post

Nie lubisz mnie

– Nie lubisz mnie… – pojękuje Łucja po raz kolejny w tym tygodniu. Trudno jej. Zazdrosno. Remik mało śpi. Ona ma mało mamy. Wszystkim trudno, ale jej bardzo. Było milion rozmów, mnóstwo pytania o to co może ci pomóc. Tylko ileż mogę pytać, ileż ona może mówić, kiedy wciąż i wciąż brak zasobów na to, co jej może pomóc. Mama jej może pomóc. Taka tylko dla niej. I trochę to daje ulgi, że widzę, że słyszę, że pytam, że snujemy plany, że łapiemy minuty. Ale ciągle za mało.

– Nie lubisz mnie… – powtarza głośniej. Wiem co teraz będzie, jeśli spytam dlaczego tak mówi albo myśli. Wiem też co będzie jeśli zacznę zaprzeczać. Wiem, że znowu wylądujemy nigdzie. Robię więc coś po czym nie wiem co będzie, ale widzę, że jest spokojna, lekko rozdrażniona i tak po prostu to mówi.

– No. Nie lubię. – zastyga i patrzy na mnie zdziwiona. Jakby miała długie uszy to by nimi strzygła jak zwierzaczek. – Nieee lubieee cieee jaaak….
– No jak co pyta? – już lekko naburmuszona
– Jak czekolady cię nie lubię! – dociera do niej, że to zabawa i się rozluźnia
– Nie lubię cię jak małych roślinek. I słodkich kociaczków. Jak słonecznego dnia. Nie lubię cię jaaaak….
– Jak co? Jak co? – pyta już lekko podekscytowana
– No nie lubię cię jak pysznej, zimnej wody w upał. I lodów. Taak nie lubię cię jak lodów.

Śmieje się i mnie przytula. Powtarzamy to ostatnio prawie co dzień. Starcza, żeby zrzucić trochę ciśnienia, kiedy Remik nie śpi i wisi mi na rękach. Pozwala nie wchodzić w rozmowę z serii nie lubisz mnie, kochasz go bardziej i w ogóle już nie jestem dla was ważna. Starcza, bo to zabawa, a zabawa pomaga gdy dzieciom jest ciężko, pomaga gdy nitka więzi się niebezpiecznie mocno naciąga, a ten balon zazdrości o którym ostatnio mówiła już prawie wypełnia.


Być może spodoba Ci się:

Już mnie nie kochasz
Ból istnienia
Zazdrosna

Zdjęcie: trzyletnia Łu , Stawy Milickie

post

Zazdrosna

Siłowałyśmy się z Łucją, kiedy coś nagle poszło nie tak. Ostatnio bardzo często wchodzi w taką zabawę, spragniona kontaktu fizycznego ze mną, bo ma go mniej, ale też widzi młodszego brata na rękach. Nie zawsze to jest łatwe dla mnie do przeprowadzenia, kiedy nie ma taty, bo trudno mi czasem równocześnie zadbać o bezpieczeństwo Remika, ale trochę nam się udaje.

Tym razem chciała, żeby ją ściskać mocniej i mocniej, a potem nagle choć już nie ściskałam mocniej, zrobiło jej się za mocno i wybiegła z pokoju rozżalona i zła. Czasem tak bywa podczas takich zabaw, że dzieciom nagle wychodzą różne emocje i dobrze być na to gotowym. Ja jak zwykle nie byłam i zupełnie o tym nie pamiętałam przez jakąś chwilę.

Krzyczenie i bicie

— Idź sobie stąd!! – krzyknęła do mnie jak zaglądałam przez drzwi
— Chciałam sprawdzić czy wszystko okej?
— Nie jest okej! Nie będę z tobą gadać. Nie chce nawet na Ciebie patrzeć! – Dowaliła. Przełknęłam ślinę i poszłam do kuchni mantrując w głowie “Nie o mnie, nie o mnie, nie o mnie”. Ale po chwili wyszła, żeby oznajmić trzęsącym się głosem, że nie jest zła i że przyjdzie pogadać, jak się wysmarka.

— Przepraszam, że na Ciebie krzyczałam.
— Okej, spoko.
— Po prostu mnie zabolało, jak mnie boli, to nie mogę mówić łagodnie.
— Jak kogoś boli to trudno mówić łagodnie.
— No ale nie chciałam krzyczeć, chciałam łagodnie
— Jak coś boli to dobrze umieć krzyczeć, żeby ktoś na pewno usłyszał i przestał. Cieszę się, że umiesz krzyczeć. – myślę sobie o tym, jakie to trudne dla mnie, żeby w taki sposób zadbać o siebie i nie chcę jej tego blokować.
— No ale lepiej mówić łagodnie
— A krzyczenie się nie przydaje ?
— No może. Ale przepraszam.
— Okej. Wszystko dobrze. Przepraszam że cię za mocno ścisnęłam
— Ale…
— Ale okej.
— Ale Bubek! — wybucha płaczem i myślę o co jej chodzi, że się przestraszył przy tej kłótni?
— Nic mu nie jest, spoko.
— Ale bo ja go uderzyłam! To nie chodzi, że mnie ścisnęłaś. Tylko on się nie przestraszył, że płakał, ale ja go uderzyłam przedtem. — teraz już zanosi się płaczem — A on ma taką słodką buzię i patrzy na mnie z ufnością i ja nie wiem jak mogłam go uderzyć!


Zazdrość

Biorę ją na kolana i mi serce się ściska z tego nieszczęścia całego co ma sobie, z tego że chodzi z tym już pół dnia i że dopiero w tych siłowankach, w tym ściskaniu, w doświadczeniu bólu do niej przychodzi, żeby to wyrzucić. Przytulam i głaszcze po włosach. Rzeczony Bubek zupełnie nie pamięta, że ktoś go kiedykolwiek uderzył i bardzo zadowolony zmierza po podłodze do kawałka naleśnika, który mu wcześniej wypadł z ręki. Nic nie mówię i przytulam spokojnie, choć strasznie mi smutno i trudno, że jej tak trudno, że to część tego, że ja daję jej mniej niż potrzebuje, ale nie mniej niż jestem w stanie teraz dać. I jakoś taką bezradność mam na to wszystko, na te dzieci, na bałagan, na trudy, na bycie niedoskonałą.

— Bo ja się zrobiłam zazdrosna i go chciałam uderzyć, ale smok był ciężki i już wiedziałam, że to będzie mocno, ale nie mogłam już zatrzymać.
— Oj misiaczku…
— I on jest taki słodki, i ja go tak kocham, a potem robi mi się zazdrość i ja nie mam już panowania… tylko zazdrość ma mamo.
— A ta zazdrość Ci się nagle robi taka duża?
— Nie, bo ona się robi, że ja pomyślę że ty go nosisz ciągle i przytulasz, i jest najpierw mała, ale potem rośnie jak balon i potem już jest taka duża, że ja nie umiem jej powstrzymać i pęka i nie mam już wtedy panowania. Mamo jak ja mogę tak robić?
— Misiu tak się zdarza, jak człowiek się zdenerwuje, że jego mózg działa tak jakby tam mu się klapka jedna odłączyła. I wtedy czasem robi i mówi rzeczy, których nie chciałby normalnie. Że nie ma tego panowania.
— I tak mi się klapka otworzyła?
— No chyba tak.
— I to się nic nie da zrobić?
— Da się. Można wiedzieć, się zbliża ten moment i wcześniej to przerwać. Zanim balon urośnie i pęknie. Na przykład na samym początku, jak się robisz zazdrosna.
— Ale jak?
A co by ci pomogło?
— Jakbyś mnie przytuliła wtedy.
— To przyjdź wtedy się przytulić może?
— Dobra. Albo żebyśmy się dzisiaj pobawiły.
— Okej.

Jakaś radosna wstała następnego dnia, jak dawno nie, bardzo opiekuńcza dla niego, a ja trochę uważniejsza na jej potrzeby, żeby jeszcze coś więcej dla niej wcisnąć w rozkładzie dnia. Wchodziła na kolana parę razy i coś tam opowiadała. Minęły dwa dni i znów małe pięcioletnie stopy kopały w stronę (bo na ogół metaforycznie, powietrzu) ośmiomiesięcznego brzucha. Więc przekazałyśmy go tacie i poszłyśmy na zakupy, napięcie zeszło.

Wystarczająco dobry rodzic

Dużo mam myśli. Przysięgam, napisałam tak jak ona mówi. A że tak właśnie mówi, dorośle i wyszukanie, to czasem zapominam że ma pięć lat, że też potrzebuje bardzo dużo. Do tego młodszy jest bardziej wymagający w swojej bezradności niemowlęcej i łatwo tracę ją z oczu.

Myślę też o ciężarze okrutnym, który niesie w sobie to dziecko, które zbije, które nie znajdzie lepszego sposobu na rozładowanie napięcia, o tym jak bardzo ważne jest pomóc mu to regulować, zatrzymać wcześniej. A potem często dziecko tak chętnie będzie współpracować, ale potrzebuje wsparcia, uwagi, braku oceny za to co się wydarzyło, pełnej akceptacji siebie nawet wtedy kiedy po prostu i zawsze.

Myślę też o tym, że rodzice często mówią “ale ten młodszy ma już 9 miesięcy /rok, to chyba dość czasu żeby się przyzwyczaić, wcześniej było lepiej”, a to właśnie teraz dzieciom bywa trudniej, bo młodszy nie śpi już tyle, ma coraz bardziej podobne potrzeby, chce zabawki, chce jedzenie i w ogóle wyraźnie chce. Może teraz dociera, że to nie jest przejściowy kryzys tylko że już tak będzie, że muszę dzielić się wszystkim. Może nawarstwiają się niezaspokojone ileś czasu rzeczy. I wszystko wybucha, tik-tak? A my tak często myślimy “Co mu nagle odpaliło?”

Na koniec myślę o sobie, o tym że więcej nie dam już, bo nie mam z czego i chwytam się nadziei, że to jest dość. Tego, że wystarczy być nie idealnym ale wystarczająco dobrym. I że w ogóle wystarczy po prostu być.. dla nich, z nimi, z miłością, ciekawością, akceptacją.


Być może spodoba Ci się:

Czy lubisz wszystkie moje emocje?
Ból istnienia

Zdjęcie

post

depresja poporodowa i instagramy

– Powinnaś mieć insta do tego bloga, takie piękne zdjęcia Twoje i Łucji. Ludzie lubią zdjęcia. – poinformowała mnie kiedyś zimą, w pierwszym trymestrze, moja przyjaciółka, która regularnie uświadamia mnie, że nie do końca odnajduję się w realiach dzisiejszego świata.
– Eee… insta tak. To bym musiała wrzucać tam zdjęcia. Bym musiała je mieć. W tym tygodniu zrobiłyśmy sobie jedno selfie, patrz.
– Nie, nie, nie. Dorota! Tak to nie działa. To musi być ładne zdjęcie, wiesz trzeba się ubrać, uczesać, a nie…

Czasem widzę bardzo popularne blogi, na których treści i przekazu wprawdzie mało, ale zdjęcia są super. Czuję potrzebę estetyki, realizowaną oglądaniem ładnych skandynawskich wnętrz i dzieci ubranych jak książątka, choć swoją wolę zaspokajać inaczej. Ale widzę w tym jeszcze coś – balansowanie na cienkiej granicy pomiędzy tąże potrzebą estetyki i oglądaniem mocno nieprawdziwego świata a jakimś takim emocjonalnym masochizmem.

Depresja w ciąży i popordowa (nie) na instagramie

Tu jest kilka krótkich i prostych tekstów o depresji i zaburzeniach nastroju w ciąży i po porodzie (na które natrafiłam właśnie – nie mogąc spać od świtu pod koniec ciąży 😉 ). Pani Dawn Kingston, która jak informuje notka biograficzna, specjalizuje się w zdrowiu psychicznym w okresie okołoporodowym, pisze o tym, że większość depresji poporodowej zaczyna się w ciąży. Według niej bierze się to między innymi stąd, że:

  • zaburzenia nastroju w czasie ciąży uważane są za coś normalnego, więc kobiety nie szukają pomocy, jak coś zaczyna się dziać;
    kobiety w ciąży nie gadają o swoich lękach i smutkach, a tym bardziej objawach depresji, które pojawiają się w czasie ciąży, bo… jest im wstyd;
  • na kobiety w ciąży nakładana jest olbrzymia presja – wygląd, styl życia, doświadczane emocje – wszystko powinno spełniać kulturowo narzucone normy bycia dobrą mamą już w ciąży;
  • z bycia perfekcyjną-przyszłą-mamą płynnie trzeba przejść w bycie perfekcyjną-młodą-mamą, jak coś pójdzie nie tak, niezgodnie z wizją i planami (a często idzie i często zupełnie nie leży to po stronie mamy, że tak się stało) to bywa, że bardzo ciężko się z tym pogodzić.

Eksperyment na depresję

To staranie się, próba doskoczenia do wysoko postawionej przez nie do końca wiadomo kogo poprzeczki, którą zaakceptowaliśmy na tym poziomie i udawanie przed innymi, przed bliskimi, przed sobą nawet, jest wyczerpujące i niszczące. Dawn Kingston proponuje taki uwalniający eksperyment, polegający na tym, żeby zacząć mówić prawdziwe rzeczy o swojej ciąży (a potem macierzyństwie). W kolejce do lekarza, w szkole rodzenia, na spotkaniu z (może perfekcyjnymi) znajomymi, zdjąć na chwilę maskę i powiedzieć “hej, tak właśnie jest”. I zobaczyć co wtedy się stanie.

„Hej, tak właśnie jest”

Śniło mi się ostatnio, że zgubiłam córkę w lesie. Było ciemno i jej niedopilnowałam, a potem już tylko słyszałam że jest gdzieś niedaleko, że płacze i krztusi się czymś, ale nie mogłam się do niej dostać przez gęste krzaki. Była tuż obok, ale nie wiedziałam gdzie, nic nie widziałam. A potem nagle obudziłam się w śnie, w którym odkryłam, że przez 8 godzin nie karmiłam jej urodzonego już brata, bo spał i zapomniałam go obudzić. Z tego wszystkiego obraził się i wrócił do brzucha.

Tak, trochę się boję jak to wszystko poukładamy, żeby było dobrze. Wracają mi stare uczucia braku kompetencji, oskarżenia w głowie nie wiadomo skąd, że część rzeczy to moja nieudolność albo lenistwo, a nie świadomy wybór – zarzucania bezsensownych norm, dawania przestrzeni rodzinie, zostawiania odpowiedzialności dziecku. Tak, siadałam czasem na łóżku w tej ciąży z dziwną myślą “kurde, co my zrobiliśmy, przecież ja tego nie ogarnę” albo z uczuciem, że nie będę potrafiła kochać jego tak jak jej, albo że zrzucę na nią zbyt wiele i zbyt wiele będę wymagać, kiedy on się urodzi. Nie ćwiczyłam, jadłam słodycze, piłam coca-colę i radlery 0%, nie wyglądałam na zdjęcie na instagrama i często nie miałam siły bawić się z Łu, szczególnie ostatnio mimo, że czuję, że to nasze ostatnie chwile tylko we dwie.

Cieszę się z mojej ciąży, była dla mnie wielką podróżą. I cieszę się też, że już się kończy. Ale to wszystko u góry też jest prawdą o niej.

A Ty? Odsłonisz trochę prawdy?


 

post

za krótko

Są takie rzeczy, które nas męcząca jako rodziców, które przestajemy lubić, a czasem doprowadzają nas do rozpaczy. Jest ich bardzo wiele na każdym etapie rozwoju dziecka – miliony nocnych pobudek, potrzeba nieustannej uwagi i asysty, problemy z jedzeniem, kolejne posikane majtki, rozlewające się i gorące emocje. A my siedzimy i zastanawiamy się czy damy jeszcze radę? I jak długo to potrwa?

Załamujemy ręce, a potem wdrażamy kolejne rady, które sprzedała na rodzina albo przyjaciele. Chodzimy do lekarzy, sięgamy po specjalistyczne poradniki. A czasem nawet zaglądamy na portale chwalące się, że odkryły 5 złotych sposobów, na to żeby Twoje dziecko już nigdy, przenigdy nie robiło tego czy tamtego. Mierzymy się z tym, że część tych sposobów jest wbrew nam albo dziecku, a druga część nie działa.

A potem znów załamujemy ręce i pytamy jak długo jeszcze? Co zrobić, żeby przestało? Co robię źle? Kiedy to się wreszcie skończy? Pytamy, zapominając o prostej prawdzie. Że to wszystko najczęściej

jest rozwojowe
jest normalne
i minie.

 

Zapominamy, że dzieci tak mają i że mogą tak mieć,

że po prostu są dziećmi.

A potem nagle, któregoś dnia się budzimy i stwierdzamy, że tego już nie ma. Od tygodnia, dwóch, a może miesiąca. Przeszło, zniknęło na amen. I chociaż tak uwierało, takie było nie do zniesienia, to wracamy do tego często z tęsknotą i rozrzewnieniem.

Jeszcze wiosną chciała się huśtać tylko na tych huśtawkach z oparciem. Teraz wystarczy ją popchnąć dwa razy, a sama rozpędza się wysoko na tej “dla starszych”. Patrzę na to z dumną mamy, której dziecko coraz wyraźniej przesuwa się z czterech lat do pięciu i staje coraz bardziej samodzielne. Z ulgą wielkiego brzucha, bolącego ciała, słabości w upale, które nie pozwalają mi w pełni brać w tym udziału. Ale też z nieustającym smutkiem przemijania.

I wtedy z nową nadzieją i cierpliwością wchodzę w te miejsce gdzie jest mi trudno, gdzie mam ochotę wyć do księżyca i pytać ile jeszcze. Bo w głębi, w samym środku, tak naprawdę wiem, że zawsze i ostatecznie to będzie za krótko.

*Na zdjęciu prawdziwa Łu.

post

żelazko

Taki dzień, w sumie zwykły, z codziennymi zajęciami, ale w którym sobie zaplanowałam, że będę miała czas na coś z dawna przekładane. Ale co chwile coś małego wyskakuje i z upływem kolejnych minut, już czuję, że nie ma sensu nawet zaczynać, bo mam mam akurat tyle czasu, żeby udało mi się osiągnąć skupienie potrzebne do zaczęcia tego, co chciałam. Taki zwykły dzień, w którym miałam zrobić trzy rzeczy na krzyż, ale w domu zawsze jest ich więcej i jak już zaczynam czuć, że jestem trochę zmęczona, to dzwoni Bartek czy wyprasuję koszulę.

A z tego prasowania koszuli robi się całe zagadnienie. Bo właśnie ta konkretna, potrzebna uległa jakiemuś strasznemu zagnieceniu. A po 30 minutach opryskiwania i próbach rozprostowania, nagle nasze przedpotopowe żelazko postanawia obrzygać tąże białą i najnowszą z koszul kamieniem. Więc zamiast prasować odplamiam, a potem próbuję z kolejną, żeby uzyskać podobny efekt. I wtedy czuję już, że chce mi się płakać nad tymi głupimi koszulami, które zabrały mi tyle czasu i w dodatku bez efektu. I robię się zła.

Są takie teorie, w psychologii, że najpierw pojawia się nam niespecyficzne pobudzenie, a potem dopiero, w zależności od interpretacji, emocja. Ale ja mam wrażenie, że tę złość to ja czuję w brzuchu zupełnie inaczej niż na przykład rozczarowanie. I właśnie teraz czuję, że jestem zła. Przez jakąś minutę. Minuta to wystarczająco długo, żeby zdążyć wskoczyć w pewne klasyczne szablony szukania winnego za całą sytuację. Najlepiej tego, do kogo należy koszula, kto NIGDY nie ma porządku w szafie, kto ZAWSZE pakuje się na ostatnią chwilę. Ale nie idę za tą złością, tylko za myślą tego jak będzie wyglądać reszta dnia Bartka, który nocą dojedzie do hotelu i będzie pewnie jeszcze przygotowywał się na spotkanie. Tylko że wtedy, żeby nie było próżni, pojawia się poczucie winy – że może mogłam lepiej to jakoś zrobić albo wymienić to stare żelazko wcześniej. Za nim też nie idę.

Czasem wydaje mi się takie dziecinne, kiedy Łucja wścieka się na szafę czy stół, w które się uderzyła. Ale w istocie to chyba dużo zdrowsze. Po przejściu przez cały metaproces rozpoznawania własnych emocji i nadawania znaczeń wydarzeniom, docieram z wielkim zadowoleniem z siebie do tego samego momentu, co ona. Siedzę na łóżku i bardzo dojrzale wściekam się przez chwilę na głupie żelazko. Bo naprawdę nie musi istnieć winny za to, że w piętnastoletnim żelazku jest kamień. I pozwalam sobie na zwykłą troskę o męża, który zamiast mieć szybciej, teraz jeszcze jedzie kupić nowe żelazko i przed którym długa droga. Ze świadomością, że za to też nie musi być nikt winny, że po prostu czasem zdarza się coś niefortunnego.

Mam 30 lat i żeby przy absurdalnie zwykłej i codziennej historii o koszulach, nie pokłócić się z drugim dorosłym, muszę ciągle używać moich płatów czołowych, zwracać uwagę na znaczenia jakie nadaję danym wydarzeniom, odrzucać odruchowe interpretacje i przyjmować te, które uważam za swoje. I czasem muszę dokonać przy tym solidnego wysiłku poznawczego.

A przy tym tak często i odruchowo wymagam od mojego dziecka, które ma 26 lat mniej, nierozwinięty mózg i dużo mniej doświadczenia, żeby stanęło na poziomie trudnym do osiągnięcia dla mnie. Tak łatwo wejść mi paradygmat “marudna – trudna – niegrzeczna”, kiedy jej emocje przejmują ster, bo coś jest inaczej niż sobie zaplanowała albo chciała, bo coś nie działa albo bo po prostu jest zmęczona. I tak łatwo mi odrzucać niektóre jej strategie (“głupia szafa”), jako dziecinne, choć może są mądrzejsze od wielu moich.

Więc dzisiaj myślę o tym, jak jej towarzyszyć kiedy będzie miała trudne emocje i jak pokazywać, że w świecie niektóre rzeczy po prostu się dzieją i że nie potrzeba szukać za nie kozła ofiarnego. Jak nie dać jej nawyków myślowych, które sama mam i których przełamywanie wymaga ode mnie tyle wysiłku.   

 

post

zmiany, chaos i uważność

Na blogu zapadła głucha cisza głównie z jednego powodu. Minęły 2 miesiące od kiedy zaczęłam pracować i nadal żyjemy w mniejszym lub większym chaosie. Rozsądna część mnie mówi mi, że to aż nadto czasu na przystosowanie się do nowych warunków. I ta sama część wpada w panikę, że w takim razie zawsze już w takim chaosie będziemy funkcjonować oraz oskarża o zupełną niewydolność i brak umiejętności godzenia wszystkiego. Codziennie rano kiedy w dzikim obłędzie próbuję ogarnąć trochę dom przed przyjściem naszej opiekunki, wyrzucam sobie, że nie zrobiłam więcej dzień wcześniej i głupio mi przed nią, przed sobą samą i moją wizją bycia idealną.

Bycie idealną mamą nigdy nie wychodziło najlepiej, ale teraz poszło w zupełną rozsypkę. Jest trudniej niż bywało i między mną a Łu pojawia się mnóstwo napięć. Padają gorzkie słowa od niej, a ja pokrzykuje od czasu do czasu. Są momenty, że wszystko musi być na opak. Niby to wielka chęć, żeby pójść na spacer, a mierzymy się z godziną płaczu, bo zostały nam do ubrania tylko “brzydkie spodnie”. Pod górę jest ze wszystkim. Posikiwanie, nocne pobudki, opór do jedzenia, jeszcze większe problemy z zasypianiem niż bywało, choć przecież mamy narzucony stały rytm. Na zmianę bierze mnie złość, zwątpienie czy na pewno tędy droga przy wychowaniu, albo poczucie winy, że nie daję rady.

Ile czasu trwa nauczenie się nowego? Wyrobienie odpowiedniego rytmu? Wydaje mi się nagle niebywale dziwne, że to nas, wielkich odkrywców nieznanego, śpiących pod namiotami, wchodzących w góry i rzucających się na robienie domowej szynki dojrzewającej, przezwycięża zwykła rzeczywistość. Że ta sama dziewczynka, która z taką łatwością, entuzjazmem i elastycznością poznaje nowe i wkracza w przygody, z takim trudem przyjmuje tę zmianę.

Kiedy jednak zaglądam głęboko w siebie, widzę że im wciąż brak wielu rzeczy, które były. Naszej porannej przestrzeni na wylegiwanie się przy bajce i jedzenia śniadania w łóżku. Możliwości poświęcenia całego dnia na spokojne sprzątanie tańcząc przy Brodce, która jest ulubioną muzyką Łu. Spacerów. Pozwolenia sobie na dzień, w którym nie robimy zupełnie nic konstruktywnego, ale taki w którym babramy się w ziemi przesadzając kwiatki. 

Taka chwila szczerości przed sobą sprawia czasem, że czuję się trochę głupia, bo jeszcze niedawno tak pragnęłam zmiany i bo udał nam się naprawdę dobry kompromis. Pozwalam jednak przyjść tym emocjom bez ocenia ich i wtedy łatwiej mi spojrzeć na moje dziecko. Dostrzec w tych różnych trudnych zachowaniach też jej tęsknotę za tym, co było. Za codziennym luzem i elastycznością, którą straciłyśmy. Za powolnymi porankami. Za spacerami bez limitu nadchodzącego wieczora. Za nieustannym byciem razem i bliskością.

Gdzieś w głębi jej absurdalnych zachowań widzę trochę wołania o bliskość, o powolność. W skomplikowanej procedurze mycia-głowy-bez-wrzasku, w zjedzeniu zupy tylko przy zabawie w zębistą jaskinię i mega olbrzyma, w półgodzinnym wybieraniu ubrań. Codzienne tworzenie sytuacji pod górę, a może – dawania szansy z serii wykaż się mamo, daj mi swoją troskę, swoja uważność, pokaż na co cię stać. I kiedy tak myślę łatwiej mi iść do przodu z nadzieją, że jeszcze kiedyś każdy z nas znajdzie odpowiednią ilość czasu i przestrzeni na swoje własne potrzeby i na wspólne bycie w tym nowym (na razie) chaosie.

Póki co jedynym lekarstwem na chroniczny brak czasu i niewyrabianie jest uważność. Troskliwe bycie ze sobą, kiedy wreszcie mamy szansę być w kontakcie. Ale też troskliwe bycie dla samej siebie, znalezienie czasu na wzięcie kąpieli w soli, nałożenie maseczki i chwilę nie planowania, nie oceniania, zwykłego oddychania. 

Gdzieś tam dziś, myśląc o tym wszystkim trafiłam na tekst, który chwycił mnie za serce – podobną sytuacją i podobnym odczuwaniem, więc jeśli jakimś cudem nie znacie tego bloga, o podobnej nazwie podlinkowuję.

 

post

czas zmian

Ostatnie tygodnie to dość trudny czas dla naszej rodziny, w związku z tym, że zaczęłam pracę. Co prawda pracuję z domu i nie potrzebuję na to 8 godzin dziennie, ale to też niesie ze sobą pewne niedogodności.

W takim czasie łatwo o konflikty w rodzinie. Nie jest łatwo przeformułowywać nasze dotychczasowe przyzwyczajanie, a każde z naszej trójki musi to zrobić. Nie wiem czy da się bezboleśnie przejść przez takie momenty. Większość sygnałów, które widzę i słyszę w tej sytuacji mówią mi, że nie. Płyną z mojego ciała, domu, który nie jest tak uprzątnięty, jakby chciała, a przede wszystkim od mojej córki.

Poniżej parę luźnych myśli, o tym co nam pomaga w przechodzeniu przez czas zmian.

Świadomość przygody

W “Srebrnym Krześle” Lewis pisał, że przygody zawsze fajnie wyglądają z perspektywy opowieści i osiągnięć. Mniej przyjemne są, kiedy pada ci właśnie na głowę lodowaty śnieg i nie kąpałeś od dwóch tygodni.

Weszłam w ten nowy czas z silnym pragnieniem nowości i zmiany. Więc choć bywają dni, w których nie mam siły się kąpać, to staram się myśleć o tym, jako o przygodzie i mojej drodze dokądś (bo na pewno obecna praca nie jest tym, co chce robić już zawsze).

Szczere rozmowy

Jestem zdumiona szczerością i otwartością Łucji w tej sytuacji, która często wyraża wprost swoje emocje – nie chcę, żebyś pracowała, wolałabym być z Tobą, miałaś dla mnie za mało czasu. Czasem potrafi ująć do dojrzale i długo rozmawiamy. Kiedy indziej muszę mierzyć się z jej rozczarowaniem i gniewem.

Chwilowe zmiany w rutynie

Przez pierwszy miesiąc Łucja tak dotkliwie odczuwała niedobór czasu z mamą, że zaczęła znowu z nami spać. Mogliśmy się denerwować, że tak łatwo znika coś z trudem jednak wypracowanego, że to cofanie się w rozwoju, albo po prostu przyjąć, że ma teraz taką potrzebę. Zrobiliśmy to drugie i właśnie powoli wraca do swojego łóżka.

Wyrozumiałość dla samej siebie

Są dni, że okazuje się, że zwyczajnie nie mam sił ogarnąć wiele więcej niż absolutne minimum. Wysyłam teksty, ogarniam Łucję, wieszam pranie i kończą mi się zasoby energii, bo za wiele robiłam w poprzednie dni. Łatwo mi wtedy wskoczyć w spiralę wstydu czy oskarżania się, że obiad, że bałagan, że powinno być inaczej. Z drugiej strony mierząc się ostatnio z różnymi dolegliwościami zdrowotnymi, wiem że muszę bardziej na siebie uważać. I być bardziej wyrozumiała.

Intensywne, wspólne wykorzystywanie czasu wolnego

Kiedy spędzam z Łucją mniej czasu, czuję jak szybko mijają nam tygodnie. Dni nie dłużą się już niemiłosiernie i często pod koniec dnia mam niedosyt chwil z córką. Po 5 godzinach z opiekunką ona potrzebuje trochę czasu dla siebie i czasem kończy się tak, że mam wrażenie, że nie było między nami większej interakcji. Niezależnie do zmęczenia próbuję z nią wieczorami pograć albo poukładać. I z jeszcze większym zaangażowaniem planujemy ciekawy, rodzinny czas weekendowy. Że być ze sobą jak najwięcej, gdy czasu jest mniej.

Świadomość przekraczania własnych barier

Parę tygodni temu dzień, w którym musiałabym poradzić sobie z dzieckiem i napisać jeden tekst interpretowałabym jako trudny. Dzisiaj potrafię napisać 4 dość specjalistyczne artykuły w ciągu dnia, kiedy nie mam nikogo do pomocy nie umierając ze zmęczenia na jego koniec. Czuję, że się uczę i rozwijam, co o wiele bardziej mnie motywuje do tych trudnych zmian niż perspektywa wypłaty.

Nowy podział obowiązków

Dotychczas mieliśmy o wiele bardziej “szowinistyczny” układ w rodzinie. Trudno, żeby ten kto pracuje cały dzień wykonywał obowiązki domowe na równi z tym, kto jednak większość dnia jest w domu (tak, wiem, że wychowanie dziecka to też praca). Teraz przeformułowujemy powoli to podejście i tacie siłą rzeczy też się dostaje więcej zajęć w domu podczas tygodnia.

Świadomość, że moje dziecko rozwija się też beze mnie

Na przedszkole w tym roku chyba nie mamy, co liczyć, czego ja żałuję, bo chciałabym, że Łucja miała więcej kontaktu z innymi dziećmi. Zamiast tego mamy opiekunkę, która przynosi ze sobą codziennie wiele pomysłów na kreatywne spędzenia czasu. Wiem też, że pokazuje mojemu dziecko świat w trochę odmienny sposób niż ja, inaczej odpowiada na jej pytania i potrafi wzmacniać inne umiejętności. I bardzo mnie to cieszy, że w trakcie, kiedy ja zaliczam swój mniejszy czy większy „rozwój”, Łucja także poznaje nowy świat.

Dziękuję, proszę i uważność.

Podejście moglibyśmy mieć różne do tej sytuacji. Ja powinna uważać, że jest oczywistym, że teraz Bartek bierze o wiele większy udział w obowiązkach domowych, a on że skoro przychodzi ktoś do Łucji, to powinna mieć czas na jeszcze lepsze ich wykonywanie. Moim zdaniem takie myśli nie przynoszą nic dobrego i prowadzą do konfliktów. Lepiej jest skupić się na tym, co dzieje się w danej chwili.

Myślę o tym, jakie są moje potrzeby, słucham swojego ciała, kiedy mówi mi, że brak mi sił i nie boję się prosić o pomóc. Proszę nie dlatego, że mój mąż wyświadcza mi łaskę. Proszę dlatego, że to grzeczne (tak jak proszę o podanie soli kogoś na drugim końcu stołu). I jestem wdzięczna – nie dlatego, że uważam, że robi więcej niż powinien. Dlatego, że doceniam każdy wysiłek wkładany w to, żeby nasza rodzina dobrze funkcjonowała, nawet jeśli jest malutki i jest to schowanie zupy do lodówki, o czym ja zapominałam. Dziękuję za to.

Proszę i dziękuję, bo patrzę na nas, jak na ludzi, którzy mają swoje potrzeby, mogą być zmęczeni, sfrustrowani czy zagubieni, którzy uczą się nowych rzeczy i muszę przełamywać. Robię to, bo przyglądam się Bartkowi i wiem, kiedy zmywa albo usypia poza swoją kolejnością, choć wolałaby z pewnością oglądać samochody ma motto allegro. Dziękuję, bo widzę w tym miłość wyrażaną w trudnym czasie zmian. I mówiąc dziękuję reaguję uważnością, na jego uważność.

post

już mnie nie kochasz

Do Łucji zaczęła przychodzić na parę godzin opiekunka, żebym mogła pracować. Pierwszego dnia była bardzo marudna i złościła się na mnie, że nie chcę jej kupić zabawki. Dzisiaj jest drugi dzień, wróciły z czterogodzinnego spaceru i było fajnie, widziały wiewiórkę i jadły lody, ale Łucja ma ewidentnie zły humor. Czeka, aż  ugotuje się  makaron do rosołu i na mnie warczy. Rozumiem, że nowa sytuacja, ale ona warczy i warczy.

Siadamy do stołu i dostaje kolejnym opryskliwym hasełkiem.

– Co się dzieje? – pytam najbardziej neutralnie jak potrafię
– Nic – odpowiada mi cichy pomruk z głębi brzucha
– Jesteś na mnie zła?
– Mmmm – trochę głośniejszy pomruk z jeszcze głębszej głębi.
– Bo?
– Już mnie nie kochasz – odpowiada mi  ciche, lekko żałosne mruknięcie z najgłębszych głębi wszystkiego.
– A. – I nawet, o dziwo, nie włącza mi się typowy schemat myślenia oparty na “Ty mała smarkulo – ja Cię 9 miesięcy – a potem kolki – usypianie – jestem przecież dobrą matką – weź się wypchaj”. Nie pęka mi też serce na pół, ani nie myślę, co zrobiłam źle. Próbuję myśleć nią.
– Przecież bardzo cię kocham i zawsze będę cię kochała. – mówię i dodaję jeszcze – No i bardzo lubię z tobą być.
– Ale nie byłaś ze mną w parku. Była wiewiórka i Ty nie byłaś. Oddałaś mnie opiekunce. – I trochę mi przykro, dlatego że lubię z nią karmić wiewiórki. A trochę dlatego, że wcale nie lubię placów zabaw i że cieszę się z tych chwil, kiedy mogłam spokojnie popracować.
– A jak myślisz dlaczego byłaś dzisiaj z nią, a nie ze mną na spacerze?

I tutaj następuje kilkuzdaniowa wymiana zdań, nie warta przytaczania, o tym dlaczego pracuję, czy wolę pracować i co ona wolałaby robić, kiedy pracuję i że w gruncie rzeczy to fajnie się bawiła z opiekunką. Ale Łucja ciągle jest naburmuszona.

– To, co wierzysz mi już, że cię ciągle kocham? – pytam na koniec
– …
– To nic złego kochanie, każdy czasem może się tak poczuć.
– Nie czasem!
– Tylko cały dzień?
– No tak, że już mnie kochasz.
– A mogę ci jakoś pomóc na to?
– Nie!
– A jakbyśmy spędziły razem trochę czasu? Czy to by pomogło?
– I się pobawiły?
– No.
– No to tak.

No i właśnie, kochani. Pięciolatek może już nie powie, dwulatek jeszcze. Ale jeśli twoje dziecko jest bardzo marudne po żłobku, przedszkolu czy opiekunce, to może właśnie się tak czuje? Że już mnie nie kochasz, nie chcesz, oddałaś, wolałaś pracować? Może zamiast sobą, pomyśl przez chwilę nim i spróbuj zrozumieć czego potrzebuje? I właśnie wtedy, powiedzenie “kocham cię”, to może być za mało, właśnie wtedy trzeba pobyć razem.

Co zrobiłyśmy? Nie tak wiele. Po zupie Łucja chciała oglądać bajkę, więc wzięła mój telefon, a ja dokończyłam pracę. A potem spotkałyśmy się naprawdę w dużym pokoju. Łucja z wciąż naburmuszoną miną segregowała swoje brokatowe pisaki, a ja leżałam na kanapie.

– To co, chcesz się pobawić w siłowanki?
– A co to są… te twoje głupie siłowanki? – spytała wciąż obrażona
– No wiesz, takie zabawy w przepychanie. Że złość czasem wychodzi. – przybiegła natychmiast i przepychałyśmy się po kanapie i ściskałyśmy. I było w tym dużo, śmiechu i radości, ale też trochę jej agresji – prób gryzienia i ciągnięcia za włosy. Ale złość powoli ustawała. Aż się zmęczyłyśmy.
– Może teraz pobawimy się w dzidziusia? – spytałam, a jej oczy aż rozbłysły. I przez chwilę ją tuliłam i nosiłam, a potem poszłyśmy sprzątać w pokoju i bawić się w Piotrusia Pana i Dzwoneczka, który zamknął się w szufladzie. I było fajnie, naprawdę fajnie. Wrócił tata, magicznie wyczuwając moment – z nowymi nożyczkami i kolorowanką z kucykami Pony, a Łucja zapytana stwierdziła, że już wie, że ją kocham.

post

„Nie kocham Cię mamo”

Opcjonalnie „i już nie chcę Ci więcej widzieć”. Łucja intensywnie doświadcza emocji. Czasem mam wręcz wrażenie, że w nich tonie i potrzebujemy dużo wysiłku, żeby w miarę szybko wydostała się na powierzchnię. Ostatnio moja ukochana, wypieszczona, najsłodsza istota 😉 wpadła w okres dość ostrego wyrażania się w przypadku różnicy zdań. Chodziła do swojego pokoju z płaczem, krzycząc, że już mnie nie kocha, że już nigdy mi nie wybaczy i inne podobne przyjemności.

Spodziewałam się, że kiedyś będę musiała z taką sytuacją zmierzyć, ale obstawiałam bardziej okolice nastoletniego buntu, gdy zabronimy jej wytatuować sobie całą twarz. W końcu, po trzech czy czterech takich sytuacjach i próbach zrozumienia, co się dzieje w głowie mojego dziecka i jak mu pomóc, dopiero dotarło do mnie coś, co powinno w zasadzie być oczywiste.

Tu i teraz

Ta magiczna kraina, do której wielu próbuje dotrzeć i nie potrafi, o której pisałam ostatnio tu. Niezwykła umiejętność dzieci, której tak często jej zazdrościmy, bo sprawia, że dzisiejszy obiad jest „mamo najwspanialszą ucztą, jaką jadłam”, a każda aktywność wykonywana z urzekającym zaangażowaniem. Często kojarzymy to tylko z pozytywnymi emocjami, a przecież kiedy przychodzą trudne chwile, kłótnia, złość –  to również w nich nasze dziecko zanurza się bez reszty. I w tej chwili, kiedy cały świat jest zdominowany przez złość i poczucie niezrozumienia, przez chwilę dziecko nie czuje więzi i może wykrzyczeć „Nie kocham Cię już”. A co będzie dalej, w dużej mierze już zależy od naszej reakcji.

Reakcje negatywne

Złość za złość, karanie za podważanie naszego autorytetu, budzenie poczucia winy za to, że dziecko sprawia nam przykrość – to wszystko zdecydowanie słabe rozwiązania. Ich wspólne przesłanie jest jedno – nie wyrażaj swoich negatywnych emocji, nasza bliskość może trwać tylko wówczas, kiedy jesteś w porządku wobec mnie. Nie mów o swojej złości, nie mów o swoim poczuciu opuszczenia. Jeśli za wszelką cenę nie chcesz słyszeć od swojego dziecka przykrych słów, to z powodzeniem możesz je wytresować, pomyśl tylko czym zapłacisz.

Obojętność

Zupełny brak reakcji, dobrze dobrze idź sobie popłacz, wrócisz jak zgłodniejesz, zobaczymy, co będzie jak będziesz chciał, żebym coś dla Ciebie zrobiła. W ten sposób też nie wspierasz dziecka w nauce okazywania emocji czy komunikacji. Dajesz mu raczej do zrozumienia, że to co czuje jest nieistotne. Zaznaczasz swoją przewagę czy władzę, uzależniasz miłość dziecka od jego posłuszeństwa. A chcesz przecież, żeby kochało Cię po prostu, nie za to, że dostaje od Ciebie jedzenie albo pomoc.

Być razem, gdy potrzeba przestrzeni

W takich momentach trudno być razem. Niby mówi się, że uczy się dzieci radzenia z emocjami wchodząc w nie razem z nimi, uczestnicząc we wszystkim. A tu guzik. Bo dziecko decyduje się na samotność – nie chcę Cię, idź sobie, daj mi spokój, już nigdy więcej się nie odezwę. Nie ma miejsca na bycie razem? Myślę, że jest – zaznaczyć swoją gotowość i otwartość, a w końcu zwyczajnie posłuchać… iść sobie, dać spokój. Bez focha, bez gorzkich uwag, bez słonych łez, zająć czymś innym.

„Ja też się źle czuję/złoszczę/jest mi przykro w tej sytuacji, ale dalej Cię kocham. Czy przytulić Cię? A potem? Aha, no dobrze, to dam Ci spokój, ale jakbyś chciała to mnie zawołaj.” Czasem wracam, po pięciu, dziesięciu minutach, upewniam się czy jednak nie potrzebuje. Czasem wracam cztery razy i za piątym dopiero tulę małe, drżące ciałko. Czasem słyszę zapewnienia o miłości i gorące przeprosiny, czasem tylko „byłam zła”, a czasem „Czy możemy coś porobić”.

Nowy początek

Te parę sytuacji przyniosło nam wiele, wiele dobrego. Wspaniały start do rozmawiania o trudnych emocjach, w szczególności o złości. Do rozmawiania o miłości, która trwa, nawet jeśli schowa się pod tą złością. I jak sobie z tą złością radzić, jak ją wyrażać, żeby nie krzywdzić innych. Tak, powiedziałam, że przykro mi jest słyszeć takie słowa – ale później, kiedy Łucja wróciła na zimno do któregoś z konfliktów.

Ostatnia z naszych kłótni zakończyła się tym, że wykrzyczała do mnie z pokoju: „Strasznie mnie podrażniłaś i nie chcę Cię eee TERAZ widzieć. Przyjdę, jak będę chciała.” A ja odkrzyknęłam, że bardzo dobrze, bo też się muszę uspokoić, ale potem chętnie się przytulę.

Teraz przekornie, od tygodnia czekam z ciekawością na kolejny wybuch, ale ostatnio jakoś gładko idzie nam dogadywanie się 🙂

post

czasem krzyczę na dziecko

Zacznijmy od tego, że ja niezwykle rzadko podnoszę głos. Chociaż czasem daję się ponosić emocjom, to prawie nigdy na nikogo nie krzyczę. Więc może dzięki temu jest mi trochę łatwiej, ale tak, przyznaję – zdaje mi się krzyknąć na moją córkę. Albo powiedzieć coś czego nie chciałabym właściwie mówić, albo nie takim tonem, jak powinnam.

Nad tym, że krzyczenie na dzieci jest metodą nie dość, że szkodliwą, to jeszcze skazaną na porażkę, chyba rozwodzić się nie trzeba. Już niejeden artykuł powstał na temat tego, jak to krzywdzi, jak blokuje komunikację i że w zasadzie nie działa. Problem w tym, że jesteśmy ludźmi. Czasem jesteśmy zwyczajnie zmęczeni, boli nas głowa, nie radzimy sobie i w efekcie – wszyscy czasem krzyczymy.

Poczucie winy

Kiedy podnosimy głos na dziecko najczęściej kończy się to dla nas (mniej lub bardziej uświadomionym) poczuciem winy. Tylko, że niestety ono donikąd nie prowadzi. Przypomina poczucie winy po zbitej szklance. Bo szklanka już zbita, mleko się rozlało, nie dlatego, że taki mieliśmy plan. Po prostu zwyczajnie wyślizgnęła się nam z rąk.

Powoli uczę się, żeby zamiast zabawiać się własnym poczuciem winy i usprawiedliwieniami, przyjrzeć się sytuacji z boku, potraktować ją jako nowe wyzwanie, a nie porażkę. Wyzwanie dla mnie, ale też dla Łucji. Bo przecież nawet gdybyśmy my nigdy nie podnieśli na nią głosu, ktoś w końcu to kiedyś zrobi, więc lepiej uczyć się w warunkach miłości i akceptacji. Lepiej też żyć prawdziwymi emocjami i w oparciu o nie budować relację, a nie udawać doskonałego, choć sztucznego rodzica.

Co Ci mówi Twój krzyk?

Kiedy już ochłoniesz to warto się zastanowić, co tak naprawdę wyraża Twój krzyk? Skąd ta złość? Czasem kiedy brak mi cierpliwości, szukam tego, co dzieje się we mnie. Często takie chwile są oznaką mojego wyczerpania albo zmęczenia jakąś sytuacją. Są impulsem, żeby poprosić męża o więcej pomocy, położyć się wcześniej spać, albo zawalczyć z jakimś zachowaniem Łucji, na które dotychczas się zgadzałam, ale które zaczęło mnie już mnie męczyć.

W pułapce konsekwencji

Nie wiem czy też mieliście zawsze przekonanie, że konsekwencja jest kluczem do dobrego wychowywania dzieci. Zgoda są sytuacje, w których konsekwencja jest bardzo ważna, szczególnie wtedy, gdy próbujemy wprowadzać nowe zwyczaje czy nowe nawyki. Ale na pewno nie jest to moment kłótni.

Konsekwentne krzyczenie jest dość wygodne dla rodzica, trochę chroni przed poczuciem winy. Jeśli odpowiednio dużo i szybko gadamy, nie bacząc na drugą stronę, jesteśmy w stanie nie słyszeć ani własnej wewnętrznej krytyki, ani protestów dziecka. A przecież konsekwentnie dla jego dobra się nie wycofamy, no bo “przegięło”, co nie? 🙂

Jeśli chodzi o nasze kłótnie, to ja z radością porzucam wszelkie resztki konsekwencji. Niezwykłą wolność przynosi świadomość, że mogę się zatrzymać w każdym momencie i że im szybciej tym lepiej. A potem przeprosić i przejść do emocji i potrzeb. “Przepraszam, zapędziłam się, nie powinnam na Ciebie krzyczeć. Chodzi o to, że … “. Uwierzcie mi, że moja trzyletnia córka doskonale rozumie o co chodzi, kiedy wytłumaczę. Rozumiała też rok temu.

Poważne traktowanie dziecka

Tym, co najłatwiej wyprowadza nas z matni, w której puszczają mi nerwy, jest fakt, że traktuje moje dziecko poważnie. Jak drugą, równorzędną osobę. Że rozumiem taką sytuację, nie klasycznie – jako usprawiedliwiony krzyk wywołany niegrzecznym zachowaniem, ale jako kłótnię dwóch osób.

Pomaga też to, że przechodziłyśmy przez to już nie raz. I że kiedy ona krzyczała, a ja byłam spokojna, to też rozmawiałam z nią poważnie. Dlatego teraz jeśli ja się zagalopuję, to ona potrafi mnie zatrzymać, zadając mi proste, ale ważne pytania. Kierując mnie do własnych emocji, do własnych potrzeb, albo po prostu pokazując siebie.

“Mamo, czy jesteś na mnie zła?”

“Mamo, nie lubię, gdy w ten sposób do mnie mówisz. Dlaczego tak powiedziałaś?”

“Wiesz nie chcę się już kłócić. Możemy porozmawiać?”

“Przecież wczoraj mogłam skakać, dlaczego dzisiaj nie mogę?”

Gra warta świeczki

Poświęciłyśmy godziny rozmów i trudnych chwil przez te trzy lata. Były momenty, kiedy zastanawiałam się czy nie warto sięgnąć do różnych taktyk władzy rodzicielskiej, wysłać do pokoju, zabronić czegoś, powiedzieć “Nie, bo nie! I koniec dyskusji”.

Ale w momentach, gdy słyszę ten cieniutki głosik przemawiający z mądrością, której czasem brakuje osiemdziesięcioletnim staruszkom czuję, że było warto. I pękam z dumy, nad nią, nad sobą, nad więzią, którą wykształciłyśmy, nad sposobami komunikacji, których się nauczyłyśmy. Nie na długo, bo za jakiś czas znowu któraś z nas krzyknie na drugą i będziemy musiały na nowo zanurzać się w cały proces. Tyle, że mamy coraz więcej umiejętności, które pozwalają się nam z tego wydostać.

 

 

 

Photo credit: Toni Blay via Foter.com / CC BY-NC-ND