać z własnego mózgu i obserwować dziecko.

Na koniec mogę napisać tylko tyle, że naprawdę jeśli chodzi o tablet, telefon, komputer i telewizor, to nie chodzi o to, żeby dzieciom zabierać, limitować, ograniczać i pilnować. Wtedy zaczynamy wchodzić w bardzo niewygodną narrację zakazanego owocu i nieustannej walki o elektronikę, która nie skończy się prawdopodobnie, aż dziecko się wyprowadzi, a i to z myślą “wreszcie będę mógł grać tyle ile chcę”. To są normalne sprzęty, służące do normalnych aktywności i o wiele zdrowiej by było, gdybyśmy je tak właśnie traktowali.

Bardzo ważne jest też to, co jest obok i oprócz. Czy jesteśmy kiedy gra? Czy wiemy, co robi na tym komputerze albo telefonie? Czy potrafimy dostrzec, jakie potrzeby zaspokaja dzięki temu? Ale przede wszystkim:

Ile czasu jesteśmy z dzieckiem?

Jakie propozycje innych aktywności mu dajemy?

Czy uczymy je jak regulować emocje i odpoczywać?

Jaką mamy ze sobą więź?

W jaki sposób my spędzamy nasz wolny czas?

 

post

od prysznica się nie utopisz

Właśnie udało mi się wejść do wanny, kiedy słyszę Łu. Bywa, że potrafi zorganizować sobie samodzielnie 2-3 godziny czasu (szczególnie w okolicach północy), ale właśnie w tej chwili drastycznie potrzebuje mojej uwagi. Wiadomo – odkręciłam przecież wodę.

– Mamoooo!!!
– Cooo?!! – odpowiada mi jakiś niezrozumiały, zagłuszony przez szum wody bełkot. Nie brzmi, jak katastrofa, ale zakręcam i ponawiam pytanie – Co? Bo nie słyszę.
– Chcę coś porobić!
– No to rób. Ja się myję.
– Mamo! Ale nie wiem co i się nudzę. Gdzie jest Twój telefon?
– Nie wiem, poszukaj. – odkręcam wodę stwierdzając, że nie jest to sprawa życia i śmierci, ale zaraz dociera do mnie kolejne “Mamoooo!”, po którym następuje jakaś dłuższa przemowa.
– No dobra, to chodź tutaj. Pomożesz mi! – Przybiega wybitnie zaintrygowana.
– No co? Co?
– Możesz powsadzać pranie z kosza do pralki. Tylko same kolorowe, bez białych.
– A. No to też trochę nuda. Ale dobra. A czemu nie białe? A czarne to kolorowe? – czuję jak moje 15 minut spokoju, układania sobie w głowie i brania oddechu na cały dzień, właśnie odpłynęło do kanalizacji razem z wodą. Biorę głęboki wdech i odpowiadam na wszystkie pytania. Po czym, nie wiadomo po co, wypowiadam na głos swoją myśl:
– Muszę umyć głowę, a mi się nie chce.
– Spokojnie, ja się tym zajmę – entuzjastycznie stwierdza cieniutki głosik, a małe łapki wyrywają mi słuchawkę prysznica. Zanim wiem ,co się dzieje, mam wodę w oczach, ustach i uszach.
– Czekaj! Utopisz mnie. Powoli, patrz gdzie lejesz.
– Nie utopisz się od prysznica, mamo. Dawaj szampon.

Przypadkiem odwróciłyśmy role. I nagle czuję całą sobą, jakie to mycie głowy może być intruzywne, jakie trudne, jak bardzo może naruszyć cielesność. Jak mało ma się kontroli, kiedy naprzeciwko ciebie stoi drugi z prysznicem i szamponem w rękach. Jak bardzo stamtąd nie czuje się tutaj. Jak łatwo nie wiedzieć, że temperatura wody nagle spadła albo skoczyła czy że piana zaczęła spływać do oczu. W wielkim przebłysku widzę, że to nie jest tylko szczypanie oczu, nieuzasadniony strach, marudzenie, zbyt duża wrażliwość sensoryczna skóry głowy. Nagle zupełnie inaczej rozumiem cały ten dziki taniec pełen rytuałów, koła ratunkowego i małego ręczniczka z Elzą i zaczynam cieszyć się, że na niego się zgodziłam. A nawet z tego, że w grudniu przez miesiąc nie myłyśmy głowy, bo Łucja nie miała na to przestrzeni.

– Nie lej mi teraz na głowę dobra? Chciałabym sama sobie umyć szamponem, bo lubię sobie go dobrze wmasować i zostawić na chwilę. – Błyskawiczny obrót prysznica zalewa pół łazienki, szczęśliwie omijając wyjęte z suszarki ubrania. – Aaaa!!! Na brzuch lej! Albo na nogi.
– No już, już spokojnie. – odpowiada Łucja i w pełnym skupieniu celuje w podeszwę mojej stopy.
– Łaskocze!! – Łucja znowu zmienia kierunek strumienia wody i wzdycha
– Teraz dobrze? Trochę jesteś marudna dzisiaj, wiesz? Może umyję Ci plecki? Żebyś się uspokoiła…

Już tak nie pękam z zachwytu nad samą sobą. Spojrzałam bardzo głęboko w lustro. Wczoraj czytałam trochę o granicach, a dziś praktyka zalała mnie strumieniem trochę za ciepłej wody. I przypomniała, że szacunek do nich nie tylko ich nie narusza, ale też nie wzdycha i nie ocenia.

 

post

zmiany, chaos i uważność

Na blogu zapadła głucha cisza głównie z jednego powodu. Minęły 2 miesiące od kiedy zaczęłam pracować i nadal żyjemy w mniejszym lub większym chaosie. Rozsądna część mnie mówi mi, że to aż nadto czasu na przystosowanie się do nowych warunków. I ta sama część wpada w panikę, że w takim razie zawsze już w takim chaosie będziemy funkcjonować oraz oskarża o zupełną niewydolność i brak umiejętności godzenia wszystkiego. Codziennie rano kiedy w dzikim obłędzie próbuję ogarnąć trochę dom przed przyjściem naszej opiekunki, wyrzucam sobie, że nie zrobiłam więcej dzień wcześniej i głupio mi przed nią, przed sobą samą i moją wizją bycia idealną.

Bycie idealną mamą nigdy nie wychodziło najlepiej, ale teraz poszło w zupełną rozsypkę. Jest trudniej niż bywało i między mną a Łu pojawia się mnóstwo napięć. Padają gorzkie słowa od niej, a ja pokrzykuje od czasu do czasu. Są momenty, że wszystko musi być na opak. Niby to wielka chęć, żeby pójść na spacer, a mierzymy się z godziną płaczu, bo zostały nam do ubrania tylko “brzydkie spodnie”. Pod górę jest ze wszystkim. Posikiwanie, nocne pobudki, opór do jedzenia, jeszcze większe problemy z zasypianiem niż bywało, choć przecież mamy narzucony stały rytm. Na zmianę bierze mnie złość, zwątpienie czy na pewno tędy droga przy wychowaniu, albo poczucie winy, że nie daję rady.

Ile czasu trwa nauczenie się nowego? Wyrobienie odpowiedniego rytmu? Wydaje mi się nagle niebywale dziwne, że to nas, wielkich odkrywców nieznanego, śpiących pod namiotami, wchodzących w góry i rzucających się na robienie domowej szynki dojrzewającej, przezwycięża zwykła rzeczywistość. Że ta sama dziewczynka, która z taką łatwością, entuzjazmem i elastycznością poznaje nowe i wkracza w przygody, z takim trudem przyjmuje tę zmianę.

Kiedy jednak zaglądam głęboko w siebie, widzę że im wciąż brak wielu rzeczy, które były. Naszej porannej przestrzeni na wylegiwanie się przy bajce i jedzenia śniadania w łóżku. Możliwości poświęcenia całego dnia na spokojne sprzątanie tańcząc przy Brodce, która jest ulubioną muzyką Łu. Spacerów. Pozwolenia sobie na dzień, w którym nie robimy zupełnie nic konstruktywnego, ale taki w którym babramy się w ziemi przesadzając kwiatki. 

Taka chwila szczerości przed sobą sprawia czasem, że czuję się trochę głupia, bo jeszcze niedawno tak pragnęłam zmiany i bo udał nam się naprawdę dobry kompromis. Pozwalam jednak przyjść tym emocjom bez ocenia ich i wtedy łatwiej mi spojrzeć na moje dziecko. Dostrzec w tych różnych trudnych zachowaniach też jej tęsknotę za tym, co było. Za codziennym luzem i elastycznością, którą straciłyśmy. Za powolnymi porankami. Za spacerami bez limitu nadchodzącego wieczora. Za nieustannym byciem razem i bliskością.

Gdzieś w głębi jej absurdalnych zachowań widzę trochę wołania o bliskość, o powolność. W skomplikowanej procedurze mycia-głowy-bez-wrzasku, w zjedzeniu zupy tylko przy zabawie w zębistą jaskinię i mega olbrzyma, w półgodzinnym wybieraniu ubrań. Codzienne tworzenie sytuacji pod górę, a może – dawania szansy z serii wykaż się mamo, daj mi swoją troskę, swoja uważność, pokaż na co cię stać. I kiedy tak myślę łatwiej mi iść do przodu z nadzieją, że jeszcze kiedyś każdy z nas znajdzie odpowiednią ilość czasu i przestrzeni na swoje własne potrzeby i na wspólne bycie w tym nowym (na razie) chaosie.

Póki co jedynym lekarstwem na chroniczny brak czasu i niewyrabianie jest uważność. Troskliwe bycie ze sobą, kiedy wreszcie mamy szansę być w kontakcie. Ale też troskliwe bycie dla samej siebie, znalezienie czasu na wzięcie kąpieli w soli, nałożenie maseczki i chwilę nie planowania, nie oceniania, zwykłego oddychania. 

Gdzieś tam dziś, myśląc o tym wszystkim trafiłam na tekst, który chwycił mnie za serce – podobną sytuacją i podobnym odczuwaniem, więc jeśli jakimś cudem nie znacie tego bloga, o podobnej nazwie podlinkowuję.

 

post

czas zmian

Ostatnie tygodnie to dość trudny czas dla naszej rodziny, w związku z tym, że zaczęłam pracę. Co prawda pracuję z domu i nie potrzebuję na to 8 godzin dziennie, ale to też niesie ze sobą pewne niedogodności.

W takim czasie łatwo o konflikty w rodzinie. Nie jest łatwo przeformułowywać nasze dotychczasowe przyzwyczajanie, a każde z naszej trójki musi to zrobić. Nie wiem czy da się bezboleśnie przejść przez takie momenty. Większość sygnałów, które widzę i słyszę w tej sytuacji mówią mi, że nie. Płyną z mojego ciała, domu, który nie jest tak uprzątnięty, jakby chciała, a przede wszystkim od mojej córki.

Poniżej parę luźnych myśli, o tym co nam pomaga w przechodzeniu przez czas zmian.

Świadomość przygody

W “Srebrnym Krześle” Lewis pisał, że przygody zawsze fajnie wyglądają z perspektywy opowieści i osiągnięć. Mniej przyjemne są, kiedy pada ci właśnie na głowę lodowaty śnieg i nie kąpałeś od dwóch tygodni.

Weszłam w ten nowy czas z silnym pragnieniem nowości i zmiany. Więc choć bywają dni, w których nie mam siły się kąpać, to staram się myśleć o tym, jako o przygodzie i mojej drodze dokądś (bo na pewno obecna praca nie jest tym, co chce robić już zawsze).

Szczere rozmowy

Jestem zdumiona szczerością i otwartością Łucji w tej sytuacji, która często wyraża wprost swoje emocje – nie chcę, żebyś pracowała, wolałabym być z Tobą, miałaś dla mnie za mało czasu. Czasem potrafi ująć do dojrzale i długo rozmawiamy. Kiedy indziej muszę mierzyć się z jej rozczarowaniem i gniewem.

Chwilowe zmiany w rutynie

Przez pierwszy miesiąc Łucja tak dotkliwie odczuwała niedobór czasu z mamą, że zaczęła znowu z nami spać. Mogliśmy się denerwować, że tak łatwo znika coś z trudem jednak wypracowanego, że to cofanie się w rozwoju, albo po prostu przyjąć, że ma teraz taką potrzebę. Zrobiliśmy to drugie i właśnie powoli wraca do swojego łóżka.

Wyrozumiałość dla samej siebie

Są dni, że okazuje się, że zwyczajnie nie mam sił ogarnąć wiele więcej niż absolutne minimum. Wysyłam teksty, ogarniam Łucję, wieszam pranie i kończą mi się zasoby energii, bo za wiele robiłam w poprzednie dni. Łatwo mi wtedy wskoczyć w spiralę wstydu czy oskarżania się, że obiad, że bałagan, że powinno być inaczej. Z drugiej strony mierząc się ostatnio z różnymi dolegliwościami zdrowotnymi, wiem że muszę bardziej na siebie uważać. I być bardziej wyrozumiała.

Intensywne, wspólne wykorzystywanie czasu wolnego

Kiedy spędzam z Łucją mniej czasu, czuję jak szybko mijają nam tygodnie. Dni nie dłużą się już niemiłosiernie i często pod koniec dnia mam niedosyt chwil z córką. Po 5 godzinach z opiekunką ona potrzebuje trochę czasu dla siebie i czasem kończy się tak, że mam wrażenie, że nie było między nami większej interakcji. Niezależnie do zmęczenia próbuję z nią wieczorami pograć albo poukładać. I z jeszcze większym zaangażowaniem planujemy ciekawy, rodzinny czas weekendowy. Że być ze sobą jak najwięcej, gdy czasu jest mniej.

Świadomość przekraczania własnych barier

Parę tygodni temu dzień, w którym musiałabym poradzić sobie z dzieckiem i napisać jeden tekst interpretowałabym jako trudny. Dzisiaj potrafię napisać 4 dość specjalistyczne artykuły w ciągu dnia, kiedy nie mam nikogo do pomocy nie umierając ze zmęczenia na jego koniec. Czuję, że się uczę i rozwijam, co o wiele bardziej mnie motywuje do tych trudnych zmian niż perspektywa wypłaty.

Nowy podział obowiązków

Dotychczas mieliśmy o wiele bardziej “szowinistyczny” układ w rodzinie. Trudno, żeby ten kto pracuje cały dzień wykonywał obowiązki domowe na równi z tym, kto jednak większość dnia jest w domu (tak, wiem, że wychowanie dziecka to też praca). Teraz przeformułowujemy powoli to podejście i tacie siłą rzeczy też się dostaje więcej zajęć w domu podczas tygodnia.

Świadomość, że moje dziecko rozwija się też beze mnie

Na przedszkole w tym roku chyba nie mamy, co liczyć, czego ja żałuję, bo chciałabym, że Łucja miała więcej kontaktu z innymi dziećmi. Zamiast tego mamy opiekunkę, która przynosi ze sobą codziennie wiele pomysłów na kreatywne spędzenia czasu. Wiem też, że pokazuje mojemu dziecko świat w trochę odmienny sposób niż ja, inaczej odpowiada na jej pytania i potrafi wzmacniać inne umiejętności. I bardzo mnie to cieszy, że w trakcie, kiedy ja zaliczam swój mniejszy czy większy „rozwój”, Łucja także poznaje nowy świat.

Dziękuję, proszę i uważność.

Podejście moglibyśmy mieć różne do tej sytuacji. Ja powinna uważać, że jest oczywistym, że teraz Bartek bierze o wiele większy udział w obowiązkach domowych, a on że skoro przychodzi ktoś do Łucji, to powinna mieć czas na jeszcze lepsze ich wykonywanie. Moim zdaniem takie myśli nie przynoszą nic dobrego i prowadzą do konfliktów. Lepiej jest skupić się na tym, co dzieje się w danej chwili.

Myślę o tym, jakie są moje potrzeby, słucham swojego ciała, kiedy mówi mi, że brak mi sił i nie boję się prosić o pomóc. Proszę nie dlatego, że mój mąż wyświadcza mi łaskę. Proszę dlatego, że to grzeczne (tak jak proszę o podanie soli kogoś na drugim końcu stołu). I jestem wdzięczna – nie dlatego, że uważam, że robi więcej niż powinien. Dlatego, że doceniam każdy wysiłek wkładany w to, żeby nasza rodzina dobrze funkcjonowała, nawet jeśli jest malutki i jest to schowanie zupy do lodówki, o czym ja zapominałam. Dziękuję za to.

Proszę i dziękuję, bo patrzę na nas, jak na ludzi, którzy mają swoje potrzeby, mogą być zmęczeni, sfrustrowani czy zagubieni, którzy uczą się nowych rzeczy i muszę przełamywać. Robię to, bo przyglądam się Bartkowi i wiem, kiedy zmywa albo usypia poza swoją kolejnością, choć wolałaby z pewnością oglądać samochody ma motto allegro. Dziękuję, bo widzę w tym miłość wyrażaną w trudnym czasie zmian. I mówiąc dziękuję reaguję uważnością, na jego uważność.

post

spotkanie z nieprzewidywalnym, czyli co jest najważniejsze na biwaku z dzieckiem?

Wycieczki i wyjazdy pod namiot nieodłącznie wiążą się z przygodami, a przygody – z dużą dozą nieprzewidywalności. Jeśli połączy się z to z dziećmi, szczególnie takimi jak Łucja, to możemy być pewni, że nasze wycieczki i biwaki będzie cechowała nieprzewidywalność podniesiona do kwadratu 🙂

Zabranie najpotrzebniejszych rzeczy jest bardzo istotne, ale w obliczu wszystkiego, co potencjalnie może nas spotkać, może się okazać, że nasze pieczołowicie przygotowywane zasoby są niewystarczające. Podobnie jest z dokładnym planowaniem wyjazdu – napotkane sytuacje mogą nas zupełnie zaskoczyć. Dlatego uważam, że podczas wycieczek i biwaków najważniejsze są elastyczność, kreatywność i odrobina pomysłowości oraz dobry humor. Oto kilka sytuacji, które nie są nam obce:

Złe miejsce

Przyjeżdżacie na wcześniej upatrzone i starannie zaplanowane miejsce. I guzik. Brzydko. Brudno. Bezpośrednio przy drodze (choć to na ogół można wykluczyć przy użyciu Google Street View). Ktoś już tam jest – i to ktoś z kim raczej nie chcesz przebywać w towarzystwie dzieci – na przykład grupa młodzieży, która już o 17 ma mocno w czubie.

Powodów może być wiele, ważne co robić dalej. Możecie tam zostać i się męczyć. Albo wrócić do domu, znosząc nawzajem swoje rozczarowanie i złe humory. Albo… szybko znaleźć inne miejsce. Może to wymagać przejechania kilku kilometrów w poszukiwaniu zasięgu i więcej niż kilku na nowe miejsce, ale na pewno jest najlepszą opcją w tym przypadku.

Brzydka pogoda

Niby możemy korzystać z prognoz pogody. I niby korzystamy, ale  to wcale nie wyklucza przykrych niespodzianek. Ja polecam Mapy Meteo, bo bardzo dobrze sprawdzają się przy lokalizacjach leżących dalej od większych miast i pomagają zobaczyć czy jakaś zbłąkana, uporczywa chmurka nie będzie krążyć nad wybranym przez nas miejscem. Prognozy pogody nigdy jednak nie działają w 100%.

Nie dalej jak w czerwcu pojechaliśmy pod namiot i powitała nas upiornie zimna mżawka i 9 stopni Celsujsza o 18. Siedzenie przy ognisku przez pół wieczoru i noc w namiocie z dzieckiem były zdecydowanie złym pomysłem w tej sytuacji, więc znaleźliśmy na szybko jakiś nocleg.

Ale jeśli temperatura jest w miarę sprzyjająca, nie ma bardzo silnego wiatru ani koszmarnej ulewy pomysłów na zabawy w delikatnym deszczu i namiocie jest wiele.

“Nie chcę tego jeść”

Kiełbaski i ziemniaki z ogniska są smakiem mojego dzieciństwa i nie do końca rozumiem, że ktoś może nie chcieć ich jeść (mimo okresu wegetariańskiego w moim życiu, w którym i tak zawsze miałam ochotę na kiełbaskę z ogniska). No więc eureka – dzieci nie zawsze chcą. Podobnie z jedzeniem z kociołka.

A Ty jesteś na jakimś głębokim zadupiu, 20 km przez las od najbliższego sklepu. . I tutaj elastyczność działa na dwa sposoby. Po pierwsze trzeba mieć coś innego do jedzenia. Po drugie pozwolić sobie na to, żeby dziecko przez dzień czy dwa żyło na bułkach, słodyczach i owocach. Pocieszające jest to, że z każdym kolejnym wyjazdem Łucja coraz chętniej korzysta z biwakowych przysmaków (ostatnio zupę zrobioną ziemniaków, cebuli i kiełbasy), a my coraz lepiej wiemy, co zabrać jako opcję awaryjną.

“Boję się/ nudzi mi się”

Siedzicie już przy ognisku, jest niezwykle przyjemnie i właśnie powinno rozpocząć się odpoczywanie, gdy dziecko zaczyna marudzić. Boję się, nie chcę tu siedzieć, jest mi niewygodnie, jest za ciemno. I nie ma czemu się dziwić, bo to zupełnie nowa sytuacja, zupełnie inne warunki niż te, do których jest przyzwyczajone. U nas sprawdzały się:

wyjęcie fotelika z auta, żeby mogła siedzieć w bardziej “znajomej” przestrzeni (ze dwa razy nawet w nim usnęła)

własna podusia i ukochany Piesio

opowieści przy ognisku

szybsze udanie się spać

przytulanie

gry w zagadki

zabawa latarką

W ostatni weekend wysiedzieliśmy w trójkę do północy oglądając gwiazdy i opowiadając mniej i bardziej dziwne historie.

Braki w wyposażeniu

No i tu może być duży problem. Część rzeczy przy wystarczającej dozie kreatywności można zastąpić, ale z innymi może być trudno. Mieliśmy taką sytuację, że znajomy nie miał okrycia i materaca. Nie zrezygnowaliśmy z biwakowania, a dzielni mężczyźni survivalowo spali pod naszym zapasowym kocykiem. Nie była to najbardziej komfortowa noc w ich życiu, ale nikt nie żałował tego wyjazdu.

Atak komarów

Nad jeziorem Niesłysz rozbiliśmy się w dość zakrzaczonym miejscu i ilość komarów była niewyobrażalna. Ani płyny odstraszające komary ani dymiące dzień i noc ognisko nie pomagały. Ostatecznie przesiedzieliśmy najgorszy okres, czyli zmierzch w aucie, a namiot rozbiliśmy po zmroku. Większość soboty i niedzieli musieliśmy przesiedzieć w słońcu, co poskutkowało niezwykle mocną, jak na początek czerwca, opalenizną. Podczas spaceru przez las odganialiśmy się natomiast dużymi liśćmi.

Nagły napad zmęczenia

Źle zaplanowana trasa, delikatne zabłądzenie i to, że nie wzięłam pod uwagę aktualnego stanu zdrowia sprawiły, że mieliśmy problemy z powrotem do miejsca biwakowania. W końcu ja spędziłam bardzo przyjemny wieczór z Łucją na miejskiej plaży, podczas którego tata samotnie udał się po samochód, żeby nas odwieźć.

Zwierzęta zjadające jedzenie

Zdarzyło nam się to więcej niż raz, nawet więcej niż dwa. Także uwierzcie, jeśli śpicie w lesie i zostawicie jedzenie na wierzchu to jest prawie pewne, że was też spotka. Dodam, że dla wyposażonych w pazurki cwaniaków szczelnie zamknięte opakowania i zawiązane worki nie są żadną przeszkodą. I chociaż fajnie się w nocy nasłuchuje i miło potem opowiada, że w nocy przyszła wydra i zjadła pozostawione pieczone jabłko, a list ukradł kiełbaski i zrobił przed namiotem kupę, to wesoło jest dopóki sprawa dotyczy tylko jabłka, a nie zaplanowanego śniadania.

Wypadki

Ugryzienia owadów, uderzenia, oparzenia, zgnieciona noga, poparzenie pokrzywą, przecięcie skóry. To wszystko może się stać. Podczas jednego wyjazdu musieliśmy Łucję nosić, bo potłukła sobie nogę (w domu przeszło jak ręką odjął). Na wypadki najlepiej pomaga dobry humor i apteczka, wiadomo przecież, że plaster jest najbardziej uniwersalnym lekiem na wszystkie dziecięce dolegliwości.

Zbędne ryzyko?

To prawda, że wycieczki i biwakowanie niosą ze sobą pewne ryzyko. Niewygód, trudności, czasem nawet realnych niebezpieczeństw. Ja uważam, że mimo to warto na nie jeździć (o tym może kiedy indziej). A nawet – że właśnie dlatego warto na nie jeździć. Myśląc o tym, jak mnie samą rozwinęły wszystkie nasze (nie zawsze miłe) przygody, jestem pewna że moja córka też czerpała z nich niezwykle wiele dla swojego rozwoju.

Kiedy nadchodzi nieprzewidywalne uratować sytuację może dobry humor i przemyślenie sytuacji. Odrobina elastyczności i kreatywności prawie zawsze pozwalała nam znaleźć wyjście z sytuacji. 🙂

post

zło w bajkach dla dzieci

Czy pamiętacie stare bajki, na których wyrastaliście? Takie przy których włosy jeżyły się na głowie i oglądało je się zasłaniając trochę oczy? Pamiętacie strach przed Buką? Albo złą czarownicą ze Śpiącej Królewny? Potężne czarne charaktery, które stanowiły prawdziwe zagrożenie dla pozytywnych bohaterów?

 

Będąc mamą często oglądam z moją córką różne bajki – starsze i nowsze. W tych nowszych obserwuję trend wykoślawiania złych postaci. Pomijając bajki dla maluchów, które zupełnie nie podejmują tematu zła i agresji, pozostaje jeszcze dość sporo takich ze złymi charakterami. Z pewnym niepokojem obserwuję, jak w obecnym świecie dzieciom przedstawia się zło. Źli bohaterowie są dzisiaj na ogół śmieszni i nieudolni, cechuje ich niski poziom inteligencji albo zupełna nieporadność. Nic dziwnego, że najczęściej pokonani zostają nie dzięki poświęceniu czy odwadze dobrych bohaterów. Upadek zła w nowych bajkach bardzo często wynika z jego nieudolności.

O tym dlaczego złagodziliśmy bajki

W latach 70. w Stanach Zjednoczonych badacze psychologii społecznej przeprowadzili serię eksperymentów nad zjawiskiem, które nazwali modelowaniem. Modelowanie jest nauką poprzez obserwację, wystarczy że dziecko patrzy na zachowania, aby je przejąć. Dlatego właśnie próby wychowywania dzieci oparte o werbalne zabranianie jakichś zachowań, które równocześnie sami przejawiamy, są skazane na porażkę. Wśród badań dotyczących modelowania szczególnie znany stał się eksperyment Alberta Bandury, w którym dzieci oglądające agresywne zachowania, następnie same je prezentowały.

Psychologowie doszli do wniosku, że aby modelowanie zaistniało muszą nastąpić określone warunki. Po pierwsze model (przejawiające dane zachowanie osoba) musi być autorytetem i zostać nagrodzony za swoje zachowanie. Po drugie obserwujący musi być skupiony na obserwacji i doświadczać emocji. Oczywiście podczas oglądania bajek drugi warunek niemal zawsze zostaje spełniony, dlatego należało wyeliminować pierwszy. Stąd aby uchronić dzieci przed modelowaniem w nich agresywnych (czy w ogóle przejawiających zło) postaw, zmieniły się też bajki. Mamy więc historie zupełnie pozbawione agresji, swoją drogą bardzo przydatne dla małych dzieci. Natomiast kiedy pojawia się zły charakter, po pierwsze nigdy nie może on ostatecznie zwyciężyć (a więc jego zachowanie nie może zostać nagrodzone), a po drugie nie może stać się autorytetem w oczach dziecka – stąd zło przybiera formy nieudolne i raczej śmieszne niż groźne.

Bajkowa utopia

Możemy wychowywać nasze dzieci w szklanej wieży – pokazując im tylko “bezpieczne” bajki, może nawet zachowując tak wysoką samokontrolę, żeby samemu nie prezentować negatywnych emocji. Wszystko to jednak do czasu. Wcześniej czy później dziecko opuści zacisze domu, może idąc do żłobka, a może dopiero do szkoły i napotka na swojej drodze różne rzeczy – również agresję i zło. A kiedy będzie się musiało się zmierzyć z ich istnieniem, nas prawdopodobnie nie będzie w okolicy, żeby je wyratować. I nagle może okazać się, że zło nie bywa jedynie nieudolne i z góry skazane na klęskę, a wręcz że może być łatwiejsze i bardziej opłacalne niż dobro. Wtedy dziecko z wykoślawioną wizją rzeczywistości wykształconą przez bajki, które oglądało, będzie w najlepszym razie zagubione. A w najgorszym może przejąć takie zachowania od swoich kolegów, przed jakimi chcieliśmy je ochronić, nie włączając mu “strasznych” bajek.

Jakie historie dla dzieci wybierać?

Przede wszystkim musimy dostosować bajki do wieku dziecka. I rzeczywiście dla malutkich dzieci, dobrze jest wybierać bajki bez przemocy. To, że w bajkach nie występuje przemoc, nie znaczy jednak, że pozbawione są moralności. Ponieważ dzisiaj mamy swobodny dostęp do o wielu więcej bajek niż kiedyś, możemy w nich  śmiało przebierać i wybrać takie, które uważamy za najlepsze. Już w bajkach dla maluchów pojawiają się problemy dotyczące zła – egoizm, złośliwość, kradzież (najczęściej w postaci brania bez pytania), nie wywiązywanie się z obietnic, wykluczanie i wyśmiewanie rówieśników. W większości z nich bohaterowie odkrywają swoje błędy dzięki empatii – widząc smutek osób, które skrzywdzili, a nie na skutek dosięgającej ich kary. W ten sposób małe dziecko uczy się empatii, funkcjonowania społecznego i różnych wartości takich jak uczciwość, altruizm, prawdomówność. Warto też pamiętać, że rozmowy o tym, co wydarzyło się w bajce, dodatkowo wzmocnią ich rozwojową rolę w życiu naszego dziecka. Jeśli chodzi o propozycje bajek dla dzieci w wieku przedszkolnym i wcześniej, to szczerze polecam “Nawet nie wiesz, jak bardzo Cię kocham” i “Witaj Franklin”.

Bajki z negatywnymi bohaterami warto wprowadzać powoli, uważając, żebyśmy w efekcie naszych starań zaznajomienia dziecka z tym, czym jest zło, nie wywołali u niego nocnych koszmarów 🙂  Żeby znaleźć bajki, w których zło przedstawione jest prawdziwie, warto sięgnąć do klasyki i trochę poczytać razem z dzieckiem. Szczerze polecam dla dzieci w wieku szkolnym “Opowieści z Narnii” C.S. Lewisa czy “Królewnę i goblin” George’a Macdonald, w których bohaterowie przeżywają niezwykle przygody i mierzą się z prawdziwym złem.

Natomiast zdecydowanie odradzam – i to dzieciom, w każdym wieku, bajki, które epatują przemocą, a równocześnie nie niosą ze sobą żadnego przekazu, takie jak choćby “Tom i Jerry”.

Na zakończenie

Oczywiście o bajkach dla dzieci, można by pisać bardzo dużo, a problem pojawiania się przemocy i zła, nie jest jedynym, którym musimy rozważyć dobierając bajkę dla naszego dziecka. Musimy pamiętać, aby dobierane przez nas bajki nie były zbyt krzykliwe i stymulujące, kiedy dziecko jest małe, oraz uważać na to, jakie przesłanie ze sobą niosą. Dla przykładu “Świnka Peppa”, oglądana i kochana przez większość maluchów, prezentuje tragiczny obraz ojca-niedorajdy, z którego śmieje się cała rodzina.

Niestety, chociaż czasem używamy bajek po to, żeby zająć dziecko, kiedy musimy coś zrobić, ważne jest, żebyśmy pilnowali czego uczą dziecko  oglądane przez nie historie. Dlatego powinniśmy oglądać z dzieckiem, albo włączać mu znane już odcinki.

post

Tata to nie Mama

Raczej banałem będzie napisanie, że udział ojców w wychowaniu dzieci przez ostatnie pół wieku bardzo wzrósł. Ich zaangażowanie jest większe już od czasu ciąży, kiedy razem z matką wszystko planują czy chodzą na szkołę rodzenia. Więcej jest też książek, poradników czy warsztatów skierowanych do ojców. Według amerykańskich badań, bycie ojcem stało się kluczową częścią obrazu siebie dla mężczyzn u prawie takiego samego odsetka osób, jak bycie matką – dla kobiet.

A mimo tego, wciąż uważa się (co widzę we własnych doświadczeniach, ale pokrywa się to z badaniami) – tata to nie samo, co mama. Ojcowie często sobie postrzegani jako ten bardziej niekompetentny i niezaradny rodzic. Pisałam już o tym, że dla części osób, bardziej logicznie jest zostawienie dziecka pod opieką babci, niż ojca. Przy tym równocześnie coraz więcej ojców deklaruje, że chciałoby większego zaufania, więcej możliwości wykazania się już od samego początku, więcej możliwości nawiązywania więzi z dzieckiem.

Ten kontrast jest dla mnie bardzo smutny, choć kierunek zmian w społeczeństwie dobrze rokuje. Ale dzisiaj, w Dzień Ojca chcę powiedzieć tyle:

Drodzy Tatusiowie, Tata to nie to samo co Mama. Tata, to wyjątkowa postać w życiu dziecka. Tata wnosi wiele z tego, czego Mama często wnieść nie może. Więc dzisiaj możecie być dumni z niezwykłej roli, jaką pełnicie w życiu waszych dzieci i z wielkiego potencjału swoich męskich cech.

 

Bo najczęściej to właśnie Tata…

– w dużej mierze kształtuje poczucie własnej wartości i asertywność u dzieci

– częściej rzuca dziecku wyzwania pomagające mu się rozwijać,
– pokazuje świat bardziej bezkompromisowo i prawdziwie, nie drżąc ze strachu o zdrowie dziecka,
– wymyśla zupełnie inne zabawy niż mama,
– zapewnia więcej przygód i sportowych rozrywek,
– zapewnia poczucie bezpieczeństwa i stabilności.

Spędźcie pięknie dzisiejszy dzień! Wszystkiego najlepszego!

post

dobro dziecka nie jest najważniejsze

A właściwie powinnam napisać, że “ogólnie pojęte dobro dziecka” nie jest najważniejsze. Od samego początku, kiedy jeszcze kobieta jest w ciąży, jest zasypywana złotymi radami, informacjami z różnych stron, badaniami. Wystarczy, że polubisz parę blogów, wyszukasz informacje o takim czy innym produkcie dla dzieci i niebawem nawet Twoja przeglądarka sama zacznie Cię zasypywać tym, co jest najlepsze. Oddechu nie dadzą złapać też rodzina i przyjaciele.

 

Koncepcji na temat tego, co jest najlepsze dla dzieci jest mnóstwo, w dodatku skrajnych. Konieczność codziennego podejmowania decyzji odnośnie tego jak będziemy wychowywać, jak karmić, jak pielęgnować, wydaje mi się być o wiele bardziej skomplikowana, niż dla mojej mamy czy babci. Bo prostu informacji (i to sprzecznych) jest więcej.

A  przecież ostatecznie – na coś trzeba się zdecydować. Jak wybrać to co jest dobre dla dziecka? Wybierając jakiś konkretny nurt wychowawczy i kierując się radami specjalistów w jego obrębie? Analizując samotnie każde poszczególne zagadnienie? Kierując się wynikami badań, opartymi na statystyce? Korzystając z doświadczenia rodziny i znajomych?  Jak to zrobić, żeby wybrać w jaki sposób skutecznie dbać o dobro swojego dziecka i nie zwariować od tych wszystkich codziennych wyborów i presji z zewnątrz?

Większość rodziców prędzej czy później zostaje uwikłanych w dyskusje odnośnie, tego, co jest dobre dla ich dziecka. Czasem mam wręcz nadzieję, że jesteśmy wciągani w wielkie wojny ideologiczne na ten temat. W tych wszystkich rozważaniach często zapomina się o dwóch rzeczach.

 

Po pierwsze nie ma czegoś takiego, jak “ogólne dobro dziecka”. O ile można powiedzieć, że są rzeczy, które zawsze są obiektywnie złe, to ciężko mówić o tym, co jest zawsze dobre dla dzieci. Dlatego nawet jeśli czerpiemy z konkretnych badań, teorii czy od mądrych osób, wciąż na wszystko, jako rodzice musi nakładać filtry i wartość bezwzględną ogólnego “dobra dzieci” przekładać na to jedno, swoje dziecko. Wiecznie się słyszy, że “dzieci są różne”. Są. Nie zapominajmy o tym i nie próbujmy arbitralnie w oparciu o badania czy teorie tworzyć jednego dobra dla wszystkich.

Po drugie – dobro dziecka nie jest czymś, co istnieje samodzielnie. Ważne jest dobro i funkcjonowanie całej rodziny. Bo można zaspokajać potrzeby dziecka według najlepszych i najzdrowszych schematów, a równocześnie tworzyć chorą rodzinę, która je unieszczęśliwia.

Można też próbując zaspokoić potrzeby dziecka, tak dalece zapominać o własnych potrzebach, żeby się zupełnie wyeksploatować.

 

Dlatego, nie, nie uważam, że dobro dziecka jest najważniejsze. Bo kiedy stawiamy je jako priorytet, paradoksalnie możemy mieć problemy z tym, żeby je zapewnić. Myślę też, że te wszystkie długie i często wrogie dyskusje, nie powinny się zaczynać i kończyć na przekonaniach, teoriach, badaniach, córce znajomego i mądrości babci. One zawsze muszą się ostatecznie odnosić do konkretnego dziecka – i konkretnej rodziny. Dlatego nie można arbitralnie mówić jak długo karmić piersią, czy używać wielorazowych pieluszek, czy i ile czasu spać z dzieckiem, kiedy wysłać je do żłobka czy przedszkola. Bo wszystko trzeba zawsze dopasować – do konkretnego dziecka i konkretnego rodzica. Rodzica, który może być już bardzo zmęczony – karmieniem, wspólnym spaniem, całodobową opieką. I rodzica, który przemęczony i nieszczęśliwy nie zapewni dziecku tego, co dobre, nawet kierując się najlepszymi wytycznymi.