post

Psycholog i terapeuta – czym się różnią?

Psycholog i terapeuta – czy to w ogóle jakaś różnica? Wiele osób myśli, że to to samo, bo psycholog prowadzi terapię, więc jest terapeutą. Piszę ten tekst w związku z tym, że ostatnio z dużym smutkiem obserwuję, jak ludzie tworzą pozory odnośnie swojego wykształcenia, tak żeby uchodząc ze specjalistę, który może pracować z dziećmi czy doradzać rodzicom.

 

Psycholog jest osobą, która skończyła pięcioletnie studia magisterskie. Psychoterapeuta jest osobą z odpowiednim wykształceniem, która skończyła szkołę terapii. Terapeuta, no cóż… to trochę bardziej skomplikowane. Może być wykwalifikowaną osobą do udzielania pomocy, a może być osobą, którą tym terminem próbuje ukryć swoje braki w wykształceniu. 

Kim jest psycholog?

Psycholog skończył studia z psychologii. W ich trakcie miał zajęcia, które dostarczyły mu między innymi wiedzy z zakresu:

  • psychopatologii (czyli uczył się o różnych zaburzeniach);
  • psychologii rozwojowej (powinien potrafić rozpoznać, jakie zachowania mieszczą się w szeroko rozumianej normie dla danego wieku);
  • psychometrii (wie jak działają różne testy psychologiczne i jak je rozumieć);
  • statystyki (jest w stanie zrozumieć i zaanalizować badania i dane);
  • psychologii zdrowia (dobry psycholog koncentruje się na dobrostanie swojego klienta, a nie na objawach);
  • psychologii osobowości (wie, że ludzie mają różnie i że norma jest bardzo szeroka).

Dodatkowo, żeby skończyć studia psycholog odbył praktyki pod okiem kogoś doświadczonego, najczęściej w szpitalu czy poradni. Psycholog powinien też przejść terapię własną, co znacznie minimalizuje przenoszenie swoich trudności na pracę z klientami.

Psychologia, to nie jest tylko słuchanie jak gadają ludzie i mądrzenie się. Żeby zostać psychologiem, trzeba zdobyć dużo wiedzy, ale przede wszystkim świadomości, jak tą wiedzę wykorzystywać, żeby nie krzywdzić ludzi. Żeby temu zapobiec dobry psycholog regularnie poddaje się superwizji, czyli spotyka się z innym psychologiem rozmawiać o swojej pracy. 

Psychoterapeuta a terapeuta

Psychoterapeutą zostaje osoba po szkole terapii, najczęściej po studiach z psychologii, czasem po jakimś pokrewnym kierunku. To długi proces, który oprócz szkoleń wymaga ponownego przejścia własnej terapii, regularnej superwizji, wielu godzin własnej praktyki. Jeżeli ktoś jest psychoterapeutą na na swojej stronie czy wizytówce tak będzie miał napisane. Dodatkowo na jego stronie powinna znaleźć się informacja jaką szkołę terapii ukończył (np. psychodynamiczną, systemową, CBT, gestalt).

Jeżeli ktoś na swojej stronie pisze, że jest terapeutą i nie podaje wykształcenia, to wiedzcie, że coś się dzieje. Bo samo słowo terapeuta nic nie znaczy, nie świadczy o żadnym wykształceniu, ani żadnych umiejętnościach. 

Terapeuta? Ale jaki?

Wielu ludzi, którzy określają się jako terapeuci nie mają nic wspólnego z wykształceniem psychologicznych ani nie kończyli szkoły terapii. Czasem robili studia podyplomowe z jakiegoś rodzaju terapii, czasem jakiś kurs. Czasami mają nie mają wiedzy ani kwalifikacji, żeby doradzać ludziom. Bywa tak, że ktoś jest terapeutą zajęciowym albo po kursie arteterapii, albo właściwie po niczym i pisze na swojej stronie po prostu terapeuta. Zanim udasz się do niego na wizytę i mu zaufasz, zachęcam Cię żebyś sprawdzał, co pod tym magicznym terapeuta się kryje. Żebyś sprawdził na jego stronie jakie ma wykształcenie, jakie kursy ukończył, jakie ma opinie.

Może być tak, że ktoś nie skończył psychologii, ale posiada odpowiednie kompetencje, empatię i zdobył wiedzę dzięki którym naprawdę pomaga ludziom. Ale jeśli ktoś kryje się ze swoim prawdziwym wykształceniem, nie chce odpowiedzieć na pytanie jakim terapeutą właściwie jest, jakie ma doświadczenie, to ja bym się bała eksperymentować. 

Terapeuta znikąd, czyli dobry marketing

Terapeuta z facebooka, z ogromną ilością lajków. Czy jest dobrym terapeutą? Czy posiada odpowiednią wiedzę i umiejętności? Czy mówi o sobie prawdę? Widzę na facebooku ludzi, którzy mają kilkadziesiąt tysięcy polubień i nie można tego o nich powiedzieć, którzy swoją działalnością szkodzą i krzywdzą. Jeśli chcesz to sprawdzić nie szukaj opinii na facebooku, gdzie łatwo można je usunąć. Nie patrz na ilość polubień, które można kupić za pieniądze. Nie patrz na jakość obrazków i zapewnienia nieznanych fanów, że dostali pomoc. Jeśli masz wątpliwości czy prosić o poradę taką osobę, zapytaj kogoś kto zna się na tym zna i może Ci doradzić. Sprawdź dokładnie jego wykształcenie i szkolenia, które przeszedł. Sprawdź czy nie obiecuje gruszek na wierzbie i rozwiązania problemów jednym prostym sposobem. Jeżeli ktoś pisze: “Pięć sposobów, aby twoje dziecko nigdy nie pyskowało / zawsze sprzątało / zaczęło jeść / odpieluchowało się w tydzień”, to mogę Cię zapewnić, że to nie ten adres. 

Psycholog kontra terapeuta

Znam psychologów, którzy skończyli studia i których bym nie poleciła ludziom. Ukończone studia nie są przecież gwarantem jakości usług w żadnym zawodzie. Znam też ludzi, którzy nie są psychologami ani psychoterapeutami i bez wahania zachęcałabym do szukania u nich pomocy. Jednak jeżeli nie wiesz nic o danych osobach, to o wiele bezpieczniej jest wybrać osobę, która skończyła studia, superwizuje się, stale aktualizuje swoją wiedzę, a przede wszystkim nie kłamie na swój temat, żeby zarobić pieniądze.

Załączam link do tekstu na ten temat napisanego przez psycholog Anitę Janeczek-Romanowską (być-bliżej.pl) oraz do grafiki stworzonej przez psycholog Magdalenę Hadaj.

 

post

Kiedy czas przynosi poczucie winy

To było z rok temu, jak Remik był jeszcze noworodkiem i przyzwyczajaliśmy się do życia w czwórkę. Łucja przyszła do mnie rozżalona i spytała:
– Mamo czy jeszcze kiedyś zrobimy coś takiego bardzo, bardzo fajniusiego?
– Co takiego?
– Tak jak kiedyś. Że Ty będziesz pracowała na komputerze, a je będę oglądała na telefonie i będziemy leżeć razem w łóżeczku.
– Tak, tak zrobimy – mówię i dławi mnie w gardle.

Największe grzechy rodziców

Dławi mnie w gardle, bo nienawidziłam tak robić, bo myślałam, że moje dziecko na tym traci i robiłam tak tylko, gdy nie wyrobiłam się z pracą w czasie, gdy była opiekunka. My rodzice mamy mnóstwo takich momentów, które nijak nie przystają do tego co planowaliśmy, kiedy czujemy że nie jesteśmy w pełnym kontakcie, że zapychamy dziecko środkiem zastępczym, żeby zrobić coś pilnego. Włączamy bajki, żeby ugotować obiad, dajemy papier toaletowy do darcia żeby się załatwić, marchewkę do pobierania, kiedy gotujemy, pozwalamy na stworzenie krainy z poduszek na podłodze, żeby spokojnie pogadać z mężem i z mocno średnim zaangażowaniem patrzymy na to co robi dziecko. Czas, który może przynosić poczucie winy, że rodzic nie daje z siebie dość. A potem… potem dziecko przychodzi i mówi, mamo to było super gdy leżałyśmy w łóżku i oglądałam bajkę, mamo to była najlepsza zabawa właśnie wtedy, kiedy byłaś zajęta obiadem.

Równoległe spędzanie czasu

Jordan Shapiro pisze o czymś takim jak równoległe spędzanie czasu ze sobą. To jest to co robimy trochę obok siebie, ale będąc razem. Kiedy wymęczona siadasz wieczorem na kanapie obok swojego męża i każdy nurkuje w swój telefon i tylko od czasu do czasu mówicie: „O jaaa, zobacz to” albo „Nie no, co oni znowu za bzdury piszą”, „Ej przeczytałam coś ciekawego”. Takie bycie bez pełni uwagi, ale bycie razem mimo to. Coś co traktujemy jako gorsze, co piętnujemy czasem, a jednak coś co też karmi relacje, zostawiając jednocześnie przestrzeń. Dzieci to wiedzą lepiej niż my, i potrafią się tym cieszyć.

Zabawa, nie-zabawa

Różni rodzice mówili mi, że nie potrafią się bawić, że nie spędzają dość czasu z dziećmi. A potem w trakcie, kiedy gadamy okazuje się, że oni się bawią, że są razem tylko nie widzieli w ten sposób tego, co robili. Nie myśleli, że wspólne pieczenie ciasta, mycie okien i sprzątanie to może być zabawa, to może być wspólny czas. Widzę to kiedy mój roczny syn z wielką radością ładuje ze mną pranie do pralki. Przypominam sobie też ciepłe jesienne dni, kiedy układaliśmy drewno do kominka na zimę, a tata woził nas taczką w drodze po kolejne kawałki. I wiem, że takie chwile też budują więź.

Mamy tylko 24 godziny

24 godziny. Z czego część śpimy, część jemy, sprzątamy, robimy pranie, załatwiamy różne rzeczy, próbujemy złapać oddech. I niezmiernie ważne jest, żeby w nich zaplanować ten czas z dzieckiem, z partnerem, z samym sobą w którym choć przez chwilę jesteśmy tylko dla siebie. Żeby zmieścił się między tymi wszystkimi pilnymi sprawami. Żebyśmy mieli chwilę na to, żeby z pełną uważnością się zobaczyć, odpowiedzieć na swoje potrzeby, pobyć. Ale to nie jest porażka, że dużo z niego spędzimy trochę obok siebie – można być obok siebie z uważnością na siebie, dobrze się bawiąc albo tylko zerkając sobie przez ramię od czasu do czasu. Bo 24 godziny to mało. 

Zdjęcie:

 

post

Siatki centylowe i masa ciała. Ile powinno ważyć dziecko?

Prawie każdy rodzic przeżywa trudne chwile związane z masą ciała swojego dziecka, niemal zawsze uważa się, że jest ona za mała albo za duża. Większość nie jest też zadowolona z tego ile dziecko je – wystarczy powiedzieć, że to jest jeden z częstszych powodów konsultacji rodziców ze specjalistami.

Najgorsze jednak dla mnie jest to, że nawet kiedy rodzic, wychowany w takiej kulturze podejmuje w sobie ogromny wysiłek, żeby nie poddawać się ogólno panującej panice dotyczącej masy ciała swojego dziecka, to i tak go postraszą. Że dziadkowie zawsze bardzo przeżywają temat to wiadomo. Ale gorzej jak przychodzi się do lekarza i słyszy się, że dziecko jest za chude, że może trzeba zacząć dokarmiać, że coś trzeba robić, a nie ma do tego podstaw albo pani korzysta z jakiejś dziwnej siatki centylowej.

Musimy przyjrzeć się wadze dziecka!

Pierwsze moje dziecko było zawsze szczuplusie i drobniutkie, jadło jak ptaszek i przez pięć lat jej życia, gryząc z wargi z niepokoju przekopywałam się przez informacje, pomysły i magiczne sposoby. Drugie moje dziecko, choć urodziło się 300g cięższe, już teraz waży tyle co Łucja na rok i co chwilę krzyczy, żeby wręczać mu coś do jedzenia, więc oddychałam z ulgą, że w tym temacie tym razem spokojnie będzie.

W zeszłym tygodniu zważyliśmy się przed szczepieniem i zostaliśmy z wynikiem wezwani z powrotem do pani doktor. Weszłam z lekkim rozbawieniem myśląc “Ale że co? Ten za gruby?”. I usłyszałam, że to wcale nie wygląda różowo, że musimy się przyjrzeć wadze dziecka, bo on dobrze wygląda ale waży za mało, tutaj na siatce centylowej to jest na samym dole i może trzeba będzie zwiększyć kaloryczność posiłków.

Co to jest siatka centylowa?

Siatka centylowa jest to taki wykres, który sprawdza jak waga, wzrost, obwód głowy, BMI dziecka ma się do większości innych dzieci w populacji. Tyle. Kiedy istnieją duże rozbieżności może to być przesłanką do tego, żeby sprawdzać czy wszystko zdrowotnie jest okej. Ale:

Siatka centylowa nie mówi o tym czy dziecko jest zdrowe – niska albo wysoka masa ciała może być pierwszym znakiem tego, że dziecko ma jakieś ukryte problemy zdrowotne i obserwuje się ją, ponieważ jest najbardziej widoczna. Więc kiedy dziecko znacznie odbiega od większości populacji to sprawdza się najczęstsze medyczne przyczyny. Nie jest tak, że kiedy dziecko jest poza siatką to na pewno jest chore.

Waga dziecka a siatki centylowe

Najczęściej (nad)używaną siatką centylową jest ta mówiąca o masie ciała dziecka. Sami pomyślcie ile razy ważyliście swoje dziecko a ile mierzyliście mu obwód głowy, a przecież mały lub duży obwód głowy też może (nie musi) być pierwszy widocznym znakiem choroby.

Siatek centylowych jest bardzo wiele i różnią się one między sobą. Bardzo ważne jest, żeby pamiętać, że większość dostępnych siatek centylowych powstała w oparciu o dzieci karmione mlekiem modyfikowanym, więc i u takich dzieci powinna być stosowana. U dzieci karmionych mlekiem matki jest inna dynamika przyrostu masy ciała i często obserwuje się u nich “spadek” w siatce centylowej, właśnie przez to, że stosuje się nieodpowiednie siatki.

Siatka centylowa – jak wybrać i jak czytać?

W naszej przychodni małemu wyszło, że jest w 3-10 centylu wagowo. Pani korzystała z siatki kółeczka, reklamowej, dostarczonej przez producenta mleka. Na siatce w książeczce zdrowia (w różnych książeczkach są różne) był zaraz za 50 centylem, natomiast na siatce WHO dla dzieci karmionych piersią w połowie przedziału 50-85 centyla. I teraz uwaga: żaden z tych wyników nie oznacza, że jest jakikolwiek powód do niepokoju.

Siatka centylowa ma za zadanie ułatwiać obserwacje zmian w masie ciała, co oznacza, że powodem do obaw może być kiedy dziecko przesuwa się w przedziałach centylowych, w dodatku sporo i nagle. Jeżeli dziecko zawsze jest w tym nieszczęsnym trzecim centylu i zawsze było to nie powinno to być przesłanką do jakiegokolwiek niepokoju. To znaczy, że to dziecko jest drobne. Jeżeli jest powyżej 85 centyla to też nie jest powód do niepokoju. To nie jest tak, że 50 centyl to jest ideał do którego się dąży, bo to tak jakby oczekiwać, że wszyscy ludzie będą mieli określoną wysokość np 170cm.

Ale jeżeli źle wybierzemy siatkę to może się okazać, że dziecko:

nagle w niej spadło czy w ogóle się w niej nie mieści

Dlatego tak ważne jest, żeby korzystać z odpowiedniej siatki centylowej i szczerze polecam patrz na siatki centylowe WHO o TUTAJ, bo szkoda Twoich nerwów.

Kiedy dziecko trzeba dokarmiać?

Pani doktor w oparciu o nieodpowiednią siatkę zasugerowała, że być może trzeba będzie zwiększyć kaloryczność posiłków. Bardzo częstym rozwiązaniem proponowanym przez lekarzy jest dokarmianie dziecka mlekiem modyfikowanym. Jest to rażący błąd ponieważ to mleko matki jest najbardziej odżywcze. Jedynymi przypadkami kiedy jest taka zmiana jest odpowiednia są takie, kiedy dziecko z jakiś powodów nie trawi mleka matki (to są bardzo rzadkie przypadki) albo matka ma problemy z wykarmieniem dziecka (i to też są dość rzadkie przypadki). W tym drugim przypadku w pierwszej kolejności warto skonsultować się z dobrym doradcą laktacyjnym.

Więc jeżeli jesteś mamą, która chce karmić piersią i ma pokarm i słyszy, że dziecko trzeba dokarmiać mlekiem modyfikowanym i wniosek ten wyciągnięto tylko w oparciu o siatkę centylową (szczególnie inną niż dla dzieci karmionych piersią) to wiedz, że jest to koszmarna bzdura.

Zwiększenie kaloryczności posiłków

Chciałam jeszcze tylko dodać, że zwiększanie kaloryczności posiłków nie bardzo ma sens. Dziecko nie zmuszane (a zmuszane najczęściej też) je mniej więcej tyle ile chce. I jak zwiększa mu się kaloryczność to ono szybko je mniej, bo dostaje te kalorie w mniejszej objętościowo ilości. Taki psikus. Jedyny efekt jest taki, że zwiększając kaloryczność (na przykład dodając tłuszczu do owsianki) zmniejszamy gęstość odżywczą pokarmu, czyli że w tej samej kalorycznie porcji będzie mniej składników odżywczych. Czyli w skrócie że dziecko zje mniej wartościowych rzeczy, za to zje ten tłuszcz, co mu do owsianki wsadziliście.


Nie zajmuje się tematem jedzenia ani karmienia na co dzień i nie przyszło mi do głowy, aby o tym pisać. Ale jak mi pani doktor swoje wnioski przedstawiła, to pomyślałam, że o tym trzeba napisać w jak największej ilości miejsc skoro wciąż to są nieoczywiste rzeczy. Zgłębiać temat proponuję od ludzi, którzy się specjalizują w temacie:

Hafija o karmieniu piersią
Zuzanna Antecka o żywieniu dzieci
Magdalena Komsta o siatkach, normach i rośnięciu.

Warto też przeczytać książkę “Moje dziecko nie chce jeść” Carlosa Gonzalesa i dobrze to zrobić jeszcze zanim w ogóle masz dziecko.

Siatki centylowe WHO:

Siatki centylowe masy ciała dla dziewczynek 0-5 lat 

Siatki centylowe masy ciała chłopców 0-5 lat

Źródła:

  1. Carlos Gonzales, Moje dziecko nie chce jeść, Mamania.
  2. Jack Newman, Breastfeeding. Empowering parents. International Breastfeeding Centre.
post

zachód słońca

Jest ciepły, wiosenny wieczór i słońce powoli chowa się za górami zalewając horyzont przyjemną czerwienią. Nie ma wiatru, jest spokój i powoli czuć lato. Jest w delikatnie pachnących żywicą, rozgrzanych deskach balustrady, w ciemniejącej zieleni liści, w delikatniejszym niż wiosenny śpiewie ptaków.

– Nie oglądasz bajki? – pyta tata
– Nie – odpowiadam. Mam chyba 8 lat i stoję na balkonie oparta o barierki. Patrzę na góry, na słońce, na trawę. Głęboko oddycham i jest mi dobrze, bardzo dobrze.
– Pięknie co? – mówi i otacza mnie ramieniem, które w mojej głowie jest tak duże, jak wąż boa.
– No – mam łzy w kącikach oczu, więc nie mówię nic więcej. Czuję bliskość, wspólnotę i zrozumienie chwili, o której ciężko mówić. I wielkie jak wąż ramię. Obiecuję sobie, że zawsze będę to pamiętać i z jakiegoś powodu, tym razem mi się udaje.

Przez następne ponad 20 lat staję w tym samym miejscu, opieram się o kolejne barierki, patrzę przed siebie. I pamiętam. Żeby wziąć głęboki oddech, taki jak tylko dzieci potrafią bez ćwiczeń relaksacyjnych. Poszukać zapachu żywicy. Zobaczyć piękno i stanąć na chwilę w zachwycie i wdzięczności.

Czuję łączność z tą 8 letnią dziewczynką, z jej radością życia, z jej potrzebą, żeby zatrzymać się i spojrzeć na świat, z jej wrażliwością na przyrodę. Bardzo dużo się zmieniło, minęłam magiczną granicę myślenia “jak już będę dorosła”, mam swoją córkę, w której czasem widzę małe skrawki siebie, ale najczęściej niezwykle ciekawego, drugiego człowieka. I zrozumiałam, że nie ma żadnej różnicy między prawdziwością, głębokością i wagą doświadczeń i emocji, kiedy się ma 3, 8 i 30 lat. Że można co najwyżej stracić trochę otwartości na świat, że można otoczyć się murem, żeby widzieć mniej, a myśleć, że wie się  więcej, bo jest się dorosłym.

post

dzień utraconego dziecka

Dzisiaj jest dzień, który upamiętnia tych, o których bardzo łatwo zapominamy i jeśli ktoś o nich myśli, to tylko ich rodzice. Utracone dzieci. To jest ból, którego nigdy nie doświadczyłam, poczułam jego ułamek, jak 10 lat temu jakiś nieogarnięty ginekolog powiedział mi, że najprawdopodobniej nie zajdę nigdy w ciążę. Nie mam więc doświadczenia, do którego mogłabym się odwołać ani nie chcę pisać, że wiem jak to jest albo co robić, kiedy się traci dziecko. Mam znajomych, którzy stracili swoje dzieci i trochę wiedzy profesjonalisty.

Żyjemy w takich czasach, że utraty dziecka bardzo łatwo doświadczyć, bo bardzo szybko dowiadujemy się, że kobieta jest w ciąży, czasem jeszcze nawet przed terminem spodziewanej miesiączki, a najwięcej poronień zdarza się przecież do 6 tygodnia ciąży. I dla wielu osób strata już wtedy bywa bardzo trudna i wymaga przejścia przez wielotygodniową, a czasem i wielomiesięczną żałobę. A z drugiej strony to jest taki rodzaj żałoby, który ciągle społecznie jest mało akceptowany, bo jest mimo wszystko inny niż kiedy odchodzi człowiek, którego inni ludzie też znali, któremu można urządzić pogrzeb, z którym związane są jakieś wspomnienia i pamiątki.

Z taką żałobą bardzo często rodzice zostają sami. Trudno im o niej mówić, trudno im znaleźć pocieszenie i często nie wiedzą jak odnaleźć się wśród znajomych. Bo część z tych znajomych wie, a część nie. Bo sami nie wiedzą czego chcieliby dostać od bliskich – dostrzeżenia i zrozumienia cierpienia, czy może właśnie “normalnego” traktowania.

My, znajomi też często nie umiemy się odnaleźć w tej sytuacji. Czasami staramy się za wszelką cenę zachowywać naturalnie i w efekcie sprawiamy wrażenie, że nic nas nie obchodzi czyjeś cierpienie. Kiedy sami jesteśmy rodzicami, to bywa że próbujemy nie rzucać się z tym w oczy i wycofujemy z relacji. Albo wręcz przeciwnie – tak bardzo staramy się pomóc, że narzucamy się i nie przyjmujemy do wiadomości, że może nie jesteśmy w tej chwili najlepszymi osobami do dawania wsparcia, komuś kto właściwe stracił dziecko.

Jak myślę o towarzyszeniu komuś w żałobie po dziecku, która wydaje mi się być najtrudniejszą ze wszystkich możliwych, to myślę, że ona jest jak spokojne stanie w jednym miejscu w naszej relacji z wbitą obok chorągiewką “Jestem tu.” Myślę o okazywaniu pełnego szacunku dla bólu drugiej osoby i gotowości do bycia z nią, nie ważne jak długo by on nie trwał. Ale też do gotowości do NIE bycia z nią, jeśliby to miało jej nie wspierać.

Moja koleżanka, która mogłaby powiedzieć wszystko o tym, powiedziała mi kiedyś “Po prostu daj znać, że jesteś. Jak będzie chciała to będzie wiedziała, że może na Ciebie liczyć.” Nie wspominam dzisiaj żadnego z moich własnych dzieci, choć myślę ze wzruszeniem o kilku, które mogłabym znać. Zapalam dla nich świeczkę na parapecie i jedyne, co potrafię (choć pisałam mądre prace o teodycei i o traumie) to po raz kolejny w życiu i przywołać słowa C.S. Lewisa – śmierć jest zawsze straszna. Wiem, że jest na tyle straszna, że potrzebuje żałoby i chcę powiedzieć tylko że, jeśli będziesz mnie wtedy potrzebować, to jestem tu.

 

post

rodzicielski błąd atrybucji

Jak się studiuje psychologię, to już na pierwszym roku można się dowiedzieć, że jest coś takiego jak podstawowy błąd atrybucji. Polega on na tym, że kiedy obserwujemy ludzi to mamy tendencję do wyjaśniania ich zachowania w kontekście tego jacy oni są, a nie sytuacji.

Czyli że jak ktoś krzyczy to jest krzykaczem, a nie że znalazł się w trudnej sytuacji. Co ciekawe, ze sobą robimy na odwrót – jak zachowamy się nienajchwalebniej na świecie to przypiszemy to zmęczeniu, innym osobom albo temu, że byliśmy głodni, za to źródła wszelkich przejawów altruizmu doszukamy się we własnym wnętrzu. Mamy też podobne tendencje przy wyjaśnianiu sukcesów i porażek. Jak somsiadowi się udało, to mu się fuksło, a jak nam to zapracowaliśmy. Jak nam coś nie wyszło to mieliśmy pecha albo ktoś się uwziął, somsiad za to zasłużył.

Rodzicielski błąd atrybucji

Myślę, że tak samo postrzegamy swoje dzieci oraz rolę naszych metod wychowawczych. Patrząc na zachowanie dzieci innych ludzi dajemy srogie oceny maluchom i złe recenzje metodom wychowawczym ich rodziców, a sukcesy tych dzieci z łatwością przypisujemy ich wrodzonym zdolnościom. Nasze dzieci za to zawsze zachowują się w niepożądany sposób, bo są chore lub zmęczone, a wszystkie problemy, które się pojawiają w tej relacji związane są z tym jakie dzieci są, a nie tym jak je wychowujemy. Często też dochodzimy do wniosku, że do zmiany zachowania dziecka dochodzi na skutek naszych zabiegów (choć czasem wymaga to konsekwentnego stosowania ich przez rok i 2 miesiące ;p ), a nie dlatego że po prostu z czegoś wyrosło albo zmieniły się okoliczności. Nasze dzieci są też zdrowe, bo je dobrze karmimy, sprzątamy w domu, używamy odpowiedniego proszku do prania, dajemy witaminę D albo probiotyk i chodzimy do lasu, a chorują bo ktoś je zaraził. Cudze dzieci chorują, bo jedzą chipsy i nie myją rąk. Oczywiście trochę przesadzam, ale chcę pokazać jak to działa.

Na co to komu?

Takie mechanizmy jak błąd atrybucji służą w głównej mierze utrzymywaniu pozytywnej samooceny. Nas, jako osób po prostu, czy w tym wypadku – nas, jako rodziców. Ale są strasznie zwodnicze, bo zamiast czerpać ze stabilnego poczucia własnej wartości, musimy stale i stale się porównywać z innymi i oceniać – siebie i ich. I oceniać też własne dziecko. Co nie służy ani naszej relacji z samym sobą, ani tej ze swoim dzieckiem ani z innymi rodzicami.

Co można zrobić?

Można przestać zaglądać do somsiada i jego ogródka i patrzeć do siebie. Ale też nie po to, żeby się oceniać, obwiniać albo chwalić. Po to, żeby być uważnym na siebie i swoje dziecko, na wspólną relacje, na chwilę w której jesteśmy.

Można też ćwiczyć się w postawie ciekawości i otwartości, w zadawaniu pytań o to co się kryje za czyimś słowami i czyimś zachowaniem, pamiętając o tym, że istnieje coś takiego jak błąd atrybucji. I wtedy może dostrzec, że dziecko które się rzuciło na podłogę w sklepie ma małego brata albo plaster po porannym pobraniu krwi, że rodzic który krzyczy ma podkrążone z niewyspania oczy.

A może nawet można dojść do miejsca, w którym w ogóle nie będzie trzeba wiele dostrzegać , bo może nie będziemy mieli nawet chęci wystawiać komukolwiek recenzji. Może będziemy woleli wyciągnąć rękę, uśmiechnąć się i dać znać, że też czasem nam ciężko i że to rozumiemy.

Bo żaden rodzic, żadne dziecko i żadne metody nigdy nie są idealne. Ale można być łagodnym dla siebie i dla drugiego wtedy, kiedy ta nieidealność mocno nam doskwiera.

post

Najlepszy prezent dla niemowlaka

Siedziałam ostatnio patrząc na olbrzymie stosy prześlicznych malutkich ubranek, które wysłała mi rodzina ze świadomością, że chyba nawet nie ma sensu prać tych wszystkich najmniejszych, bo nie zdążę ich ubrać małemu. Przypomniało mi się wtedy, że po porodzie jest przez dłuższy okres taki czas, że przychodzą różni znajomi odwiedzać i oglądać małe dziecko. I że często pytają jaki prezent dla niemowlaka kupić. Piękny to był zwyczaj kiedyś, jak wszystkiego brakowało i jak ciężko było zadbać samemu o różne rzeczy. I dalej jest miło jak znajomi i rodzina dzielą się jakimiś większymi rzeczami, które im zostały albo pomagają kupić wózek, bujaczek, łóżeczko, nie wiem co. Ale to się robi przedtem. Więc jak się odwiedza kogoś miesiąc czy dwa po porodzie, to on prawie na pewno ma wszystko, czego potrzebuje. I najczęściej duży, duży zapas ubranek, szczególnie tych do 6 miesiąca.

Więc najsensowniejszym pomysłem wydaje się wybieranie rzeczy, które się zużywają – pampersów, środków do kąpieli, maści. Tylko, że dzisiaj to też nie jest takie proste. Dzieci miewają alergie, rodzice używają znowu pieluszek wielorazowych albo specjalnie wybranych płynów. Więc to też nie jest pewny wybór.

Powiem więcej, ten słodki niemowlak, którego koniecznie chcecie obdarować będzie miał wasz prezent w kompletnym poważaniu (chyba że macie w planach pokaźną kwotę, którą dostanie na 18 albo wyspę na południowym Pacyfiku). Jest jednak parę rzeczy, których nie będzie miał w poważaniu i będą dla niego idealnym prezentem:

  1. Brak odwiedzin przez pierwsze dwa tygodnie, chyba że na wyraźne zaproszenie rodziny.
  2. Spokój i cisza.
  3. Nie przynoszenie ze sobą wirusów, serio. Wyobraźcie sobie, że nie potraficie smarkać i kładą was przez większość czasu na brzuchu. A i jeszcze musicie ssać.
  4. Obiad. Nie dla niego, dla rodziny, żeby nie padła z głodu i żeby mama miała dużo mleka.
  5. Ponoszenie jak płacze, zabranie na krótki spacer, tak żeby się mama mogła przespać.
  6. Nie pchanie się do brania dziecka na ręce, szczególnie gdy je, kończy jeść (a może nie kończy, może robi przerwę tylko?), śpi i w ogóle nie pchanie się. Większość rodziców sama chętnie oddaje, nie trzeba się pchać.
  7. Przyniesienie prezentu… dla starszego rodzeństwa, żeby nie darło japy, że tylko młody coś dostaje, a oni nie.
  8. Zabranie na spacer… starszego rodzeństwa i danie mu dużo troski i uwagi. I lody, koniecznie lody.

A jak bardzo chcecie przynieść ze sobą prezent dla niemowlaka, to najlepiej zapytajcie rodzica, bo może akurat coś im potrzeba. Ja to akurat gustuje w owocach dla siebie i pampersach dla dzieci 🙂

post

me too

Był taki piękny dzień, chyba późna jesień albo wczesna wiosna. Tata podrzucił mi autem na skrzyżowanie dróg i miałam dojść poboczem paręset metrów do przystanku. Po drodze minęła mnie ciężarówka i  z przeciągłym klaksonem, zwolniła. A potem zjechała na tenże przystanek i wyłączyła silnik. Wokół akurat żywej duszy. Kiedy przechodziłam otworzyły się drzwi i facet coś zaczął mówić. Zignorowałam go, podeszłam do rozkładu jazdy i zaczęłam go wymuszenie i długo studiować, z rosnącą gulą w gardle dając do zrozumienia, że tak, jestem na przystanku, bo czekam na autobus. Koleś odjechał, a ja wyciągnęłam telefon i zadzwoniła do mojego jeszcze-wtedy-nie-męża z płaczem, czy ubieram się tak, że gość mógł pomyśleć, że warto się zatrzymać. Śmiał się trochę. Dzisiaj w sumie to jedna z tych śmieszniejszych historii, których trochę było.

Bo mam ich cały worek. Niektóre mnie bardziej uderzyły, inne zupełnie zignorowałam. Pierwsze spotkanie na wieczornym przystanku z panem, który zdjął spodnie i zaczął się zabawiać patrząc na mnie z obleśnym uśmiechem, zakończyło się moją gwałtowną ucieczką. Następnego dnia nie wstałam z łóżka i nie poszłam na zajęcia, bo wszystko mnie bolało. Choć nic mi się przecież nie stało.

Im jestem starsza, moja seksualność bardziej oswojona i stabilna, im jestem pewniejsza tego kim jestem, tym mniejsze wrażenie na mnie robi widok genitaliów nieznanego faceta, kiedy właśnie chcę poczytać książkę nad rzeką czy klepnięcie w tyłek na ulicy. Dzisiaj to dla mnie przejawy głupiego czy patologicznego zachowania, które w żaden sposób nie świadczą o mojej wartości.

Zazwyczaj nie lubię akcji facebookowych, często są dla mnie nieudolne i śmieszne, z małym potencjałem zmienienia czegokolwiek. Ale od paru dni zasypuje mnie lawina tagów #me too. Patrzę na nie, a potem na moją małą córeczkę. (*Jakby była małym chłopczykiem to też bym patrzyła).

Nie liczę na to, że cokolwiek sprawi, że będzie mogła uniknąć takich sytuacji w życiu. Nie pomoże przecież piętnowanie szowinistycznych wypowiedzi czy obleśnych dziadów z ulicy. Możemy sobie wszyscy przybijać piątki na facebooku, że tak być nie powinno, ale wcale to nie sprawi, że coś co zawsze było wyparuje.

Nie jest jednak tak, że nic się nie da zrobić. Moja możliwość oddziaływania na społeczeństwo jest dość ograniczona. Mogę wam tutaj napisać te parę rzeczy, które wałkuje się od lat, że ubiór kobiety nie usprawiedliwia tego, że spotkało ją coś złego. Mogę kazać mężowi, żeby ją zawsze odwoził i zawoził, żeby nie włóczyła się po nocy jako nastolatka (a może nawet do 40 roku życia). Może od nas dostać w prezencie gaz pieprzowy albo lekcję samoobrony, oraz naukę najbardziej skutecznych obelg, które często są wystarczające w przypadku obleśnych panów obnażających się czy częstujących soczystymi uwagami. I może nawet będzie miała szczęście nie doświadczyć żadnej grubszej akcji.

Tylko to wszystko na nic. Bo nawet drobna sytuacja, niegroźne doświadczenie, jakieś upokarzające słowa rzucone przez kolegę nie w porę mogłoby ją sprowadzić do parteru.

Jedyne, co mogę dać mojej córce to, to jak ją wychowuję. W poszanowaniu jej ciała i granic. Z gotowością do wysłuchania wszystkiego, zawsze jej wierząc i nie śpiesząc się z osądem. W pełnej akceptacji tego kim jest. Nie tworząc tabu i rozmawiając z nią o seksualności. Ucząc szacunku do samej siebie. Mając nadzieję, że wyrośnie na mądrą osobę, świadomą samej siebie na tyle, że prędzej czy później napotkany, niereformowalny idiota nie zatrząśnie jej światem w posadach.

Bardzo w temacie, linkuję fajny wywiad z Agnieszką Stein, który dzisiaj czytałam.

 

 

post

szczur

Łucja z okazji Dnia Dziecka zażyczyła sobie mysz. Białą. Żywą. Mysz. Przywitała się z nią w sklepie zoologicznym i powiedziała, że jak Tata się zgodzi, to weźmie ją do domu. Nawet zapytała Pana, z którym jest za pan brat, czy mysz może być sama w domu przez cały weekend. Okazało się, że może, o ile ma marchewkę.

Tata nie był zbyt zafascynowany myślą o myszy w naszym mieszkaniu. A konkretnie myślą o zmienianiu trocin i poświęcaniu godziny dziennie, co by mysz nie zdziczała. Więc postanowił porozmawiać o tym z córką. (“Idź do sklepu, a my porozmawiamy o tej myszy”)

Wracam i słyszę:

– Postanowiliśmy, że kupimy szczura.
– ?!
– Szczury to najmądrzejsze z gryzoni.

Rzeczywiście mam pewne miłe wspomnienia ze szczurem koleżanki, umierającym na raka. Zapewnialiśmy mu opiekę paliatywną pod jej nieobecność, jedząc razem słonecznik i pijąc piwo, przy kolejnych odcinkach “Dextera”. Szczur bardzo lubił piwo, które pił z kapsli po piwie, czym ujął nasze serca. Ale tak we własnym, normalnym domu? Szczur?

Chwilę później na pytanie czy siostra przyjmowałaby szczura podczas wakacji, Bartek dostaje odpowiedź: “Obawiam się drogi bracie, że nie”.

Patrzymy po sobie wymieniając coraz to inne spojrzenia i uwagi. Bo chyba żadne z nas tego szczura nie chce w domu.

– W sumie opieka podczas wakacji to najmniejszy problem – mówię
– Tak? To znajdź kogoś, kto się nim zajmie, zanim go kupimy.
– No ten, ten albo tamten…
– To zadzwoń.
– Nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, że ta opieka to NAJMNIEJSZY problem.
– A jaki jest największy?
– SZCZUR.

Łucja wyje. Ona chce szczura. My nie chcemy. Ja uważam, że dziecko powinno móc mieć zwierzątko. Ale nie chcę go mieć. Bartek obiecywał sobie, kiedy sam nie mógł, że jego dziecko będzie mogło. Ale teraz też nie chce. Zaczyna coś mówić, że jak będziemy mieć dom.

– Ok – mówię – teraz będą wakacje, będziemy wyjeżdżać na długo. No i, na weekendy, pod namiot. Nie możemy teraz kupić zwierzęcia. Wrócimy do tematu jesienią, ok?

Bartek coś mamrocze, że jak co roku,  ja mówię, że cicho, ostatnim razem jak odwlekliśmy do urodzin, to temat się pojawił dopiero teraz, może znowu się uda. Ostatecznie jakoś sprawa się na razie wycisza. Jesteśmy złymi, złymi, oszukańczymi rodzicami. Ale na co komu szczur?!

post

mały pogromca porażek

Kontynuując temat podjęty w zeszłym tygodniu – jak reagować, kiedy dziecko ponosi porażkę, nawet najmniejszą, tak aby wspierać jego rozwój w kierunku dorosłego, który będzie sobie radził w trudnych chwilach? Krytykować zawsze łatwo, więc w przeciwieństwie do poprzedniego tekstu, dzisiaj będzie o postawach konstruktywnych i o tym, co dzięki nim w dziecku możemy wzmocnić.

Towarzysz dziecku

Niezależnie od tego, co mówisz i robisz, to jest zawsze pierwsze i najważniejsze. Bądź przy swoim dziecku, gdy się potyka i upada. Na początku bez ocen i bez rad, bądź obok i cierpliwie przyjmuj jego emocje. A potem… to już zależy, bo jeżeli się otworzysz, to często będzie tak, że dziecko samo Cię poprowadzi w tym, czego potrzebuje, pytając – “jak mogę to zrobić inaczej”, “co trzeba zrobić, żeby się udało”, albo nawet wyrzucając z siebie “nigdy mi się nie uda”.

Bądź autentyczny

Dziecko szybko wyczuwa, kiedy wciskamy mu kit. Prawie zawsze. Jeśli masz być przy dziecku, bądź naprawdę, zanurz się w jego świat i słuchaj. Przesiadywanie w tym samym pokoju z telefonem/komputerem/telewizorem (ba, książką nawet!) i odbrukiwanie “mhm” z największym zaangażowaniem na jakie Cię stać, nie liczy się.
Informacji zwrotnych też udzielaj autentycznie. Nie mów, że coś Ci się podoba, kiedy tak nie jest. Oczywiście nie musisz od razu mówić, że to najbrzydszy kot, jakiego w życiu widziałeś. Znajdź to, co naprawdę przykuwa Twoją uwagę i o tym mów.

Dostrzegaj rozwój

Większość umiejętności nabywa się z czasem. Zamiast chwalić do znudzenia (i nieautentycznie) “piękne”, “wspaniałe”, “super”, patrz na postępy, których dokonuje Twoje dziecko. “Wydaje mi się, że te uszy kota, są o wiele bardziej kształtne, niż poprzednio”, “Zobacz, tym razem nie pomyliłeś się w mnożeniu na sprawdzianie, to dobra droga” itd. Brzmi jak prawdziwa informacja zwrotna, prawda? Ale przede wszystkim pozwala też dziecku na dostrzeżenie, że przechodzi przez pewien proces. Uczy się tego, że żeby coś osiągnąć trzeba wykazać cierpliwość i włożyć jakąś pracę. Motywuje do działania.

Nie pomagaj na siłę i wyważenie udzielaj rad

Nie pchaj się od razu ze złotymi radami na rozwiązanie problemu. Poczekaj, aż dziecko zapyta, albo wyrazi wątpliwości. Nie dawaj też od razu recept. Zapytaj “jak myślisz, co można z tym zrobić?”. Podaj parę rozwiązań, z których może skorzystać dziecko. Pomóż w realizowaniu tych rozwiązań, a nie całego problemu. Wesprzesz tym samym samodzielność, umiejętność kreatywnego szukania rozwiązań i nie postawisz dziecka w sytuacji, w której dajesz mu do zrozumienia, że ono po prostu czegoś nie potrafi, więc niech nie robi. Znowu – wspieraj proces, a nie jego efekt końcowy.

Nie bój się krytyki

Dziecko nie musi słyszeć od nas samych zachwytów. Nie chodzi o to, żeby na każdym kroku wytykać mu niedociągnięcia. Ale kiedy już jesteście wspólnie w procesie uczenia się, jest gotowe, żeby wysłuchać stwierdzeń takich, jak “Wydaje mi się, że to głowa powinna być trochę mniejsza od brzucha, jak myślisz?”, “Może spróbujesz czy nie łatwiej by Ci było pisać od lewej od prawej?”. Chyba nie muszę tego pisać, ale – radzenia sobie z konstruktywną krytyką, też warto dziecko nauczyć.

Pozwól dziecku przegrać

Grając w grę planszową, ścigając się, zadając zagadki – pozwól dziecku przegrać. Mój dziadek, który był brydżystą, często grał z nami w karty i szachy. Dzięki swoim nieprzeciętnym zdolnościom potrafił grę przeciągać w nieskończoność, podkładając się tak, żebyśmy nie zauważyli i dając wygrać. Ale wygrywać dawał mojej małej siostrze, starszych, a szczególnie chłopaków, najczęściej pokonywał. Chociaż mógł to zrobić w parę ruchów, z reguły wydłużał grę, ucząc nas stopniowo, jak możemy się bronić. Myślę, że gdyby nie dawał nam przegrać, nigdy byśmy się tyle nie nauczyli.

Stawiaj dziecku wyzwania

Takie, które nie będą przekraczać jego możliwości, ale będą dość wymagające. Nauczysz go smaku zwycięstwa i tego, że warto podejmować wyzwanie, że dobrze jest się nie poddawać na początku.

Przestań mówić “nie umiem” i “nie wiem”

Chcesz, żeby Twoje dziecko się rozwijało i podejmowała wyzwania, ale sam nie masz ochoty ruszyć tyłka z fotela, gdy napotykasz jakiś problem? Rozkładasz ręce, kiedy brakuje wam jakiegoś ważnego elementu, do wymyślonej zabawy, zamiast wymyślić rozwiązanie? Nie wiesz, co jedzą lamparty, więc mówisz “nie wiem, pewnie jakieś mniejsze zwierzęta”? W ten sposób dajesz sygnał, że lenistwo umysłowe jest przywilejem dorosłych, którzy już się nachodzili do szkoły, a rozwój przykrym obowiązkiem Twoich dzieci.

Masz dużą przewagę nad swoimi rodzicami. Nie ograniczają Cię książki, które masz w domu. Masz w kieszeni ten mały, płaski przedmiot, który używasz – no właśnie do czego najczęściej? A przecież, na większość pytań, możesz śmiało odpowiedzieć – “Nie wiem, sprawdźmy w Internecie”. Mam wrażenie, że pokolenia, które się wychowywały się już z dostępem do Internetu nauczyły się, że służy on głównie rozrywce. A przecież możemy nauczyć dzieci skutecznego korzystania, z tego źródła niemal nieograniczonej wiedzy.

Podobnie rzecz się ma z rzeczami, których nie umiemy zrobić i problemami, na które nie możemy znaleźć rozwiązań. Nauczymy dzieci, jak można to robić, korzystając z dostępnych źródeł, dając im za przykład samych siebie. Tylko dlatego robiłam ostatnio domowy klej, gdy okazało się, że nie mamy, a trzeba zrobić kartkę na dzień babci 🙂