post

Tata to nie Mama

Raczej banałem będzie napisanie, że udział ojców w wychowaniu dzieci przez ostatnie pół wieku bardzo wzrósł. Ich zaangażowanie jest większe już od czasu ciąży, kiedy razem z matką wszystko planują czy chodzą na szkołę rodzenia. Więcej jest też książek, poradników czy warsztatów skierowanych do ojców. Według amerykańskich badań, bycie ojcem stało się kluczową częścią obrazu siebie dla mężczyzn u prawie takiego samego odsetka osób, jak bycie matką – dla kobiet.

A mimo tego, wciąż uważa się (co widzę we własnych doświadczeniach, ale pokrywa się to z badaniami) – tata to nie samo, co mama. Ojcowie często sobie postrzegani jako ten bardziej niekompetentny i niezaradny rodzic. Pisałam już o tym, że dla części osób, bardziej logicznie jest zostawienie dziecka pod opieką babci, niż ojca. Przy tym równocześnie coraz więcej ojców deklaruje, że chciałoby większego zaufania, więcej możliwości wykazania się już od samego początku, więcej możliwości nawiązywania więzi z dzieckiem.

Ten kontrast jest dla mnie bardzo smutny, choć kierunek zmian w społeczeństwie dobrze rokuje. Ale dzisiaj, w Dzień Ojca chcę powiedzieć tyle:

Drodzy Tatusiowie, Tata to nie to samo co Mama. Tata, to wyjątkowa postać w życiu dziecka. Tata wnosi wiele z tego, czego Mama często wnieść nie może. Więc dzisiaj możecie być dumni z niezwykłej roli, jaką pełnicie w życiu waszych dzieci i z wielkiego potencjału swoich męskich cech.

 

Bo najczęściej to właśnie Tata…

– w dużej mierze kształtuje poczucie własnej wartości i asertywność u dzieci

– częściej rzuca dziecku wyzwania pomagające mu się rozwijać,
– pokazuje świat bardziej bezkompromisowo i prawdziwie, nie drżąc ze strachu o zdrowie dziecka,
– wymyśla zupełnie inne zabawy niż mama,
– zapewnia więcej przygód i sportowych rozrywek,
– zapewnia poczucie bezpieczeństwa i stabilności.

Spędźcie pięknie dzisiejszy dzień! Wszystkiego najlepszego!

post

dobro dziecka nie jest najważniejsze

A właściwie powinnam napisać, że “ogólnie pojęte dobro dziecka” nie jest najważniejsze. Od samego początku, kiedy jeszcze kobieta jest w ciąży, jest zasypywana złotymi radami, informacjami z różnych stron, badaniami. Wystarczy, że polubisz parę blogów, wyszukasz informacje o takim czy innym produkcie dla dzieci i niebawem nawet Twoja przeglądarka sama zacznie Cię zasypywać tym, co jest najlepsze. Oddechu nie dadzą złapać też rodzina i przyjaciele.

 

Koncepcji na temat tego, co jest najlepsze dla dzieci jest mnóstwo, w dodatku skrajnych. Konieczność codziennego podejmowania decyzji odnośnie tego jak będziemy wychowywać, jak karmić, jak pielęgnować, wydaje mi się być o wiele bardziej skomplikowana, niż dla mojej mamy czy babci. Bo prostu informacji (i to sprzecznych) jest więcej.

A  przecież ostatecznie – na coś trzeba się zdecydować. Jak wybrać to co jest dobre dla dziecka? Wybierając jakiś konkretny nurt wychowawczy i kierując się radami specjalistów w jego obrębie? Analizując samotnie każde poszczególne zagadnienie? Kierując się wynikami badań, opartymi na statystyce? Korzystając z doświadczenia rodziny i znajomych?  Jak to zrobić, żeby wybrać w jaki sposób skutecznie dbać o dobro swojego dziecka i nie zwariować od tych wszystkich codziennych wyborów i presji z zewnątrz?

Większość rodziców prędzej czy później zostaje uwikłanych w dyskusje odnośnie, tego, co jest dobre dla ich dziecka. Czasem mam wręcz nadzieję, że jesteśmy wciągani w wielkie wojny ideologiczne na ten temat. W tych wszystkich rozważaniach często zapomina się o dwóch rzeczach.

 

Po pierwsze nie ma czegoś takiego, jak “ogólne dobro dziecka”. O ile można powiedzieć, że są rzeczy, które zawsze są obiektywnie złe, to ciężko mówić o tym, co jest zawsze dobre dla dzieci. Dlatego nawet jeśli czerpiemy z konkretnych badań, teorii czy od mądrych osób, wciąż na wszystko, jako rodzice musi nakładać filtry i wartość bezwzględną ogólnego “dobra dzieci” przekładać na to jedno, swoje dziecko. Wiecznie się słyszy, że “dzieci są różne”. Są. Nie zapominajmy o tym i nie próbujmy arbitralnie w oparciu o badania czy teorie tworzyć jednego dobra dla wszystkich.

Po drugie – dobro dziecka nie jest czymś, co istnieje samodzielnie. Ważne jest dobro i funkcjonowanie całej rodziny. Bo można zaspokajać potrzeby dziecka według najlepszych i najzdrowszych schematów, a równocześnie tworzyć chorą rodzinę, która je unieszczęśliwia.

Można też próbując zaspokoić potrzeby dziecka, tak dalece zapominać o własnych potrzebach, żeby się zupełnie wyeksploatować.

 

Dlatego, nie, nie uważam, że dobro dziecka jest najważniejsze. Bo kiedy stawiamy je jako priorytet, paradoksalnie możemy mieć problemy z tym, żeby je zapewnić. Myślę też, że te wszystkie długie i często wrogie dyskusje, nie powinny się zaczynać i kończyć na przekonaniach, teoriach, badaniach, córce znajomego i mądrości babci. One zawsze muszą się ostatecznie odnosić do konkretnego dziecka – i konkretnej rodziny. Dlatego nie można arbitralnie mówić jak długo karmić piersią, czy używać wielorazowych pieluszek, czy i ile czasu spać z dzieckiem, kiedy wysłać je do żłobka czy przedszkola. Bo wszystko trzeba zawsze dopasować – do konkretnego dziecka i konkretnego rodzica. Rodzica, który może być już bardzo zmęczony – karmieniem, wspólnym spaniem, całodobową opieką. I rodzica, który przemęczony i nieszczęśliwy nie zapewni dziecku tego, co dobre, nawet kierując się najlepszymi wytycznymi.

post

okrucieństwo nad jeziorem

Byliśmy w ten weekend nad jeziorem. Piękna letnia pogoda – w sobotę 25 stopni, w niedzielę 30. Woda, jak to woda pod koniec maja – jeszcze lekko chłodna, około 20 stopni, ale dramatu nie ma, sama pływałam. Plaża z piaseczkiem, długo, długo płytko. Na plaży rodzice z dziećmi. Łucja od razu rozebrana zaczęła brodzić w wodzie, żadnych regulacji z mojej strony nie było. Wierzę, że moje dziecko potrafi ocenić, że jest mu za zimno. Nie raz to testowaliśmy. W zeszłym roku w grudniu była straszna afera, bo chciała się kąpać, tłumaczenia nie bardzo pomagały – zanurzenie dłoni, było wystarczającym dowodem.

No i stałyśmy się powodem strasznego zgorszenia na plaży… Bo innym dzieciom nie wolno było wchodzić do wody, albo tylko po kolana, nie moczyć spodenek i co chwilę słyszały “Wychodź już, bo się przeziębisz!”, “Nie będę za Twój antybiotyk płacić!”, “Miałeś tylko po kostki! Wychodź natychmiast i wracamy do domku, skoro się nie słuchasz”.

Sytuacja dla mnie absurdalna z wielu powodów. Gdybyśmy siedziały w lipcu na bałtyckiej plaży, gdzie trudno o tak ciepłą wodę, wszystkie dzieci by mogły się kąpać, bo to lato. Ale teraz jeszcze nie jest. Więc do wody nie wchodź.

Absurdalne też jest dla mnie wyznaczanie granicy dwóch minut spędzenia w wodzie dziesięciolatkowi. Totalny brak zaufania dla jego świadomości własnego ciała i dyktowanie dziecku, kiedy jest mu ciepło, a kiedy już zimno. Tylko jak dziecko ma mieć świadomość, jeśli rodzice całe życie twierdzą, że jest mu zimno, gdy jest mu za ciepło?

I po trzecie nie tylko absurdalne, ale wręcz moim zdaniem okrutne w stosunku do dzieci jest zabieranie ich na plażę, sadzanie na piasku w upale, a następnie rzucanie zakazu wchodzenia do wody. Dzieci nie interesuje siedzenie przez pół dnia na piasku, one do zabawy potrzebują trochę tej wody. Litości, ludzie, nie pamiętacie jak sami się bawiliście na plaży? Naprawdę? Albo jaka to radocha moczyć sobie stopy w wodzie, dotykając mokrego piasku? Serio wolicie iść potem do gabinetu terapii sensorycznej, bo dziecku mogło być zimno, albo mogło się wybrudzić i nic w ogóle nic, nie było mu wolno dotykać?

A jeśli już rzeczywiście uważasz, że taka pogoda to jeszcze za zimno na typowe plażowanie to dlaczego zabierasz tam dziecko? Dlaczego stawiasz przed nim i przed sobą taką ciężką i bezsensowną próbę wzajemnego frustrowania się? To jak iść całą rodziną do lodziarni, kiedy dziecko nie może jeść lodów i kazać mu tam siedzieć przez godzinę i patrzeć, jak wszyscy inni jedzą lody. Albo zabronić dziecku jeść słodycze i położyć przed nim cały ich kosz. Nie bądźmy okrutni. Jeśli to nie pora na kąpiel, to chodźmy do lasu, na rower albo gdziekolwiek, albo chociaż zorganizujmy zabawę na plaży, która nie wymaga moczenia się.

Na zdjęciu nasza panienka nad brzegiem, jak widać sama w wodzie 🙂

post

jeszcze chwileczkę, mamo

Trzy słowa, które potrafią zgrzać. Dosłownie zawsze, gdy trzeba już się kąpać lub spać, albo kiedy obiad stygnie na stole, usłyszysz “mamo, jeszcze chwilkę, tylko skończę czesać konika/ budować zamek/ układać układankę/ robić bałagan”. Wszystkie małe i zupełnie nieistotne rzeczy, którymi nasze dzieci akurat się zajmują.

Ale właściwie z jakiej racji uważamy, że są małe i nieistotne? Skąd przekonanie, że dla naszego dziecka są one mniej ważne niż nasze dorosłe zajęcia? I czym różnią się od naszych odpowiedzi – poczekaj chwilę zaraz obejrzę Twój rysunek/ budowlę, zaraz się pobawię czy wysłucham tylko skończę zmywać, odkurzać , pisać , rozmawiać przez telefon albo wieszać pranie?

Cały ten konflikt interesów nasuwa mi dwie myśli …

  1. Jeśli chcesz , żeby dziecko szanowało Twoje zajęcia i potrafiło poczekać pokaż mu, jak to robić.

Po prostu. Hipokryzją jest wymagane od od dziecka , żeby reagowalo natychmiast, kiedy samemu nie jesteśmy sobie w stanie na to pozwolić. Okazując cierpliwość na dziecięce “zaraz”, uczymy go czekania w sytuacjach, w których to my musimy coś zrobić. Podchodzenia z szacunkiem do planów i zajęć innych osób.

2. Weź pod uwagę, że to rysowanie jest dla dziecka równie ważne jak Twoje zmywanie dla Ciebie i daj mu czas. Innymi słowy, szanuj swoje dziecko – jego ambicje plany i to jak chce dysponować czasem.

Rozwiązanie…

Wydaje mi się, że proste rozwiązanie, które oszczędza frustracji rodzicowi i zostawia  przestrzeń dla dziecka jest tylko jedno. Skoro wiesz że twoje dziecko niemal zawsze potrzebuje jeszcze chwile, gdy coś robi … zaakceptuj to. Informuj je z wyprzedzeniem

– Za dziesięć minut idziemy do domu/ jemy obiad / idziemy spać, ok?
– Ale jeszcze chwile mamo.
– No właśnie, 10 minut tak?
– Dobra.

Często za mniej niż 10 minut, żeby Łucja była gotowa dostosować się do moich planów . Starcza jej fakt, że zostawiłam jej miejsce i dałam tę magiczna “jeszcze-chwilę”. Żeby mogła spokojnie zakończyć czynność, a nie przerywać jej w środku. Że po prostu poważnie patrzyłam na jej zajęcia, że szanowałam jej czas.

post

zaszczuci rodzicielstwem bliskości?

Na warsztatach i w paru rozmowach spotkałam się ostatnio z opiniami, że “rodzicielstwo bliskości podoba nam się , ale nie do końca”. Okazuje się, że wiele osób uważa, że jest to nurt trochę zbyt radykalny, w którym rodzic MUSI robić bardzo wiele rzeczy, ponieważ inaczej będzie złym rodzicem. A co musi?  Z całą pewnością karmić piersią do piątego roku życia, spać razem z dzieckiem – do jedenastego i  oczywiście nosić je w chuście, aż mu plecy z bólu odpadną i wyląduje u fizjoterapeuty. Do tego poświęcać się do granic możliwości, pozwalać dziecku na wszystko, równocześnie nie okazując za grosz uznania dla jego osiągnięć, bo przecież – chwalić nie wolno.

Jestem trochę zdziwiona, bo zupełnie nie tak wygląda rodzicielstwo bliskości, które ja znam. I przeraża mnie, że ktoś je w taki sposób przedstawił moim rozmówcom. Ale może po kolei… Czym w ogóle jest to słynne rodzicielstwo bliskości, jeśli nie tymi wszystkimi rzeczami, które lekko podkolorowałam powyżej?

Przywiązanie

Po pierwsze rodzicielstwo bliskości nie jest czymś wyssanym z palca, ale koncepcją, która powstała na gruncie badań naukowych nad stylami przywiązywania się dzieci do ich opiekunów. Jeśli dziecko jest wychowywane w poczuciu bliskości, przez rodziców, którzy są dla niego dostępni emocjonalnie i wrażliwi na jego potrzeby, to wykształca się między nimi bezpieczna więź, nazwana bezpiecznym stylem przywiązania. I właśnie ta więź ma  kluczowe znaczenie dla tego, jak dziecko będzie sobie radziło emocjonalnie i społecznie. A więc w znaczącym stopniu kształtuje całe jego przyszłe życie! Jakiekolwiek funkcjonowanie w przestrzeni społecznej, tworzenie stabilnych związków, radzenie sobie z trudnościami, nawet przebieg kariery zawodowej naszych dzieci w dużym stopniu zależy od tego, jak będziemy z nimi postępować w pierwszych latach ich życia. Oczywiście, jeśli coś pójdzie nie tak i u dziecka wykształci się inny niż bezpieczny wzór wchodzenia w relacje, nie jest ono z góry skazane na porażkę – nawet u dorosłych może się to zmieniać, jeśli tylko nawiążą zdrowe więzi z innymi.

Jak wykształcić bezpieczną więź z dzieckiem?

I tutaj  możecie się zdziwić, ale teorie przywiązaniowe nie serwują nam tysiąca zasad. Tak naprawdę mówią tylko o trzech podstawach:

  1. Zaspokajaniu potrzeb dziecka w atmosferze miłości i szacunku. Mówiąc o potrzebach myślimy tu jednak nie tylko o jedzeniu, higienie czy spaniu, ale również dotyku i obecności.
  2. Braniu odpowiedzialności za własny dobrostan, odnalezienia harmonii i poczucia szczęścia we własnym życiu. Równocześnie ważne jest, żeby na dziecko być wewnętrznie gotowym, bo inaczej taka harmonia jest niezwykle trudna do osiągnięcia.
  3. Ustalaniu zdrowych granic dla każdego członka rodziny i branie w tym pod uwagę punktu widzenia dziecka.

I chociaż na dalszym etapie rozważań te zasady się często rozszerza i dookreśla, rekomendując jedne rzeczy, a odradzając inne, to sam twórca pojęcia “rodzicielstwo bliskości” – William Sears, uważa, że niczego więcej restrykcyjnie trzymać się nie trzeba. Jego zdaniem, rodzic musi sam odnajdywać drogę do bliskości ze swoim z dzieckiem.

Co więcej, jeśli spojrzycie na te zasady, to zobaczycie, że odmiany rzekomego rodzicielstwa bliskości, w którym dziecko może robić co chce, a rodzic staje się przez to“zajechany” do nieprzytomności są jakimś wynaturzeniem, ponieważ pamiętają tylko o pierwszej zasadzie, zapominając o ograniczających ją dwóch pozostałych.

A co z tym całym spaniem razem, długim karmieniem, chustonoszeniem?

To  wszystko są piękne rzeczy, które pomagają budować bliskość, zresztą ich wartość również jest poparta badaniami (nad czym nie będę się jednak rozwodzić, bo powstanie strasznie długi elaborat :). Dla mnie były one naturalne i przede wszystkim praktyczne. Dopóki karmiłam, to moja córka wstawała 4-5 razy w nocy i spanie razem ratowało mnie przed chronicznym niewyspaniem. Chusta sprawdzała się, gdy nie chciała jeździć w wózku, gdy chodziliśmy na wycieczki, gdy nie chciało mi się pchać z wózkiem do tramwaju, albo wtedy, gdy drastycznie potrzebowałam odkurzyć, a mała płakała. Długie karmienie piersią ratowało nas przy dwóch jelitówkach i wyjazdach. I każda z tych rzecz przynosiła nam bardzo wiele radości. Dlatego zawsze szczerze je polecam.

Nie jest jednak tak, że są to jakieś klucze do stworzenia więzi. Bywają dzieci, które nie lubią chust i takie, które same odstawiają się szybko od piersi. I niekoniecznie musi to być związane z  tym, że rodzic robi coś źle. Są też rodzice, którym nie odpowiada spanie w jednym łóżku, albo noszenie małego wiercipięty w upale. I to też nie znaczy, że są złymi rodzicami, albo nie stworzyli (czy nie stworzą) bliskiej więzi z dzieckiem.

Jeżeli zaczniemy traktować te wskazówki jak dogmaty, to zniszczymy ich wartość. Bo jeśli będziemy na siłę wsadzali dziecko, które nie ma na to ochoty, do chusty, to zaprzeczymy całej idei – budowania bliskości, wspólnego egzystowania w szacunku. A jeśli rodzic będzie zmuszał się do karmienia czy spania, kiedy budzi to w nim skrajne negatywne uczucia, to uczucia te w końcu przeniesie na dziecko. I niewiele zostanie z wytwarzania bliskości, atmosfery miłości i bezpieczeństwa…

Sedno

Dla mnie istotą rodzicielstwa bliskości jest poważne traktowanie dziecka, które od chwili narodzin jest równoprawnym członkiem rodziny –  dostrzeganie jego potrzeb, szybkie reagowanie. Szacunek do niego, jako do drugiej ludzkiej istoty, która ma swoje pragnienia, wolę, emocje i – wypływający z tego szacunku sposób rozmawiania, a nawet ustalania reguł rodzinnych. Ale też patrzenie na siebie samą w podobny sposób, bo bez zadbania o siebie, nie będę w stanie tego stosować. Nie potrzebuję więcej żadnych zasad ani mądrości. U innych szukam już tylko wsparcia i inspiracji.

Ale jak to…?

Jeśli właśnie zastanawiasz się jak to możliwe i myślisz, że czytałeś o czymś zupełnie innym, to wydaje mi się, że może natknąłeś się na informacje w złym miejscu. Pamiętam, że moje pierwsze spotkanie z rodzicielstwem bliskości mnie nie zachwyciło. To były jakieś wyrywkowe, krótkie artykuły z problematycznymi hasłami, bez zarysowania głównego przesłania. Ale są osoby, które przekonały mnie do tego nurtu, sprawiły, że odnalazłam w nim miejsce dla naszej rodziny, a i też dużo ulgi, bo wbrew pozorom w rodzicielstwie bliskości, bardzo łatwo być… wystarczająco dobrym rodzicem.

I dlatego, nawet tym zrażonym, szczerze polecam:
Jesper Juul
Agnieszka Stein
Małgorzata Musiał

 

post

moje dziecko tak ma

U nas w domu panuje wiele dziwnych zwyczajów. Takich, na które niektórzy mogą dostać palpitacji serca, a wielu z przerażeniem pyta “Ale jak to…?!”. Zwyczaje związane ze snem, z jedzeniem, ze sprzątaniem, z tym jak przebiegają poranki. Mnóstwo drobnych rzeczy, które czasem szokują i dziwią, bo odstają. A jak coś odstaje, to zawsze znajdzie się ktoś mądry z pomocną radą jak sprawić, żeby już nie odstawało. Najczęściej tłumaczę, dlaczego to nie, dlaczego to tak i jak to w ogóle jest, że tak bezczelnie jesteśmy dziwni. Częściowo robię to z szacunku dla rozmówców, ale pewnie też trochę, bo chcę się wytłumaczyć. A właściwie powinno starczyć wszystkim – i mi też, że moje dziecko po prostu “tak ma”.

Co wolno wojewodzie…

Jakoś tak jest, że w opinii większości ludzi dorośli mają dużo większe prawa do posiadania dziwactw niż dzieci. Dorośli mogą nie móc zasnąć przy świetle albo bez kawałka czekolady, mogą zaczynać dzień równie dobrze od stania na głowie, jak od picia kawy. Wolno im nosić tylko czarne skarpetki i nigdy nie ubierać nic niebieskiego, nie lubić golfów, chodzić na bosaka i spać bez piżamy. Dorośli nie usłyszą (chyba, że od babci):

“A co jak będziesz miała męża? Jemu może przeszkadzać, że śpisz przy świetle?”
“Wiem, że mówiłaś, że nie lubisz niebieskich ubrań, ale kupiłam Ci niebieską bluzkę, może się przekonasz!”
“Przeziębisz się bez skarpetek/papci.”
“Co się tak wiercisz przed snem? Robaki masz?”
“Nic dziwnego, że nie masz siły, jak nie jesz mięsa”
“Ej, a może Ty chory jesteś, że tak nie możesz po obudzeniu nic zjeść?”

A przecież dzieciom o wiele trudniej jest panować nad emocjami i pragnieniami. Przecież z jakiegoś powodu takie czy inne rytuały sobie stworzyły. Dlaczego im nie dawać prawa do działania w sposób odbiegający od normy. Dlaczego nie mogą po prostu tak mieć?

Najgłupszy argument świata – co kiedy…

Pewnie przez ostatnia lata każdy, kto karmił dłużej niż 1.5 roku usłyszał śmieszki, że dziecko skończy jak “ten z Gry o Tron”. Nieustannie pojawiające się pytania – a co kiedy dziecko pójdzie do przedszkola? Do szkoły? A jak będzie miało pięć lat to dalej będzie ze smoczkiem biegać?

Po pierwsze to nie wiem, co wtedy. Równie dobrze gigantyczna asteroida może roznieść całą kulę ziemską i nas będzie.

Po drugie – pewne rytuały nie budzą pytań.Jak codziennie przed kąpielą dziecko ogląda odcinek ulubionej bajki na youtubie, to nikt nie pyta, co kiedy pojedziecie na wakacje i nie będzie Internetu. Jak rano musi poprzytulać się do mamy, to nikt nie martwi się o to, że ona kiedyś będzie musiała wyjechać. Każdy jeden zwyczaj niesie ze sobą zagrożenie, że kiedyś nie będzie dało się go zrealizować. Problemem nie jest dziwność rytuałów, ale to czy nauczymy dziecka elastyczności i umiejętności radzenia sobie, gdy nie wszystko idzie zgodnie z planem.

Po trzecie – pewne rzeczy przynależą do rozwoju dziecka, występują w jakimś okresie, a potem znikają. Jak trzylatek potrzebuje do zasypiania swoją ukochaną przytulankę, to nikogo głowa nie boli, że pojedzie z nim na obóz  w wieku 15 lat. Zamiast zamartwiać się na zapas czy jakieś zachowanie nie zostanie dziecku zbyt długo, lepiej poczekać, aż ewidentne “zbyt długo” nastąpi.

Gdzie jest granica?

Usypianie przy kołysankach jest w porządku, ale Black Sabbath z pewnością zniszczy delikatny system nerwowy dziecka. Białego sera może nie jeść, no ale bez mleka to skąd wapń będzie miała. Spanie z rodzicami okej, ale do X roku życia. Do 8 wieczorem na dworze można latem zostać, ale jesienią to już nie. Na jakiej podstawie stawiamy takie, a nie inne granice tego, co dzieci mogą? Tego, jak funkcjonuje większość? Teorii wychowawczych, które tak często są ze sobą sprzeczne?

Bo tak naprawdę granice zwyczajów naszych dzieci powinny wyznaczać, tylko dwie rzeczy. Pierwszą jest realne zagrożenie dla dziecka. I tu znów pojawia się ten sam problem – co właściwie jest zagrożeniem, kiedy niektórzy uważają, że usypianie przy piersi szkodzi, a inni to rekomendują. Ostatecznie decydują zawsze rodzice. I uważam, że powinniśmy liczyć na naszych przyjaciół i rodzinę, że nie będą nas uważali za beztroskich bezmózgowców, którzy nie przemyśleli wcześniej czy dziwactwo dziecka mu nie szkodzi.

Drugą rzeczą, która ogranicza dopuszczalność zwyczajów jesteśmy my sami – to na co się godzimy, co nam nie przeszkadza, nie obciąża ponad miarę. Ale chodzi też o to, żeby to była nasza decyzja, nie obciążana lękiem przed opinią ludzi dookoła.

Dlaczego warto pozwalać dziecku na jego (dziwaczne) zwyczaje?

Bo to prostsze 🙂 Jest tyle rzeczy, o które codziennie musimy toczyć walkę, że szkoda to robić tam gdzie nie trzeba. Naprawdę niepotrzebne są dodatkowe napięcia w relacji i nerwy.

Ale przede wszystkim – zgadzając się na nie okazujemy dziecku szacunek, traktujemy go jak drugiego równorzędnego człowieka. Dajemy mu miejsce na jego autonomię, rozwój i tym samym wspieramy samodzielność. Tak paradoksalnie, możesz wspierać samodzielność pozwalając dwulatkowi biegać ze smoczkiem, a dziesięciolatkowi z ukochanym misiem.

Nie z łaską, nie wywracając oczy do sufitu, nie ledwo-co-tolerując, ale w pełni akceptując, że

moje dziecko tak ma

tak lubi

tak chce

post

„Nie kocham Cię mamo”

Opcjonalnie „i już nie chcę Ci więcej widzieć”. Łucja intensywnie doświadcza emocji. Czasem mam wręcz wrażenie, że w nich tonie i potrzebujemy dużo wysiłku, żeby w miarę szybko wydostała się na powierzchnię. Ostatnio moja ukochana, wypieszczona, najsłodsza istota 😉 wpadła w okres dość ostrego wyrażania się w przypadku różnicy zdań. Chodziła do swojego pokoju z płaczem, krzycząc, że już mnie nie kocha, że już nigdy mi nie wybaczy i inne podobne przyjemności.

Spodziewałam się, że kiedyś będę musiała z taką sytuacją zmierzyć, ale obstawiałam bardziej okolice nastoletniego buntu, gdy zabronimy jej wytatuować sobie całą twarz. W końcu, po trzech czy czterech takich sytuacjach i próbach zrozumienia, co się dzieje w głowie mojego dziecka i jak mu pomóc, dopiero dotarło do mnie coś, co powinno w zasadzie być oczywiste.

Tu i teraz

Ta magiczna kraina, do której wielu próbuje dotrzeć i nie potrafi, o której pisałam ostatnio tu. Niezwykła umiejętność dzieci, której tak często jej zazdrościmy, bo sprawia, że dzisiejszy obiad jest „mamo najwspanialszą ucztą, jaką jadłam”, a każda aktywność wykonywana z urzekającym zaangażowaniem. Często kojarzymy to tylko z pozytywnymi emocjami, a przecież kiedy przychodzą trudne chwile, kłótnia, złość –  to również w nich nasze dziecko zanurza się bez reszty. I w tej chwili, kiedy cały świat jest zdominowany przez złość i poczucie niezrozumienia, przez chwilę dziecko nie czuje więzi i może wykrzyczeć „Nie kocham Cię już”. A co będzie dalej, w dużej mierze już zależy od naszej reakcji.

Reakcje negatywne

Złość za złość, karanie za podważanie naszego autorytetu, budzenie poczucia winy za to, że dziecko sprawia nam przykrość – to wszystko zdecydowanie słabe rozwiązania. Ich wspólne przesłanie jest jedno – nie wyrażaj swoich negatywnych emocji, nasza bliskość może trwać tylko wówczas, kiedy jesteś w porządku wobec mnie. Nie mów o swojej złości, nie mów o swoim poczuciu opuszczenia. Jeśli za wszelką cenę nie chcesz słyszeć od swojego dziecka przykrych słów, to z powodzeniem możesz je wytresować, pomyśl tylko czym zapłacisz.

Obojętność

Zupełny brak reakcji, dobrze dobrze idź sobie popłacz, wrócisz jak zgłodniejesz, zobaczymy, co będzie jak będziesz chciał, żebym coś dla Ciebie zrobiła. W ten sposób też nie wspierasz dziecka w nauce okazywania emocji czy komunikacji. Dajesz mu raczej do zrozumienia, że to co czuje jest nieistotne. Zaznaczasz swoją przewagę czy władzę, uzależniasz miłość dziecka od jego posłuszeństwa. A chcesz przecież, żeby kochało Cię po prostu, nie za to, że dostaje od Ciebie jedzenie albo pomoc.

Być razem, gdy potrzeba przestrzeni

W takich momentach trudno być razem. Niby mówi się, że uczy się dzieci radzenia z emocjami wchodząc w nie razem z nimi, uczestnicząc we wszystkim. A tu guzik. Bo dziecko decyduje się na samotność – nie chcę Cię, idź sobie, daj mi spokój, już nigdy więcej się nie odezwę. Nie ma miejsca na bycie razem? Myślę, że jest – zaznaczyć swoją gotowość i otwartość, a w końcu zwyczajnie posłuchać… iść sobie, dać spokój. Bez focha, bez gorzkich uwag, bez słonych łez, zająć czymś innym.

„Ja też się źle czuję/złoszczę/jest mi przykro w tej sytuacji, ale dalej Cię kocham. Czy przytulić Cię? A potem? Aha, no dobrze, to dam Ci spokój, ale jakbyś chciała to mnie zawołaj.” Czasem wracam, po pięciu, dziesięciu minutach, upewniam się czy jednak nie potrzebuje. Czasem wracam cztery razy i za piątym dopiero tulę małe, drżące ciałko. Czasem słyszę zapewnienia o miłości i gorące przeprosiny, czasem tylko „byłam zła”, a czasem „Czy możemy coś porobić”.

Nowy początek

Te parę sytuacji przyniosło nam wiele, wiele dobrego. Wspaniały start do rozmawiania o trudnych emocjach, w szczególności o złości. Do rozmawiania o miłości, która trwa, nawet jeśli schowa się pod tą złością. I jak sobie z tą złością radzić, jak ją wyrażać, żeby nie krzywdzić innych. Tak, powiedziałam, że przykro mi jest słyszeć takie słowa – ale później, kiedy Łucja wróciła na zimno do któregoś z konfliktów.

Ostatnia z naszych kłótni zakończyła się tym, że wykrzyczała do mnie z pokoju: „Strasznie mnie podrażniłaś i nie chcę Cię eee TERAZ widzieć. Przyjdę, jak będę chciała.” A ja odkrzyknęłam, że bardzo dobrze, bo też się muszę uspokoić, ale potem chętnie się przytulę.

Teraz przekornie, od tygodnia czekam z ciekawością na kolejny wybuch, ale ostatnio jakoś gładko idzie nam dogadywanie się 🙂

post

jak reagujesz, gdy dziecko ponosi porażkę?

Rosnące dziecko stale się rozwija, stale się uczy i stale… ponosi porażki. O ile u najmłodszych dzieci nie postrzegamy tego w tej kategorii, bo zdajemy sobie sprawę, że żeby maluch zaczął chodzić, musi odpowiednią ilość razy klapnąć na pupę, o tyle im dziecko starsze, tym bardziej spodziewamy się, że w każdej nowej rzeczy, której będzie się uczyć takich “klapnięć na pupę” będzie coraz mniej. Im dziecko starsze tym łatwiej też zapominamy, że na naukę czegokolwiek – mówienia, rysowania, czytania, matematyki, nawet kontroli własnych emocji, dziecko potrzebuje czasu. Czasu wyznaczanego przez jego własny, wewnętrzny rytm. Brak natychmiastowych sukcesów często uważamy za porażkę. Podobnie zresztą mogą odczuwać małe dzieci, jeśli cechuje je wysoki poziom ambicji.

W zależności od tego, co sami uważamy za porażkę i jak do nich podchodzimy, podobnie będziemy reagować, gdy nasze dziecko znajduje się w takiej sytuacji. Przyjąć możemy kilka strategii, a to co zrobimy będziemy miało niebagatelny wpływ na nasze dziecko – jego motywację do dalszego rozwijania się, poziom lęku, strategie obronne w późniejszym życiu, sposób patrzenia na świat, własną samoocenę. Dlatego warto zastanowić się jak własnym zachowaniem i informacjami zwrotnymi kształtujemy kształtującą się osobowość.

“Nie wyszło? No co Ty, jest piękne!”

Pierwszym z często pojawiających się problemów jest bezbrzeżny zachwyt i sikanie ze szczęścia po nogach, nie ważne co by dziecko nie zrobiło. Choć mamy wrażenie, że dzięki temu wzmacniamy nasze dziecko i jego wiarę w siebie, to tak naprawdę kopiemy sobie dołek. Nawet małe dziecko doskonale wie, że nie wszystko w życiu jest super, piękne i wspaniałe. Zdążyło się już zorientować, że raz rysunek wychodzi mu lepiej, a raz gorzej. Jeśli, niezależnie od swoich osiągnięć, dziecko dostaje taką samą, przejaskrawioną informację zwrotną, to po pierwsze może nam przestać wierzyć oraz zwątpić w nasze zaangażowanie, a po drugie może się okazać, że będzie miało problemy ze skonfrontowaniem się z jakąkolwiek krytyką.

“Nic się nie stało.”

Zaprzeczanie sytuacji porażki. Dziecko chciało zbudować rakietę, narysować kota, ale nie wyszło. Przeżywa frustrację. A Ty przychodzisz i mówisz, że nic się nie stało? W ten sposób uczysz je zaprzeczać emocjom, których doświadcza i dewaluujesz cele, które postawiło i wysiłek, które podjęło.

“Po prostu jesteś na to za mały”

No tak, obiektywnie istnieją rzeczy, które trudno zrobić w pewnym wieku, przy pewnej masie ciała, albo wzroście. (Pisałam już o tym, między innymi tu.) Ale jest wiele rzeczy, których dziecko może się nauczyć, będąc teoretycznie “za małym”.  Taka postawa to dobra droga do zrażenia człowieka do podejmowania jakichkolwiek większych wyzwań.

“To nie Twoja wina, po prostu…”

Zaślepieni miłością, chcielibyśmy, żeby nasze dzieci nie musiały się babrać w niemiłym uczuciu, jakim jest poczucie winy, które mogłoby negatywnie wpłynąć na ich obraz siebie. Wtedy bywa, że nie chcemy mu pokazywać, co ono mogłoby zrobić lepiej. Bywa też tak, że sami mamy nierealny obraz własnego dziecka i nie chcemy przyjąć do wiadomości, że zwyczajnie “zawaliło”, albo że coś przerosło jego możliwości w danej chwili. Charakterystyczne dla takiej postawy jest przesuwanie odpowiedzialności z dziecka na czynniki zewnętrzne. Nauczyciel się uwziął albo robi za trudne sprawdziany. Rower jest za ciężki, za lekki, za zły. Kredki źle się w ręce trzymają, a inne malują zbyt słabymi kolorami. To prawda,zdarzają się sytuacje, gdy jesteśmy skazani na porażkę przez czynniki zewnętrzne, na które nie możemy mieć wpływu – i kiedy już są, warto pokazywać to dziecku. Życie według mitu, że “wszystko mi się uda, jak się będę bardzo starał” też przecież nie jest zdrowe. Ale ciągłe zwalanie winy na sytuację zewnętrzną, byleby tylko odciążyć dziecko (lub samemu się z czymś nie konfrontować) jest fatalne.

Po pierwsze uczymy dziecko postawy braku odpowiedzialności, nie ważne jak potoczy się sytuacja, to nigdy nie jest jego wina. Tym samym traci ono szansę na wyciąganie wniosków, szukanie kreatywnych rozwiązań, samodoskonalenie się. Ale jest jeszcze gorzej – długofalowo pozbawiamy naszego dziecka poczucia sprawczości i jakiejkolwiek motywacji do działania, bo przecież nic nie zależy od niego. Wspieramy rozwój osobowości w kierunku laleczki miotanej wiatrami losu. Dodatkowo, paradoksalnie, chcąc nie dopuścić do powstawania poczucia winy, wprowadzamy kategorię „wina” do jego świadomości w odniesieniu do kontekstu, w którym ona w ogóle nie powinna się pojawiać. Słabo nie?

“No nie, źle to robisz! Musisz zrobić, tak i o tak!”

Najlepiej wypowiedziane zanim dziecko jeszcze skończyło i najlepiej wyrwać mu tę kredkę czy kluskę śląską z dłoni, i zrobić za nie. Efekt murowany, że dziecko nic nie będzie potrafiło w życiu zrobić bez silnego przywódcy, który mu zademonstruje i wyda konkretne polecenia. O utracie motywacji do działania nie wspominając. Dobry pomysł jeśli chcesz, żeby jako dorosły utknął na całe życie na średnim szczeblu w korporacji, zły jeśli zależy Ci, żeby kiedykolwiek przetkał rurę od odkurzacza nie dzwoniąc przy tym trzy razy do Ciebie.

“Przyznaj się co źle zrobiłeś?”

Albo jeszcze gorzej – wyliczenie dziecku jego błędów. Ma być konstruktywna krytyka, ale niestety zostaje tylko druga połowa tego pięknego założenia… Wrzucamy w dziecku na głowę zbyt wiele na raz, rozliczamy go, wpędzamy w poczucie winy, obniżamy poczucie wartości – jednym słowem wdeptujemy w ziemię.

 

Dobre intencje

Przebiegam jeszcze raz wzrokiem przez tą wielką wystawę wstydu i hańby, którą dla Was stworzyłam i myślę sobie, że za każdą postawą, kryją się dobre intencje. Chęć, żeby dziecko dobrze sobie radziło w życiu, albo dobrze czuło ze samym sobą. I to są wszystko naprawdę piękne założenia, które powinny nam towarzyszyć. Szkoda tylko, że w tak koślawy sposób je realizujemy. Tymczasem każdą z tych postaw wystarczy trochę zmodyfikować, uzbroić się w artylerię zdrowej i pełnej miłości komunikacji, żeby móc je dobrze wykorzystywać. I o tym napiszę jeszcze osobno następnym razem.

 

Porażki rodzica w pomocy dziecku…

Teraz łapiesz się na tym, że trzy dni temu właśnie tak zdarzyło Ci się mówić do swojego dziecka. Jaki jest Twój pierwszy odruch w myślach? Druzgoczące poczucie winy, że nie jesteś dobrym rodzicem? Myśl, że to nie ma przecież żadnego znaczenia? Usprawiedliwiające poklepywanie się po ramieniu – byłam taka zmęczona? Myśl, że to Twoje pierwsze dziecko i nie mogłaś jeszcze wszystkiego wiedzieć? Coś Ci to przypomina? To może być cenna wskazówka w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie do kształtowania jakich postaw masz tendencje.

 

 

Na koniec jeszcze taka uwaga – kształtowanie trwałych postaw nie odbywa się w sekundę i pod wpływem jednego epizodu (chyba, że mówimy o traumach). Jeśli zdarza Ci się od czasu do czasu popełnić błąd, użyć nie takich słów lub sposobów to naprawdę nie musisz się teraz zamartwiać, że skrzywiłeś dziecko na całe życie 😉  Najgorsze jest stałe i kurczowe trzymanie się jakiegoś szkodliwego schematu działania.

 

post

jak się chronić przed smogiem?

Powietrze w większości Polski śmierdzi i to nie tylko w dużych miastach. Wystarczy spojrzeć na mapki zanieczyszczeń. Albo na facebooka, na którym zaczyna panować coraz bardziej uzasadniona panika. Smog jest niezwykle szkodliwy, szczególnie dla zdrowia dzieci, u których może wywoływać choroby dróg oddechowych włącznie z astmą i osób starszych, szczególnie z chorobami serca. Wszyscy czekamy na odgórne, systemowe rozwiązania, ale zanim zaczną one działać (jeśli zaczną  być w ogóle wprowadzane w jakiejś sensownej formie) minie trochę czasu zanim to potrwa. Tymczasem fatalnym powietrzem oddychamy już dzisiaj, dlatego parę rad, jak choć trochę ochronić się przed smogiem.

 

Przeprowadź się nad morze albo wschód Polski

Nie da rady? No my niestety też nie możemy. Byłby to jednak najskuteczniejszy sposób zapewnienia sobie dostępu do czystego powietrza.

Monitoruj stan powietrza

Najłatwiej chyba zainstalować aplikację w telefonie, których teraz jest od groma. Trudno mi powiedzieć, która jest najlepsza, więc po prostu wybrałam darmową, przejrzystą i łatwą w obsłudze. Sprawdzaj stan powietrza, żeby wiedzieć czy trzeba reagować.

Ruch to zdrowie, a w wywietrzonym pokoju śpi się lepiej?

Tak… Przy czystym powietrzu. Dziś we Wrocławiu ładny dzień, świeci słońce, o smogu przypomina tylko delikatne zamglenie. Łucja przebiera nóżkami – “Mamo, jest piękny dzień. Idziemy na spacer?” Nie idziemy. Normy pyłu 2.5 przekroczone parokrotnie, to bardzo złe powietrze, na którym powinno się przebywać tylko w razie konieczności. Od paru dni nie wietrzyliśmy też mieszkania przed snem. Czekamy na odrobinę wiatru…

Oczyszczacz powietrza

Są łatwo dostępne i można je kupić, postawić w pokoju, oczyści i często też nawilży powietrze. Niestety swoje też kosztuje, ale jeśli Twoje dziecko ma problemy z układem oddechowym to sprawa jest bezwzględnie warta rozważenia!

 

Domowe sposoby na poprawienie stanu powietrza w domu

 

Odkurzanie z użyciem odkurzacza z dobrym filtrem.

Pewnie już natknęliście się na eksperymenty w których oceniano stan powietrza wciągając je do odkurzacza. Porządny filtr w odkurzaczu wyłapie chociaż część zanieczyszczeń, dlatego w czasie smogu często odkurzaj.

Częste wycieranie kurzy.

Koniecznie na mokro. Pyły osiadają i można je zetrzeć, tak żeby nie unosiły się po mieszkaniu, do czego mają tendencje szczególnie wtedy, kiedy Twoje dziecko szaleje i w wdycha większą ilość powietrza.

Rośliny.

Jest co najmniej kilka roślin, które warto mieć w domu ze względu na to, że oczyszczają powietrze. Dodatkowo oczywiście produkują one tlen, co bardzo przydatne, jeśli przez parę dni nie wietrzymy domu. Do roślin oczyszczających powietrze należą: paprocie, fikus beniamina, zielistka Sternberga, bluszcze, skrzydłokwiat czy dracena. Jest więc w czym wybierać. W sypialni warto ustawić aloes, który nie tylko oczyszcza powietrze, ale też je nawilża, a ponadto produkuje on tlen nawet podczas nocy. Tlen w nocy produkują również skrzydłokwiat i storczyk.

Dieta

 

Duża ilość płynów.

Podczas oddychania zanieczyszczonym powietrzem ważne jest stałe nawilżanie śluzówek, dzięki czemu będą one w stanie skuteczniej oczyszczać powietrze wędrujące do płuc.

Macierzanka.

Macierzanka to bardzo smaczne i bezpieczne zioło, które można podawać w formie herbatki nawet małym dzieciom. Pomaga ono w oczyszczaniu dróg oddechowych oraz odkaża błony śluzowe. W czasie wysokiego zanieczyszczenia powietrza warto ją popijać.

Przeciwutleniacze.

Ważna broń w walce ze skutkami smogu w naszym organizmie. Wzbogać dietę o warzywa i owoce zawierające duże ilości przeciwutleniaczy, takie jak – owoce jagodowe (jagody, żurawina, borówka, jeżyny truskawki), aronia, czarny bez, granat, kapustne na czele z czerwoną kapustą, brokułem i jarmużem, kiełki, karczochy, szparagi.

 

Nie dokładaj do smogowego kotła!

 

Na koniec przypominam, nie pogarszajmy sami sytuacji. Sami wiecie – nie palcie śmieci, kupcie porządny piec, sadźcie rośliny i korzystajcie z transportu publicznego, gdy jedziecie sami i nie utrudnia wam to znacznie życia. Myśląc o swoim dziecku… chyba warto.

 

post

Mamo, nie (z)wariuj przed świętami

Wczoraj z rozbawieniem dokonałam w głowie pewnych porównań. Jak wyglądały pierniki, które lukrowałam sama, a jak te które lukruję z Łucją? Jak opakowane prezenty? Ile bałaganu powstawało przy tych czynnościach zanim mi pomagała? O ile krócej to wszystko trwało, kiedy trwało, kiedy nie musiałyśmy trzy razy rozwałkowywać jednego kawałka ciasta, bo Łucja zrobiła pięć kształtów w jednym miejscu? A sprzątanie…. szkoda nawet o tym wspominać… (“Mamo, a co to? Mogę sobie wziąć? Oooo mamooo, to nie jest miejsce dinozaurów, one muszą być na parapecie!”)

Całość, przy ograniczeniu czasowym, licznych obowiązkach i własnych wizjach doskonałych Świąt  grozi katastrofą. Możesz na przykład  zostać sfrustrowaną jędzowatą tyranką  już na  tydzień przed Świętami i uspokoić się dopiero po podaniu barszczu (albo i nie). Albo po prostu zasuwać z motorkiem w tyłku, eksploatując się do granic możliwości i zasnąć z twarzą w rzeczonym barszczu, a najpóźniej tuż po podaniu ciasta. Albo zwyczajnie być nie dość zadowolona z efektów, które pomogły Ci osiągnąć Twoje dzieci (pierniczki brzydkie, prezenty brzydkie, choinka brzydka, a dziecięcy pokój sprzątnięty techniką upychania pod łóżkiem 🙂 ). Tak czy siak, nie jest to chyba idealna wizja świąt. Choć chyba nie rzadka, patrząc na wypowiedzi różnych mam, o tym, jak one świąt nie cierpią, ile to przygotowań, męczarnie, a potem na koniec i tak nikt nie docenia.

 

Odpuszczanie

Jedną z rzeczy, którą moim zdaniem najlepiej uczy nas rodzicielstwo jest pozbywanie się nadmiarów perfekcjonizmu. Jeśli nie masz siły, chęci, trudno, znajdź to czego wcale nie musisz robić. Świat się nie zawali, jak będzie jedna potrawa, albo ciasto mniej, a ta szafa z kurtkami w przedpokoju nie zostanie posprzątana. U nas priorytetem jest to na czym nam najbardziej zależy, albo przy sprzątaniu, to co najbardziej by mnie denerwowało, gdybym tego nie sprzątnęła. Jak te najważniejsze rzeczy nie wiszą już nad głową też jest jakoś łatwiej i spokojniej, zabrać się za inne. Rozwiązań jest dużo, można zamówić część jedzenia, można nawet wyjechać na święta, nie musimy się sztywno trzymać przecież tradycji trwającej od prababki. 🙂

Pomoc

Przyjmuj pomoc. Mało, proś o pomoc. Ja mam zawsze w głowie tą klasyczną wizję, kiedy żona przed świętami szaleje, a mąż magicznym sposobem znika z domu – kupienie choinki nagle trwa trzy godziny. Nic dziwnego, że ona szaleje, jak wszystko musi sama, ani że on znika, jak ona szaleje. A im bardziej jedno, tym bardziej drugie 🙂 Zamiast tego… poproś o pomoc odpowiednio wcześnie, ustalcie, co kto może robić. Tak samo z dziećmi, jeśli są już dość duże.

Ale jak to? Dlaczego prosić? Oni powinni pomagać, sami z siebie się angażować, co ja im łaskę robię? Przecież święta dla wszystkich! Czemu niby…?

Ano, temu, że jesteś koorydnatorką Świąt, tylko Ty jedna wiesz wszystko co trzeba jeszcze zrobić, dokupić, przygotować. Tak jak tylko Ty potrafisz znaleźć w domu obcinacz do paznokci… i tego małego lwa, co wypadł z kinder-niespodzianki pół roku temu. Więc pogódź się z tym w końcu, nie mamrotaj pod nosem, że wszystko musisz sama i poproś o pomoc. (Uwaga prawdopodobnie wykonanie oddelegowanych czynności, może Cię nie w pełni zadowolić, wtedy patrz punkt powyżej 🙂 ).

Wyznacz sobie granice w pracy

Broń Boże, żadnego pieczenia ciastek o 1 w nocy. Ani sprzątania w szufladach do nocy, bo czas się kończy. Chyba, że rzeczywiście planujesz zasnąć z głową w barszczu 🙂

Ułatw sobie z prezentami

My w tym roku mamy połowę prezentów już zapakowanych i … kupionych przez Internet. Zero łażenia po centrach handlowych w tłoku, przy upiornych dźwiękach Last Christmas, bez najmniejszego pomysłu, co kupić, żeby w efekcie skończyć z czymś, co nas nie do końca przekonuje, za to zapłaciliśmy więcej niż chcieliśmy. Wybrałam leżąc w łóżeczku, kurier przywiózł i spokój. A radości… naprawdę tyle samo 🙂

Dobre planowanie

Mamy przecież cały ten smętny, brzydki grudzień, żeby sobie spokojnie rozłożyć różne czynności. Więc nie zostawiaj wszystkiego na ostatnią chwilę i zaplanuj, co i kiedy. Fajnym pomysłem jest przygotowanie razem z dziećmi kalendarza adwentowego z zadaniami na każdy dzień – tu pieczemy ciastka, tu sprzątamy w pokoju, tu robimy kartki. My nie robiłyśmy, bo bardzo cenimy sobie spontaniczność, ale od początku grudnia już twardo się przygotowujemy do świąt.

Zmiana nastawienia

Najważniejsze ze wszystkiego. Wigilia będzie kulminacyjnym momentem, ale jest jeszcze Adwent, okres przygotowań, które miały być radosne, a nie mordercze. Czas na… wspaniałą wspólną zabawę – wśród pieczenia, robienia kartek świątecznych, pakowania prezentów, nawet sprzątania. Przez cały rok organizujesz swojemu dziecku mnóstwo rozwojowych i kreatywnych zajęć, a tu nagle nic nie trzeba wymyślać. Przygotowania do świąt są same w sobie kreatywne i rozwojowe. Jeśli tylko zgodzisz się na ten brzydki łańcuch na choince i krzywo wycięte pierniki z toną lukru.

Odkrycie dziecięcej radości

Przygotowania do świąt przed Łucją wydają mi się teraz zabawą w domu, w porównaniu, z tym co dzieje się teraz. Wigilia z dzieckiem nabiera innego wymiaru. Świat pełen pisków radości podczas tych wszystkich czynności, które przebiegały w biegu. Nucenie świątecznej piosenki pod małym noskiem. Świadomość jak ona to bardzo przeżywa. To wszystko sprawia, że naprawdę czuję “magię świąt”. I do tego te wszystkie komentarze “O jejku, mamo, ale X się ucieszy z tego prezentu, wiesz?”, “Och, te ciasteczka, będą bardzo smakować mojej babci.” Myślisz jeszcze o tym? A żyjesz chwilą podczas tych przygotowań? Zagłębiasz się całą sobą w głupiutkie pierniki, czy może starasz się je zrobić, jak najszybciej myśląc jeszcze o rogalikach, serniku, pierogach i szafce z butami? Lepiej chyba po dziecięcemu.

Prawdziwe przesłanie

Niemowlaczek leżący na sianie, obok krowa, niestety nie drewniana, śmierdzi oborą. Przyszły Zbawiciel świata, człowiek, który za trzydzieści lat powie, że najważniejsze jest, żeby kochać – Boga i innych ludzi. Nie ma pierników, nie ma choinki, nie ma szafek, szuflad, karpia. Jedna z największych chwil w dziejach świata. Myślę o chwili, kiedy urodziłam moją córkę, o radości, że jesteśmy już w trójkę. I w święta, życzę Wam, żebyście zamiast przejmować się jedzeniem, porządkiem, prezentami, potrafili znaleźć choć ułamek radości, którą daje Narodzenie.

 „Albowiem Dziecię nam się narodziło,
Syn został nam dany,
na Jego barkach spoczęła władza.
Nazwano Go imieniem:
Przedziwny Doradca, Bóg Mocny,
Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju”