post

o dziecku, które skacze po kanapie

Przychodzi wieczór i dzieci zamieniają się w urządzenie z małym motorkiem, które biega po domu i skacze po kanapie – znacie to? To jedna z najczęstszych frustracji rodziców – dlaczego dziecko skacze po łóżku, dlaczego nie może się na chwilę uspokoić, ile razy mam mówić, żeby przestało?

Wieczorna eksplozja energii pojawia się bardzo często u małych dzieci, dlatego, że bywa im potrzebna (a nie ze złośliwości i niegrzeczności) i stawia styranego po całym dniu rodzica przed nie lada wyzwaniem. Nie jesteśmy w stanie zmusić dziecka, żeby się uspokoiło na żądanie i najczęściej sytuacja wygląda tak, że nawet jak wygonimy je z kanapy to pójdzie skakać na łóżko albo robić coś zupełnie innego, co też może nam nie odpowiadać. 

Potrzeba ruchu

Wszyscy ludzie, a dzieci szczególnie posiadają potrzebę ruchu, to jedna z bazowych, biologicznych potrzeb człowieka. Jest ona tak podstawowa, że dziecko będzie dążyć do jej zaspokojenia na wszelkie dostępne sposoby i jeśli potrzebuje ruchu, to nawet jeśli zabierzemy mu jeden, to szybko znajdzie sobie inny. Dlatego tak ważne jest, żeby dzieci miały zapewnioną odpowiednią dla siebie ilość aktywność fizycznej, bo inaczej potrzebę tę będą zaspokajały wieczornym szaleństwem.

Przestymulowanie i zmęczenie

Przestymulowanie jest ostatnio bardzo modnym ostatnio określeniem, w mojej opinii niesprawiedliwie często wiązanym tylko i wyłącznie z mediami i ekranami. Krótko i prosto mówiąc – przestymulowanie to zmęczenie układu nerwowego bodźcami – zarówno tymi wzrokowymi i słuchowymi, ale też nadmierną ilością towarzystwa, wysiłkiem poznawczym, przeładowaniem emocjami czy wydarzeniami w ciągu dnia. 

Część dzieci ma tak, że jak są bardzo zmęczone to na chwilę przed zaśnięciem wzrasta im napęd i drażliwość, a po chwili szaleństwa kładą się spokojnie spać i zasypiają. Bardzo często jest im to potrzebne, żeby pozbyć się napięcia.

Napięcie w ciele

Ludzie w ciągu dnia pełnego różnych aktywności, emocji, stresów, konfliktów, ale też pozytywnych doświadczeń, gromadzą w sobie napięcie. Jeżeli równocześnie nie mają na bieżąco możliwości, żeby je rozładowywać, w końcu to napięcie wybuchnie, jak tykająca bomba. Jeżeli dziecko wybiera bieganie po domu i krzyczenie czy skakanie po meblach, to nadal nie jest w moje opinii najtrudniejszy dla rodzica sposób do przyjęcia. Jeżeli nie mamy mu do zaproponowania innego sposobu, warto nie zabierać mu chociaż tego, bo to napięcie i tak znajdzie ujście i tak, może w postaci krzyków i płaczu, może w konfliktowości wynikającej z tegoż napięcia.

Lęk separacyjny

Zdarza się, że dzieciom wzrasta napięcie tuż przed zaśnięciem, nie chcą iść się umyć, nie chcą się położyć, a już w łożku niezwykle się wiercą, zmieniają poduszkę, idą siku, choć rodzic dałby sobie rękę uciąć, że już są zmęczone. Czasami dzieje się tak z lęku przed rozstaniem z rodzicem na czas nocy (lub już z myślą o poranku). W takim wypadku najbardziej pomaga dużo bliskości przed snem i zostaniem z dzieckiem w pokoju do momentu aż zaśnie (lub po prostu współspanie). 

Skąd mam wiedzieć, czemu moje dziecko wariuje wieczorami?

Jak widzicie do wieczornych eskalacji energii mogą prowadzić skrajnie różne przyczyny – zarówno zbyt mało bodźców, jak i zbyt dużo, podekscytowanie ale też strach, zmęczenie ale też niedostyt bliskości. Skąd wiedzieć, które z nich dotyczy mojego dziecka?

Najłatwiej to zauważyć obserwując czy dziecko zachowuje się na różne sposoby, w zależności od tego jak przebiega dzień. Czy inaczej jest w weekendy? Czy to zależy do tego czy pójdziemy na spacer? A może więcej takich zachowań jest, gdy jest dłużej lub krócej w przedszkolu, kiedy mamy gości? 

Drugim sposobem jest obserwacja dziecka po wprowadzeniu małych zmian w funkcjonowaniu rodziny. Jeżeli dokładam dziecku aktywności fizycznej, na przykład wydłużam spacer, a wieczorna sytuacja się jeszcze pogarsza, to może to jednak nie jest niezaspokojona potrzeba ruchu, a jednak zmęczenie? 

O to, jaki będzie wieczór, dbamy cały dzień

Żeby zadbać o trochę spokojniejszy wieczór, warto zadbać o przebieg dnia. Przede wszystkim obserwujemy dziecko szukając optymalnej dla niego ilości ruchu w ciągu dnia, ale też optymalnej ilości bodźców. Dla niektórych dzieci oznacza to 4 godziny intensywnych ruchowych zabaw, dla innych godzinę. Jednym dzieciom pomaga wyładowanie napięcia w formie ruchowym zabaw i przepychanek z rodzicem zaraz po przyjściu z przedszkola, a innym właśnie wyciszenie się i odcięcie od aktywności towarzyskich na chwilę jak wrócimy, choćby w taki sposób, że pogląda sobie chwilę bajkę, porysuje, poczyta książeczki z rodzicem. 

Jeżeli mamy takie poczucie, że dziecko potrzebuje rozładować napięcie wieczorem, warto zadbać o takie momenty w ciągu dnia, w których będziemy wspierać je w tym na bieżąco, proponując ruchowe zabawy, przepychanie się, śpiewanie, taniec, aktywność fizyczną. Tak, żeby nie rosło do poziomu wielkiej bomby, która będzie musiała wybuchnąć wieczorem. 

Jeżeli trudność dziecka związana jest z lękiem przed rozstaniem z rodzicem, to też możemy zadbać o to, żeby bliskości było więcej w ciągu dnia, tak żeby dziecko wieczorem było nią bardziej wysycone.

Do specjalisty

Pisałam to już na tym blogu milion razy, ale ponowie – jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości co do tego czy wszystko ok z zachowaniem twojego dziecka, nie potrafisz rozpoznać skąd się bierze, nie wiesz jak mu pomóc, jest ci z nim trudno, to tak można wtedy iść do specjalisty – psychologa, lekarza pierwszego kontaktu. Jeżeli coś jest na rzeczy oni pokierują Cię dalej, a jeżeli tak, to normalne, rozwojowe zachowanie, to dostaniesz spokój i empatię dla trudu, w którym jesteś

 

post

przecież czytaliśmy książeczki

Jednym z najczęstszych pytań rodziców, kiedy konsultują się w sprawie trudnej adaptacji, które otrzymuje jest “Czemu to tak ciężko idzie, przecież się przygotowywaliśmy, rozmawialiśmy jak będzie i czytaliśmy książeczki?”. No właśnie czemu? Myślę sobie o tym, że do naprawdę sporej części wydarzeń w życiu nie jesteśmy w stanie przygotować się teoretycznie. Przeczytałaś milion blogów i poradników, poszłaś na szkołę rodzenia i co dalej poród nie był łatwy? I pierwsze tygodnia bycia mamą? 

To nie znaczy, że nie warto się przygotowywać do tego, co jest przed nami i że nie warto dziecka wspierać jeszcze przed pójściem do żłobka czy przedszkola. Pewnie, że tak. Ale dobrze jest mieć świadomość tego, że nie ważne ile nie zrobimy przed, nic nie dam nam gwarancji bezproblemowej adaptacji, w której nikomu nie będzie trudno. Gdyby mogło zupełnie nie być trudno, to od sierpnia facebook nie szalałby o tym, jak można wesprzeć dziecko w adaptacji, a połowa moich konsultacji we wrześniu nie dotyczyłaby tego tematu. 

Dlaczego samo przygotowanie do adaptacji nie sprawia, że będzie łatwo?

Po pierwsze dlatego, że nikt z nas nie wie, jak to będzie. I dziecko też nie wie, jak to będzie, niezależnie od ilości przeczytanych książeczek, obejrzanych bajek i wysłuchanym historii. I że potrzebuje czasu na to, żeby odkryć, jak to będzie.

Po drugie, bo podstawą adaptacji jest to czy dziecko nawiąże relację z opiekunem, a tej relacji nie ma najczęściej jak nawiązywać, zanim rozpoczniecie proces adaptacji w w placówce. Na zbudowanie tej relacji potrzeba wspólnie spędzanego czasu i raczej trudno to magicznie przyspieszyć. 

Wreszcie dlatego, że okazuje się że życie całej rodziny się zmienia. I bardzo często wszyscy trochę za tym tęsknią. Bardzo mało jest takich małych dzieci, które gdyby im dać wybór pomaszerują do przedszkola, zamiast zostać z mamą w domu. Dlatego adaptacja do przedszkola to nie tylko czas przyzwyczajania się do nowego, ale żegnania starego. Dla dziecka i dla rodziców. I bywa, że naprawdę trochę go potrzeba, żeby się odnaleźć w nowej w rzeczywistości, opłakując się i rozstając ze starą. 

Żałoba

Czy można się cieszyć na nowe i smucić starym? Cieszyć, że wracam do pracy, ale czuć że tracę czas z dzieckiem? Cieszyć, że idę do kolegów i zabawek, ale tęsknić za rodzicem dostępnym cały czas? Tak rzadko nasze odczucia w stosunku do tego, co nas spotyka są jednorodne i nieskomplikowane. Najczęściej, że pozwolić odejść staremu, potrzebujemy przejść przez żałobę, a najłatwiej przez nią przejść w towarzystwie i pozwalając sobie na nią. 

Więc może wszystkim byłoby łatwiej w tej adaptacji, żeby zamiast się zastanawiać się czemu książeczka nie zadziałała, zastanowić się co mi, rodzicowi, to robi? Z czym się żegnam? Z czym mi trudno? Za czym będę tęsknić? I co się dzieje mojemu dziecku, że mu tak trudno? I może wtedy zrobić miejsce na ten smutek, który nas ogarnia, że nagle codziennie rano się mamy rozstawać, że zrezygnowaliśmy ze starych rytuałów, że w zasadzie całe nasze życie się wywraca właśnie do góry nogami? Zrobić miejsce na to, że to okej, że mi trudno, że dziecku jest trudno i że wszyscy po prostu potrzebujemy czasu. Czasu już w trakcie, a nie tylko przed. 

  • *ale oczywiście, gdy macie wątpliwości, warto szukać pomocy i rzeczy, które ułatwią Wam adaptację 🙂

 Image by  Jim Wellington

 

post

Więcej niż rodzice

Byliśmy na wakacjach i na maleńkiej plaży błyskawicznie poznaliśmy inne dzieci i ich rodziców. Spotkałam się przy tej wodzie z dorosłymi i zaczęliśmy rozmawiać – o temperaturze, zabawkach do pływania, wyborach szkół, żłobków, opiekunek, ile które dziecko spało w nocy. Na początku nie znaliśmy nawet swoich imion, ja byłam mamą Łucji, inni mamą i tatą Jasia czy Małgosi.

Poznaliśmy się od strony „Nie wchodź tak głęboko! Załóż czapkę! Nie jest Ci zimno? Nie, nie możemy zamienić dnia slodyczowego na dzisiaj. Nie bierz tego na rękę. Napij się trochę się wody.” Nie byliśmy jednolici, każdy rodzic stresuje się czymś innym, a na coś innego nie zwraca uwagi.

Aż nagle stało się coś takiego – dzieci posnęły przy ognisku, a rodzice wypili trochę wina i zaczęli rozmawiać. I okazało się, że oprócz bycia rodzicami, jesteśmy ciągle ludźmi. Za murem czapeczek i bidonikow z wodą, wyboru bajek czy zabawek, decyzji odnośnie słodyczy i elektroniki, każdy z nas jest sobą, jakimiś marzeniami i planami, preferencjami, zainteresowaniami i różnymi rzeczami często zawieszonymi na czas „jestem rodzicem małego dziecka”. 

Lubię być w kontakcie z innymi rodzicami, lubię wsparcie, które można z tego czerpać. Ale czasem, kiedy ta relacja opiera się wyłącznie  na „jesteśmy rodzicami”, można poczuć się w niej przerażająco samotnie. I wtedy czuję, że moje serce szuka też głębokich spotkań z drugą osoba, tym kim on jest, czego pragnie, nie tylko czy podejmuje w miarę podobne decyzje wychowawcze albo ma dzieci w podobnym wieku. 

Szukam też tego dla siebie – żeby ktoś mnie widział poza byciem mamą, poza byciem psychologiem, z tym co ja lubię, co mnie wkurza, za czym tęsknię, co nowego odkryłam  na świecie. Ale czasem mam wrażenie, że tak głęboko zakopałam się w mamowości, że sama o tym nie wiem. Dlatego od czasu do czasu zadaję sobie takie pytanie:

Kim jestem, oprócz bycia mamą?

I co będzie potem, kiedy moje dzieci będą mnie mniej potrzebować? 

 

A Ty? Kim Ty jesteś? 

 

post

Czy konsultacje online mają sens?

Utknęliśmy w domach i okazuje się, że większość usług, z których normalnie korzystaliśmy nie może się odbywać na tych samych zasadach, co dotychczas.  Kiedy proponuję moim klientom przejście na spotkania z psychologiem online, widzę często spory niepokój i dostaję mnóstwo pytań: czy konsultacja psychologiczna on-line nie jest gorsza niż na żywo, jak to się w ogóle odbywa, czy ma jakiś większy sens.

To trudne pytania, ponieważ nie każdemu wszystko pasuje, niektórzy źle się czują w internetowym kontakcie, a inni wręcz przeciwnie. Nie jest tak, że konsultacje dla rodziców on-line zaczęłam robić dopiero teraz, kiedy zmusiła mnie do tego sytuacja, bo wcześniej w tej sposób odbywało się u mnie około 10% spotkań, a to dlatego, że w wielu przypadkach takie konsultacje okazywały się mieć większy sens dla klienta.

Kiedy ludzie decydują się na spotkanie z psychologiem online?

Dzisiaj znaleźliśmy w sytuacji, gdy każdy kto potrzebuje uzyskać pomoc psychologiczną może skorzystać tylko z opcji on-line lub telefonicznej. Wcześniej na praktykę tę decydowały się osoby, które miały daleko do mojego gabinetu, nie pozwalał im na to stan zdrowia, chciały uniknąć stania w korkach, potrzebowały nietypowej pory do odbycia konsultacji albo miały w domu bardzo małe dziecko, z którym nie chciały podróżować. Powodów było naprawdę bardzo wiele i tak, konsultacje on-line były powszechną praktyką, zanim wszyscy utknęliśmy w domach.

Konsultacja z psychologiem on-line – jak to wygląda?

Konsultacja psychologiczna on-line wygląda bardzo podobnie, to znaczy – rozmawiamy.  Przed spotkaniem internetowym proszę o przelanie pieniędzy na mój numer konta i wysłanie mi dowodu wpłaty. O umówionej porze łączymy się w wybrany przez Ciebie sposób – Skype, Whats app, Messenger.

Jak przygotować się do konsultacji on-line?

Sprawdź czy działa Ci sprzęt i wiesz jak się połączyć. Znajdź sobie spokojne i wygodne miejsce. Zadbaj też o swoją prywatność, aby móc swobodnie rozmawiać. Znajdź opiekę dla dziecka, na czas, kiedy będziesz rozmawiać – nie jest dobrym pomysłem, żeby słuchało o Twoich trudnościach, ani jak o nim opowiadasz. Te dwa ostatnie punkty mogą być trochę kłopotliwe w obcej sytuacji, ja często chodzę rozmawiać do samochodu, żeby dzieci nie pukały mi do drzwi.

Czy konsultacja on-line jest gorsza niż na żywo?

Mówi się czasem, że spotkanie on-line nie daje takich samych możliwości jak spotkanie na żywo, że ciężej na przykład czytać mowę ciała, że mniej jest takiego bezpośredniego kontaktu. Na szczęście z pomocą przychodzą nam nowe kanały komunikacji i dobrej jakości połączenia wideo, na których widzimy siebie, swoje twarze, swoją mimikę, ale też dobrze słychać melodię głosu. Dlatego konsultacje online wcale nie muszą być gorsze niż to, co dzieje się na żywo, w gabinecie.

Istnieją nurty terapii, w których praca jest mocno oparta o to, co może się zadziać w przestrzeni gabinetu psychologicznego – nurty, które wykorzystują pracę z ciałem albo z konkretnymi pomocami. Dla mnie ten problem jest dużo mniejszy, ponieważ konsultacje dla rodziców, które prowadzę opierają się głównie o rozmowę, dlatego wszystko to, co działoby się na żywo, możemy zrobić online.

 

 

 

post

Psycholog i terapeuta – czym się różnią?

Psycholog i terapeuta – czy to w ogóle jakaś różnica? Wiele osób myśli, że to to samo, bo psycholog prowadzi terapię, więc jest terapeutą. Piszę ten tekst w związku z tym, że ostatnio z dużym smutkiem obserwuję, jak ludzie tworzą pozory odnośnie swojego wykształcenia, tak żeby uchodząc ze specjalistę, który może pracować z dziećmi czy doradzać rodzicom.

 

Psycholog jest osobą, która skończyła pięcioletnie studia magisterskie. Psychoterapeuta jest osobą z odpowiednim wykształceniem, która skończyła szkołę terapii. Terapeuta, no cóż… to trochę bardziej skomplikowane. Może być wykwalifikowaną osobą do udzielania pomocy, a może być osobą, którą tym terminem próbuje ukryć swoje braki w wykształceniu. 

Kim jest psycholog?

Psycholog skończył studia z psychologii. W ich trakcie miał zajęcia, które dostarczyły mu między innymi wiedzy z zakresu:

  • psychopatologii (czyli uczył się o różnych zaburzeniach);
  • psychologii rozwojowej (powinien potrafić rozpoznać, jakie zachowania mieszczą się w szeroko rozumianej normie dla danego wieku);
  • psychometrii (wie jak działają różne testy psychologiczne i jak je rozumieć);
  • statystyki (jest w stanie zrozumieć i zaanalizować badania i dane);
  • psychologii zdrowia (dobry psycholog koncentruje się na dobrostanie swojego klienta, a nie na objawach);
  • psychologii osobowości (wie, że ludzie mają różnie i że norma jest bardzo szeroka).

Dodatkowo, żeby skończyć studia psycholog odbył praktyki pod okiem kogoś doświadczonego, najczęściej w szpitalu czy poradni. Psycholog powinien też przejść terapię własną, co znacznie minimalizuje przenoszenie swoich trudności na pracę z klientami.

Psychologia, to nie jest tylko słuchanie jak gadają ludzie i mądrzenie się. Żeby zostać psychologiem, trzeba zdobyć dużo wiedzy, ale przede wszystkim świadomości, jak tą wiedzę wykorzystywać, żeby nie krzywdzić ludzi. Żeby temu zapobiec dobry psycholog regularnie poddaje się superwizji, czyli spotyka się z innym psychologiem rozmawiać o swojej pracy. 

Psychoterapeuta a terapeuta

Psychoterapeutą zostaje osoba po szkole terapii, najczęściej po studiach z psychologii, czasem po jakimś pokrewnym kierunku. To długi proces, który oprócz szkoleń wymaga ponownego przejścia własnej terapii, regularnej superwizji, wielu godzin własnej praktyki. Jeżeli ktoś jest psychoterapeutą na na swojej stronie czy wizytówce tak będzie miał napisane. Dodatkowo na jego stronie powinna znaleźć się informacja jaką szkołę terapii ukończył (np. psychodynamiczną, systemową, CBT, gestalt).

Jeżeli ktoś na swojej stronie pisze, że jest terapeutą i nie podaje wykształcenia, to wiedzcie, że coś się dzieje. Bo samo słowo terapeuta nic nie znaczy, nie świadczy o żadnym wykształceniu, ani żadnych umiejętnościach. 

Terapeuta? Ale jaki?

Wielu ludzi, którzy określają się jako terapeuci nie mają nic wspólnego z wykształceniem psychologicznych ani nie kończyli szkoły terapii. Czasem robili studia podyplomowe z jakiegoś rodzaju terapii, czasem jakiś kurs. Czasami mają nie mają wiedzy ani kwalifikacji, żeby doradzać ludziom. Bywa tak, że ktoś jest terapeutą zajęciowym albo po kursie arteterapii, albo właściwie po niczym i pisze na swojej stronie po prostu terapeuta. Zanim udasz się do niego na wizytę i mu zaufasz, zachęcam Cię żebyś sprawdzał, co pod tym magicznym terapeuta się kryje. Żebyś sprawdził na jego stronie jakie ma wykształcenie, jakie kursy ukończył, jakie ma opinie.

Może być tak, że ktoś nie skończył psychologii, ale posiada odpowiednie kompetencje, empatię i zdobył wiedzę dzięki którym naprawdę pomaga ludziom. Ale jeśli ktoś kryje się ze swoim prawdziwym wykształceniem, nie chce odpowiedzieć na pytanie jakim terapeutą właściwie jest, jakie ma doświadczenie, to ja bym się bała eksperymentować. 

Terapeuta znikąd, czyli dobry marketing

Terapeuta z facebooka, z ogromną ilością lajków. Czy jest dobrym terapeutą? Czy posiada odpowiednią wiedzę i umiejętności? Czy mówi o sobie prawdę? Widzę na facebooku ludzi, którzy mają kilkadziesiąt tysięcy polubień i nie można tego o nich powiedzieć, którzy swoją działalnością szkodzą i krzywdzą. Jeśli chcesz to sprawdzić nie szukaj opinii na facebooku, gdzie łatwo można je usunąć. Nie patrz na ilość polubień, które można kupić za pieniądze. Nie patrz na jakość obrazków i zapewnienia nieznanych fanów, że dostali pomoc. Jeśli masz wątpliwości czy prosić o poradę taką osobę, zapytaj kogoś kto zna się na tym zna i może Ci doradzić. Sprawdź dokładnie jego wykształcenie i szkolenia, które przeszedł. Sprawdź czy nie obiecuje gruszek na wierzbie i rozwiązania problemów jednym prostym sposobem. Jeżeli ktoś pisze: “Pięć sposobów, aby twoje dziecko nigdy nie pyskowało / zawsze sprzątało / zaczęło jeść / odpieluchowało się w tydzień”, to mogę Cię zapewnić, że to nie ten adres. 

Psycholog kontra terapeuta

Znam psychologów, którzy skończyli studia i których bym nie poleciła ludziom. Ukończone studia nie są przecież gwarantem jakości usług w żadnym zawodzie. Znam też ludzi, którzy nie są psychologami ani psychoterapeutami i bez wahania zachęcałabym do szukania u nich pomocy. Jednak jeżeli nie wiesz nic o danych osobach, to o wiele bezpieczniej jest wybrać osobę, która skończyła studia, superwizuje się, stale aktualizuje swoją wiedzę, a przede wszystkim nie kłamie na swój temat, żeby zarobić pieniądze.

Załączam link do tekstu na ten temat napisanego przez psycholog Anitę Janeczek-Romanowską (być-bliżej.pl) oraz do grafiki stworzonej przez psycholog Magdalenę Hadaj.

 

post

Kiedy czas przynosi poczucie winy

To było z rok temu, jak Remik był jeszcze noworodkiem i przyzwyczajaliśmy się do życia w czwórkę. Łucja przyszła do mnie rozżalona i spytała:
– Mamo czy jeszcze kiedyś zrobimy coś takiego bardzo, bardzo fajniusiego?
– Co takiego?
– Tak jak kiedyś. Że Ty będziesz pracowała na komputerze, a je będę oglądała na telefonie i będziemy leżeć razem w łóżeczku.
– Tak, tak zrobimy – mówię i dławi mnie w gardle.

Największe grzechy rodziców

Dławi mnie w gardle, bo nienawidziłam tak robić, bo myślałam, że moje dziecko na tym traci i robiłam tak tylko, gdy nie wyrobiłam się z pracą w czasie, gdy była opiekunka. My rodzice mamy mnóstwo takich momentów, które nijak nie przystają do tego co planowaliśmy, kiedy czujemy że nie jesteśmy w pełnym kontakcie, że zapychamy dziecko środkiem zastępczym, żeby zrobić coś pilnego. Włączamy bajki, żeby ugotować obiad, dajemy papier toaletowy do darcia żeby się załatwić, marchewkę do pobierania, kiedy gotujemy, pozwalamy na stworzenie krainy z poduszek na podłodze, żeby spokojnie pogadać z mężem i z mocno średnim zaangażowaniem patrzymy na to co robi dziecko. Czas, który może przynosić poczucie winy, że rodzic nie daje z siebie dość. A potem… potem dziecko przychodzi i mówi, mamo to było super gdy leżałyśmy w łóżku i oglądałam bajkę, mamo to była najlepsza zabawa właśnie wtedy, kiedy byłaś zajęta obiadem.

Równoległe spędzanie czasu

Jordan Shapiro pisze o czymś takim jak równoległe spędzanie czasu ze sobą. To jest to co robimy trochę obok siebie, ale będąc razem. Kiedy wymęczona siadasz wieczorem na kanapie obok swojego męża i każdy nurkuje w swój telefon i tylko od czasu do czasu mówicie: „O jaaa, zobacz to” albo „Nie no, co oni znowu za bzdury piszą”, „Ej przeczytałam coś ciekawego”. Takie bycie bez pełni uwagi, ale bycie razem mimo to. Coś co traktujemy jako gorsze, co piętnujemy czasem, a jednak coś co też karmi relacje, zostawiając jednocześnie przestrzeń. Dzieci to wiedzą lepiej niż my, i potrafią się tym cieszyć.

Zabawa, nie-zabawa

Różni rodzice mówili mi, że nie potrafią się bawić, że nie spędzają dość czasu z dziećmi. A potem w trakcie, kiedy gadamy okazuje się, że oni się bawią, że są razem tylko nie widzieli w ten sposób tego, co robili. Nie myśleli, że wspólne pieczenie ciasta, mycie okien i sprzątanie to może być zabawa, to może być wspólny czas. Widzę to kiedy mój roczny syn z wielką radością ładuje ze mną pranie do pralki. Przypominam sobie też ciepłe jesienne dni, kiedy układaliśmy drewno do kominka na zimę, a tata woził nas taczką w drodze po kolejne kawałki. I wiem, że takie chwile też budują więź.

Mamy tylko 24 godziny

24 godziny. Z czego część śpimy, część jemy, sprzątamy, robimy pranie, załatwiamy różne rzeczy, próbujemy złapać oddech. I niezmiernie ważne jest, żeby w nich zaplanować ten czas z dzieckiem, z partnerem, z samym sobą w którym choć przez chwilę jesteśmy tylko dla siebie. Żeby zmieścił się między tymi wszystkimi pilnymi sprawami. Żebyśmy mieli chwilę na to, żeby z pełną uważnością się zobaczyć, odpowiedzieć na swoje potrzeby, pobyć. Ale to nie jest porażka, że dużo z niego spędzimy trochę obok siebie – można być obok siebie z uważnością na siebie, dobrze się bawiąc albo tylko zerkając sobie przez ramię od czasu do czasu. Bo 24 godziny to mało. 

Zdjęcie:

 

post

Siatki centylowe i masa ciała. Ile powinno ważyć dziecko?

Prawie każdy rodzic przeżywa trudne chwile związane z masą ciała swojego dziecka, niemal zawsze uważa się, że jest ona za mała albo za duża. Większość nie jest też zadowolona z tego ile dziecko je – wystarczy powiedzieć, że to jest jeden z częstszych powodów konsultacji rodziców ze specjalistami.

Najgorsze jednak dla mnie jest to, że nawet kiedy rodzic, wychowany w takiej kulturze podejmuje w sobie ogromny wysiłek, żeby nie poddawać się ogólno panującej panice dotyczącej masy ciała swojego dziecka, to i tak go postraszą. Że dziadkowie zawsze bardzo przeżywają temat to wiadomo. Ale gorzej jak przychodzi się do lekarza i słyszy się, że dziecko jest za chude, że może trzeba zacząć dokarmiać, że coś trzeba robić, a nie ma do tego podstaw albo pani korzysta z jakiejś dziwnej siatki centylowej.

Musimy przyjrzeć się wadze dziecka!

Pierwsze moje dziecko było zawsze szczuplusie i drobniutkie, jadło jak ptaszek i przez pięć lat jej życia, gryząc z wargi z niepokoju przekopywałam się przez informacje, pomysły i magiczne sposoby. Drugie moje dziecko, choć urodziło się 300g cięższe, już teraz waży tyle co Łucja na rok i co chwilę krzyczy, żeby wręczać mu coś do jedzenia, więc oddychałam z ulgą, że w tym temacie tym razem spokojnie będzie.

W zeszłym tygodniu zważyliśmy się przed szczepieniem i zostaliśmy z wynikiem wezwani z powrotem do pani doktor. Weszłam z lekkim rozbawieniem myśląc “Ale że co? Ten za gruby?”. I usłyszałam, że to wcale nie wygląda różowo, że musimy się przyjrzeć wadze dziecka, bo on dobrze wygląda ale waży za mało, tutaj na siatce centylowej to jest na samym dole i może trzeba będzie zwiększyć kaloryczność posiłków.

Co to jest siatka centylowa?

Siatka centylowa jest to taki wykres, który sprawdza jak waga, wzrost, obwód głowy, BMI dziecka ma się do większości innych dzieci w populacji. Tyle. Kiedy istnieją duże rozbieżności może to być przesłanką do tego, żeby sprawdzać czy wszystko zdrowotnie jest okej. Ale:

Siatka centylowa nie mówi o tym czy dziecko jest zdrowe – niska albo wysoka masa ciała może być pierwszym znakiem tego, że dziecko ma jakieś ukryte problemy zdrowotne i obserwuje się ją, ponieważ jest najbardziej widoczna. Więc kiedy dziecko znacznie odbiega od większości populacji to sprawdza się najczęstsze medyczne przyczyny. Nie jest tak, że kiedy dziecko jest poza siatką to na pewno jest chore.

Waga dziecka a siatki centylowe

Najczęściej (nad)używaną siatką centylową jest ta mówiąca o masie ciała dziecka. Sami pomyślcie ile razy ważyliście swoje dziecko a ile mierzyliście mu obwód głowy, a przecież mały lub duży obwód głowy też może (nie musi) być pierwszy widocznym znakiem choroby.

Siatek centylowych jest bardzo wiele i różnią się one między sobą. Bardzo ważne jest, żeby pamiętać, że większość dostępnych siatek centylowych powstała w oparciu o dzieci karmione mlekiem modyfikowanym, więc i u takich dzieci powinna być stosowana. U dzieci karmionych mlekiem matki jest inna dynamika przyrostu masy ciała i często obserwuje się u nich “spadek” w siatce centylowej, właśnie przez to, że stosuje się nieodpowiednie siatki.

Siatka centylowa – jak wybrać i jak czytać?

W naszej przychodni małemu wyszło, że jest w 3-10 centylu wagowo. Pani korzystała z siatki kółeczka, reklamowej, dostarczonej przez producenta mleka. Na siatce w książeczce zdrowia (w różnych książeczkach są różne) był zaraz za 50 centylem, natomiast na siatce WHO dla dzieci karmionych piersią w połowie przedziału 50-85 centyla. I teraz uwaga: żaden z tych wyników nie oznacza, że jest jakikolwiek powód do niepokoju.

Siatka centylowa ma za zadanie ułatwiać obserwacje zmian w masie ciała, co oznacza, że powodem do obaw może być kiedy dziecko przesuwa się w przedziałach centylowych, w dodatku sporo i nagle. Jeżeli dziecko zawsze jest w tym nieszczęsnym trzecim centylu i zawsze było to nie powinno to być przesłanką do jakiegokolwiek niepokoju. To znaczy, że to dziecko jest drobne. Jeżeli jest powyżej 85 centyla to też nie jest powód do niepokoju. To nie jest tak, że 50 centyl to jest ideał do którego się dąży, bo to tak jakby oczekiwać, że wszyscy ludzie będą mieli określoną wysokość np 170cm.

Ale jeżeli źle wybierzemy siatkę to może się okazać, że dziecko:

nagle w niej spadło czy w ogóle się w niej nie mieści

Dlatego tak ważne jest, żeby korzystać z odpowiedniej siatki centylowej i szczerze polecam patrz na siatki centylowe WHO o TUTAJ, bo szkoda Twoich nerwów.

Kiedy dziecko trzeba dokarmiać?

Pani doktor w oparciu o nieodpowiednią siatkę zasugerowała, że być może trzeba będzie zwiększyć kaloryczność posiłków. Bardzo częstym rozwiązaniem proponowanym przez lekarzy jest dokarmianie dziecka mlekiem modyfikowanym. Jest to rażący błąd ponieważ to mleko matki jest najbardziej odżywcze. Jedynymi przypadkami kiedy jest taka zmiana jest odpowiednia są takie, kiedy dziecko z jakiś powodów nie trawi mleka matki (to są bardzo rzadkie przypadki) albo matka ma problemy z wykarmieniem dziecka (i to też są dość rzadkie przypadki). W tym drugim przypadku w pierwszej kolejności warto skonsultować się z dobrym doradcą laktacyjnym.

Więc jeżeli jesteś mamą, która chce karmić piersią i ma pokarm i słyszy, że dziecko trzeba dokarmiać mlekiem modyfikowanym i wniosek ten wyciągnięto tylko w oparciu o siatkę centylową (szczególnie inną niż dla dzieci karmionych piersią) to wiedz, że jest to koszmarna bzdura.

Zwiększenie kaloryczności posiłków

Chciałam jeszcze tylko dodać, że zwiększanie kaloryczności posiłków nie bardzo ma sens. Dziecko nie zmuszane (a zmuszane najczęściej też) je mniej więcej tyle ile chce. I jak zwiększa mu się kaloryczność to ono szybko je mniej, bo dostaje te kalorie w mniejszej objętościowo ilości. Taki psikus. Jedyny efekt jest taki, że zwiększając kaloryczność (na przykład dodając tłuszczu do owsianki) zmniejszamy gęstość odżywczą pokarmu, czyli że w tej samej kalorycznie porcji będzie mniej składników odżywczych. Czyli w skrócie że dziecko zje mniej wartościowych rzeczy, za to zje ten tłuszcz, co mu do owsianki wsadziliście.


Nie zajmuje się tematem jedzenia ani karmienia na co dzień i nie przyszło mi do głowy, aby o tym pisać. Ale jak mi pani doktor swoje wnioski przedstawiła, to pomyślałam, że o tym trzeba napisać w jak największej ilości miejsc skoro wciąż to są nieoczywiste rzeczy. Zgłębiać temat proponuję od ludzi, którzy się specjalizują w temacie:

Hafija o karmieniu piersią
Zuzanna Antecka o żywieniu dzieci
Magdalena Komsta o siatkach, normach i rośnięciu.

Warto też przeczytać książkę “Moje dziecko nie chce jeść” Carlosa Gonzalesa i dobrze to zrobić jeszcze zanim w ogóle masz dziecko.

Siatki centylowe WHO:

Siatki centylowe masy ciała dla dziewczynek 0-5 lat 

Siatki centylowe masy ciała chłopców 0-5 lat

Źródła:

  1. Carlos Gonzales, Moje dziecko nie chce jeść, Mamania.
  2. Jack Newman, Breastfeeding. Empowering parents. International Breastfeeding Centre.
post

zachód słońca

Jest ciepły, wiosenny wieczór i słońce powoli chowa się za górami zalewając horyzont przyjemną czerwienią. Nie ma wiatru, jest spokój i powoli czuć lato. Jest w delikatnie pachnących żywicą, rozgrzanych deskach balustrady, w ciemniejącej zieleni liści, w delikatniejszym niż wiosenny śpiewie ptaków.

– Nie oglądasz bajki? – pyta tata
– Nie – odpowiadam. Mam chyba 8 lat i stoję na balkonie oparta o barierki. Patrzę na góry, na słońce, na trawę. Głęboko oddycham i jest mi dobrze, bardzo dobrze.
– Pięknie co? – mówi i otacza mnie ramieniem, które w mojej głowie jest tak duże, jak wąż boa.
– No – mam łzy w kącikach oczu, więc nie mówię nic więcej. Czuję bliskość, wspólnotę i zrozumienie chwili, o której ciężko mówić. I wielkie jak wąż ramię. Obiecuję sobie, że zawsze będę to pamiętać i z jakiegoś powodu, tym razem mi się udaje.

Przez następne ponad 20 lat staję w tym samym miejscu, opieram się o kolejne barierki, patrzę przed siebie. I pamiętam. Żeby wziąć głęboki oddech, taki jak tylko dzieci potrafią bez ćwiczeń relaksacyjnych. Poszukać zapachu żywicy. Zobaczyć piękno i stanąć na chwilę w zachwycie i wdzięczności.

Czuję łączność z tą 8 letnią dziewczynką, z jej radością życia, z jej potrzebą, żeby zatrzymać się i spojrzeć na świat, z jej wrażliwością na przyrodę. Bardzo dużo się zmieniło, minęłam magiczną granicę myślenia “jak już będę dorosła”, mam swoją córkę, w której czasem widzę małe skrawki siebie, ale najczęściej niezwykle ciekawego, drugiego człowieka. I zrozumiałam, że nie ma żadnej różnicy między prawdziwością, głębokością i wagą doświadczeń i emocji, kiedy się ma 3, 8 i 30 lat. Że można co najwyżej stracić trochę otwartości na świat, że można otoczyć się murem, żeby widzieć mniej, a myśleć, że wie się  więcej, bo jest się dorosłym.

post

dzień utraconego dziecka

Dzisiaj jest dzień, który upamiętnia tych, o których bardzo łatwo zapominamy i jeśli ktoś o nich myśli, to tylko ich rodzice. Utracone dzieci. To jest ból, którego nigdy nie doświadczyłam, poczułam jego ułamek, jak 10 lat temu jakiś nieogarnięty ginekolog powiedział mi, że najprawdopodobniej nie zajdę nigdy w ciążę. Nie mam więc doświadczenia, do którego mogłabym się odwołać ani nie chcę pisać, że wiem jak to jest albo co robić, kiedy się traci dziecko. Mam znajomych, którzy stracili swoje dzieci i trochę wiedzy profesjonalisty.

Żyjemy w takich czasach, że utraty dziecka bardzo łatwo doświadczyć, bo bardzo szybko dowiadujemy się, że kobieta jest w ciąży, czasem jeszcze nawet przed terminem spodziewanej miesiączki, a najwięcej poronień zdarza się przecież do 6 tygodnia ciąży. I dla wielu osób strata już wtedy bywa bardzo trudna i wymaga przejścia przez wielotygodniową, a czasem i wielomiesięczną żałobę. A z drugiej strony to jest taki rodzaj żałoby, który ciągle społecznie jest mało akceptowany, bo jest mimo wszystko inny niż kiedy odchodzi człowiek, którego inni ludzie też znali, któremu można urządzić pogrzeb, z którym związane są jakieś wspomnienia i pamiątki.

Z taką żałobą bardzo często rodzice zostają sami. Trudno im o niej mówić, trudno im znaleźć pocieszenie i często nie wiedzą jak odnaleźć się wśród znajomych. Bo część z tych znajomych wie, a część nie. Bo sami nie wiedzą czego chcieliby dostać od bliskich – dostrzeżenia i zrozumienia cierpienia, czy może właśnie “normalnego” traktowania.

My, znajomi też często nie umiemy się odnaleźć w tej sytuacji. Czasami staramy się za wszelką cenę zachowywać naturalnie i w efekcie sprawiamy wrażenie, że nic nas nie obchodzi czyjeś cierpienie. Kiedy sami jesteśmy rodzicami, to bywa że próbujemy nie rzucać się z tym w oczy i wycofujemy z relacji. Albo wręcz przeciwnie – tak bardzo staramy się pomóc, że narzucamy się i nie przyjmujemy do wiadomości, że może nie jesteśmy w tej chwili najlepszymi osobami do dawania wsparcia, komuś kto właściwe stracił dziecko.

Jak myślę o towarzyszeniu komuś w żałobie po dziecku, która wydaje mi się być najtrudniejszą ze wszystkich możliwych, to myślę, że ona jest jak spokojne stanie w jednym miejscu w naszej relacji z wbitą obok chorągiewką “Jestem tu.” Myślę o okazywaniu pełnego szacunku dla bólu drugiej osoby i gotowości do bycia z nią, nie ważne jak długo by on nie trwał. Ale też do gotowości do NIE bycia z nią, jeśliby to miało jej nie wspierać.

Moja koleżanka, która mogłaby powiedzieć wszystko o tym, powiedziała mi kiedyś “Po prostu daj znać, że jesteś. Jak będzie chciała to będzie wiedziała, że może na Ciebie liczyć.” Nie wspominam dzisiaj żadnego z moich własnych dzieci, choć myślę ze wzruszeniem o kilku, które mogłabym znać. Zapalam dla nich świeczkę na parapecie i jedyne, co potrafię (choć pisałam mądre prace o teodycei i o traumie) to po raz kolejny w życiu i przywołać słowa C.S. Lewisa – śmierć jest zawsze straszna. Wiem, że jest na tyle straszna, że potrzebuje żałoby i chcę powiedzieć tylko że, jeśli będziesz mnie wtedy potrzebować, to jestem tu.

 

post

rodzicielski błąd atrybucji

Jak się studiuje psychologię, to już na pierwszym roku można się dowiedzieć, że jest coś takiego jak podstawowy błąd atrybucji. Polega on na tym, że kiedy obserwujemy ludzi to mamy tendencję do wyjaśniania ich zachowania w kontekście tego jacy oni są, a nie sytuacji.

Czyli że jak ktoś krzyczy to jest krzykaczem, a nie że znalazł się w trudnej sytuacji. Co ciekawe, ze sobą robimy na odwrót – jak zachowamy się nienajchwalebniej na świecie to przypiszemy to zmęczeniu, innym osobom albo temu, że byliśmy głodni, za to źródła wszelkich przejawów altruizmu doszukamy się we własnym wnętrzu. Mamy też podobne tendencje przy wyjaśnianiu sukcesów i porażek. Jak somsiadowi się udało, to mu się fuksło, a jak nam to zapracowaliśmy. Jak nam coś nie wyszło to mieliśmy pecha albo ktoś się uwziął, somsiad za to zasłużył.

Rodzicielski błąd atrybucji

Myślę, że tak samo postrzegamy swoje dzieci oraz rolę naszych metod wychowawczych. Patrząc na zachowanie dzieci innych ludzi dajemy srogie oceny maluchom i złe recenzje metodom wychowawczym ich rodziców, a sukcesy tych dzieci z łatwością przypisujemy ich wrodzonym zdolnościom. Nasze dzieci za to zawsze zachowują się w niepożądany sposób, bo są chore lub zmęczone, a wszystkie problemy, które się pojawiają w tej relacji związane są z tym jakie dzieci są, a nie tym jak je wychowujemy. Często też dochodzimy do wniosku, że do zmiany zachowania dziecka dochodzi na skutek naszych zabiegów (choć czasem wymaga to konsekwentnego stosowania ich przez rok i 2 miesiące ;p ), a nie dlatego że po prostu z czegoś wyrosło albo zmieniły się okoliczności. Nasze dzieci są też zdrowe, bo je dobrze karmimy, sprzątamy w domu, używamy odpowiedniego proszku do prania, dajemy witaminę D albo probiotyk i chodzimy do lasu, a chorują bo ktoś je zaraził. Cudze dzieci chorują, bo jedzą chipsy i nie myją rąk. Oczywiście trochę przesadzam, ale chcę pokazać jak to działa.

Na co to komu?

Takie mechanizmy jak błąd atrybucji służą w głównej mierze utrzymywaniu pozytywnej samooceny. Nas, jako osób po prostu, czy w tym wypadku – nas, jako rodziców. Ale są strasznie zwodnicze, bo zamiast czerpać ze stabilnego poczucia własnej wartości, musimy stale i stale się porównywać z innymi i oceniać – siebie i ich. I oceniać też własne dziecko. Co nie służy ani naszej relacji z samym sobą, ani tej ze swoim dzieckiem ani z innymi rodzicami.

Co można zrobić?

Można przestać zaglądać do somsiada i jego ogródka i patrzeć do siebie. Ale też nie po to, żeby się oceniać, obwiniać albo chwalić. Po to, żeby być uważnym na siebie i swoje dziecko, na wspólną relacje, na chwilę w której jesteśmy.

Można też ćwiczyć się w postawie ciekawości i otwartości, w zadawaniu pytań o to co się kryje za czyimś słowami i czyimś zachowaniem, pamiętając o tym, że istnieje coś takiego jak błąd atrybucji. I wtedy może dostrzec, że dziecko które się rzuciło na podłogę w sklepie ma małego brata albo plaster po porannym pobraniu krwi, że rodzic który krzyczy ma podkrążone z niewyspania oczy.

A może nawet można dojść do miejsca, w którym w ogóle nie będzie trzeba wiele dostrzegać , bo może nie będziemy mieli nawet chęci wystawiać komukolwiek recenzji. Może będziemy woleli wyciągnąć rękę, uśmiechnąć się i dać znać, że też czasem nam ciężko i że to rozumiemy.

Bo żaden rodzic, żadne dziecko i żadne metody nigdy nie są idealne. Ale można być łagodnym dla siebie i dla drugiego wtedy, kiedy ta nieidealność mocno nam doskwiera.