post

spotkanie z nieprzewidywalnym, czyli co jest najważniejsze na biwaku z dzieckiem?

Wycieczki i wyjazdy pod namiot nieodłącznie wiążą się z przygodami, a przygody – z dużą dozą nieprzewidywalności. Jeśli połączy się z to z dziećmi, szczególnie takimi jak Łucja, to możemy być pewni, że nasze wycieczki i biwaki będzie cechowała nieprzewidywalność podniesiona do kwadratu 🙂

Zabranie najpotrzebniejszych rzeczy jest bardzo istotne, ale w obliczu wszystkiego, co potencjalnie może nas spotkać, może się okazać, że nasze pieczołowicie przygotowywane zasoby są niewystarczające. Podobnie jest z dokładnym planowaniem wyjazdu – napotkane sytuacje mogą nas zupełnie zaskoczyć. Dlatego uważam, że podczas wycieczek i biwaków najważniejsze są elastyczność, kreatywność i odrobina pomysłowości oraz dobry humor. Oto kilka sytuacji, które nie są nam obce:

Złe miejsce

Przyjeżdżacie na wcześniej upatrzone i starannie zaplanowane miejsce. I guzik. Brzydko. Brudno. Bezpośrednio przy drodze (choć to na ogół można wykluczyć przy użyciu Google Street View). Ktoś już tam jest – i to ktoś z kim raczej nie chcesz przebywać w towarzystwie dzieci – na przykład grupa młodzieży, która już o 17 ma mocno w czubie.

Powodów może być wiele, ważne co robić dalej. Możecie tam zostać i się męczyć. Albo wrócić do domu, znosząc nawzajem swoje rozczarowanie i złe humory. Albo… szybko znaleźć inne miejsce. Może to wymagać przejechania kilku kilometrów w poszukiwaniu zasięgu i więcej niż kilku na nowe miejsce, ale na pewno jest najlepszą opcją w tym przypadku.

Brzydka pogoda

Niby możemy korzystać z prognoz pogody. I niby korzystamy, ale  to wcale nie wyklucza przykrych niespodzianek. Ja polecam Mapy Meteo, bo bardzo dobrze sprawdzają się przy lokalizacjach leżących dalej od większych miast i pomagają zobaczyć czy jakaś zbłąkana, uporczywa chmurka nie będzie krążyć nad wybranym przez nas miejscem. Prognozy pogody nigdy jednak nie działają w 100%.

Nie dalej jak w czerwcu pojechaliśmy pod namiot i powitała nas upiornie zimna mżawka i 9 stopni Celsujsza o 18. Siedzenie przy ognisku przez pół wieczoru i noc w namiocie z dzieckiem były zdecydowanie złym pomysłem w tej sytuacji, więc znaleźliśmy na szybko jakiś nocleg.

Ale jeśli temperatura jest w miarę sprzyjająca, nie ma bardzo silnego wiatru ani koszmarnej ulewy pomysłów na zabawy w delikatnym deszczu i namiocie jest wiele.

“Nie chcę tego jeść”

Kiełbaski i ziemniaki z ogniska są smakiem mojego dzieciństwa i nie do końca rozumiem, że ktoś może nie chcieć ich jeść (mimo okresu wegetariańskiego w moim życiu, w którym i tak zawsze miałam ochotę na kiełbaskę z ogniska). No więc eureka – dzieci nie zawsze chcą. Podobnie z jedzeniem z kociołka.

A Ty jesteś na jakimś głębokim zadupiu, 20 km przez las od najbliższego sklepu. . I tutaj elastyczność działa na dwa sposoby. Po pierwsze trzeba mieć coś innego do jedzenia. Po drugie pozwolić sobie na to, żeby dziecko przez dzień czy dwa żyło na bułkach, słodyczach i owocach. Pocieszające jest to, że z każdym kolejnym wyjazdem Łucja coraz chętniej korzysta z biwakowych przysmaków (ostatnio zupę zrobioną ziemniaków, cebuli i kiełbasy), a my coraz lepiej wiemy, co zabrać jako opcję awaryjną.

“Boję się/ nudzi mi się”

Siedzicie już przy ognisku, jest niezwykle przyjemnie i właśnie powinno rozpocząć się odpoczywanie, gdy dziecko zaczyna marudzić. Boję się, nie chcę tu siedzieć, jest mi niewygodnie, jest za ciemno. I nie ma czemu się dziwić, bo to zupełnie nowa sytuacja, zupełnie inne warunki niż te, do których jest przyzwyczajone. U nas sprawdzały się:

wyjęcie fotelika z auta, żeby mogła siedzieć w bardziej “znajomej” przestrzeni (ze dwa razy nawet w nim usnęła)

własna podusia i ukochany Piesio

opowieści przy ognisku

szybsze udanie się spać

przytulanie

gry w zagadki

zabawa latarką

W ostatni weekend wysiedzieliśmy w trójkę do północy oglądając gwiazdy i opowiadając mniej i bardziej dziwne historie.

Braki w wyposażeniu

No i tu może być duży problem. Część rzeczy przy wystarczającej dozie kreatywności można zastąpić, ale z innymi może być trudno. Mieliśmy taką sytuację, że znajomy nie miał okrycia i materaca. Nie zrezygnowaliśmy z biwakowania, a dzielni mężczyźni survivalowo spali pod naszym zapasowym kocykiem. Nie była to najbardziej komfortowa noc w ich życiu, ale nikt nie żałował tego wyjazdu.

Atak komarów

Nad jeziorem Niesłysz rozbiliśmy się w dość zakrzaczonym miejscu i ilość komarów była niewyobrażalna. Ani płyny odstraszające komary ani dymiące dzień i noc ognisko nie pomagały. Ostatecznie przesiedzieliśmy najgorszy okres, czyli zmierzch w aucie, a namiot rozbiliśmy po zmroku. Większość soboty i niedzieli musieliśmy przesiedzieć w słońcu, co poskutkowało niezwykle mocną, jak na początek czerwca, opalenizną. Podczas spaceru przez las odganialiśmy się natomiast dużymi liśćmi.

Nagły napad zmęczenia

Źle zaplanowana trasa, delikatne zabłądzenie i to, że nie wzięłam pod uwagę aktualnego stanu zdrowia sprawiły, że mieliśmy problemy z powrotem do miejsca biwakowania. W końcu ja spędziłam bardzo przyjemny wieczór z Łucją na miejskiej plaży, podczas którego tata samotnie udał się po samochód, żeby nas odwieźć.

Zwierzęta zjadające jedzenie

Zdarzyło nam się to więcej niż raz, nawet więcej niż dwa. Także uwierzcie, jeśli śpicie w lesie i zostawicie jedzenie na wierzchu to jest prawie pewne, że was też spotka. Dodam, że dla wyposażonych w pazurki cwaniaków szczelnie zamknięte opakowania i zawiązane worki nie są żadną przeszkodą. I chociaż fajnie się w nocy nasłuchuje i miło potem opowiada, że w nocy przyszła wydra i zjadła pozostawione pieczone jabłko, a list ukradł kiełbaski i zrobił przed namiotem kupę, to wesoło jest dopóki sprawa dotyczy tylko jabłka, a nie zaplanowanego śniadania.

Wypadki

Ugryzienia owadów, uderzenia, oparzenia, zgnieciona noga, poparzenie pokrzywą, przecięcie skóry. To wszystko może się stać. Podczas jednego wyjazdu musieliśmy Łucję nosić, bo potłukła sobie nogę (w domu przeszło jak ręką odjął). Na wypadki najlepiej pomaga dobry humor i apteczka, wiadomo przecież, że plaster jest najbardziej uniwersalnym lekiem na wszystkie dziecięce dolegliwości.

Zbędne ryzyko?

To prawda, że wycieczki i biwakowanie niosą ze sobą pewne ryzyko. Niewygód, trudności, czasem nawet realnych niebezpieczeństw. Ja uważam, że mimo to warto na nie jeździć (o tym może kiedy indziej). A nawet – że właśnie dlatego warto na nie jeździć. Myśląc o tym, jak mnie samą rozwinęły wszystkie nasze (nie zawsze miłe) przygody, jestem pewna że moja córka też czerpała z nich niezwykle wiele dla swojego rozwoju.

Kiedy nadchodzi nieprzewidywalne uratować sytuację może dobry humor i przemyślenie sytuacji. Odrobina elastyczności i kreatywności prawie zawsze pozwalała nam znaleźć wyjście z sytuacji. 🙂

post

świetliki

Jesteśmy na weekend w lesie pod namiotem, zrobiło się już ciemno i Łucja jest płaczliwa. Żal jej, że nie było świetlików. Bardzo chciała je zobaczyć i nawet dwa tygodnie wcześniej pokłóciła się z kolegą do łez, że te świetliste punkty nad ogniskiem, to są świetliki, a nie żadne iskierki. Z mieszanymi uczuciami decyduję się na małe kłamstwo i wkręcam jej, że księżyc przeświecający przez drzewa, to ogromny świetlik daleko stąd. Opowiadamy jeszcze historię przy ognisku wcinając pieczony chleb i idziemy spać do namiotu.

Właśnie kończę opowiadać trzecią bajkę, Łucja powoli wycisza się na tyle, że jest szansa, że niebawem zaśnie. I wtedy, właśnie wtedy słyszę z zewnątrz:

– Patrzcie, świetlik!
– Gdzie?
– No tam, przy namiocie.
– Rzeczywiście. Kurcze, a Łucja tak chciała zobaczyć.

Ona nie usłyszała tej wymiany zdań zajęta bajką i przez chwilę zastanawiam się, że może odpuścić, nie komplikować sobie, kiedy już zaraz mogłaby zasnąć. A potem przypominam sobie, jak bardzo jej zależało. I że w tym roku czas świetlików powoli już mija. I bez dłuższego namysłu porywam ją na ręce i wychodzimy z namiotu. Nie mogę znaleźć butów, więc wybiegam w skarpetkach prosto w mokrą trawę i się rozglądam. Łucja, trochę przestraszona, pyta szeptem:

– Co? Co mamo?  – a ja nie wiem czy odpowiadać, bo nie widzę nigdzie tego nieszczęsnego robaczka i nie chcę jej robić nadziei. Nie ma. Ale decyduję się powiedzieć.

– Był świetlik. Chodź, poszukamy go jeszcze. One lubią być przy krzakach.  

I w ciemności, w skarpetkach wędruję w stronę krzaków. Jest! Widzimy go wyraźnie z daleka.  Wracam po buty i znajdujemy jeszcze trzy. Łucja się rozbudziła. Ale zasnęła w miarę szybko. I ze spełnionym marzeniem.

Richard Louv pisał ostatnio, że każde dziecko zasługuje na to, żeby zobaczyć gwiazdy. W moim świecie wydaje mi się niemożliwe, żeby nie zobaczyło. Ale na pewno każde dziecko zasługuje też na to, żeby zobaczyć świetliki. Pozwolisz? Wybiegniesz z domu, albo z namiotu rozbudzając je o 23? Ja myślę, że warto.  

post

jak znaleźć miejsce na wycieczkę?

Kolejny długi weekend przed nami. Często zachęcam, żeby zabierać dzieci w las i często zastanawiam się, jak to się dzieje, że rzadko kiedy w lesie spotykamy kogokolwiek, nie mówiąc już o rodzinach z dziećmi.

Jednym z powodów, które słyszę, że ludzie do lasu się nie wybierają, jest trudność w znalezieniu miejsca, do którego można pojechać. Więc krótko o tym, jak mieszkając nawet w dużym mieście łatwo takie miejsce znaleźć i do niego dotrzeć.

Szukając nowych miejsc korzystamy głównie z dwóch sposobów – map google oraz zwykłej obserwacji otoczenia, gdy jedziemy samochodem.

Mapy google

Otwieramy mapę na Wrocławiu, albo miejscu, w którym będziemy i stopniowo oddalamy. Czego szukamy? Większych zielonych plam. A potem można przybliżyć, użyć satelity i google street view, żeby przyjrzeć się miejscu. Osobom, które nie lubią niespodzianek i wolą wszystko dobrze zaplanować proponuję wybieranie tych jasno zielonych punktów – parki krajobrazowe, narodowe, rezerwaty, z reguły mają dobrze opisane trasy w Internecie, z podaną ilością kilometrów, zaznaczonymi miejscami, gdzie można odpocząć i zdjęciami.

Obserwacja

Często jeżdżąc na wycieczki mijamy las, w którym coś na urzeka. Zaznaczamy sobie na go na mapie, albo zapamiętujemy miejsce i potem do niego wracamy. Znaleźliśmy już w ten sposób kilka niezwykłych (i na ogół pustych) miejsc.

Szukanie w sieci

W Internecie można znaleźć dużo fajnych opisów miejsc na krótsze i dłuższe wycieczki. Nie zawsze jednak szukanie bezpośrednio w wyszukiwarce to dobry pomysł – w pierwszej kolejności wyskakują strony wysoko wypozycjonowane, artykuły z gazet, miejsca najbardziej znane, ale niekoniecznie warte zwiedzania. Lepiej korzystać z konkretnych stron czy blogów.

My często korzystamy ze strony czaswlas.pl, w której dla konkretnego województwa czy powiatu można wyszukać trasy, miejsca na ognisko czy miejsca do spania. Po znalezieniu miejsca, można je jeszcze obejrzeć na mapie czy doszukać więcej informacji na innych stronach.

Co kiedy wybrane miejsce okaże się złe?

Zdarzało nam się to parę razy. Przyjeżdżaliśmy do lasu i okazywało się, że coś nam nie odpowiadało. Droga była nieprzejezdna (np. zalana), dziwnie pachniało, albo leśny parking został zamieniony w śmietnisko. Wtedy wsiadamy do auta i jedziemy kawałek dalej, do najbliższego lasu znalezionego na mapie. W ten sposób też znaleźliśmy ciekawe miejsca.

Dokąd nie jechać w długi weekend?

Jeśli jest długi weekend i ładna pogoda, pewne miejsca będą oblężone. Nie wybierajcie wtedy bardzo znanych miejsc położonych blisko dużych miast, bo planowany odpoczynek na łonie przyrody może zamienić się koszmar szukania miejsca do parkowania, jedzenia, odpoczynku i przeciskanie się szlakiem w tłumie, przy napiętych nerwach, żeby dziecko nie zostało przez kogoś rozjechane rowerem. Wrocławiakom w najbliższy weekend radzę unikać Ślęży, jeśli koniecznie chcecie jechać w te okolice wybierzcie, którąś z mniejszych górek w jej masywie – np. Radunię.

post

leśne przekąski

W zeszłym roku zostałam poproszona o napisanie tekstu na pewien temat, ale nie zdążyłam zanim wiosna się skończyła. Miało być o dzikich roślinach, które możemy razem z dziećmi bezpiecznie zbierać – i nawet zjadać. A taki tekst bezwzględnie należy pisać wiosną, bo na początek najłatwiej poznawać i zbierać rośliny, zanim jeszcze nasze lasy i łąki porosną letnim gąszczem.

Na co to komu?

O tym dlaczego warto robić takie rzeczy możnaby pisać opasłe tomiska (zresztą trochę ich już napisano), dzisiaj wspomnę tylko krótko i skromnie. Naszej rodzinie każdy kontakt z naturą przynosi wiele radości, ale wspólne zbieranie ziół powoli staje się jedną z wyjątkowych tradycji. Mniej obce dla większości ludzi są emocje towarzyszące zbieraniu grzybów, albo znajdowaniu w trawie soczystych poziomek. Zbieranie innych roślin dostarcza podobnych wrażeń, z tym, że można to robić praktycznie cały rok.

Z edukacyjnego punktu widzenia – dziecko ucząc się rozpoznawać i zbierać różne gatunki roślin nie tylko zdobywa wiedzę przyrodniczą, ale przede wszystkim ćwiczy mózg. Patrząc na ten proces z perspektywy psychologii poznawczej, podczas zwykłego polowania na kwiatki, w mózgu dziecka odbywa się prawdziwa burza. Musi korzystać ze swojej pamięci – rozpoznawać i rozróżniać, ale też używać funkcji uwagi, takich jak selektywność, czujność czy przeszukiwanie. W książeczkach edukacyjnych dla dzieci jest mnóstwo takich ćwiczeń, ale uwierzcie mi, że trzylatek o wiele więcej radości i motywacji do takiej “nauki” znajdzie na łące albo w lesie.

Natomiast podchodząc do sprawy czysto praktycznie… Często przychodzi moment, kiedy podczas dłuższego spaceru dziecko zaczyna marudzić, bardzo łatwo to przełamać pokazując mu nagle fiołka i pozwolić go zjeść. My zbieramy też zioła, które możemy potem zjeść w sałatce, zupie albo zrobić z nich domowe lekarstwa. I jakoś tak jest, że ten syrop ze zbieranych własnoręcznie kwiatów, owoców czy pędów sosen, Łucja chętnie przyjmuje, kiedy jest przeziębiona.

 

Zachęceni? To przedstawiam nasz ulubione wiosenne roślinki 🙂

Fiołek wonny

fiołek

Piękne, pachnące, słodziutkie kwiatki fiołka czasem przegryzamy podczas spaceru. Można je wrzucić do sałatki, do zupy, zrobić z nich lemoniadę albo galaretkę. Napary na mleku można podawać nawet niemowlętom (dobrze działają na chore drogi oddechowe i moczowe), więc jest to roślina bezpieczna.

Mniszek lekarski (Mlecz)

mniszek

Z mniszka można wykorzystywać wszystkie części rośliny, łącznie z korzeniem. My zbieramy liście jako dodatek do sałatek oraz kwiaty, z których robimy syrop na kaszel. Uwaga – mleczko mniszka bardzo brudzi i zostawia trudne do wyprania plamy.

Szczawik zajęczy

szczawik

Jasnozielone, delikatne “koniczynki” z białymi kwiatami o kwaskowatym smaku. Można nimi zapchać mały dzióbek, które podczas spaceru zaczyna się drzeć, że chce mu się pić, ale najlepiej pod koniec, bo pobudza trawienie 🙂 Szczawik ma spore ilości szczawianów, dlatego w większych ilościach nie powinny go stosować osoby z kamicą, ale jest poza tym jest bezpieczny i zdrowy – pobudza metabolizm i wzmacnia odporność.

Rzeżucha łąkowa

rzeżucha

Jak to rzeżucha, jest dość ostra (choć Łucja chętnie chrupie). Można ją posiekać i posypać sałatki, kanapki, dodać do zupy. Zawiera witaminę C, łatwo przyswajalny jod i sole mineralne.

Czosnaczek pospolity

garlic-mustard-115313_1920

Też jest ostry, ale dodane do sałatki liście smakuje przepysznie. Wspomaga pracę wątroby i hamuje rozwój pasożytów.

Uwaga…

Oczywiście jeśli zdecydujecie się zbierać rośliny razem z dzieckiem musicie być czujni. Pomyłka związana z tym, że dziecko poparzy dłoń, zrywając pokrzywę zamiast czosnaczku to jeszcze mały kłopot. Rośliny, które opisałam są trudne do pomylenia z czymś innym, ale zbierajcie je wtedy, gdy będziecie pewni i zawsze pierwsi próbujcie. Nie zjadajcie też ogromnych ilości ziół, bo większość z nich ma działanie lecznicze i w nadmiarze mogą zaszkodzić. I uważajcie na pszczoły na kwiatkach 🙂

post

jak się chronić przed smogiem?

Powietrze w większości Polski śmierdzi i to nie tylko w dużych miastach. Wystarczy spojrzeć na mapki zanieczyszczeń. Albo na facebooka, na którym zaczyna panować coraz bardziej uzasadniona panika. Smog jest niezwykle szkodliwy, szczególnie dla zdrowia dzieci, u których może wywoływać choroby dróg oddechowych włącznie z astmą i osób starszych, szczególnie z chorobami serca. Wszyscy czekamy na odgórne, systemowe rozwiązania, ale zanim zaczną one działać (jeśli zaczną  być w ogóle wprowadzane w jakiejś sensownej formie) minie trochę czasu zanim to potrwa. Tymczasem fatalnym powietrzem oddychamy już dzisiaj, dlatego parę rad, jak choć trochę ochronić się przed smogiem.

 

Przeprowadź się nad morze albo wschód Polski

Nie da rady? No my niestety też nie możemy. Byłby to jednak najskuteczniejszy sposób zapewnienia sobie dostępu do czystego powietrza.

Monitoruj stan powietrza

Najłatwiej chyba zainstalować aplikację w telefonie, których teraz jest od groma. Trudno mi powiedzieć, która jest najlepsza, więc po prostu wybrałam darmową, przejrzystą i łatwą w obsłudze. Sprawdzaj stan powietrza, żeby wiedzieć czy trzeba reagować.

Ruch to zdrowie, a w wywietrzonym pokoju śpi się lepiej?

Tak… Przy czystym powietrzu. Dziś we Wrocławiu ładny dzień, świeci słońce, o smogu przypomina tylko delikatne zamglenie. Łucja przebiera nóżkami – “Mamo, jest piękny dzień. Idziemy na spacer?” Nie idziemy. Normy pyłu 2.5 przekroczone parokrotnie, to bardzo złe powietrze, na którym powinno się przebywać tylko w razie konieczności. Od paru dni nie wietrzyliśmy też mieszkania przed snem. Czekamy na odrobinę wiatru…

Oczyszczacz powietrza

Są łatwo dostępne i można je kupić, postawić w pokoju, oczyści i często też nawilży powietrze. Niestety swoje też kosztuje, ale jeśli Twoje dziecko ma problemy z układem oddechowym to sprawa jest bezwzględnie warta rozważenia!

 

Domowe sposoby na poprawienie stanu powietrza w domu

 

Odkurzanie z użyciem odkurzacza z dobrym filtrem.

Pewnie już natknęliście się na eksperymenty w których oceniano stan powietrza wciągając je do odkurzacza. Porządny filtr w odkurzaczu wyłapie chociaż część zanieczyszczeń, dlatego w czasie smogu często odkurzaj.

Częste wycieranie kurzy.

Koniecznie na mokro. Pyły osiadają i można je zetrzeć, tak żeby nie unosiły się po mieszkaniu, do czego mają tendencje szczególnie wtedy, kiedy Twoje dziecko szaleje i w wdycha większą ilość powietrza.

Rośliny.

Jest co najmniej kilka roślin, które warto mieć w domu ze względu na to, że oczyszczają powietrze. Dodatkowo oczywiście produkują one tlen, co bardzo przydatne, jeśli przez parę dni nie wietrzymy domu. Do roślin oczyszczających powietrze należą: paprocie, fikus beniamina, zielistka Sternberga, bluszcze, skrzydłokwiat czy dracena. Jest więc w czym wybierać. W sypialni warto ustawić aloes, który nie tylko oczyszcza powietrze, ale też je nawilża, a ponadto produkuje on tlen nawet podczas nocy. Tlen w nocy produkują również skrzydłokwiat i storczyk.

Dieta

 

Duża ilość płynów.

Podczas oddychania zanieczyszczonym powietrzem ważne jest stałe nawilżanie śluzówek, dzięki czemu będą one w stanie skuteczniej oczyszczać powietrze wędrujące do płuc.

Macierzanka.

Macierzanka to bardzo smaczne i bezpieczne zioło, które można podawać w formie herbatki nawet małym dzieciom. Pomaga ono w oczyszczaniu dróg oddechowych oraz odkaża błony śluzowe. W czasie wysokiego zanieczyszczenia powietrza warto ją popijać.

Przeciwutleniacze.

Ważna broń w walce ze skutkami smogu w naszym organizmie. Wzbogać dietę o warzywa i owoce zawierające duże ilości przeciwutleniaczy, takie jak – owoce jagodowe (jagody, żurawina, borówka, jeżyny truskawki), aronia, czarny bez, granat, kapustne na czele z czerwoną kapustą, brokułem i jarmużem, kiełki, karczochy, szparagi.

 

Nie dokładaj do smogowego kotła!

 

Na koniec przypominam, nie pogarszajmy sami sytuacji. Sami wiecie – nie palcie śmieci, kupcie porządny piec, sadźcie rośliny i korzystajcie z transportu publicznego, gdy jedziecie sami i nie utrudnia wam to znacznie życia. Myśląc o swoim dziecku… chyba warto.

 

post

Stawy Milickie – pomysł na piękną wycieczkę

Prognozy przewidują piękny pogodę w weekend, dlatego na szybko napiszę o jednej z naszych najlepszych wycieczek – nad Stawy Milickie. Może tekst kogoś zainspiruje do odwiedzenia tego miejsca.

Do tej wyprawy miałam dość ambiwalentne uczucia, z tego względu, że parokrotnie byliśmy w okolicy i wydawało mi się z drogi, że nie bardzo jest miejsce na swobodne spacerowanie. Ciężko też nam było znaleźć dobry opis jakiejś sensownej (nie za długiej i nie przy drodze) trasy. Pojechaliśmy trochę w ciemno i rzeczywiście okazało się, że napotkaliśmy na początku tylko dużą ilość zakazów wchodzenia na teren stawów.

Mimo, że pojechaliśmy bez planu, udało nam się znaleźć przepiękne miejsce – przeszliśmy część ścieżki dydaktycznej nad Stawem Niezgoda. Trochę pochodziliśmy po lesie na skraju bagien, a trochę ścieżką prowadzącą brzegiem stawu i lasu na bagnach. Choć była piękna pogoda, towarzyszyła nam błoga cisza i brak innych ludzi. Zwierząt za to spotkaliśmy bez liku – żaby, zaskrońca, lisa, orła, przytłaczające wręcz ilości ptaków wodnych, a nawet widzieliśmy Łosia płynącego przez staw. Moja zielarska pasja też została zaspokojona, bo w lesie znajdowały się przepiękne stanowiska bluszczyku kurdybanku, przetacznika, gwiazdnicy i skrzypu.

Miejsce jest bardzo wygodne na wycieczkę z małym dzieckiem, można zrobić krótki spacer, albo zabrać wózek czy rowerek i poruszać się tylko po drodze. Można też poświęcić cały dzień na taką wyprawę i zjeść świeżą rybę, w którejś z lokalnych restauracji.

Mapa ze wspomnianą ścieżką dydaktyczną znajduje się tutaj.

IMG_2793IMG_2807

IMG_2801IMG_2805IMG_2823IMG_2831

post

Dlaczego nie?

Korzystając z pięknej niedzielnej pogody wędrowaliśmy niedawno po lesie w okolicach Wołowa (Rezerwat Jeziorany). W końcu natknęliśmy się na jeziorko – takie, jak to jeziorka w lesie – trudno znaleźć dojście do wody, brzeg grząski, błotnisty, wszędzie liście i patyki. Łucji to jednak nie zraziło i koniecznie chciała się wykąpać, co nie wzbudziło mojego zbytniego entuzjazmu. Zanim zdążyłam przejrzeć wszystkie argumenty z serii “dlaczego nie” i spojrzeć na męża w poszukiwaniu wsparcia, okazało się, że on sam już stoi w wodzie. “Ciepła jest” stwierdził po prostu i ostatecznie, więc pomogłam Łucji się rozebrać. Długo w wodzie nie zabawiła, bo – zgodnie z przewidywaniami – dno nie przypadło jej do gustu. Ale wyszła zadowolona, że pozwoliliśmy jej spróbować.

Wracając, nie pierwszy raz myślałam o tym, jak łatwo i naturalnie reagujemy oporem na nietypowe pomysły i prośby dziecka. I o tym, jakim dobrym nawykiem jest tłumaczenie dziecku “dlaczego nie”. Oczywiście, że uczymy w ten sposób dziecka argumentować, pokazujemy mu, że nasza odmowa nie jest bezzasadna i sprawiamy, że łatwiej ją przyjąć. Ale przy okazji zrozumiałam też, że ma to znaczenie dla mnie, chroni przed popadaniem w schematy i zabranianiem czegoś, czego wcale nie ma potrzeby zabraniać. Bo skoro nie mogę znaleźć dobrego powodu dlaczegoby tego nie robić, to może jednak zróbmy? 🙂

Pomyślałam sobie też o kilku argumentach, które padać nigdy nie powinny, a w stosunku do dziecka tak łatwo je wypowiadać.

“Nie, bo będzie bałagan”

Na bałagan jesteśmy się w stanie zgodzić jeśli chodzi o zabawy, które w naszym pojęciu są “rozwijające i kreatywne” – ciastolina, malowanie farbami albo coś rodem z metody Montessori. Ale kiedy dziecko samemu wymyśla zabawę – chce przesypywać sól kuchenną do innego pudełka albo pomóc nam nakładać ciasto do foremek na babeczki, to już nie mamy w sobie tyle entuzjazmu. Ja wiem, że dla umęczonej matki to nie jest bagatelny argument. Ale jednak zanim padnie może warto się zastanowić:

– Jak duży ten bałagan będzie i czy rzeczywiście długo zajmie mi posprzątanie?

– Czy korzyści nie są większe niż straty w postaci bałaganu?

– Może da się umówić z dzieckiem na sprzątanie?

(U nas czasem pada ten argument, ale w połączeniu z moim zmęczeniem – “dziś już nie chce sprzątać, zróbmy to jutro”).

„Nie, bo jesteś za mały”

Mamy dzisiaj swobodny dostęp do wiedzy o rozwoju dzieci, i to dobrze. Ale czasem zapominamy, że normy statystyczne nie koniecznie muszą być wyznacznikiem dla naszego malucha. Pewnych rzeczy nauczy się później, a innych wcześniej niż przewiduje to psychologia. Moja córka skutecznie oduczyła mnie myślenia w kategoriach, że jest zbyt mała, żeby czegoś się nauczyć (albo dość duża, żeby wreszcie przestać to czy tamto). Okazuje się, że mając 2.5 roku można słuchać do snu „Muminków” czy „Kubusia Puchatka”, obierać cukinię ze skóry, rozpoznawać kilkanaście gatunków ptaków i jednocześnie nie ogarniać tak skomplikowanego problemu, jakim jest załatwianie się na nocnik 😉 Bardzo się cieszę, że wychowując ją nie koncentrowałam się na normach. Po pierwsze udało nam się nie utknąć nigdy w marźmie i frustracji, że już dawno powinnyśmy poradzić sobie z jakąś kwestią. Po drugie zgadzanie się na pewne jej inicjatywy, na które powinna być “za mała”, sprawiło że nasze życie przeskoczyło w ciekawsze rejony – choćby takie, że mogę jej wieczorem czytać książki, które lubię.

“Nie, bo nie”

Najgorsze z możliwych. Nie, bo nie, bo jestem mamą albo tatą i tak mówię. Oczywiście są sytuacje w życiu, kiedy chcemy, żeby dziecko szybko, bez zbędnej dyskusji i tłumaczeń reagowało na nasze “nie”. Wydaje mi się, że możemy to osiągnąć na dwa sposoby. Pierwszym jest stosowanie silnego i autorytatywnego stylu wychowawczego, w którym jestem silnym rodzicem i zawsze trzeba mnie słuchać, bo taki jest porządek rzeczy (to raczej mi obce). Albo właśnie poprzez to, że zazwyczaj argumentujemy. Dzięki temu przyzwyczajamy dziecko, że nasze zakazy i zastrzeżenia mają sens, że nie są powodowane czystą złośliwością. Może źle myślę, ale uważam, że prawdziwy autorytet powstaje na podstawie relacji, zaufania do drugiej osoby i jej mądrości, a nie z jakiegoś kosmicznego założenia, że ktoś jest czyimś rodzicem.

 

Dlaczego warto brać pod uwagę pomysły dziecka?

Dzieci mają bardzo dużą fantazję, a dodatku jeszcze nie stłamszoną. Jeśli nie będziemy jej gasić, to są duże szanse, że pozwolą nam odkrywać i doświadczać rzeczy, których sami byśmy nie wymyślili.

Poza tym większość wybranych przez dzieci aktywności służy ich rozwojowi – nawet jeśli nie zostały one opisane w mądrych książkach, jako zachowanie wspierające konkretny obszar mózgu 🙂 Dziecko chodzące po krawężniku ćwiczy koordynacje i równowagę, bawiące się się na spacerze kamyczkami dba o swoją integrację sensoryczną, a kłócące z nami uczy wyrażać emocje i argumentować. Dlaczego mu tego zabraniać?

Ale przede wszystkim, nawet jeśli nie zawsze się będziemy zgadzać, ale za to będziemy brać pod uwagę pomysły naszego dziecka, to damy mu poczucie bycia wysłuchanym i poważnego traktowania. I będziemy budować swój autorytet, oparty na bliskiej relacji, bliższej niż jeśli za wszelką cenę będziemy chcieli być rodzicem-wyrocznią.

*Zdjęcia z wycieczki na profilu fejsbukowym

post

Integracja sensoryczna

Jednym z dość modnych w ostatnich latach pojęć dotyczących rozwoju dziecka jest integracja sensoryczna. Ogromna ilość książek i artykułów, towarzystw i miejsc terapii zajmujących się tym problemem, wyrasta jak grzyby po deszczu. Być może zastanawiasz się czym w ogóle jest integracja sensoryczna, jak zapewnić dziecku prawidłową i czy nie powinno ono chodzić na specjalne zajęcia? Jeśli tak, to może znajdziesz tu parę przydatnych dla siebie informacji.

Co to jest integracja sensoryczna?

Najprościej mówiąc integracja sensoryczna to umiejętność odbierania informacji z zewnątrz (bodźców) za pomocą zmysłów, a następnie odpowiedniego organizowania i przetwarzania ich w mózgu, tak aby móc zareagować adekwatnie do sytuacji. Nie jest to wrodzona cecha organizmu, a więc człowiek nie rodzi się po prostu z dobrą czy złą integracją sensoryczną. Tak naprawdę jest to proces, który zaczyna się już w łonie matki i trwa do około siódmego roku życia. Wpływa on na odpowiedni rozwój mózgu, koordynacji wzrokowo-ruchowej, a wreszcie rozwój takich umiejętności jak czytanie, pisanie, liczenie czy zdolność do skoncentrowania uwagi. Jest więc niezwykle ważne, aby rozwój dziecka w tym zakresie przebiegał w sposób harmonijny – warto o to zadbać.

Oznaki zaburzeń integracji sensorycznej

W rozwoju dziecka wiele objawów może wskazywać na możliwe wystąpienie zaburzeń integracji sensorycznej. W pierwszej kolejności zwraca się uwagę na nieprawidłową (nadmierną lub zbyt małą) wrażliwość na bodźce czuciowe, wzrokowe i słuchowe oraz zbyt niski lubwysoki poziom aktywności fizycznej. Na  nieprawidłowości w tym zakresie mogą wskazywać również: opóźniony rozwój mowy, zdolności ruchowych, arytmetycznych czy ogólne problemy z nauką,szczególnie jeśli wystąpią one u dziecka o wysokiej inteligencji. Jeśli dostrzegasz, że u Twojego dziecka nasilają się takie problemy, warto będzie poszukać pomocy specjalisty, który pomoże Ci przygotować plan wspierania rozwoju dziecka albo poleci odpowiedni gabinet terapii integracji sensorycznej. Jeśli masz wątpliwości czy szukać pomocy, możesz też skorzystać z kwestionariusza (http://www.pstis.pl/pl/html/index.php?v2=block&str=podstrona_kwestionariusz) na stronie Polskiego Stowarzyszenia Terapeutów Integracji Sensorycznej, który pozwoli Ci ocenić ewentualne ryzyko. Jeśli jednak zauważysz u niemowlęcia czy małego dziecka wyraźną niechęć do bycia dotykanym albo skłonności do częstego dotykania się samemu, czy pocierania o przedmioty o różnych fakturach, bezwzględnie skontaktuj się z terapeutą integracji sensorycznej!

Wspieranie rozwoju integracji sensorycznej

Nawet jeśli Twoje dziecko nie boryka się z problemami z powodu zaburzeń integracji sensorycznej, warto wspierać je w tym zakresie. W dzisiejszym świecie zmysły dzieci nie są stymulowane w taki sposób, jak działo się to kiedyś. Dzieci ruszają się o wiele mniej, a przy tym dostają bardzo dużo bodźców wzrokowych i słuchowych (zabawki, telewizja, komputer), spędzają też o wiele mniej czasu w kontakcie z naturą, która jest doskonałym stymulantem dziecięcych zmysłów. Pisałam już kiedyś o wspieraniu prawidłowego rozwoju niemowlęcia ( http://niewiemcomyslec.pl/artykul/wspieranie-rozwoju-niemowlecia/ ), natomiast poniższe trzy propozycje przeznaczone są raczej dla dzieci starszych.

 

  • Salki integracji sensorycznej

Miejsca wyposażone w rozmaite zabawki i akcesoria o zróżnicowanych kolorach, kształtach i fakturach, w których o rozwój Twojego dziecka zadbają odpowiednio wykwalifikowani terapeuci. Opcja na pewno bardzo ciekawa i godna polecenia, ale chyba przede wszystkim dla dzieci z zaburzeniami. Korzystanie z takich salek po to, żeby po prostu wspierać dziecko dotychczas prawidłowo się rozwijające może okazać się trochę kosztowne – zarówno czasowo, jak i finansowo.

 

  • Domowe zajęcia wspierające integrację sensoryczną

W tym celu możesz się zaopatrzyć w specjalne zabawki, najłatwiej chyba w sklepach internetowych. Zabawek takich jest oczywiście co nie miara, a te ze szczególnym przeznaczeniem do wspierania integracji sensorycznej zapewne będą wykonane doskonale  i z porządnych materiałów. Niestety na ogół kosztują one krocie. Warto jednak się im przyjrzeć, bo nawet jeśli nic nie wybierzesz, być może uda Ci znaleźć alternatywy wśród zwykłych tanich zabawek, w pasmanterii, a nawet… w sklepie zoologicznym, wśród zabawek dla zwierząt 😉

Oprócz zabawek, jest też dużo aktywności, które możesz zapewnić dziecku w domu za pomocą tanich i dostępnych przedmiotów. Jeśli będzie brakować Ci pomysłów,  poszukaj strony internetowych albo grup na facebooku. Oto kilka przykładów zabaw wspierających integrację sensoryczną:

zabawy drobnymi przedmiotami, o różnych kształtach – fasolki, soczewica, ryż, guziki, koraliki sól i piasek (możesz zrobić “pudełka sensoryczne” wypełnione takimi przedmiotami, do których dziecko, będzie mogło wkładać rękę),

  • nawlekanie koralików na sznurki,
  • zapinanie guzików,
  • malowanie rękami i stopami,
  • zabawy z plasteliną, ciastoliną, masą solną,
  • wspólne gotowanie,
  • zabawy w kąpieli,
  • przesypywanie i przelewanie,
  • huśtanie, turlanie
  • przepychanie się, przeciąganie liny,
  • zabawy na paluszkach – “Idzie kominiarz”, “Tu sroczka kaszkę ważyła”,
  • wszelkie formy ruchu

 

Przyroda

Kontakt z przyrodą jest zdecydowanie moim ulubionym sposobem zapewniania odpowiedniej stymulacji zmysłom dziecka. Może dlatego, że kiedyś wystarczał on w zupełności, a może ze względu nieskończoną mnogość form, których przyroda dostarcza. Wszelkie pomysły, na które mogłabym wpaść lub o nich przeczytać, bledną przy różnorodności natury. Uwielbiam też korzystanie z bogactwa natury, bo wydaje mi się, że jest to też najprostszy sposób wspierania rozwoju dziecka – nie trzeba nic przygotowywać, nic wymyślać i po niczym sprzątać. Wystarczy wyjść z domu i mieć oczy szeroko otwarte na to, co ma nam do zaoferowania otoczenie. Twórcy teorii integracji sensorycznej zakładali, że dziecko ma wrodzoną chęć do nauki i rozwijania zmysłów – i to zobaczysz będąc na spacerze z Twoim dzieckiem. Bawienie się godzinami piaskiem, żwirkiem, szyszkami, kamyczkami czy gałązkami jest niczym innym jak dostarczaniem organizmowi właściwej ilości bodźców. Jeśli tylko będziesz gotowy na to, że dziecko się wybrudzi, że będziesz musiał długo siedzieć wśród kamyczków i szyszek, stworzysz mu doskonałe warunki rozwoju. A jeśli wychodząc na spacer sam zaczniesz szukać, co możecie zobaczyć, dotknąć, , usłyszeć, wywąchać czy nawet posmakować, doskonale zadbasz o integrację sensoryczną Twojego dziecka.

Zaburzenia mimo wszystko

To, że dziecko cierpi z powodu zaburzeń integracji sensorycznej, nie oznacza, że było źle wychowywane, że rodzice za mało zabierali je na spacery albo żałowali pieniędzy na plastelinę. Choć zaniedbania mogą być przyczyną takich zaburzeń (na ogół są to zaniedbania na głębszym poziomie, dotykające niemowląt – zbyt mało dotyku, zaniedbania higieniczne, długotrwałe zamykanie dziecka w kojcu), to przyczyny ich występowania nie są jeszcze do końca zbadane i jednoznacznie zdefiniowane. Na ich rozwój może mieć wpływ przebieg porodu, genetyka, choroby i zachowania matki w trakcie ciąży. Bywa, że w takim wypadku nie jesteśmy w stanie sami odpowiednio wesprzeć dziecka i warto udać się do odpowiednio przygotowanych osób, które nam pomogą. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na ten temat, lub masz jakieś obawy, polecam jeszcze raz zajrzenie na stronę PTTIS – http://www.pstis.pl/