post

Rosół

Moja mama nie przekazała mi jedynego słusznego sposobu na rosół. Jak byłam mała to gotowała taki bardzo prosty i delikatny  na piersi z kurczaka. Ja swoje gotowanie zaczęłam bez przekonań na temat tego, jak powinien wyglądać PRAWDZIWY rosół (tymbardziej, że miałam dłuższy wegetariański okres).
Dzisiaj moje rosoły w ogóle nie przypominają rosołów mojej mamy. Ale ona nauczyła mnie czegoś ważnego – odwagi że zupa powstaje jak się wrzuci różne rzeczy do wody i doda przypraw. Resztę wzięłam od różnych napotkanych po drodze osób. Moja współlokatorka nauczyła mnie przypalać cebulę na gazie, a babcia używać dużo świeżego lubczyku.  Ktoś, nie pamiętam kto, że lepiej żeby selera było ze 2 razy więcej niż pietruszki.  Daję kurkumę i kardamon, dzięki znajomości z kimś kto ma swoje korzenie daleko na wschodzie. Bartek mówił zawsze „gotuj długo i na małym gazie”.
Dziś jest taki ponury dzień, Łucja zaszyła się pod kocem a Remik uparcie wisi w chuście. Słuchamy Toma Waitsa i Jeffa Buckleya i gotujemy rosół. Kiedy wrzucam kolejne składniki moje myśli wędrują do osób , które pokazały mi jak ich używać. Większość z nich nie uczestniczy teraz w moim życiu i kiedyś było mi ciężko z tym. Miałam jakieś takie przeświadczenie, że jak relacja jest dobra i udana to zostaje na zawsze.  I że „dobra” relacja rozpada się jak wydarzy się coś spektakularnego, czyli krótko mówiąc albo ktoś umrze albo ktoś da dupy.
Kiedy nazywam je głośno brzmi śmiesznie, ale nie jest takie. Przynosi dużo poczucia winy i obwiniania siebie albo drugiego. Dzisiaj coraz częściej dodaje moje składniki do rosołu z wdzięcznością i spokojem, że relacje nie muszą trwać określoną ilość. Że drogi mogą rozchodzić się bez bólu i bez winy. A rosół i tak jest na koniec dobry i mój.
post

wierność

Zasypiamy, już długo za długo. 

– Bo Ty musisz być wierna, a nie chciwa – mówi nagle Łucja ni z gruszki, ni z pietruszki. – No bo jesteś wierna dla mnie.
– Tak? A co to jest, że ktoś jest wierny?
– No wiesz… to jest, że wszystko mi robicie.
– Czyli co robimy?
– No… kiedy chcę się bawić, to mi pozwalacie, a kiedy chcę moje pudełko z biżuterią. to mi ściągacie. I dajecie mi pić kiedy, jestem spragniona. To jest, że jesteście takie wierne. Że wszystko robicie.

Najpierw wydaje mi się, że to dziwna definicja. Tak często o wierności, mówi się tylko w kontekście przeciwstawiania jej do zdrady, że zapomniałam o tym innym znaczeniu. A przecież wierny to też – “służący komuś z oddaniem i przywiązany do kogoś”.

Nie po raz pierwszy zaskakuje mnie jej pojmowanie świata i kiedy zasypia, moje myśli (też już na wpół sennie) błądzą wokół wierności. Tak łatwo uprościć ją do nie wyrządzania zła, nie ranienia czy nie opuszczania drugiej osoby. I nagle 3.5 letnia mądrala wytyka mi, że wierność leży gdzie indziej – w dostrzeganiu drugiego, jego potrzeb i reagowaniu. Że to, co nazywamy “brakiem wierności”, czyli zdrada, jest już odległym symptomem, tego, że tej wierności od dawna nie było – że straciliśmy z oczu drugiego, że przestaliśmy o niego dbać.

“Musisz być wierna, a nie chciwa” powiedziała mi. I to połączenie też wydało mi się dziwaczne. Ale im dłużej myślę, tym bardziej widzę wierność nie jako przeciwieństwo zdrady, ale jako przeciwieństwo egoizmu. I dociera do mnie, że egoizm to właśnie chciwość.

Nie wiem, ile z tego miała na myśli moja zasypiająca córeczka. Ale po raz kolejny kłaniam się prostocie dziecięcego rozumienia, które tak często widzi więcej. I jestem przerażona, jak łatwo tę mądrość przepuścić między palcami, nie zauważyć, jak łatwo ją stłamsić i zgasić – nie pytając ze szczerą ciekawością, albo mówiąc “nie no, co ty, wierność to zupełnie coś innego niż mówisz, głuptasie”.

 

post

starju

Biorę prysznic, Łucja wchodzi do łazienki i siada koło mnie na małym krzesełku. Śpiewa sobie coś pod nosem, czesząc kucyka Pony.
– Mamo? – Pisałam ostatnio artykuł o uważności i żeby w wannie się cieszyć wodą, a nie myśleć za dużo. Tymczasem właśnie oddając się hipokryzji, intensywnie planuję dzień i myślę nad jakimś jeszcze nowym tekstem.
– MAMOOO!
– No?
– Weź sobie Starju. – Jakby ktoś nie wiedział to pokemon. Ja do dwóch miesięcy temu wiedziałam tylko o istnieniu Pikaczu, rodzicielstwo rozwija.
– Eee.. nie, spoko, zaraz wychodzę.
– No weź, proszę.
– No dobra. – Biorę gumową gwiazdkę do kąpieli, napełniam wodą, krzyczę „Wybieram Cię, Starju!!” i patrzę jak woda pięknym łukiem opada na dno wanny.
– I co mamo? Dobrze się bawisz?
– Dobrze – mówię i zaczynam się śmiać, bo to prawda. Naprawdę dobrze. I bo zapomniałam, co ja to miałam. Zostaję w wannie jeszcze chwilę, żeby umyć szamponem głowę  Syrenki-Barbie i poprawić fryzurę kucyka.

*obrazek dzięki  http://dragonfly-world.deviantart.com/

post

kiedy umarniesz

W końcu przyszedł w życiu Łucji moment na pytania, na które niekoniecznie chciałam już odpowiadać. Zasypiamy, a raczej próbujemy, już dwa razy się pokłóciłyśmy, już raz wychodziłam się uspokoić.

– Mamo… – słodziutki głosik i małe łapki głaszczące po twarzy – Mamoo… Jesteś taka śliczna i kocham Cię.
– Też Cię bardzo kocham. Możemy już spać? – nie mam już ochoty ani na głosik ani na łapki, nie chcę, żeby mnie dotykać po twarzy. Chcę, żeby zasnęła po tych 1.5 godziny i sama iść spać.

– Mamooo… Mamusiu… Zawsze będziesz żyła?

I co mam powiedzieć? Czy możemy o tym porozmawiać jutro? A najlepiej za dziesięć lat, albo nigdy? Mówię ciche “Nie” z nadzieją, że to wystarczy. Patrzą na mnie te ogromne czarne oczy.

– Ale to znaczy, że umarniesz?
– Kiedyś wszyscy umrą.

Łucja płacze. Płacze w ten sposób, który nie potrafi mnie denerwować w żadnej sytuacji i o żadnej porze. Wielkimi łzami, cicho, bez jęków i pisków. Płacze swoim smutkiem. I też mi smutno. Rozmawiamy długo, o tym kiedy umrę, a kiedy tata, a kiedy ona. O tym, co może być potem i czy plac zabaw wchodzi w grę. Łucja postanawia, że w razie czego znajdzie sobie nowych rodziców. Mówię, że to bardzo dobry plan, ale nie będzie wtedy ich potrzebowała tak bardzo jak teraz, bo raczej będzie dorosła.

Leżymy trochę w ciszy, każda oswaja własne myśli. Pewnie zanim umrę przeżyjesz już tyle strat, że trochę się oswoisz. Może nawet uda Ci się odkryć, że śmierć jest jednym z największym darów, że sprawia, że może istnieć chwila, którą się cieszymy, że mobilizuje do życia z sensem, że daje nadzieję, na coś więcej niż świat, na którym dzieci mrą z głodu i na wojnie. I pewnie też moja osoba do tego czasu zejdzie na dalszy plan, ukryje się za jakąś wielką miłością, troskami o własne dziecko albo niezwykłą życiową misją… A może wszystko będzie zupełnie inaczej.

– Śpimy? Zawszę będę Cię kochać.
– Nawet jak umarniesz?
– Nawet.

Znowu trochę płacze.

– Nie będę lubić tej godziny.
– Której?
– Tej, w której umarniesz wiesz? Bo ja tak bardzo Cię kocham.

I wtedy ja też już płaczę, tak samo cicho i wielkimi łzami. Płaczę, bo wiem, że ona ma rację i że Lewis miał rację – śmierć jest zawsze straszna. Przychodzi tata i głaszcze nas w ciszy po stopach. A potem idziemy spać wszyscy razem do sypialni i jeszcze chwilę cieszymy się sobą. Chyba nawet mocniej niż zazwyczaj, bo myśl o przemijaniu pozwoliła nam bardziej cenić teraz…

post

głos i płacz

Korzystając z pięknej sobotniej pogody zapakowaliśmy sanki i wybraliśmy się do lasu. Większość drogi Łucja jęczała i wyła w foteliku, że ona nie chce do lasu, tylko do parku/na łąkę, a najlepiej do domu. Próby logicznej rozmowy były średnio udane. Tłumaczę, że jak znajdziemy dobrą łąkę, to pójdziemy tam, na co ona z wyraźną pretensją mówi:
– Bo ten las to już jest uzgodniony!
– No, tak jest uzgodniony, przecież w domu chciałaś. A co Ty też chciałabyś mieć głos?
– Ale pamiętaj, że mama i ja też mamy głos… – mówi Bartek
– No właśnie kochanie, Ty masz jeden głos, tata ma jeden i ja mam jeden…
– Ja nie mam głosu, ja mam płacz – wybucha Łucja
– No pewnie – mówię na wpół rozbawiona – płacz jest silniejszy od głosu, ale trochę nieelegancko załatwia się rzeczy płaczem.
Łucja nie odpowiada tylko nasila jęczenie. Nagle Bartek mówi:
– A co Ty myślisz, że my nie mamy płaczu, tylko głos? Ja też mam płacz. I zaczyna jęczeć za kierownicą – Łucjaaaaa… ja już dłużej tego nie wytrzymaaaam, ile można tak jęczeć… Mieliśmy jechać do lasuuu.. buuu… łeee

Skończyło się głośnym wybuchem śmiechu. Spacer był udany, trochę lasu, trochę łąki, trochę sanek i trochę biegania. I co by nie mówić – głos z płaczem to jednak ciężko się dogadują.

król jest nagi

Niedawno na placu zabaw obserwujemy z Łucją następującą, dobrze wszystkim znaną scenę. Chłopiec (na oko 4 lata) przyszedł z tatą. Zachowuje się dość nieznośnie, konfliktuje z innymi dziećmi i nie chce podporządkować ojcu. Tata natomiast zupełnie nie wie, co ma zrobić i straszliwie się miota, biegając za małym po całym placu zabaw i wykrzykując „zostaw! przestań! bo idziemy do domu!”.

I nagle moja córka, siedząc w piaskownicy pyta na tyle głośno, że wszyscy usłyszeli:

„Mamoo, a dlaczego ten pan tak mówi ciągle ‚Idziemy do domu, idziemy do domu!’ i nie idą?”

Lekko się zaczerwieniłam i nie udzieliłam odpowiedzi, czego rychło pożałowałam, bo Łucja parę dni później wpadła na pomysł, żeby sprawdzić czy może ja też będę tak ciągle mówić, czy rzeczywiście wrócimy do domu, jeśli będzie krzyczeć na dzieci.

„wszystkie nagle ważne rzeczy”

Zmywam, a  Łucja ucina sobie jedną z bardzo rzadko zdarzających się jej drzemek. Myślę o różnych niezwykle ważnych sprawach i czy zdążę jeszcze ugotować obiad, póki śpi. Odkładam właśnie ostatni garnek, kiedy słyszę ciche wołanie. Kiedy wchodzę do sypialni, moja córka pokazuje mi palcem na poduszkę i mówi:

– Mamo, wybierz to
– Co mam wybrać kochanie? Poduszkę?
– Tak, to wybierz. Chodź, połóż się wygodnie ze mną – mówi, wpatrując się we mnie wielkimi oczami.
* * *
Poległam. Położyłam się wygodnie, przytulając do małego ciałka i pomyślałam, że rzeczywiście – TO JEST ważny wybór.

dzięki

Historia taka: jesteśmy w Biedronce w kasie, uwijamy się szybko, bo jest duża kolejka. Na taśmie ląduje obok reszty zakupów, obiecane jajo-niespodzianka. Młody i sympatyczny pan kasjer podaje je Łucji prosto do ręki, mówiąc z uśmiechem „proszę”, na co odpowiada: „Dzięki”.  Mnie rozpiera duma, że tak ładnie potrafi się zachować, ale zawsze może być lepiej przecież… Więc pakując zakupy tłumaczę jej, że „dzięki” to się mówi, jak się kogoś zna, a jak nie to lepiej powiedzieć „dziękuję”. Płacę. Odchodząc od kasy słyszę siebie mówiącą do kasjera „dzięki” i jego zduszony śmiech.