post

czasem krzyczę na dziecko

Zacznijmy od tego, że ja niezwykle rzadko podnoszę głos. Chociaż czasem daję się ponosić emocjom, to prawie nigdy na nikogo nie krzyczę. Więc może dzięki temu jest mi trochę łatwiej, ale tak, przyznaję – zdaje mi się krzyknąć na moją córkę. Albo powiedzieć coś czego nie chciałabym właściwie mówić, albo nie takim tonem, jak powinnam.

Nad tym, że krzyczenie na dzieci jest metodą nie dość, że szkodliwą, to jeszcze skazaną na porażkę, chyba rozwodzić się nie trzeba. Już niejeden artykuł powstał na temat tego, jak to krzywdzi, jak blokuje komunikację i że w zasadzie nie działa. Problem w tym, że jesteśmy ludźmi. Czasem jesteśmy zwyczajnie zmęczeni, boli nas głowa, nie radzimy sobie i w efekcie – wszyscy czasem krzyczymy.

Poczucie winy

Kiedy podnosimy głos na dziecko najczęściej kończy się to dla nas (mniej lub bardziej uświadomionym) poczuciem winy. Tylko, że niestety ono donikąd nie prowadzi. Przypomina poczucie winy po zbitej szklance. Bo szklanka już zbita, mleko się rozlało, nie dlatego, że taki mieliśmy plan. Po prostu zwyczajnie wyślizgnęła się nam z rąk.

Powoli uczę się, żeby zamiast zabawiać się własnym poczuciem winy i usprawiedliwieniami, przyjrzeć się sytuacji z boku, potraktować ją jako nowe wyzwanie, a nie porażkę. Wyzwanie dla mnie, ale też dla Łucji. Bo przecież nawet gdybyśmy my nigdy nie podnieśli na nią głosu, ktoś w końcu to kiedyś zrobi, więc lepiej uczyć się w warunkach miłości i akceptacji. Lepiej też żyć prawdziwymi emocjami i w oparciu o nie budować relację, a nie udawać doskonałego, choć sztucznego rodzica.

Co Ci mówi Twój krzyk?

Kiedy już ochłoniesz to warto się zastanowić, co tak naprawdę wyraża Twój krzyk? Skąd ta złość? Czasem kiedy brak mi cierpliwości, szukam tego, co dzieje się we mnie. Często takie chwile są oznaką mojego wyczerpania albo zmęczenia jakąś sytuacją. Są impulsem, żeby poprosić męża o więcej pomocy, położyć się wcześniej spać, albo zawalczyć z jakimś zachowaniem Łucji, na które dotychczas się zgadzałam, ale które zaczęło mnie już mnie męczyć.

W pułapce konsekwencji

Nie wiem czy też mieliście zawsze przekonanie, że konsekwencja jest kluczem do dobrego wychowywania dzieci. Zgoda są sytuacje, w których konsekwencja jest bardzo ważna, szczególnie wtedy, gdy próbujemy wprowadzać nowe zwyczaje czy nowe nawyki. Ale na pewno nie jest to moment kłótni.

Konsekwentne krzyczenie jest dość wygodne dla rodzica, trochę chroni przed poczuciem winy. Jeśli odpowiednio dużo i szybko gadamy, nie bacząc na drugą stronę, jesteśmy w stanie nie słyszeć ani własnej wewnętrznej krytyki, ani protestów dziecka. A przecież konsekwentnie dla jego dobra się nie wycofamy, no bo “przegięło”, co nie? 🙂

Jeśli chodzi o nasze kłótnie, to ja z radością porzucam wszelkie resztki konsekwencji. Niezwykłą wolność przynosi świadomość, że mogę się zatrzymać w każdym momencie i że im szybciej tym lepiej. A potem przeprosić i przejść do emocji i potrzeb. “Przepraszam, zapędziłam się, nie powinnam na Ciebie krzyczeć. Chodzi o to, że … “. Uwierzcie mi, że moja trzyletnia córka doskonale rozumie o co chodzi, kiedy wytłumaczę. Rozumiała też rok temu.

Poważne traktowanie dziecka

Tym, co najłatwiej wyprowadza nas z matni, w której puszczają mi nerwy, jest fakt, że traktuje moje dziecko poważnie. Jak drugą, równorzędną osobę. Że rozumiem taką sytuację, nie klasycznie – jako usprawiedliwiony krzyk wywołany niegrzecznym zachowaniem, ale jako kłótnię dwóch osób.

Pomaga też to, że przechodziłyśmy przez to już nie raz. I że kiedy ona krzyczała, a ja byłam spokojna, to też rozmawiałam z nią poważnie. Dlatego teraz jeśli ja się zagalopuję, to ona potrafi mnie zatrzymać, zadając mi proste, ale ważne pytania. Kierując mnie do własnych emocji, do własnych potrzeb, albo po prostu pokazując siebie.

“Mamo, czy jesteś na mnie zła?”

“Mamo, nie lubię, gdy w ten sposób do mnie mówisz. Dlaczego tak powiedziałaś?”

“Wiesz nie chcę się już kłócić. Możemy porozmawiać?”

“Przecież wczoraj mogłam skakać, dlaczego dzisiaj nie mogę?”

Gra warta świeczki

Poświęciłyśmy godziny rozmów i trudnych chwil przez te trzy lata. Były momenty, kiedy zastanawiałam się czy nie warto sięgnąć do różnych taktyk władzy rodzicielskiej, wysłać do pokoju, zabronić czegoś, powiedzieć “Nie, bo nie! I koniec dyskusji”.

Ale w momentach, gdy słyszę ten cieniutki głosik przemawiający z mądrością, której czasem brakuje osiemdziesięcioletnim staruszkom czuję, że było warto. I pękam z dumy, nad nią, nad sobą, nad więzią, którą wykształciłyśmy, nad sposobami komunikacji, których się nauczyłyśmy. Nie na długo, bo za jakiś czas znowu któraś z nas krzyknie na drugą i będziemy musiały na nowo zanurzać się w cały proces. Tyle, że mamy coraz więcej umiejętności, które pozwalają się nam z tego wydostać.

 

 

 

Photo credit: Toni Blay via Foter.com / CC BY-NC-ND

post

dziecko bez rytmu

Nie wiem czy też żyliście w przekonaniu, że jedną z najważniejszych rzeczy w życiu niemowlęcia jest stały rytm – regularne pory karmienia, przewijania, kąpieli czy snu. Tenże stały rytm ma gwarantować maluszkowi poczucie bezpieczeństwa i harmonijny rozwój. Co jednak, kiedy w świecie naszych wyidealizowanych założeń pojawia się dziecko, które zwyczajnie nie ma rytmu i nijak nie reaguje na nasze próby wprowadzenia go?

Obserwując rozwój mojego dwadzieścia lat młodszego braciszka, byłam pewna, że niemowlęta to istoty dość przewidywalne i proste w obsłudze. Łucja błyskawicznie wybiła mi z głowy takie pomysły. Ze swoimi kolkami i wysokimi potrzebami, była pozbawiona jakiegokolwiek rytmu.

Jak to jest być rodzicem dziecka bez rytmu?

Trudno, bo nie do końca można coś przewidzieć i rozplanować dzień. Zamiast planów i obserwacji zegarka, trzeba trwać w nieustannym pogotowiu i reagować na potrzeby malucha, który nagle znienacka chce spać, a kiedy indziej wytrzymuje parę godzin bez drzemki. Niby każdy rodzic to musi, wiem. Ale jeśli możesz posiłkować się choć trochę stałym rytmem i opartymi o niego przewidywaniami, z pewnością jest Ci odrobinę łatwiej.

Najgorsze jest jednak poczucie winy, że przecież to ważne dla dziecka, a tego nie ma, że może to moja wina. Czy gdybym wybudzała wcześniej, czy gdybym bardziej narzucała, to byśmy ten rytm złapały? Patrzenie przez okno w piżamie, kiedy inne mamy wracają już ze spaceru, a Ty nie wiesz wychodzić czy nie, zaśnie czy będzie płakało w wózku? I poczucie porażki, że inne matki potrafią, a ja nie.

Poszukiwania rytmu

Przez pierwsze miesiące myślałam, że wkrótce nam się jakiś rytm pojawi. Czasem, kiedy Łucja przez 3-4 dni zachowywała się podobnie w określonych godzinach wpadałam w euforię, że to już. I faktycznie, bywały okresy, że przez tydzień, półtora reagowała podobnie o pewnych porach. Potem moja córeczka znów wywracała wszystko do góry nogami i zachowywała się nieprzewidywalnie. Zamiast tego poznałam swoje dziecko na tyle, żeby po prostu wiedzieć – kiedy zaśnie, ile zje i czy możemy iść na spacer. Dzisiaj Łucja ma ponad 2.5 roku i dalej jest dość problematyczna w tym zakresie, choć doświadczamy już dużo więcej stałości.

Chociaż my nie znalazłyśmy stałego rytmu, to myślę, że warto szukać. Że może nie tyle Twoje dziecko go nie ma, ale inny niż Ty chciałbyś mu narzucić. W takiej sytuacji być może odpowiedzią na problem będzie nagięcie się (w ramach Twoich możliwości) do godzin, które pasowałyby dziecku.

Jak sobie radzić z dzieckiem bez rytmu?

Dla mnie przełomem było zrozumienie, że moje dziecko takie po prostu jest i akceptacja tego (bardzo pomogło mi w tym zaznajomienie się z koncepcją high need baby, o której możesz przeczytać choćby tu). Myślę, że przede wszystkim trzeba uwolnić się z poczucia winy, wywoływanego przekonaniem, że taki rytm musi być.

Główną podstawą twierdzenia, że stały rytm daje dziecku poczucie bezpieczeństwa, jest założenie że jeśli działa się z zegarkiem to z pewnością zaspokojone zostaną potrzeby dziecka. Więc bezpieczeństwo płynie nie bezpośrednio z tego, że jest rytm, ale właśnie z zaspokojenia potrzeb. Jeśli Twoje dziecko, tak jak moje nie chce dostosować się do określonych godzin, to może zamiast patrzeć na zegarek patrz na nie.

Wyjątkowość dzieci, które żyją bez rytmu

Myślę, że dzieci, które nie mają stałych pór są w pewnym sensie wyjątkowe. Mało tego – są pewne zalety, które z tego płyną!

Po pierwsze, Twoje dziecko uczy się, że bezpieczeństwo nie wynika z tego, że zawsze o godzinie drugiej je zupę, ale z tego że jego mama zawsze da mu zupę, gdy jest głodne. Mam wrażenie, że dostarcza to więcej przestrzeni na rozwój bardzo bliskiej więzi dziecka z rodzicem.

Po drugie, daje Ci to jako rodzicowi, więcej możliwości. Dzieci bez rytmu łatwiej przeżywają zmiany w rozkładzie dnia. Jeśli masz wieczorem gości, to przesunięcie o dwie godziny czy nawet pominięcie kąpieli nie będzie wywoływać u niego poczucia zagrożenia. Łatwiej też radzić sobie, gdy jesteście poza domem, łatwiej takiemu dziecku wytrzymać chwilę dłużej bez drzemki, albo gdy pośpi krócej niż zazwyczaj. Masz o wiele więcej swobody i elastyczności w wyjątkowych sytuacjach niż rodzice, którzy funkcjonują według ścisłego rozkładu dnia. Myślę, że to właśnie ta “bezrytmowość” mojej córki sprawiła, że już w pierwszym roku jej życia odbyliśmy tak dużo udanych wycieczek.

Co zamiast stałego rytmu?

Oczywiście, to o czym pisałam powyżej – koncentracja na dziecku, dostrzeganie potrzeb i szybkie reagowanie na nie.

Wprowadzanie rytuałów.  Tak, bez stałych godzin też można 🙂 Wystarczy mieć jakąś określoną kolejność czynności, czytanie czy kołysanki przed snem, mycie rąk przed jedzeniem. Maluteńkie wydarzenia, które zaznaczą, co będziemy za chwilę robić.

Informowanie dziecka o planie dnia. Trudno mi powiedzieć, kiedy dziecko jest w stanie zrozumieć takie wypowiedzi, ale już kiedy Łucja miała około pół roku, mówiłam jej z wyprzedzeniem, co będziemy robić. Do dzisiaj mamy tak zwyczaj. Wydaje mi się, że dobrze to działa w momencie, kiedy nie mamy stałych pór funkcjonowania. Oczywiście nie podaję jej całego rozkładu dnia do przodu, ale następne trzy-cztery rzeczy, które się wydarzą.

Korzystanie z chusty. Chusta ratowała nas nie raz, bo w niej dziecko może swobodnie spać w dowolnym momencie. W sytuacjach podbramkowych mogłam też posprzątać mieszkanie albo przygotować coś do jedzenia, dzięki temu że miałam wolne ręce.

Na koniec

Ułożywszy już cały ten artykuł natknęłam się na pewien fragment w książce Agnieszki Stein “Dziecko z bliska” i zaczęłam żałować, że nie przeczytałam tego, kiedy Łucja miała 3 miesiące, a odkryć musiałam dokonywać sama. Niemniej jednak z chęcią przytaczam kogoś, kto w kontekście pisania o dzieciach wielokrotnie mnie przewyższa 🙂

“Kiedy dziecko jest małe, potrzeby adekwatnej stymulacji i bezpieczeństwa są ze sobą niezwykle mocno powiązane. Przy tym nie do końca chodzi o stałość, rutynę, regularność. Dużo częściej podstawową sprawą jest bycie w zasięgu zmysłów dziecka i emocjonalna dostępność, kiedy dziecko sygnalizuje swoje potrzeby. Stałość, które od narodzin buduje poczucie bezpieczeństwa dziecka, to stałe doświadczanie przewidywalności i bliskości opiekuna, a nie co do godziny rozplanowane stałe zajęcia.

To, co piszę, jest w sprzeczności z tym, co zaleca większość poradników opieki nad małymi dziećmi. Te same pory snu, posiłków, kąpieli. Te same zwyczaje. Nie wszystkim dzieciom to odpowiada i mają one trudności z dostosowaniem się do takiego z góry zaplanowanego rytmu. Dodatkowo nie jest to też w zgodzie z potrzebami wielu rodziców. Rozwiązaniem, które mogę zaproponować, jest skupienie się bardziej na próbie odczytania rytmu, jaki wypływa z zachowania dziecka. Rozpoznanie struktury, którą samo dziecko nadaje swojemu życiu. I próba pogodzenia jej ze strukturą, której potrzebują sami rodzice.

Oczywiście, nie zachęcam nikogo, żeby “rozregulował swoje dziecko”, ale jeśli też borykasz się z tym, że Twoje dziecko nie chce się dostosować do stałego rytmu dnia, to chciałam Cię trochę wesprzeć i powiedzieć, że nie jesteś jedyny na świecie. Spotkała Cię duża trudność i ciężki obowiązek, ale też pewien przywilej, bo oto Ty i Twoja więź z dzieckiem muszą być głównym źródłem jego poczucia bezpieczeństwa.

post

prawda

Prawda wyzwala. Nie tylko na poziomie metafizycznym. Na poziomie tu, teraz, codziennych relacji też. Czasem zapominam o tym patrząc na dziecko, myślę że jest jeszcze mała, że nie potrafi pewnych rzeczy unieść, a innych zrozumieć. Wtedy stosuję metody pośrednie – czasem odwracam uwagę, czasem wymyślam kompromisy i zabawy. I często to dobrze, ale bywa i tak, że nawet w relacji z dwulatkiem tylko prawda jest tym, co może pomóc przełamać impas.

Dobrze, że nie jesteśmy robotami, idealnymi matkami, które zawsze potrafią się w pełni kontrolować, reagować przez 1440 minut w ciągu doby z maksymalną empatią. Wybuchnęłam, pokrzyczałam i miałam w sobie tę złość, która sprawia, że ma się ochotę sięgnąć po cały arsenał wszystkich znanych kar, a potem w odizolować i bujać się w bezsilności i wstydzie. Może się mylę, ale myślę, że ostateczne odwoływanie się do imperatywu władzy i siły (że ja mogę Cię uderzyć, zamknąć w pokoju, coś Ci kazać, a Ty mnie nie) nie jest najszczęśliwszą drogą w rodzicielstwie. Dla mnie jest zawsze porażką, objawem bezsilności, tego że nie potrafię sobie poradzić w inny sposób.

Ale równocześnie brak idealności czy wybuch emocji porażką dla mnie nie są. Są drogą do tego, żeby stanąć na chwilę z boku i oświetlić sytuację prawdą – dla mnie i dziecka. Jak to zrobić, to już chyba każdy musi odkryć sam. Jeśli zdarza mi się zniecierpliwić, wybuchnąć lub podnieść głos, Łucja się nie kuli. Wtedy się kłócimy. I słyszę od tej małej istoty, że jestem marudna, że mam nigdy więcej nie krzyczeć, że właśnie, że ona chce to czy tamto. Ale ta kłótnia jest dla nas szansą, żeby iść dalej, odbić się z miejsca, w którym utknęłyśmy.

Ostatnio spędziłyśmy pół godziny na podłodze, szukając swoich emocji, próbując je nazwać. I nie chodziło wcale o to, żeby wytłumaczyć tak, żeby dziecko zrozumiało. Chodziło o naukę patrzenia na siebie nawzajem, o to że ja widzę, że Ty jesteś zmęczona, a Ty zobacz, że ja też bywam. Widzę, że się złościsz trochę też dlatego, że masz katar. Ja za bardzo się rozzłościłam, bo działo się ostatnio dużo trudnych dla mnie rzeczy i może mam mniej cierpliwości. Ile można dziecku powiedzieć, kiedy będziemy mu kłaść zbyt duży ciężar, ile zrozumie? Nie wiem. Próbujcie, słuchając siebie. Ja na razie jestem nieodmiennie zdziwiona możliwościami Łucji. Na pewno takie podejście niesie ze sobą zagrożenie obarczenia dziecka, ale z drugiej strony przecież całkowicie nie ukryjemy emocji. Lepiej powiedzieć: jestem zła, bo prosiłam Cię, żebyś nie wylewała już wody na podłogę, a Ty to zrobiłaś. Wolałabym robić teraz inne rzeczy, a nie sprzątać. Myślę, że lepiej dać sobie prawo do emocji – i do prawdy. Wtedy o wiele łatwiej nad nimi przejść. Wszystkim.

Warto jednak pamiętać, że (według psychologii rozwojowej) dzieci osiągają zdolność decentracji, czyli umiejętność patrzenia z perspektywy drugiej osoby dopiero około szóstego roku życia. Dlatego pewne argumenty, których używamy mogą być dla niego trudne do zrozumienia, bo małe dziecko przede wszystkim widzi siebie, swoje emocje i swoje potrzeby, a nie nas. Nie możemy oczekiwać, że będzie w stanie “wyjść poza siebie” i na chłodno ocenić sytuację. My, żeby to ominąć, czasem stosujemy opowieści o różnych zwierzętach, które mają problemy podobne do nas. Mojej córce o wiele łatwiej jest utożsamić się z myszką, której mama też musiała sprzątać i nie mogła się z nią pobawić, a potem wstać i powiedzieć “dobrze, to ja chętnie Ci pomogę, a potem się pobawimy”, niż pojąć skomplikowany wykład o moich potrzebach i emocjach.

Wychowywanie w ten sposób jest często trudne. O wiele łatwiej nakrzyczeć, pogrozić i wymusić. Jest też trudne, bo nie zależy już tylko ode mnie i moich kompetencji, zależy też od mojego dziecka – czy będzie otwarte na tyle, żeby mnie usłyszeć i zrozumieć. Jest wręcz przerażające, bo z roli matki dzierżącej władzę, muszę się zniżyć często to bycia partnerem, a chcąc być wysłuchana, sama muszę być gotowa słyszeć. Muszę zapomnieć o tym gdzie jest kogo miejsce, do czego mam prawo albo nie i siąść na przeciwko mojego małego dziecka, które tak nie wiele jeszcze wie i mu zaufać.

 

post

Integracja sensoryczna

Jednym z dość modnych w ostatnich latach pojęć dotyczących rozwoju dziecka jest integracja sensoryczna. Ogromna ilość książek i artykułów, towarzystw i miejsc terapii zajmujących się tym problemem, wyrasta jak grzyby po deszczu. Być może zastanawiasz się czym w ogóle jest integracja sensoryczna, jak zapewnić dziecku prawidłową i czy nie powinno ono chodzić na specjalne zajęcia? Jeśli tak, to może znajdziesz tu parę przydatnych dla siebie informacji.

Co to jest integracja sensoryczna?

Najprościej mówiąc integracja sensoryczna to umiejętność odbierania informacji z zewnątrz (bodźców) za pomocą zmysłów, a następnie odpowiedniego organizowania i przetwarzania ich w mózgu, tak aby móc zareagować adekwatnie do sytuacji. Nie jest to wrodzona cecha organizmu, a więc człowiek nie rodzi się po prostu z dobrą czy złą integracją sensoryczną. Tak naprawdę jest to proces, który zaczyna się już w łonie matki i trwa do około siódmego roku życia. Wpływa on na odpowiedni rozwój mózgu, koordynacji wzrokowo-ruchowej, a wreszcie rozwój takich umiejętności jak czytanie, pisanie, liczenie czy zdolność do skoncentrowania uwagi. Jest więc niezwykle ważne, aby rozwój dziecka w tym zakresie przebiegał w sposób harmonijny – warto o to zadbać.

Oznaki zaburzeń integracji sensorycznej

W rozwoju dziecka wiele objawów może wskazywać na możliwe wystąpienie zaburzeń integracji sensorycznej. W pierwszej kolejności zwraca się uwagę na nieprawidłową (nadmierną lub zbyt małą) wrażliwość na bodźce czuciowe, wzrokowe i słuchowe oraz zbyt niski lubwysoki poziom aktywności fizycznej. Na  nieprawidłowości w tym zakresie mogą wskazywać również: opóźniony rozwój mowy, zdolności ruchowych, arytmetycznych czy ogólne problemy z nauką,szczególnie jeśli wystąpią one u dziecka o wysokiej inteligencji. Jeśli dostrzegasz, że u Twojego dziecka nasilają się takie problemy, warto będzie poszukać pomocy specjalisty, który pomoże Ci przygotować plan wspierania rozwoju dziecka albo poleci odpowiedni gabinet terapii integracji sensorycznej. Jeśli masz wątpliwości czy szukać pomocy, możesz też skorzystać z kwestionariusza (http://www.pstis.pl/pl/html/index.php?v2=block&str=podstrona_kwestionariusz) na stronie Polskiego Stowarzyszenia Terapeutów Integracji Sensorycznej, który pozwoli Ci ocenić ewentualne ryzyko. Jeśli jednak zauważysz u niemowlęcia czy małego dziecka wyraźną niechęć do bycia dotykanym albo skłonności do częstego dotykania się samemu, czy pocierania o przedmioty o różnych fakturach, bezwzględnie skontaktuj się z terapeutą integracji sensorycznej!

Wspieranie rozwoju integracji sensorycznej

Nawet jeśli Twoje dziecko nie boryka się z problemami z powodu zaburzeń integracji sensorycznej, warto wspierać je w tym zakresie. W dzisiejszym świecie zmysły dzieci nie są stymulowane w taki sposób, jak działo się to kiedyś. Dzieci ruszają się o wiele mniej, a przy tym dostają bardzo dużo bodźców wzrokowych i słuchowych (zabawki, telewizja, komputer), spędzają też o wiele mniej czasu w kontakcie z naturą, która jest doskonałym stymulantem dziecięcych zmysłów. Pisałam już kiedyś o wspieraniu prawidłowego rozwoju niemowlęcia ( http://niewiemcomyslec.pl/artykul/wspieranie-rozwoju-niemowlecia/ ), natomiast poniższe trzy propozycje przeznaczone są raczej dla dzieci starszych.

 

  • Salki integracji sensorycznej

Miejsca wyposażone w rozmaite zabawki i akcesoria o zróżnicowanych kolorach, kształtach i fakturach, w których o rozwój Twojego dziecka zadbają odpowiednio wykwalifikowani terapeuci. Opcja na pewno bardzo ciekawa i godna polecenia, ale chyba przede wszystkim dla dzieci z zaburzeniami. Korzystanie z takich salek po to, żeby po prostu wspierać dziecko dotychczas prawidłowo się rozwijające może okazać się trochę kosztowne – zarówno czasowo, jak i finansowo.

 

  • Domowe zajęcia wspierające integrację sensoryczną

W tym celu możesz się zaopatrzyć w specjalne zabawki, najłatwiej chyba w sklepach internetowych. Zabawek takich jest oczywiście co nie miara, a te ze szczególnym przeznaczeniem do wspierania integracji sensorycznej zapewne będą wykonane doskonale  i z porządnych materiałów. Niestety na ogół kosztują one krocie. Warto jednak się im przyjrzeć, bo nawet jeśli nic nie wybierzesz, być może uda Ci znaleźć alternatywy wśród zwykłych tanich zabawek, w pasmanterii, a nawet… w sklepie zoologicznym, wśród zabawek dla zwierząt 😉

Oprócz zabawek, jest też dużo aktywności, które możesz zapewnić dziecku w domu za pomocą tanich i dostępnych przedmiotów. Jeśli będzie brakować Ci pomysłów,  poszukaj strony internetowych albo grup na facebooku. Oto kilka przykładów zabaw wspierających integrację sensoryczną:

zabawy drobnymi przedmiotami, o różnych kształtach – fasolki, soczewica, ryż, guziki, koraliki sól i piasek (możesz zrobić “pudełka sensoryczne” wypełnione takimi przedmiotami, do których dziecko, będzie mogło wkładać rękę),

  • nawlekanie koralików na sznurki,
  • zapinanie guzików,
  • malowanie rękami i stopami,
  • zabawy z plasteliną, ciastoliną, masą solną,
  • wspólne gotowanie,
  • zabawy w kąpieli,
  • przesypywanie i przelewanie,
  • huśtanie, turlanie
  • przepychanie się, przeciąganie liny,
  • zabawy na paluszkach – “Idzie kominiarz”, “Tu sroczka kaszkę ważyła”,
  • wszelkie formy ruchu

 

Przyroda

Kontakt z przyrodą jest zdecydowanie moim ulubionym sposobem zapewniania odpowiedniej stymulacji zmysłom dziecka. Może dlatego, że kiedyś wystarczał on w zupełności, a może ze względu nieskończoną mnogość form, których przyroda dostarcza. Wszelkie pomysły, na które mogłabym wpaść lub o nich przeczytać, bledną przy różnorodności natury. Uwielbiam też korzystanie z bogactwa natury, bo wydaje mi się, że jest to też najprostszy sposób wspierania rozwoju dziecka – nie trzeba nic przygotowywać, nic wymyślać i po niczym sprzątać. Wystarczy wyjść z domu i mieć oczy szeroko otwarte na to, co ma nam do zaoferowania otoczenie. Twórcy teorii integracji sensorycznej zakładali, że dziecko ma wrodzoną chęć do nauki i rozwijania zmysłów – i to zobaczysz będąc na spacerze z Twoim dzieckiem. Bawienie się godzinami piaskiem, żwirkiem, szyszkami, kamyczkami czy gałązkami jest niczym innym jak dostarczaniem organizmowi właściwej ilości bodźców. Jeśli tylko będziesz gotowy na to, że dziecko się wybrudzi, że będziesz musiał długo siedzieć wśród kamyczków i szyszek, stworzysz mu doskonałe warunki rozwoju. A jeśli wychodząc na spacer sam zaczniesz szukać, co możecie zobaczyć, dotknąć, , usłyszeć, wywąchać czy nawet posmakować, doskonale zadbasz o integrację sensoryczną Twojego dziecka.

Zaburzenia mimo wszystko

To, że dziecko cierpi z powodu zaburzeń integracji sensorycznej, nie oznacza, że było źle wychowywane, że rodzice za mało zabierali je na spacery albo żałowali pieniędzy na plastelinę. Choć zaniedbania mogą być przyczyną takich zaburzeń (na ogół są to zaniedbania na głębszym poziomie, dotykające niemowląt – zbyt mało dotyku, zaniedbania higieniczne, długotrwałe zamykanie dziecka w kojcu), to przyczyny ich występowania nie są jeszcze do końca zbadane i jednoznacznie zdefiniowane. Na ich rozwój może mieć wpływ przebieg porodu, genetyka, choroby i zachowania matki w trakcie ciąży. Bywa, że w takim wypadku nie jesteśmy w stanie sami odpowiednio wesprzeć dziecka i warto udać się do odpowiednio przygotowanych osób, które nam pomogą. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat, lub masz jakieś obawy, polecam jeszcze raz zajrzenie na stronę PTTIS – http://www.pstis.pl/

 

post

usłysz mnie mamo

Jest taki moment w wychowaniu malucha, kiedy w końcu mimo wszystkich założeń o partnerstwie i rozumieniu trzeba go trochę przycisnąć. Bo rozumienie rozumieniem, ale oprócz dziecka, rozumiem przecież też rzeczywistość, która je czasem przerasta. Że na przykład trzeba jeździć w foteliku samochodowym, bo to kwestia bezpieczeństwa. Że nie wchodzi się w kałużę w tenisówkach. Są rzeczy, których empirycznie nie mogę pozwolić jej doświadczać. A nagle wchodzimy w taki okres, że jej własne zdanie jest bardzo ważne. Że oznajmia mi, że „dzisiaj ona nie może i nie chce i w ogóle nie pójdzie na spacer” i wszystkie argumenty trafiają jak grochem o ścianę. I ok. Na spacer mogłyśmy nie iść akurat dzisiaj. Ale są momenty kiedy „dzisiaj nie mogę i nie chcę i w ogóle nie” nie mogą zostać wysłuchane.
Najpierw jest zawsze próba targowania się, która szybko przeradza się w rozpacz zupełną, bo okazuje się, że tym razem się nie da. Wycie, zalewanie się łzami. Ale gdzieś po chwili, po przyjmowaniu przeze mnie tej rozpaczy nawiązuje się z powrotem kontakt i rozmowa. Taki bardzo ważny moment. Wtedy z reguły padają ze strony mojego dziecka zupełnie absurdalne uwagi.- Ale to jest ostre (Nic nie jest ostre, poza tym ona lubi ostre, hinduskie żarcie wciąga od kiedy skończyła rok)
– Ostre?
– Tak, jest ostre, dzisiaj nie mogę ostre.
– Ale chyba tylko kapusta. Kluski ziemniaczane przecież nie są ostre?
– No kapusta. Ostra. Niedobra.
– No dobrze, to nie jedz kapusty. Zjedz kluski dobrze?
– Dobrze. Kapusty nie.

I nagle magicznie otwierają się usta, w których znika więcej niż umówione 5 porcji.

To właśnie ten bardzo ważny moment – kiedy nerwy już mam na postronku, bo chcę, żeby zjadła (albo co innego) i czuję gdzieś z tyłu smak porażki, że się nie dogadałyśmy i stosuję lekko faszystowskie metody i jeszcze na dodatek właśnie wysłuchałam lamentów i wrzasków moim zdaniem zdecydowanie za długich i za głośnych w stosunku do sytuacji. Moment, w którym na to wszystko ona wyskakuje ze swoim absurdem i coś w środku chce wrzasnąć, że przecież lubi ostre, że wcale nie chciała jeszcze przed chwilą rysować i że w ogóle to mam dość i ma natychmiast się zamknąć i jeść, bo dzieci w Afryce i poza tym jak nie to…

Tymczasem odkrywam, że to wcale nie są absurdy ani wymówki, że nie do końca chodzi o kapustę. To bardzo ciche i zawoalowane odbudowywanie równowagi, zaproszenie do kontaktu. Ty mamo mnie naciskasz, nie zostawiasz mi pełnej swobody i trochę czuję się, że nie bierzesz mnie pod uwagę. Więc skoro już musi tak być to   u s ł y s z   m n i e   teraz w tym absurdalnym komentarzu, albo prośbie, że potem chcę Coś-Tam i pokaż że słyszysz.

Próbuję słyszeć. Nie tylko dlatego, że w końcu zje czy pójdzie spać. Przede wszystkim dlatego, że burza przechodzi i jesteśmy silniejsze, obie wiedząc, że nie straciłam jej z oczu – nawet dla jej dobra.

post

pamięć serca

Na pewno wiecie o tym, że dawno temu Izraelici nie mieli swojego państwa i przez wiele lat błąkali się po pustyni. Wzorując się na swoich przodkach, kultywowali wtedy piękny zwyczaj – gdy doświadczyli Bożej łaski, cudu – niemal zawsze upamiętniali to wydarzenie w jakiś namacalny sposób. Budowanie ołtarzy nie miało na celu jedynie wyrażenia wdzięczności Bogu, ale też zostawienie materialnego śladu po ponadnaturalnym doświadczeniu. Kiedy Izraelici pod wodzą Jozuego pokonali Jordan, Bóg rozkazał ułożenie 12 wielkich głazów, właśnie po to, żeby przypominały przyszłym pokoleniom o tym, co się wydarzyło (Ks. Jozuego, rozdział 4).

O wdzięczności pisze i mówi się wiele: że należy, że powinno się, że zawsze mamy jej za mało, a przecież powinniśmy “zawsze za wszystko dziękować”. I pewnie to prawda, choć wydaje mi się, że wywoływanie poczucia winy nie jest najlepszą metodą pielęgnacji pozytywnych emocji, a wdzięczność nie jest czymś, co można wydusić “na siłę”. Dlatego nie chcę pisać dziś – w milionowej odsłonie – o wdzięczności, ale o czymś, co może stać się dla niej paliwem – pamiętaniu.

Z kolei, myśląc o naszych relacjach z ludźmi, w kontekście pamięci skupiamy się głównie na problemie wybaczania – a więc zapominaniu. W dawnych celtyckich legendach zupełnie zapomnienie o czymś (lub kimś) kończyło jego byt. Jeśli wszyscy wyznawcy celtyckiego bóstwa odwracali się od niego, to ono znikało, przestawało istnieć. Jest w tym trochę prawdy – kontrolując swoją pamięć – starając się zapomnieć pewne rzeczy lub pielęgnując wspomnienia, możemy nadawać kształt naszym emocjom, a przez to obrazowi samego siebie, relacjom z innym, w zasadzie całemu swojemu życiu. Myślę jednak, że większą siłę niż zapominanie, ma właśnie pamiętanie.

Wszystkie relacje w naszym życiu przechodzą przez trudne momenty. Od wielkich kryzysów i otwartych konfliktów, po zwyczajny, cichy brak czasu, zmęczenie i frustracje dnia codziennego. I choć rozwiązań jest pewnie jeszcze więcej niż niezliczonych przyczyn takich momentów, uniwersalnym środkiem pomagającym radzić sobie z nimi jest właśnie pamiętanie. Wydaje mi się, że najpierw uczyłam się tego w mojej relacji do Boga, ale z czasem przeniosłam to też na kontakty z ludźmi.

Często mamy tendencje do skupiania się na tym, co dzieje się w danym momencie i zapominania o tym, co było wcześniej. Dla naszych relacji bywa to szczególnie niszczące w sytuacjach konfliktowych (albo w sytuacjach ograniczonego kontaktu). Pamiętanie i świadome wspominanie  przeszłości, może nam jednak bardzo pomóc. Jak?

Pamiętaj o dobrych rzeczach

Teraz jest źle, ale jak było kiedyś? Ile dobrego dotychczas ktoś Ci ofiarował? Ile niezasłużonego, niespodziewanego do Ciebie dotarło? Na co mogłeś zawsze liczyć? Może czas na Twój ruch, Twoje wybaczenie, Twoje wsparcie? Może przydałoby się trochę więcej cierpliwości, aby przebrnąć przez tą sytuację, a mniej złości?

Pamiętając o łasce i dobru, które nas spotykało, wspominając konkretne sytuacje możemy zadać sobie dużo takich pytań i znaleźć rozwiązanie problemu. A w silnych konfliktach, gdy złość i rozczarowanie zaciemniają nam obraz drugiej osoby, takie wspomnienia pomagają ponownie otworzyć na nią serce i dają determinację do walki, przypominają dlaczego kogoś kochamy.

Pamiętaj o złych rzeczach

Łatwo się przyzwyczajamy do lepszego – wyższych standardów mieszkania, lepszego jedzenia, dobrze funkcjonujących relacji. Przyzwyczajamy się też łatwo do tego, że ktoś zmienił coś w swoim życiu i zapominamy o trudzie, który w to włożył. O tym, co było kiedyś “gorzej” nie bardzo lubimy pamiętać. A warto – bo to też pozwala nam na zadanie sobie wielu pytań w trudnej sytuacji.

Czy naprawdę teraz jest gorzej niż…? Jaki ktoś był kiedyś, a jaki teraz? (Nie chodzi o to, żeby nosić w sobie urazę za coś, co ktoś robił kiedyś źle, ale aby dostrzegać, jak się zmienił). Jak dotychczas rozwiązywaliśmy podobne sytuacje? Ile razy i dlaczego ja zachowałam się podobnie, jak ktoś teraz? (Może mogę go jednak zrozumieć).

Pamiętaj o wyjątkowych chwilach

Czasem zdarzają się momenty wyjątkowe, wręcz magiczne, wielkiego zrozumienia, wyjątkowej bliskości, prawdziwej transcendencji. I choć są to chwilę niezmierne silnych doznań, równocześnie są bardzo ulotne. Gdy je przeżywamy nie mamy wątpliwości, że postrzegamy wyraźniej i prawdziwej, ale już chwilę później jesteśmy gotowi je kwestionować. Jednak mimo tego, że tak łatwo nam się wymykają i że stanowią drobny ułamek naszych wspólnych doświadczeń z kimś, to właśnie one są podstawą, na której zbudowaliśmy wyjątkową relację. Dlatego o wspomnienia dotyczące takich chwil powinniśmy szczególnie dbać i często do nich wracać.

Pielęgnowanie wspomnień

Żeby móc wspominać, trzeba nie zapomnieć – i jakkolwiek banalnie to nie brzmi, wcale nie jest, aż tak proste. Nie jesteśmy w stanie pamiętać wszystkiego, ale w dużej części to my decydujemy o tym, co zapamiętamy i o czym zapomnimy. Wracajmy do tego, co warto, co wzmacnia nasze relacje, do tego, co chcemy zapamiętać. Jeśli świadomie nie będziemy pielęgnować naszych wspomnień, to w końcu duża część z nich wymknie się nam.

Budowanie pomników, kolekcjonowanie totemów

Wiele jest sposobów utrwalania chwil, tak żeby nam nie uciekły. Robienie zdjęć, zapisywanie myśli, zbieranie drobnych pamiątek. Często zabieramy pamiątki z różnych miejsc – kamyczki ze szczytów gór czy muszelki z plaż. Warto jednak zbierać też pamiątki z chwil – przyjemnego wieczoru, rozmowy, podjęcia jakiejś decyzji, wszystko, co tylko będzie dla nas ważne. Ja przywiązuję też dużą wagę do znajdywania się pamiątek z tych szczególnych, transcendentnych chwil. Ze względu na ulotność takich doświadczeń, a równocześnie fakt, że ciężko często je dobrze wyrazić słowami, lubię wówczas zbierać małe, materialne przedmioty, które mogę łatwo przechować i zawsze dotknąć – kamień, suchy liść stają się dla mnie pomnikami albo totemami. Są jak taka materialna kotwica dla duchowego doznania, pomagają im wrócić do niego myślami i emocjami, i nie deprecjonować jego wagi, gdy już przeminie. (Nie wiem czy to sposób dobry dla każdego, ale może Wam się spodoba 🙂

Świadome tworzenie wspomnień

Planując wspólne spędzanie czasu w sposób wyjątkowy, robiąc nowe rzeczy, jeżdżąc w różne miejsca, próbując nowe smaki stwarzamy przestrzeń dla budowania wspomnień. Obserwując otaczającą nas rzeczywistość i dostrzegając (wspólnie) rzeczy dziwne czy niecodzienne, też mamy większe szanse na tworzenie trwałych wspomnień. Abstrahując od wartości tych czynności samych w sobie, na pewno o wiele łatwiej jest zapamiętać wycieczkę, w trakcie spotyka nas jakaś drobna przygoda i spotykamy człowieka w dziwnej czapce, albo rzadkiego ptaka, niż dzień spędzony w domu na sprzątaniu, graniu w gry planszowe czy oglądaniu filmów.

Wspomnienia a rzeczywistość

Na koniec chciałam jednak zostawić ostrzeżenie. W psychologii istnieje pojęcie “fałszywych wspomnień”, są to wspomnienia dotyczące sytuacji, które nigdy się nie wydarzyły, ale które nasz mózg, przy odpowiedniej sugestii, sam sobie wygenerował. Przeprowadzając liczne eksperymenty społeczne badacze (jak choćby Elizabeth Loftus) dobitnie pokazali, to co pamiętamy, może dramatycznie różnić się od tego, co wydarzyło się naprawdę. Sposób w jaki postrzegamy rzeczywistość – i w jaki ją zapamiętamy, może mieć dużą siłę oddziaływania na nas i nasze relacje. Zachęcałam w tym artykule, żeby do pewnego stopnia budować i planować własne wspomnienia, tak aby móc je dobrze wykorzystywać dla dobra relacji. Warto jednak pamiętać, żeby nie odrywać się przy tym nadmiernie od rzeczywistości i nie tworzyć życzeniowego wizerunku świata i relacji. To o czym piszę, może być pomocne dla nas choćby w rozwiązywaniu konfliktów, ale jeśli skorzystamy z tych rad nadmiernie zakrzywiając rzeczywistość, możemy równie dobrze utkwić w patologicznej więzi – zamiast rozwiązywać sytuację konfliktową, tylko ją wyciszać.

 „Pa­mięć ser­ca uni­ces­twia złe wspom­nienia, wyol­brzy­miając dob­re, […] dzięki te­mu mecha­niz­mo­wi uda­je nam się zno­sić ciężar przeszłości.”
                                                                                         Gabriel García Márquez

 

 

post

pułapka na słonie

Może pamiętacie historię, w której Kubuś Puchatek i Prosiaczek, szukając Małego, wpadają do dołu? Jeśli nie, to zapraszam do powrotu do “Chatki Puchatka”, która potrafi być niezwykle inspirującą lekturą, a o przygodzie Puchatka – na wszelki wypadek – opowiem pokrótce.

Podczas poszukiwań Małego, Kubuś Puchatek wpada do głębokiego dołu, w którym tkwi już Prosiaczek. Szybko dochodzą do wniosku, że dół ten jest zapewne Pułapką na Misie i Prosiaczki wybudowaną przez Słonia, który niebawem zjawi się po nich. Sytuacja raczej niewesoła. Jednak Miś, z właściwą sobie prostotą, szybko tworzy dość absurdalny plan pozbycia się słonia – należy go skołować rozmową, a wtedy sam odejdzie. Potem Kubuś oddaje się rozmyślaniom dotyczących swoich zapasów miodu i zasypia, a Prosiaczek wciąż przerażony sytuacją, tworzy w głowie liczne wizje, w których bohatersko stawia czoła Słoniowi. Wtedy właśnie nadchodzi Krzyś i woła do swoich przyjaciół słowami, których użyć miał Słoń – “Ho, ho!”.

“Prosiaczek ze Zdumienia i Strachu poderwał się na pół łokcia w górę, ale Puchatek spał dalej.

‘To Słoń’ – pomyślał Prosiaczek z niepokojem, po czym chrząknął z lekka, tak żeby ani jedno słowo nie uwięzło mu w gardle, i najspokojniej na świecie i całkiem po prostu powiedział: – Tra-la-la, tra-la-la – czyli to, co o tym właściwie myślał. Ale nie rozglądał się przy tym dookoła, bo jeśli ktoś rozgląda się dookoła i zobaczy nagle Groźnego Słonia, patrzącego z góry, to może czasami zapomnieć o tym, co miał do powiedzenia.

– Rum-tum-tum, tra-la-bum – zanucił Krzyś głosem niby Puchatka […]

‘Powiedział nie to, co trzeba – pomyślał Prosiaczek zatroskany – powinien był powiedzieć jeszcze >>ho-ho<<, więc może będzie najlepiej, jeśli powiem to za niego…’ – I w najdzikszy sposób, na jaki tylko mógł się zdobyć, powiedział: – Ho, ho!

– Skąd się tam wziąłeś Prosiaczku? – zapytał Krzyś swoim zwykłym głosem.

‘To straszne – pomyślał Prosiaczek. – Ten Słoń najpierw udaje głos Puchatka, a potem mówi głosem Krzysia i robi to po to, żeby mnie zmylić.” I już Zupełnie Zmylony, powiedział prędziutko i piskliwie:

-To jest pułapka na Misie i ja czekam, żeby w nią wpaść, ho-ho! Co to wszystko znaczy, i potem ja powiem jeszcze ho-ho jeszcze raz!

– Co takiego? – zapytał Krzyś

– Pułapka na ho-honie – powiedział Prosiaczek zachrypłym ze strachu głosem. – Ja ją właśnie zastawiłem i czekam na ho-honia, żeby przyszedł.” W tym momencie obudził się Kubuś, spojrzał w górę i zobaczył Krzysia.

Kryzys

Sytuację, w której znaleźli się Puchatek i Prosiaczek, psychologia nazywa kryzysem. I jak to, w psychologii, często bywa – słowem tym określa się zgoła różne sytuacje – od bardzo ciężkich doświadczeń życiowych (zwanych też traumą), aż po codziennie problemy, które utrudniają nam funkcjonowanie. Co więcej, koncepcji jak człowiek zachowuje się w kryzysie, i jak powinien sobie z nim radzić, jest również bardzo wiele. Na ograniczone potrzeby naszych dzisiejszych rozważań przyjmijmy jednak, że kryzys to moment, w którym coś blokuje nam możliwość realizowania zamierzonych przez nas celów, zmuszający do ponownego przeanalizowanie sytuacji i przyjęcia nowych strategii.

Ocena

Kluczową kwestią dla tego, jak przeżyjemy kryzys jest ocena sytuacji, której dokonamy. O dziwo, większe znaczenie dla tego, jak niszczące będzie dla nas trudne wydarzenie, ma nie tyle jego “obiektywna ciężkość”, a to jak je postrzegamy. Oprócz kryzysu, oceniamy też własne zasoby – umiejętności i środki, jakimi dysponujemy.

Nasz mały Prosiaczek, zamiast absurdalnej interpretacji Kubusia, mógłby przyjąć założenie, że po prostu wpadli do piaszczystego dołu i że szczęśliwie – w całym Stumilowym Lesie trwa właśnie poszukiwanie Małego, więc prędzej czy później ktoś ich znajdzie. Wówczas wystarczyłoby spokojnie czekać, od czas do czasu nawołując. Taka – bardziej zbliżona do rzeczywistości – wizja wydarzeń kosztowałaby go o wiele mniej nerwów.

Niestety wszyscy mamy tendencje do kurczowego trzymania się oceny, której już raz dokonaliśmy, często nawet wtedy, gdy kolejne wydarzenia temu przeczą. Tym sposobem biedny Prosiaczek przeżył przerażającą rozmowę ze Słoniem, choć wcale go w rzeczywistości nie spotkał.

Tymczasem twórca całego tego zamieszania, które odbyło się w głowie Prosiaczka, Kubuś Puchatek, dosłownie “przespawszy się z problemem”, budzi się  bardziej otwarty na otaczającą go rzeczywistość – i bez filtru swojej poprzedniej interpretacji, natychmiast dostrzega Krzysia.

Po pierwsze więc – istotne w sytuacji kryzysu jest dokonanie właściwej oceny wydarzeń, co często jest możliwe tylko jeśli będziemy ten proces przechodzić parokrotnie, aż dojdziemy do rozwiązania. Mimo trudnego położenia i przeżywanego stresu, powinniśmy starać się zachowywać elastyczność w myśleniu, aby nie utkwić w błędnej interpretacji rzeczywistości, tak jak zrobił to Prosiaczek.

Emocje

Emocje, których doświadczamy są silnie powiązane z naszą oceną wydarzeń. Z jednej strony to ona determinuje, jak będziemy się czuć, ale z drugiej – nasze emocje wpływają na późniejsze reinterpretacje, których możemy dokonać. Podczas doświadczania kryzysu najczęściej w pierwszej kolejności odczuwamy zaskoczenie, lęk, smutek, złość i bezsilność.

Prosiaczek zdominowany swoimi emocjami, nie jest w stanie zobaczyć prawdziwej rzeczywistości, kiedy przychodzi Krzyś. Po pierwsze dlatego, że za bardzo się boi, żeby się rozejrzeć i zobaczyć, że wcale nie rozmawia ze Słoniem. Po drugie – zaskoczenie wywołane faktem, że rozmowa przebiega nie tak, jak zaplanował, sprawia że zestresowane zwierzątko zupełnie przestaje myśleć i zaczyna pleść bzdury (strach pomyśleć, co by było, gdyby rozmawiał z prawdziwym Słoniem ;).

No dobrze, powiecie, ale przecież to zupełnie naturalne, że doświadcza się takich emocji, to co – mam tego nie robić? Tak, naturalne, i nawet w pewnym sensie dobre – bo kiedy smutek, lęk czy złość wejdą na odpowiednio wysoki poziom mogą nas zmusić do działania, jeśli dotychczas sami nie byliśmy w stanie się zmobilizować.

Pamiętajmy jednak, że oprócz emocji negatywnych jest całe spektrum tych pozytywnych, które mogą przynieść nam ulgę w sytuacji kryzysowej – nadzieja, zaufanie (do kogoś, kto mógłby nam pomóc), wdzięczność (na przykład za to, że nie jesteśmy sami, albo że mamy jakieś zasoby) czy wreszcie poczucie siły płynącej z wiary we własne umiejętności. Nie ważne w jak trudne wydarzenie nas dotknie, powinniśmy starać się pielęgnować dobre uczucia, bo one mogą pomóc nam przełamać poczucie beznadziei – i zacząć działać.

Działanie

Kiedy już dokonamy interpretacji sytuacji i poradzimy sobie z emocjami, możemy przejść do działania i prób wydostania się z pułapki na słonie.

Co ciekawe, nie możemy się uchronić od podjęcia jakiegokolwiek działania. Jeśli nasze interpretacje będą (nawet zgodnie z prawdą) skrajnie pesymistyczne, jeśli nie odnajdziemy w sobie pozytywnych uczuć i czegoś, co dam na siłę do podjęcia konstruktywnych działań, ostatecznie i tak coś zrobić musimy. Ze względu na silnie negatywną i nie do wytrzymania sytuację, możemy popaść w stan tak zwanej “dekompensacji”, w którym nie będziemy zdolni składnie myśleć, a próbując uciec od nieprzyjemnych emocji, możemy pogrążyć się w apatii albo zająć zachowaniami, które bądź to nie przynoszą nic pożytecznego, lub wręcz są dla nas szkodliwe (zachowania autoagresywne, używki).

Po dokonaniu analizy sytuacji, możemy też podjąć działania, które będą nieskuteczne. W tym w wypadku możliwe, że zużyjemy część sił i zasobów, a zamiast oczekiwanego efektu wylądujemy w tym samym miejscu. Kubuś i Puchatek, mogli założyć, że dół nie jest bardzo głęboki i że dadzą radę się z niego sami wydostać, jednak gdyby im się to nie udało, byliby nie tylko zmęczeni, ale też bardziej zniechęceni niż na początku. Taka sytuacja wynika bądź to ze złej oceny sytuacji, bądź zbyt optymistycznego przekonania dotyczącego własnych możliwości. Może być groźna, ponieważ prowadzi do marnowania zasobów, których mamy ograniczoną ilość. Ważne jednak, aby się nie poddawać, dokonać ponownej interpretacji problemu, w który nas dotknął  spróbować znaleźć nowe rozwiązanie.

W końcu, możliwe jest, że sytuację i własne siły ocenimy prawidłowo, przyjmiemy pozytywne (ale realistyczne) nastawienie, skutecznie wykorzystamy,to czym dysponujemy i uda nam się pokonać kryzys. I choć nie zawsze wydaje nam się, że posiadamy wystarczająco umiejętności i środków, żeby poradzić sobie z trudną sytuacją, czasami starczy odpowiednio długo poszukać – choćby pomocy u znajomych, żeby pokonać trudności.

Kończąc

– jeśli utkniecie w pułapce na Słonie, życzę Wam, abyście potrafili mądrze oceniać sytuację i szukać zasobów oraz nie poddawać się zniechęceniu, tylko działać. Nie zapominajcie też, żeby jak Kubuś Puchatek – zadrzeć czasem głowę w górę i spojrzeć w Niebo, bo może tam właśnie czeka na Was wyciągnięta, pomocna dłoń.