post

O mówieniu nie.

Byliśmy ostatnio w ZOO, w czwórkę. Ja, moje dzieci i mój nastoletni brat. Po drodze umówiliśmy się, że nie kupujemy zabawek, bo nie chcę i gadaliśmy o tym, że tam są drogie zabawki i takie same jak się bardzo chce można kupić gdzie indziej dużo taniej. Myślałam, że jesteśmy umówieni.

ZOO to jedno z takich miejsc, które same w sobie są

Łu już na wstępie miała jakiś nietęgi nastrój. Pierwsze co, to chciała wypożyczyć drewniany wózek, na co się nie zgodziłam i przez pierwsze parę minut była markotna z tego powodu. Po pół godziny zażyczyli sobie już loda i frytki. Okej. Chwilę później Łucja chciała zabawkę, na którą się też nie zgodziłam odwołując do naszej umowy. Ale płakała. A zaraz potem chciała iść na park linowy, przypominając mi, że powinna chodzić na takie rzeczy, żeby ćwiczyć równowagę, bo takie dostała zalecenie od pani, u której diagnozwałyśmy przetrwałe odruchy wczesnodziecięce. Znowu się nie zgodziłam, bo mieliśmy mało czasu – niedługo mieli dojechać dziadkowie.

W efekcie spędziliśmy pierwszą godzinę w nieustannym płaczu i miauczeniu. Było ciepło, ja niosłam Remika z poczuciem, że przecież organizuje super wycieczkę i wszystko źle, a mój brat zaczął rzucać sarkastyczne komentarze na ten temat. Wydawało mi się, że przyjmuje emocje i że spokojnie tlumaczę, a jest coraz gorzej.

I właśnie wtedy moje dziecko wyrzuciło:
– Bo ty mi dzisiaj cały dzień tylko mówisz NIE! Każdą rzecz, którą proszę to nie i nie. A w ogóle nie mówisz tak. – trochę mnie zagotowały te słowa w pierwszej chwili, bo ja byłam z myślą, że całe to ZOO to już jest spore tak. Z głębokim wdechem wypuściłam tę frustrację, starając się słyszeć to co ona mówi i nie słyszeć sapania brata, który był cały dzień w nastawieniu „To może jednak nie frytki, bo są drogie tutaj”.

– To chyba głupie całe czas słyszeć nie? – udało mi się wypuścić z siebie

– No głupie. Bo tylko nie i nie – przestała płakać i poczułam, że już teraz możemy gadać.

– To może znajdźmy coś ja co będę miała dzisiaj miejsce, żeby Ci powiedzieć tak, co? Bo ja myślałam, że już tak zrobiłam, ale dla Ciebie to chyba za mało.

– W ogóle nie mówiłaś tak! – zaperzyła się Łu i poczułam, że właśnie puściłam z trudem zdobyte porozumienie i próbuje forsować swoją rację.

– No dobra. Rozumiem. Cały czas słyszysz nie. Znajdziemy jakiś pomysł, żebym mogła powiedzieć tak?

– Dobra. Ale to nie będzie łatwe, bo ty cały czas nie. – Zagryzam wargi i nic nie mówię. Idziemy w ciszy. Przeżuwam w sobie listę potrzeb i szukam, co jest za tą zabawką, za tym parkiem linowym, jakie potrzeby moje dziecko ma, które chce w ten sposób zaspokoić.

– Mamo! Mamo! Plac zabaw, skręcamy!

– Ok, skręcamy – co tam że plac zabaw mamy pod domem, że moglibyśmy zdążyć obejrzeć nandu i kapibary, zanim przyjadą dziadkowie. Nie do końca wiem o jakie potrzeby chodziło, bo już jestem na to zbyt rozdrażniona. Ale usłyszałam dość, że ona chce usłyszeć tak.

Dochodzimy do placu zabaw i tam jest karuzela, za którą trzeba zapłacić 8 zł za jakieś 3 minuty. Płacę i Łu jeździ, a potem bawimy się na placu zabaw i dopiero wtedy ruszamy dalej.

Nagle mam zupełnie inne dziecko. Rozchmurzone i zadowolone. Karmienie owiec, które jeszcze przed chwilą miało być głupie, teraz jest super i na szczęście moi rodzice docierają w porę i mają złotówkę, żeby dokupić karmę, bo tak szybko im zeszła. Pozostałe dwie godziny są super.

Wychodzimy. Bez parku linowego, bez zabawki, ale jakimś cudem zadowoleni. Zostaję z myślą, jak działa ta równowaga między NIE a TAK. Z tym jak ciężki może stać się dzień, gdy nie dostrzegamy, że chodzi właśnie o jakieś TAK, a nie konkretną rzecz, kiedy dziecko w poszukiwaniu tego tak rzuca kolejna prośbę , a my coraz bardziej rozdrażnieni odmawiamy. I z tą strategią, żeby nie proponować do razu co zamiast, ale poszukać razem:

Czy jest taka rzecz, na którą mogłabym ci powiedzieć tak?

Czy znajdziesz coś innego, na co mogłabym się zgodzić?

Chciałabym coś dla ciebie zrobić / coś ci kupić, ale tak, żebym też była z tym okej. Co by to mogło być?

post

Nie warcz

– Nie warcz – mówię zmęczona i zirytowana, że Łucja warczy na Remika. Nie w przenośni. Dosłownie warczy albo ryczy, jak zbliża się do niej. Po całym dniu strasznie się wkurzam, jak słyszę głośne warknięcia, szczególnie, jak on potem wybucha płaczem.

Bez sensu. Jak przychodzi chwila refleksji to już wiem, że to zupełnie bez sensu. Przecież opowiadała mi o swoim balonie zazdrości i o tym, że kiedy już jest bardzo pełen to wybucha. A teraz oprócz zazdrości, dochodzi jeszcze konieczność bronienia swoich granic, kiedy mały, obśliniony raczkujący potwór zbliża się gnieść jej obrazki, zjadać jej czekoladę albo co gorsza lego, wyrywać zabawki, przerywać czynności.

– Po co warczysz? – pytam już bez złości, z ciekawością
– No żeby tu nie szedł, nie wiesz? – odpowiada zdziwiona moim pytaniem. Aha, czyli to drugie i dla niej jasne jak słońce, że to wiem. I że jak mówię “Nie warcz”, to może też mówię “Nie broń się”?

Moje dziecko ma różne sposoby na trudności w relacji z młodszym bratem. Niektóre są niesamowicie dojrzałe. Inne są takie, że chcę się ich jak najszybciej pozbyć. Warczenie jest gdzieś po środku. Kiedy zabiorę jej ten ze środka to duża szansa, że wróci do tych, których chciałabym, żeby nie używała i na przykład go walnie, dlatego zupełnie bez sensu, że tak gadam. Kiedy zaczynam myśleć o tym, że to warczenie to postęp, w stosunku do tego, co było dwa tygodnie temu albo co mogłoby być robi mi się lepiej. Przypominam sobie też o tym, że mówienie “nie warcz” zwiększa tylko napięcie, komplikuje im stosunki.

Następnym razem daje im chwilę przestrzeni i nie reaguję, kiedy Łucja warczy na raczkującego w jej stronę Remika. Zatrzymuje się i wybucha płaczem. Na 10 sekund, a potem idzie w swoją stronę. I wszystko jest okej.

Myślę też o innych rzeczach, które mogę powiedzieć zamiast “Nie warcz”, o rzeczach, które będą jej dodawać zamiast odejmować – strategii, sił, empatii.

Czy mogę Ci jakoś pomóc?
Co się stało?
Przeszkadza Ci, co?
To czasem trudne mieć młodszego brata?
Ciekawe czemu on tak bardzo chce do Ciebie iść?
Może wymyślimy więcej pomysłów, żebyś mogła się obronić?

A potem nagle odkrywam, że zupełnie mi już to warczenie nie przeszkadza…


Może spodoba Ci się też:

Zazdrość i bicie

Nie lubisz mnie

Zdjęcie PublicDomainPictures

post

Zabawa, która pomaga na zazdrość

Padają ostatnio pytania o zabawy, które pomagają nam, żeby Łucji było trochę mniej trudno z pojawieniem się młodszego brata. Myślę, że to, że odpowiem na to pytanie ma sens jako źródło inspiracji, otwarcie się na takie pomysły bycia z dzieckiem. Wcale jednak nie musi być tak, że inne dzieci będą chciały skorzystać z tego samego, co my robimy.

Cohen w książce rodzicielstwo przez zabawę pisze o tym, że dziecku często trzeba proponować ileś różnych zabaw, zanim którąś przyjmie. Ja myślę też, że jeśli dziecko czuje, że to ma być nasz złoty i szybki środek na załatwienie czegoś, to też w to nie pójdzie. I że w zasadzie najlepiej się sprawdza, kiedy zabawa wychodzi od dziecka.

1. Siłowanki

Przepychanie, ściskanie, tulenie, wygłupy. Umożliwiają kontakt fizyczny i rozładowanie różnych napięć. Nie będę o tym pisać, bo jest cała książka „Siłowanki” wydawnictwa Mamania z masą pomysłów.

2.Zagubiona dziewczynka / zwierzątko

To jest autorski pomysł Łucji. Ona kuli się w jakimś kącie (często na spacerze) i mówi „Ojejku zgubiłam się w tym strasznym ciemnym lesie / mieście”, a ja zapraszam żeby szła ze mną. Pytam czy chciałaby ze mną zamieszkać, czy chciałaby mieć brata, bo ja bym chciała żeby mieszkała. Pokazuje jej mieszkanie, pokój, zabawki. Ona zadaje różne pytania, częściowo buduje strukturę „A co robicie kiedy?”, „Czy chodzicie na spacery?”, „A możemy kiedyś pojechać do lasu?”.

To jest zabawa o wyborze i o tym, że jesteśmy ze sobą bo się chcemy. A przede wszystkim o tym, że to nie jest tak, że ja ją po prostu “mam”, bo ją urodziłam, ale że ją wybieram codziennie, kocham, chcę mieć.  Myślę, że ważne jest też to że ona sobie przypomina różne rzeczy, które ma, które są jej, które dostała od nas i daje to poczucie stabilności, ale też bycia ważną i widzianą.

3.Dzidziuś / wykluwający się dinozaur

Jest dzidziusiem (niekoniecznie ludzkim), którym się zajmuje i opiekuje. Często używam dzidziusiowych akcesoriów, małego kocyka, zabawek Remika. Słyszałam od wielu osób, że się w ten sposób bawili po pojawieniu się rodzeństwa. Czasami, szczególnie w ciężkie poranki lubi być jajkiem dinozaura, otulona kocykiem, a ja i Remik ją ogrzewamy. W tej zabawie pomocne jest dla niej odwrócenie ról, w którym on jest starszym bratem.

4. Krecik Łucja

To jest zabawa, w której ja nigdy nie uczestniczyłam. Łucja zaczęła ją z opiekunką, a jak byłam w ciąży to bardzo ją rozbudowała z tatą i to z nim się w to bawi, prawie codziennie przed spaniem. Wymyslili już mnóstwo scenariuszy tej zabawy, ale zasadniczo jest o Kreciku, który wpadł w tarapaty i ratuje go Borsuk, z którym może razem zamieszkać. Często zaczynają od wspólnego budowania nory z poduszek i kocy.

Buduje jej poczucie bezpieczeństwa, pozwala się poczuć zaopiekowaną i ułatwia spokojne zaśnięcie.

5. Miasteczko Heartlake

Rozwijające się z każdym nowym zestawem LEGO Miasteczko Heartlake jest jedną z jej ulubionych zabaw, w której wymyśla historie i je wspólnie odgrywamy postaciami z LEGO. Przerabiamy tam wchodzenie w związki, zakochiwanie się, śluby, porody, odrzucenie, zazdrość, różne trudności w relacjach, chorobę psychiczną, ale też takie bardziej sensacyjne wątki typu porwanie, wypadek, pojawienie się ducha.

Dla mnie to jest taka zabawa, która tworzy nieskończone możliwości i łączy w sobie elementy klasycznego opowiadania historii, psychodramy, odgrywania ról i technik projekcyjnych, ale jest przede wszystkim mega prześmieszna.

6. Arielka

W Arielkę bawimy się w wannie, głównie gadając. Wspominam o niej, bo ma dwa ważne elementy. Po pierwsze bawimy się przy okazji, trochę wydzieramy czas na zabawę, tam gdzie wydawałoby się , że już go nie ma, a to jest ważne przy maluchu, który tak dużo go zabiera.

Po drugie to jest zabawa, do której Łucja wpuszcza Remika. Czasem jest psem księcia Eryka, ale coraz częściej księciem, albo bratem. Myślę o tym jak zabawa buduje więź i że to bardzo cenne szukać takich, które obejmą oboje dzieci i im to ułatwią. Myślę, że pomaga też kiedy fabuła historii ich jednoczy w jakimś wspólnym celu.

15 minut dziennie

 Łucja zawsze ma gotowe pomysły i czeka, więc nie musimy wspólnej zabawie nadawać struktury. Jak tak nie macie to dobrze jest pamiętać o takim wyłącznym czasie dla dziecka, w którym ono przejmuje zupełną inicjatywę za zabawę i w którym robicie wszystko, co ono chce. Może to trwać 15 minut, a może dłużej (ja widzę, że dla nas 15 minut to jest za mało, bo Łucja lubi budować skomplikowane fabuły).

Cohen w “Rodzicielstwie przez zabawę” dużo pisze o tym, jak takie 15 minut dziennie zabawy sterowanej przez dziecko bardzo wzmacnia więź między rodzicami a dzieckiem. Ja obserwuję u nas, że znalezienie czasu na zabawę to jest też pewnego rodzaju inwestycja – jak poświęcam trochę czasu na tę zabawę, to potem de facto oszczędzam go gdzie indziej, bo “wybawiona” Łucja jest często bardziej skłonna do współpracy przez resztę dnia.


Być może spodoba Ci się:

Nie lubisz mnie

Zazdrosna

Już mnie nie kochasz

Photo credits 

post

To Twoja wina!

Ostatnio ciągle była nasza wina. Jak potknęła się na zabawce, to moja że nie sprzątnęłam. Jak upuściła wielki szpital LEGO , to z jakiegoś powodu taty. Jak wylała wodę, to dlatego że jej dałam w przezroczystej szklance. I tak dalej i w kółko piskliwy krzyk „to Twoja wina!”. Raz, drugi i piąty się wkurzałam, aż w końcu przypomniałam sobie, że jestem psychologiem i że wypadałoby zrozumieć i już zaraz potem, że jestem rodzicem i że chcę zrozumieć.

Obwinianie pozwala pozbyć się napięcia

Brene Brown mówi, że obwinianie innych sprawia, że możemy pozbyć się napięciaTu jest taki fajny filmik na youtube, krótki, zabawny i pokazujący jak to działa. Niektórzy robią to nagminnie, inni rzadziej, ale obwinianie sprawia, że czujemy się trochę lepiej w sytuacjach, kiedy już mleko się rozleje. Jest więc pewna strategią radzenia sobie z trudnymi emocjami, może nie za fajną, ale moje dziecko miewało jeszcze mniej przyjazne. Trochę mi pomaga, jak pomyślę, że dziś wybrała tę, a nie którąś z wielkiego pudła tych, na które reaguję wybitnie alergicznie. Łatwiej mi też, kiedy uzmysławiam sobie, że to jest jakiś krok do przodu, co wiąże się z tym, że…

To jest rozwojowe

Ciągle mam tak, że często wydaje mi się, że jakieś rzeczy które moje dziecko robi są bardzo unikalne i że to jest jakiś nasz „problem”, a potem się okazuje że to jest zupełnie normalne. I nieodmiennie bywam zdziwiona, że dużo (albo nawet większość dzieci) tak robi w pewnym momencie swojego życia, a potem im to samo przechodzi. Wiecie, jak z wchodzeniem w kałuże. No i jakie było zdziwienie, gdy po weekendzie, po którym byliśmy mocno zmęczeni natężeniem zarzutów Łucji odnośnie tego, co jest naszą winą, odkryliśmy post Bliskiego Miejsca większość 5.5-6.5 latków tak robi. A potem pojawiły się w głowie dwa potężne w kojeniu serca rodzica czasowniki – to normalne i to mija.

Ty to zrobiłeś, więc ty to posprzątasz!

Mówicie tak? Ja czasem tak. Ostateczny argument, który miesza poczucie winy z odpowiedzialnością, a często podawany jest jako przykład naturalnej konsekwencji, ale nią nie jest. Naturalną konsekwencją rozlania wody, jest to że jest ona rozlana, a nie to, że trzeba ją powycierać. Olśniło mnie, kiedy rozmawiając z Łucja usłyszałam, że to taty wina, że LEGO się rozpadło WIĘC on musi odbudować. Ty to zrobiłeś więc ty to posprzątasz to nie jest nauka brania odpowiedzialności, tylko obwiniania. I pomysłu, że ten kto jest winien ten ma naprawiać, który potem bardzo komplikuje w relacjach.
Usłyszałam też, że za tym „Twoja wina” kryje się u mojego dziecka prośba o pomoc.

A odpowiedzialność?

Może czytając poprzedni akapit przeszedł Cię zimny dreszcz, że to jest właśnie prosta droga, do tego, żeby dziecko wyrosło na kogoś, kto nie chce brać odpowiedzialności, za różne rzeczy.  Ja myślę, że jest na odwrót. Odpowiedzialność nie bierze się z poczucia winy, tylko z decyzji, że ja chce ją przyjąć, np chce naprawić coś albo chce się komuś pomóc.
To właśnie obwinianie sprzyja temu, że zamiast koncentrować się na tym, co można zrobić próbujemy wrzucić winę na inną osobę. I że dopiero jak ustalimy czyja to wina, to ona będzie to robić. Branie odpowiedzialności za to często bierze się z empatii, że widzę drugiego człowieka i chcę coś zrobić dla niego.

Co robię, kiedy słyszę że znowu jest moja wina?

Ja jak słyszę, że moja wina to mam ochotę eksplodować i czuję napięcie w rękach i nogach. To jest dla mnie sygnał, że to nie jest dobry moment na gadanie, więc biorę parę głębokich wdechów i skupiam się na tych wszystkich myślach, o których pisałam.
  1. Dzieci tak mają.
  2. To normalne.
  3. To minie.
  4. To nie o mnie, tylko o jej napięciu.
A jak już się uspokoję, to robię różnie. Jak to jest coś małego, co szybko się da rozwiązać to pytam „Chciałbyś, żeby Ci z tym pomóc?”.
Czasem jak widzę, że się uda to obracam wszystko w żart, tak żeby to śmiech rozładował napięcie. Teatralnie przepraszam i mówię że rzeczywiście to jest absolutnie i zupełnie moja wina , że siedząc w drugim pokoju nie domyśliłam się, że coś tam o nie pomogłam. A i jeszcze muszę jej wyznać, że przeze mnie dziś nie pojedziemy pod namiot , bo jest zima. Albo coś takiego. Przenosimy to obwinianie na poziom meta i robimy z niego teatr, spełnia swoją rolę oczyszczania z emocji, ale bez niszczenia relacji.
Ale najczęściej robię najoczywistsze i najłatwiejsze, sięgam po empatię. Przytulam, słucham, słucham smutku, słucham złości i mówię, że też mi przykro że się zniszczyło. Nie mówię, że jakbyś nie kładła na środki podłogi to by się nie stało.
A czasem to w ogóle, okazuje się że też mi nerwy puszczają, wykrzykuje że chyba na mózg jej padło i wychodzę z pokoju. 😁
post

dokręcić można zawsze

Robimy przemeblowanie i między innymi dokupiliśmy wkład z szufladami do regału. Okazało się, że instrukcja przewiduje przykręcenie tego wkładu w boki regału, czego postanowiłam nie robić. Nie jestem pewna czy chcę, żeby te szuflady były dokładnie w tym miejscu i chcę wypróbować, jak to się będzie sprawdzać, a jak przykręcę i potem będę chciała zmienić, to zostaną dziury już na zawsze.
Przypomniały mi te regały, że moja mama używała takiego zwrotu odnośnie dzieci, jak „dokręcić mu śrubę”, co oznaczało sięgnięcie po bardziej twarde metody wychowawcze niż zazwyczaj.
Jakoś tak mam w życiu, że nie lubię rozwiązań ostatecznych, wyborów, których nie da się odkręcić i takich, po których zostaje trwały ślad. I jak Bartek pytał czy jestem pewna, że to dobry pomysł, żeby nie dokręcać szuflad to w sumie nie wiedziałam. Bo może się będą przesuwać albo wypadać. Ale stwierdziłam, że dokręcić zawsze można.
W wielu sytuacjach w życiu jest dla nas oczywiste, że nie zaczynamy od bardziej hardcorowych metod tylko od najdelikatniejszych i jak one nie działają to dopiero sięgamy po następne. Robimy tak jak jesteśmy chorzy, jak odplamiamy ubrania czy czyścimy mieszkanie. Bo pamiętamy o tym, że te super skuteczne rozwiązania często niosą ze sobą ryzyko (a czasem pewność) uszkodzenia tego, co chcemy naprawiać albo inne skutki uboczne.
Tymczasem w relacjach, szczególnie z dziećmi, rzadko o tym pamiętamy. Kiedy naszym celem jest przede wszystkim zmiana zachowania dziecka i nie patrzymy co jest za nim, to naszym kryterium tego jak reagować staje się skuteczność. A kiedy najważniejsza jest skuteczność, to nie widzimy efektów ubocznych i szybko sięgamy po to, co da nam natychmiastowy skutek. Tylko wtedy z naszą relacją może stać się to, co z koszulką często odplamianą najsilniejszym odplamiaczem, pacjentem leczonym antybiotykami przy każdej byle infekcji albo regałem z wkręconymi śrubami.
Kiedy czuję, że nie wiem jak postąpić z moim dzieckiem i chcę już wytaczać największe działa, często biorę głęboki wdech i na sekundę się zatrzymuję. Próbuję wtedy pamiętać o tym, że dokręcić zawsze można. Ale jak już się dokręci to nie ma odwrotu. Potem zostaje naprawianie efektów ubocznych.