post

10 sekund empatii

– Kiedy przyjdzie [moja opiekunka] ? – pyta Łucja po raz kolejny któregoś dnia
– Najwcześniej za tydzień, mówiłam ci.
– To straaaasznie dłuuugo – wydobywa z siebie jęczący odgłos rozpaczy. Wiem, że długo, dla mnie też to długo, bo mam skurcze, bałagan i pracę. I lekko skaczący nastrój końcówki ciąży.
– Długo. No ale ja nie mam na to wpływu, kochanie!
– Mamo, mamo no! No wiem, że nie masz wpływu na to. Ja chcę tylko tak powiedzieć to, że to długo i że ja tak nie chcę! Wiem, że nie zrobisz nic z tym.

A ja słyszę w sobie, jak mój mózgu tłumaczy to używając przedziwnej mieszanki znanych mi zdań “Mamo, mamo no ku…! Uczysz się tego ósmy rok w szkole i na kursach i wszystko jak w krew w piach”. Empatia. Bycie razem. Towarzyszenie sobie w emocjach. Nigdy nie przestanę się tego uczyć. I nie wiem czy wiele pomogą mi w tym kursy. Nawet te z psychologii. Bo najwięcej o tym odkrywam chyba jednak w kontakcie z moją córką. 

Empatia to nie jest robienie za kogoś ani rozwiązywanie nierozwiązywalnego. To nie jest wkurzanie się, kiedy nie da się nic zrobić z problemem. To nie jest dawanie rady. Empatia to jest zwykłe bycie obok, słuchanie. To chęć na to, żeby być przez chwilę całemu dla drugiej osoby, w gotowości do przyjęcia jego emocji, jego trudności, jego myśli.

Zatrzymuję się otrzeźwiona, przestaję sprzątać i patrzę jej w oczy. Uspokajam emocje i wybieram bycie obok.

– No tak. Przepraszam. Chciałabyś, żebym to usłyszała tylko tak?
– No, bo tydzień to jest strasznie długo!
– No. Tydzień to długo.
– No i ja nie lubię czekać.
– Wiem, nie lubisz czekać. A chciałabyś się już z nią zobaczyć.
– No, no właśnie. No. – uśmiecha się i wybiega z pokoju. Spokojna, wysłuchana. 10 sekund empatii.

post

czy lubisz wszystkie moje emocje?

Miewamy teraz trudne dni, obie mamy dużo emocji w związku z bliskim pojawieniem się nowej osoby w rodzinie, ale też z moimi ograniczeniami ciążowymi. Czasem Łu traktuje to z dużym zrozumieniem i troską (“chodźmy na ten plac zabaw, bo tam będziesz miała cień”), a czasem krzyczy mi prosto w twarz, że ciąża jest głupia i że chciałaby, żebym mogła to czy tamto. Ja też nie zawsze przyjmuję ze spokojem dni, w których muszę leżeć, zdarza się, że duszę się we własnej frustracji i rozżaleniu, patrząc na narastający bałagan i na córeczkę, koło której nie zawsze mogę usiąść na podłodze. Dzisiaj było z tych trudniejszych. I gdzieś tam, po moim wybuchu, że  “ja też nie sprzątam twoich zabawek, bo lubię”, a jej że “jesteś strasznie głupia i niefair”, siedziałyśmy w średnich humorach nad rosołem.

I nagle Łu podchodzi do mnie, jakby przez stół było za daleko i patrząc mi głęboko w oczy, pyta:

– Mamo, lubisz wszystkie moje emocje? – i pytanie to zawisa w głębokiej ciszy między nami, bo czuję jego wagę i jeszcze większą mojej odpowiedzi. I nie wiem jak mam odpowiedzieć.

– Nie wiem jak mam odpowiedzieć – mówię więc – To bardzo trudne pytanie. A Ty je lubisz?
– Lubię dwie. Radość i śmiech.
– Aha. A zadowolenie?
– O tak.
– A tęsknotę lubisz?
– Tak, lubię tęsknić za tobą. Bo cię kocham. A ty? Lubisz?
– No lubię, czuję że jesteś dla mnie ważna, wtedy. A złość? Lubisz?
– Nooo – trochę patrzy na mnie, jakby była jakaś dobra odpowiedź na to – Złość nie jest fajna.
– No nie zawsze jest przyjemna. Ale za to bardzo przydatna.
– Jak to?
– Czasem pozwala się obronić.
– Oooo – przed chwilą jeszcze strasznie szeroko otwarte oczy nabierają wyrazu zadowolonego zrozumienia – ooo, i … i jeszcze smutek! On też się przydaje!
– Tak?
– No bo jak się smucisz, to potrafisz się martwić i wtedy można komuś pomóc! – stwierdza zdecydowanym tonem  i wraca na swoje krzesło, a potem w zamyśleniu ładuje do ust wielki kawałek marchewki. Nie podsumowuję, nie pytam, nic już nie mówię. Mam wrażenie, że padło tyle ile miało paść, że nic nie trzeba kończyć, zamykać, że jeszcze milion razy będziemy wracać do mówienia o emocjach.

I myślę, że nie muszę mówić “kocham każdy kawałek ciebie, aż do małych paluszków i każdą twoją emocję”. Czasem lubię jej zwierzęcą złość, jej głęboki i mądry smutek albo dziką, dziecięcą radość. Ale są momenty, w których wolałabym, żeby ich nie było i myślę, że już nie mam siły na tę intensywność. Bywa, że mi niewygodnie z tymi emocjami, tak samo jak z moimi własnymi. Ale wiem, że to w ogóle nie ma nic wspólnego z tym, że ją akceptuję, z całym wachlarzem tego, co przynosi. Ani z tym, że po prostu lubię tego człowieka, który ma na imię Łucja i z którym mogę mieszkać i żyć. Dlatego może nie muszę dzisiaj odpowiadać na to pytanie, tylko pokazać jej, że emocje które ma, są jej potrzebne.

 

post

oglądanie bajki przy jedzeniu – czyli co nas wspiera a co nie?

Wieki temu, jak Łu miała parę miesięcy rozwiązywałam jakiś quiz dla rodziców o przemocy. Taki mający im uświadomić, że to nie tylko bicie itd. Ale jakoś niedobrze się z nim czułam, wydaje mi się, że taki temat trudno zawrzeć w quizie, że przemoc niekoniecznie kryje się pod konkretnymi zachowaniami, czasem bardziej subtelnie pod intencjami, pod tym co się dzieje między dwoma osobami i na co one mają wolę się zgodzić. Pamiętam, że szczególnie uderzyło mnie założenie, że włączenie bajki dziecku, żeby zjadło posiłek było zdecydowanie uznane za przemoc.

Wyobrażam sobie taką sytuację, że to tak może być. Tylko, że to nie od bajki zależy. Zależy od nastawienia, że ja robię coś żeby dziecko zmusić, żeby ono zjadło, bo ja uważam, że musi, a ono nie chce, albo że to jest jakiś nasz sposób na poradzenie sobie z sytuacją. Mało tego ja znam, bardzo dobrze znam, taką sytuację, kiedy oglądanie bajki przy posiłku stało się wyjściem wzmacniającym dla więzi, a nie niszczącym.

Łucja ostatnio często ogląda przy jedzeniu. Na początku byłam bardzo niezadowolona z jej pomysłu, bo w mojej głowie jest wizja, że wspólne posiłki to zacieśnianie bliskości i w ogóle to nic ma nie grać, nie ma być włączone i nie ma przeszkadzać. Tylko, że jak my cały dzień ze sobą jesteśmy (albo prawie cały) to mamy dużo czasu na bliskość i ona wcale przecież przy posiłku być nie musi. To wspólne jedzenie to tak statystycznie dobrze zbliża ludzi, bo często jest tak, że to jedyny moment w ciągu dnia, kiedy dłużej razem przebywają. Więc to nie do końca o nas.

Po drugie ta bajka to jest jej wybór, a nie moja przynęta, haczyk czy trik, żeby ją do czegoś zmuszać. Ona je wolno (naprawdę wolno, czasem godzinę) i ją to jedzenie nudzi, jak ma zajęcie przy tym i ochotę to potrafi zjeść naprawdę dużo, ale jak nie ma to może będąc głodna i mając coś, co lubi wysiedzieć 5 minut i zjeść 5 łyżek. I mamy wymyślone milion swoich zabaw od zębistej jaskini do jakichś zgadywanek, co to akurat mam w pyszczku. Tylko, że obie mamy ich już powoli serdecznie dość. A ja po 15–20 minutach sama często czuję w sobie rosnącą frustrację, że ja już nie chcę tam siedzieć, że ile lat to jedzenie może tyle trwać. Nie raz, nie dwa, nie dziesięć rosło między nami wielkie napięcie z tego powodu. Bo ona też nie chce, żeby ktoś nad nią siedział i pytał co chwilę czy jeszcze je.

Ta bajka przy jedzeniu dla nas okazała się być bardziej wspierająca niż toksyczna. Zrobiła nam przestrzeń, w której ona w spokoju może sobie jeść tyle ile chce i tak długo, jak chce, a ja bez napięcia mogę zająć się innymi rzeczami. To, oczywiście, nie ma być tekst zachęcający do oglądania telewizji przy jedzeniu 🙂 To dla mnie duża lekcja o tym, że różne rzeczy w relacji rzadko są po prostu jakieś, że trudno jednoznacznie mówić, że coś jest wspierające dla relacji z dzieckiem albo nie. Bo bardzo dużo zależy – od dziecka, od rodzica, od sytuacji, od sposobu użycia. Przypomina mi też o tym, że warto mieć otwartość na propozycje dziecka, bo często ono samo potrafi odnaleźć pomocne strategie, na które my z różnych przyczyn jesteśmy ślepi.

(Aha, mamy taką zasadę, która chroni to, co dla mnie ważne, że jak Łu chce, żeby ją karmić albo bawić się, w którąś z naszych zabaw, to wtedy wyłączamy bajkę. Bo dla mnie te zabawy to jest też sposób na bycie razem, a nie na futrowanie jej, jak gęś.)

 

post

magiczny owoc

Myję podłogę, a Łucja siedzi na kanapie z Biblią dla najmłodszych w obrazkach, która należała do mnie w dzieciństwie. Przegląda pierwsze strony i snuje swoje czteroletnie filozoficzno-egzystencjalne rozważania z cyklu “Czym się różnią baśnie od Biblii?”, “Czy w ogrodzie była zima?” i inne, na które sama nigdy bym nie wpadła.

Nagle przewraca stronę i marszczy nos, a mi cierpnie skóra, bo z głębokiej niepamięci wydobywam własne dziecięce spotkanie z tą historią i wszystkie następne, dorosłe, którym daleko do pełnego zrozumienia.

– Oj. A czemu oni są tu tacy smutni i uciekają?
– No bo nie mogą dłużej zostać w ogrodzie. Muszą odejść.
– Szkoda! Tam było tak fajnie. A dlaczego?
– Bo był taki zakaz, że nie wolno jeść owocu i oni go złamali, a teraz muszą odejść.  – Czuję, że zaraz zacznę się plątać, próbując przejść nad własnym zrozumieniem tej opowieści, jej zwyczajową interpretacją i wytłumaczyć to dziecku, któremu idee posłuszeństwa, a tam bardziej kary są jednak dość obce. A ono tymczasem, oprócz nosa marszczy już również czoło.

– Był zakaz? A kto go dał?
– No… Bóg – mówię, czując że zbliżam się do wielkiej otchłani, w której średniowieczny starzec z brodą rzuca ludziom absurdalne zakazy i nakazy, żeby potem strącać ich na wieki w czeluście piekielne (chyba, że zapłacą na odpuście).
– A… – Łucja chyba jest daleko od mojego toku rozumowania, w który ja w panice wchodzę. Intensywne myśli. – Ej mamo! To CO TO musiał być za owoc! Na pewno nie był zwyczajny!
– No tak – zaczynam widzieć brzeg na horyzoncie i nagle mi też coś świta w głowie – No nie był zwyczajny… był taki… hmm…
– Na pewno magiczny!
– No, magiczny. Bo jak ktoś go zjadł, to znał i dobro, i zło.
– Oj, mamo! No to nic dziwnego, że musieli odejść stamtąd, jak poznali zło. Przecież mówiłaś, że w tym ogrodzie jest samo dobro.

Wzruszeniem ramion podsumowuje ten wielki problem, wychodząc poza ramy posłuszeństwa, pytania o kary, wolność człowieka, jego naturę czy Boga. Zanurza się w historię bez bagażu teologicznego, bez zastanawiania się nad skomplikowanym implikacjami tego, co powie, tak jakby to wszystko działo się się tu i teraz. Z prostotą rozumiejąc, że na świecie są konsekwencje, że jak przewracasz szklankę to picie się wylewa i go nie ma, a jak poznajesz zło, to nie ma już samego dobra. A chociaż czuję ulgę, że nie musiałam tłumaczyć niewytłumaczonych zawiłości teodycei, to nad nią przebija dziwne wrażenie, że może właśnie one zostały wytłumaczone mi.

post

tylko nasz czas

Jedną z zalet mojej pracy jest jej elastyczność i to, że nie muszę jej wykonywać w określonych godzinach. Dlatego od początku planowałam sobie, że jeden dzień w ciągu tygodnia poświęcę na spędzenie czasu z Łucją. Częściowo to jest moja potrzeba, ale trochę też odzew na to, co słyszałam od niej zaraz po tym, jak zaczęłam regularnie pracować. Ostatnio z tym poświęcaniem całego dnia bywało różnie, ale wtorek zaplanowałyśmy sobie wyjście do kina na “Kucyki Pony”.

Dzień wcześniej zapytałam czy jeszcze kogoś ze sobą zabierzemy, ale Łucja definitywnie stwierdziła, że nie. “Bo mamo, to ma być tylko nasz czas”, czym mnie ujęła i sprawiła, że miałam zamiar jeszcze bardziej świadomie wykorzystać ten dzień na wspólne bycie razem.

Rano okazało się, że – jak to zwykle u nas bywa – cała operacja robi się z każdą chwilą coraz bardziej skomplikowana. Wstałyśmy zbyt późno i miałyśmy bardzo mało czasu, a przecież obie lubimy powolne poranki. Jak się ubierałam przyjechał kurier. Jak podpisywałam paczkę, zadzwoniła babcia, z którą chciałyśmy porozmawiać. A jak miałyśmy wychodzić to okazało się, że nigdzie, ale to nigdzie nie ma mojego portfela. W końcu 5 minut po tym, jak miałyśmy wyjść postanowiłam sprawdzić czy nie zostawiłam go w sklepie, a jeśli go tam nie będzie wyciągać pieniądze z bankomatu za pomocą telefonu. Nie było. Nie mogąc kupić biletu, dojechałyśmy do kina na gapę, a ja przekonałam się, że jednak człowiek się starzeje i wizja dyskusji z kanarem, i równoczesnego trzymania dziecka pod pachą, nie do końca mnie urzeka.

W końcu, o porze o której powinniśmy już odbierać bilety, dotarłyśmy do galerii, w której znajduje się kino i która mi wydaje się ogromna i nie do ogarnięcia. Zaczęłam się gorączkowo rozglądać za bankomatem i szybko iść przed siebie. Zatrzymało mnie nagłe szarpnięcie za rękę.

  • – Mamo!!
  • – Co?
  • – Tu jest bankomat.

I wtedy powinnam już się zorientować, że chyba coś robię nie tak z naszym “czasem tylko dla nas”, ale zamiast tego jeszcze bardziej gorączkowo usiłowałam wyciągnąć pieniądze. Zaskutkowało to tylko tym, że musiałam to robić trzy razy, bo zapominałam kliknąć potwierdzenia w aplikacji. A potem pędem po schodach i przez korytarz na drugą stronę galerii. Z tyłu głowy słyszę, że Łucja coś mówi, ale z przodu tylko własną myśl – że miałyśmy być wcześniej i że pewnie już naszą rezerwację szlag trafił, więc trzymam ją za rękę i ciągnę w stronę kina.

  • – Mamo!!! Ale no mamo!
  • – No?
  • – Tam była taka piękna lampa, a Ty nie patrzyłaś. Chciałam, żebyś ją zobaczyła.
  • – Oj, przepraszam. Bo spieszę się, wiesz? Żebyśmy zdążyły do tego kina, bo ta rezerwacja, wiesz?

A ona się zatrzymuje i patrzy na mnie, a potem uśmiecha i mówi:

“Mamo, ale wiesz?  Bo jak się nie będziemy spieszyć, to też zdążymy”

I wtedy dotarło do mnie, że ona ma zupełną rację, a ja z niewiadomego powodu jestem bliska zrujnowania “tylko naszego czasu”, wprowadzając jakieś głupie napięcie i pośpiech. Ostatni tydzień cały czas byłam w biegu, bo wzięłam dodatkowe zlecenie i każdego dnia kładłam się z poczuciem, że muszę się spieszyć, żeby zdążyć ze wszystkim, że muszę zrobić to albo tamto. Ale to miał być nasz spokojny czas, miłe wyjście do kina. A ja lecę jak wariatka przed siebie, żeby mi we wtorek o 13 rezerwacji biletów nie odwołali. Jakby te “Kucyki Pony” (których zresztą nie lubię) były ważniejsze niż to, że miałyśmy być razem i cieszyć się tym.

Dalej poszłyśmy już spokojnie i powoli. Rezerwacji jeszcze nam nie odwołali, ale i tak nie miało to znaczenia, bo na sali były oprócz nas dwie osoby. Kupiłyśmy popcorn i niezdrowe picie, poszłyśmy jeszcze coś zjeść i weszłyśmy spokojnym krokiem do sali 14 minut po rozpoczęciu się seansu. W samą porę, żeby ominąć reklamy zabawek, ale zdążyć na zwiastuny.

A potem już Łucja wołała podniecona, co jakiś czas “zobacz to Pinky Pie!” albo “o jest i Luna! teraz już dobra!”, a ja ze zdziwieniem zorientowałam, że mam łzy w oczach. Z powodu tego, że to sprawia jej to tyle radości i tego jak pięknie zanurza się w Teraz, że znajduje czas, żeby dostrzec ładną lampę na wystawie. Ale chyba przede wszystkim dlatego, że dotarło do mnie po raz kolejny, że to nie tylko ja wyciągam moje dziecko z chaosu, amoku czy zagubienia, ale ono mnie często też.

post

już mnie nie kochasz

Do Łucji zaczęła przychodzić na parę godzin opiekunka, żebym mogła pracować. Pierwszego dnia była bardzo marudna i złościła się na mnie, że nie chcę jej kupić zabawki. Dzisiaj jest drugi dzień, wróciły z czterogodzinnego spaceru i było fajnie, widziały wiewiórkę i jadły lody, ale Łucja ma ewidentnie zły humor. Czeka, aż  ugotuje się  makaron do rosołu i na mnie warczy. Rozumiem, że nowa sytuacja, ale ona warczy i warczy.

Siadamy do stołu i dostaje kolejnym opryskliwym hasełkiem.

– Co się dzieje? – pytam najbardziej neutralnie jak potrafię
– Nic – odpowiada mi cichy pomruk z głębi brzucha
– Jesteś na mnie zła?
– Mmmm – trochę głośniejszy pomruk z jeszcze głębszej głębi.
– Bo?
– Już mnie nie kochasz – odpowiada mi  ciche, lekko żałosne mruknięcie z najgłębszych głębi wszystkiego.
– A. – I nawet, o dziwo, nie włącza mi się typowy schemat myślenia oparty na “Ty mała smarkulo – ja Cię 9 miesięcy – a potem kolki – usypianie – jestem przecież dobrą matką – weź się wypchaj”. Nie pęka mi też serce na pół, ani nie myślę, co zrobiłam źle. Próbuję myśleć nią.
– Przecież bardzo cię kocham i zawsze będę cię kochała. – mówię i dodaję jeszcze – No i bardzo lubię z tobą być.
– Ale nie byłaś ze mną w parku. Była wiewiórka i Ty nie byłaś. Oddałaś mnie opiekunce. – I trochę mi przykro, dlatego że lubię z nią karmić wiewiórki. A trochę dlatego, że wcale nie lubię placów zabaw i że cieszę się z tych chwil, kiedy mogłam spokojnie popracować.
– A jak myślisz dlaczego byłaś dzisiaj z nią, a nie ze mną na spacerze?

I tutaj następuje kilkuzdaniowa wymiana zdań, nie warta przytaczania, o tym dlaczego pracuję, czy wolę pracować i co ona wolałaby robić, kiedy pracuję i że w gruncie rzeczy to fajnie się bawiła z opiekunką. Ale Łucja ciągle jest naburmuszona.

– To, co wierzysz mi już, że cię ciągle kocham? – pytam na koniec
– …
– To nic złego kochanie, każdy czasem może się tak poczuć.
– Nie czasem!
– Tylko cały dzień?
– No tak, że już mnie kochasz.
– A mogę ci jakoś pomóc na to?
– Nie!
– A jakbyśmy spędziły razem trochę czasu? Czy to by pomogło?
– I się pobawiły?
– No.
– No to tak.

No i właśnie, kochani. Pięciolatek może już nie powie, dwulatek jeszcze. Ale jeśli twoje dziecko jest bardzo marudne po żłobku, przedszkolu czy opiekunce, to może właśnie się tak czuje? Że już mnie nie kochasz, nie chcesz, oddałaś, wolałaś pracować? Może zamiast sobą, pomyśl przez chwilę nim i spróbuj zrozumieć czego potrzebuje? I właśnie wtedy, powiedzenie “kocham cię”, to może być za mało, właśnie wtedy trzeba pobyć razem.

Co zrobiłyśmy? Nie tak wiele. Po zupie Łucja chciała oglądać bajkę, więc wzięła mój telefon, a ja dokończyłam pracę. A potem spotkałyśmy się naprawdę w dużym pokoju. Łucja z wciąż naburmuszoną miną segregowała swoje brokatowe pisaki, a ja leżałam na kanapie.

– To co, chcesz się pobawić w siłowanki?
– A co to są… te twoje głupie siłowanki? – spytała wciąż obrażona
– No wiesz, takie zabawy w przepychanie. Że złość czasem wychodzi. – przybiegła natychmiast i przepychałyśmy się po kanapie i ściskałyśmy. I było w tym dużo, śmiechu i radości, ale też trochę jej agresji – prób gryzienia i ciągnięcia za włosy. Ale złość powoli ustawała. Aż się zmęczyłyśmy.
– Może teraz pobawimy się w dzidziusia? – spytałam, a jej oczy aż rozbłysły. I przez chwilę ją tuliłam i nosiłam, a potem poszłyśmy sprzątać w pokoju i bawić się w Piotrusia Pana i Dzwoneczka, który zamknął się w szufladzie. I było fajnie, naprawdę fajnie. Wrócił tata, magicznie wyczuwając moment – z nowymi nożyczkami i kolorowanką z kucykami Pony, a Łucja zapytana stwierdziła, że już wie, że ją kocham.

post

wierność

Zasypiamy, już długo za długo. 

– Bo Ty musisz być wierna, a nie chciwa – mówi nagle Łucja ni z gruszki, ni z pietruszki. – No bo jesteś wierna dla mnie.
– Tak? A co to jest, że ktoś jest wierny?
– No wiesz… to jest, że wszystko mi robicie.
– Czyli co robimy?
– No… kiedy chcę się bawić, to mi pozwalacie, a kiedy chcę moje pudełko z biżuterią. to mi ściągacie. I dajecie mi pić kiedy, jestem spragniona. To jest, że jesteście takie wierne. Że wszystko robicie.

Najpierw wydaje mi się, że to dziwna definicja. Tak często o wierności, mówi się tylko w kontekście przeciwstawiania jej do zdrady, że zapomniałam o tym innym znaczeniu. A przecież wierny to też – “służący komuś z oddaniem i przywiązany do kogoś”.

Nie po raz pierwszy zaskakuje mnie jej pojmowanie świata i kiedy zasypia, moje myśli (też już na wpół sennie) błądzą wokół wierności. Tak łatwo uprościć ją do nie wyrządzania zła, nie ranienia czy nie opuszczania drugiej osoby. I nagle 3.5 letnia mądrala wytyka mi, że wierność leży gdzie indziej – w dostrzeganiu drugiego, jego potrzeb i reagowaniu. Że to, co nazywamy “brakiem wierności”, czyli zdrada, jest już odległym symptomem, tego, że tej wierności od dawna nie było – że straciliśmy z oczu drugiego, że przestaliśmy o niego dbać.

“Musisz być wierna, a nie chciwa” powiedziała mi. I to połączenie też wydało mi się dziwaczne. Ale im dłużej myślę, tym bardziej widzę wierność nie jako przeciwieństwo zdrady, ale jako przeciwieństwo egoizmu. I dociera do mnie, że egoizm to właśnie chciwość.

Nie wiem, ile z tego miała na myśli moja zasypiająca córeczka. Ale po raz kolejny kłaniam się prostocie dziecięcego rozumienia, które tak często widzi więcej. I jestem przerażona, jak łatwo tę mądrość przepuścić między palcami, nie zauważyć, jak łatwo ją stłamsić i zgasić – nie pytając ze szczerą ciekawością, albo mówiąc “nie no, co ty, wierność to zupełnie coś innego niż mówisz, głuptasie”.

 

post

starju

Biorę prysznic, Łucja wchodzi do łazienki i siada koło mnie na małym krzesełku. Śpiewa sobie coś pod nosem, czesząc kucyka Pony.
– Mamo? – Pisałam ostatnio artykuł o uważności i żeby w wannie się cieszyć wodą, a nie myśleć za dużo. Tymczasem właśnie oddając się hipokryzji, intensywnie planuję dzień i myślę nad jakimś jeszcze nowym tekstem.
– MAMOOO!
– No?
– Weź sobie Starju. – Jakby ktoś nie wiedział to pokemon. Ja do dwóch miesięcy temu wiedziałam tylko o istnieniu Pikaczu, rodzicielstwo rozwija.
– Eee.. nie, spoko, zaraz wychodzę.
– No weź, proszę.
– No dobra. – Biorę gumową gwiazdkę do kąpieli, napełniam wodą, krzyczę „Wybieram Cię, Starju!!” i patrzę jak woda pięknym łukiem opada na dno wanny.
– I co mamo? Dobrze się bawisz?
– Dobrze – mówię i zaczynam się śmiać, bo to prawda. Naprawdę dobrze. I bo zapomniałam, co ja to miałam. Zostaję w wannie jeszcze chwilę, żeby umyć szamponem głowę  Syrenki-Barbie i poprawić fryzurę kucyka.

*obrazek dzięki  http://dragonfly-world.deviantart.com/

post

kiedy umarniesz

W końcu przyszedł w życiu Łucji moment na pytania, na które niekoniecznie chciałam już odpowiadać. Zasypiamy, a raczej próbujemy, już dwa razy się pokłóciłyśmy, już raz wychodziłam się uspokoić.

– Mamo… – słodziutki głosik i małe łapki głaszczące po twarzy – Mamoo… Jesteś taka śliczna i kocham Cię.
– Też Cię bardzo kocham. Możemy już spać? – nie mam już ochoty ani na głosik ani na łapki, nie chcę, żeby mnie dotykać po twarzy. Chcę, żeby zasnęła po tych 1.5 godziny i sama iść spać.

– Mamooo… Mamusiu… Zawsze będziesz żyła?

I co mam powiedzieć? Czy możemy o tym porozmawiać jutro? A najlepiej za dziesięć lat, albo nigdy? Mówię ciche “Nie” z nadzieją, że to wystarczy. Patrzą na mnie te ogromne czarne oczy.

– Ale to znaczy, że umarniesz?
– Kiedyś wszyscy umrą.

Łucja płacze. Płacze w ten sposób, który nie potrafi mnie denerwować w żadnej sytuacji i o żadnej porze. Wielkimi łzami, cicho, bez jęków i pisków. Płacze swoim smutkiem. I też mi smutno. Rozmawiamy długo, o tym kiedy umrę, a kiedy tata, a kiedy ona. O tym, co może być potem i czy plac zabaw wchodzi w grę. Łucja postanawia, że w razie czego znajdzie sobie nowych rodziców. Mówię, że to bardzo dobry plan, ale nie będzie wtedy ich potrzebowała tak bardzo jak teraz, bo raczej będzie dorosła.

Leżymy trochę w ciszy, każda oswaja własne myśli. Pewnie zanim umrę przeżyjesz już tyle strat, że trochę się oswoisz. Może nawet uda Ci się odkryć, że śmierć jest jednym z największym darów, że sprawia, że może istnieć chwila, którą się cieszymy, że mobilizuje do życia z sensem, że daje nadzieję, na coś więcej niż świat, na którym dzieci mrą z głodu i na wojnie. I pewnie też moja osoba do tego czasu zejdzie na dalszy plan, ukryje się za jakąś wielką miłością, troskami o własne dziecko albo niezwykłą życiową misją… A może wszystko będzie zupełnie inaczej.

– Śpimy? Zawszę będę Cię kochać.
– Nawet jak umarniesz?
– Nawet.

Znowu trochę płacze.

– Nie będę lubić tej godziny.
– Której?
– Tej, w której umarniesz wiesz? Bo ja tak bardzo Cię kocham.

I wtedy ja też już płaczę, tak samo cicho i wielkimi łzami. Płaczę, bo wiem, że ona ma rację i że Lewis miał rację – śmierć jest zawsze straszna. Przychodzi tata i głaszcze nas w ciszy po stopach. A potem idziemy spać wszyscy razem do sypialni i jeszcze chwilę cieszymy się sobą. Chyba nawet mocniej niż zazwyczaj, bo myśl o przemijaniu pozwoliła nam bardziej cenić teraz…

post

do przytulania

Kończę właśnie czytać książkę, której część dumnego tytułu brzmi „W poszukiwaniu ostatecznego sensu”, kiedy przychodzi do mnie Łucja i chce się pobawić. Przynosi ze sobą żuka-kompas i gąsienicę z miarką. Żuk i gąsienica przez chwilę ze sobą rozmawiają o tym, do czego służą, że kompas przydaje się w lesie i inne takie. Nagle pytam przekornie za pomocą gąsienicy „A Ty Łucja? Do czego służysz?” i sama nie wiem czego się spodziewam, chyba tego zadziornego uśmieszku, który pojawia się, kiedy ją w coś wkręcamy. Albo oburzenia, że nie jest przedmiotem. No nie wiem. Tylko, że ona odpowiada mi całkiem poważnie i pewnie:

  • – Do przytulania!

Bawimy się dalej. Szukamy żuków w Internecie i je rysujemy. Rysujemy też co jedzą. Potem idziemy gotować. Łucja obiera czosnek, cebulę, przyprawia indyka, wsypując trochę za dużo pieprzu. Każda rzecz, którą robi jest równie angażująca i zabawna, jak to rysowanie przed chwilą, jak odkrycie jaskrawozielonego żuka, jak nasza rozmowa. A kiedy już się nudzi i idzie sama bawić do pokoju, a ja kończę obiad – nie mogę przestać myśleć.

Ile trzeba cierpienia, przemyśleń i słów, ile mądrych głów, żeby podejmować próby dookreślenia sensu życia. Znalezienia czegoś, co z taką łatwością pojmuje bosonoga czarnulka z plastykowym żukiem dłoni – że prawdziwy sens Ja istnieje zawsze w relacji do Innego.

Ile godzin terapii, przemyśleń i skomplikowanych technik, aby wydostać się z kręgu rozmaitych lęków, kompleksów, hiperintencji i innych arcymądrze nazwanych konstruktów, żeby wrócić w prostą dziecięcą umiejętność bycia Tu i Teraz. W smakowanie życia i każdej czynności, jakby były jego największą esencją i największym skarbem.

I czuję się przez chwilę z tą moją skończoną książką, mądrymi notatkami na kartce, ze wszystkim przeczytanymi w życiu psychologami, teologami, filozofami… dziwnie. Jakby przyszedł mnie skarcić sam Mały Książę za bycie jakże głupim dorosłym.

 

 

 

*Zdjęcie nasze, kiedy patrząc na Łu i jej kuzynów przez chwilę, w majowym zmierzchu, wszyscy byliśmy znowu dziećmi.