post

To Twoja wina!

Ostatnio ciągle była nasza wina. Jak potknęła się na zabawce, to moja że nie sprzątnęłam. Jak upuściła wielki szpital LEGO , to z jakiegoś powodu taty. Jak wylała wodę, to dlatego że jej dałam w przezroczystej szklance. I tak dalej i w kółko piskliwy krzyk „to Twoja wina!”. Raz, drugi i piąty się wkurzałam, aż w końcu przypomniałam sobie, że jestem psychologiem i że wypadałoby zrozumieć i już zaraz potem, że jestem rodzicem i że chcę zrozumieć.

Obwinianie pozwala pozbyć się napięcia

Brene Brown mówi, że obwinianie innych sprawia, że możemy pozbyć się napięciaTu jest taki fajny filmik na youtube, krótki, zabawny i pokazujący jak to działa. Niektórzy robią to nagminnie, inni rzadziej, ale obwinianie sprawia, że czujemy się trochę lepiej w sytuacjach, kiedy już mleko się rozleje. Jest więc pewna strategią radzenia sobie z trudnymi emocjami, może nie za fajną, ale moje dziecko miewało jeszcze mniej przyjazne. Trochę mi pomaga, jak pomyślę, że dziś wybrała tę, a nie którąś z wielkiego pudła tych, na które reaguję wybitnie alergicznie. Łatwiej mi też, kiedy uzmysławiam sobie, że to jest jakiś krok do przodu, co wiąże się z tym, że…

To jest rozwojowe

Ciągle mam tak, że często wydaje mi się, że jakieś rzeczy które moje dziecko robi są bardzo unikalne i że to jest jakiś nasz „problem”, a potem się okazuje że to jest zupełnie normalne. I nieodmiennie bywam zdziwiona, że dużo (albo nawet większość dzieci) tak robi w pewnym momencie swojego życia, a potem im to samo przechodzi. Wiecie, jak z wchodzeniem w kałuże. No i jakie było zdziwienie, gdy po weekendzie, po którym byliśmy mocno zmęczeni natężeniem zarzutów Łucji odnośnie tego, co jest naszą winą, odkryliśmy post Bliskiego Miejsca większość 5.5-6.5 latków tak robi. A potem pojawiły się w głowie dwa potężne w kojeniu serca rodzica czasowniki – to normalne i to mija.

Ty to zrobiłeś, więc ty to posprzątasz!

Mówicie tak? Ja czasem tak. Ostateczny argument, który miesza poczucie winy z odpowiedzialnością, a często podawany jest jako przykład naturalnej konsekwencji, ale nią nie jest. Naturalną konsekwencją rozlania wody, jest to że jest ona rozlana, a nie to, że trzeba ją powycierać. Olśniło mnie, kiedy rozmawiając z Łucja usłyszałam, że to taty wina, że LEGO się rozpadło WIĘC on musi odbudować. Ty to zrobiłeś więc ty to posprzątasz to nie jest nauka brania odpowiedzialności, tylko obwiniania. I pomysłu, że ten kto jest winien ten ma naprawiać, który potem bardzo komplikuje w relacjach.
Usłyszałam też, że za tym „Twoja wina” kryje się u mojego dziecka prośba o pomoc.

A odpowiedzialność?

Może czytając poprzedni akapit przeszedł Cię zimny dreszcz, że to jest właśnie prosta droga, do tego, żeby dziecko wyrosło na kogoś, kto nie chce brać odpowiedzialności, za różne rzeczy.  Ja myślę, że jest na odwrót. Odpowiedzialność nie bierze się z poczucia winy, tylko z decyzji, że ja chce ją przyjąć, np chce naprawić coś albo chce się komuś pomóc.
To właśnie obwinianie sprzyja temu, że zamiast koncentrować się na tym, co można zrobić próbujemy wrzucić winę na inną osobę. I że dopiero jak ustalimy czyja to wina, to ona będzie to robić. Branie odpowiedzialności za to często bierze się z empatii, że widzę drugiego człowieka i chcę coś zrobić dla niego.

Co robię, kiedy słyszę że znowu jest moja wina?

Ja jak słyszę, że moja wina to mam ochotę eksplodować i czuję napięcie w rękach i nogach. To jest dla mnie sygnał, że to nie jest dobry moment na gadanie, więc biorę parę głębokich wdechów i skupiam się na tych wszystkich myślach, o których pisałam.
  1. Dzieci tak mają.
  2. To normalne.
  3. To minie.
  4. To nie o mnie, tylko o jej napięciu.
A jak już się uspokoję, to robię różnie. Jak to jest coś małego, co szybko się da rozwiązać to pytam „Chciałbyś, żeby Ci z tym pomóc?”.
Czasem jak widzę, że się uda to obracam wszystko w żart, tak żeby to śmiech rozładował napięcie. Teatralnie przepraszam i mówię że rzeczywiście to jest absolutnie i zupełnie moja wina , że siedząc w drugim pokoju nie domyśliłam się, że coś tam o nie pomogłam. A i jeszcze muszę jej wyznać, że przeze mnie dziś nie pojedziemy pod namiot , bo jest zima. Albo coś takiego. Przenosimy to obwinianie na poziom meta i robimy z niego teatr, spełnia swoją rolę oczyszczania z emocji, ale bez niszczenia relacji.
Ale najczęściej robię najoczywistsze i najłatwiejsze, sięgam po empatię. Przytulam, słucham, słucham smutku, słucham złości i mówię, że też mi przykro że się zniszczyło. Nie mówię, że jakbyś nie kładła na środki podłogi to by się nie stało.
A czasem to w ogóle, okazuje się że też mi nerwy puszczają, wykrzykuje że chyba na mózg jej padło i wychodzę z pokoju. 😁
post

czy lubisz wszystkie moje emocje?

Miewamy teraz trudne dni, obie mamy dużo emocji w związku z bliskim pojawieniem się nowej osoby w rodzinie, ale też z moimi ograniczeniami ciążowymi. Czasem Łu traktuje to z dużym zrozumieniem i troską (“chodźmy na ten plac zabaw, bo tam będziesz miała cień”), a czasem krzyczy mi prosto w twarz, że ciąża jest głupia i że chciałaby, żebym mogła to czy tamto. Ja też nie zawsze przyjmuję ze spokojem dni, w których muszę leżeć, zdarza się, że duszę się we własnej frustracji i rozżaleniu, patrząc na narastający bałagan i na córeczkę, koło której nie zawsze mogę usiąść na podłodze. Dzisiaj było z tych trudniejszych. I gdzieś tam, po moim wybuchu, że  “ja też nie sprzątam twoich zabawek, bo lubię”, a jej że “jesteś strasznie głupia i niefair”, siedziałyśmy w średnich humorach nad rosołem.

I nagle Łu podchodzi do mnie, jakby przez stół było za daleko i patrząc mi głęboko w oczy, pyta:

– Mamo, lubisz wszystkie moje emocje? – i pytanie to zawisa w głębokiej ciszy między nami, bo czuję jego wagę i jeszcze większą mojej odpowiedzi. I nie wiem jak mam odpowiedzieć.

– Nie wiem jak mam odpowiedzieć – mówię więc – To bardzo trudne pytanie. A Ty je lubisz?
– Lubię dwie. Radość i śmiech.
– Aha. A zadowolenie?
– O tak.
– A tęsknotę lubisz?
– Tak, lubię tęsknić za tobą. Bo cię kocham. A ty? Lubisz?
– No lubię, czuję że jesteś dla mnie ważna, wtedy. A złość? Lubisz?
– Nooo – trochę patrzy na mnie, jakby była jakaś dobra odpowiedź na to – Złość nie jest fajna.
– No nie zawsze jest przyjemna. Ale za to bardzo przydatna.
– Jak to?
– Czasem pozwala się obronić.
– Oooo – przed chwilą jeszcze strasznie szeroko otwarte oczy nabierają wyrazu zadowolonego zrozumienia – ooo, i … i jeszcze smutek! On też się przydaje!
– Tak?
– No bo jak się smucisz, to potrafisz się martwić i wtedy można komuś pomóc! – stwierdza zdecydowanym tonem  i wraca na swoje krzesło, a potem w zamyśleniu ładuje do ust wielki kawałek marchewki. Nie podsumowuję, nie pytam, nic już nie mówię. Mam wrażenie, że padło tyle ile miało paść, że nic nie trzeba kończyć, zamykać, że jeszcze milion razy będziemy wracać do mówienia o emocjach.

I myślę, że nie muszę mówić “kocham każdy kawałek ciebie, aż do małych paluszków i każdą twoją emocję”. Czasem lubię jej zwierzęcą złość, jej głęboki i mądry smutek albo dziką, dziecięcą radość. Ale są momenty, w których wolałabym, żeby ich nie było i myślę, że już nie mam siły na tę intensywność. Bywa, że mi niewygodnie z tymi emocjami, tak samo jak z moimi własnymi. Ale wiem, że to w ogóle nie ma nic wspólnego z tym, że ją akceptuję, z całym wachlarzem tego, co przynosi. Ani z tym, że po prostu lubię tego człowieka, który ma na imię Łucja i z którym mogę mieszkać i żyć. Dlatego może nie muszę dzisiaj odpowiadać na to pytanie, tylko pokazać jej, że emocje które ma, są jej potrzebne.

 

post

ból istnienia

Wyciągnęłam w zeszłym tygodniu wszystkie ubrania po Łucji z pawlacza, żeby je posegregować. Część miałam zabrać dla siostrzenicy, część odkładałam dla bezimiennego brata Łucji, który ma do nas dołączyć już niedługo. Było gorąco, parno i brzuch mnie ciągnął, więc nie robiłam tego w najlepszym nastroju. Ale szybko dotykając kolejnych ubrań Łu, przypominały mi się różne chwile, które były. Przybiegła zainteresowana, co robię.

  • – Przygotowuję ubrania po Tobie. Niektóre pożyczymy Twojej kuzynce, a ta malutkie – to dla Bubu.
  • – To są moje ubrania! – i już widzę po tym jednym zdaniu, że zaraz będzie nam ciężko.

To, że będzie ciężko widzę też po sobie, bo nie czuję się najlepiej, bo jest gorąco strasznie i że nie mam w sobie przestrzeni na zbyt wiele empatii, na słuchanie, na tłumaczenia. Strzelam w ciemno, trochę nerwowo:

  • – Co widzisz, że dla nich przygotowuję ubrania, ale dla ciebie nie? Chciałabyś też dostać jakieś? Bo tu jest taki worek jeszcze jeden gdzieś z za dużymi, tam była sukienka taka, na pewno ci się spodoba.
  • – Nie chcę żadnej sukienki mamo. To były moje ubrania. – rzuca się w rozżalono oskarżający ton
  • – No to możemy za chwilę pójść do tego sklepu obok i sobie sama wybierzesz coś i kupisz, chcesz?
  • – Nie chcę nic kupować! – i tu mi się kończy jakakolwiek próba spojrzenia z jej perspektywy.
  • – A ja nie chcę dyskutować o tych ubraniach. Nie mogę trzymać w nieskończoność wszystkich Twoich za małych ubrań, bo do pawlacza się nic nie mieści. I w ogóle nie chce o tym gadać, chcę to wszystko zrobić i się położyć.

Zaczyna płakać, ja też mam łzy na końcu nosa z jakiejś takiej mieszanki złości na nią, na siebie, z bezradności, że to nie tak wszystko. Dociera do mnie, że to nie mogło się udać, że to żadna empatia była z mojej strony, że w ogóle nie słuchałam, nie pytałam, że jakąś swoją interpretację jej wrzuciłam, potem dwa rozwiązania, a potem już byłam zła, że ich nie chce. Biorę parę głębokich wdechów.

  • – No dobra, uspokójmy się i spróbujmy jeszcze raz ok?
  • – Ok – szlocha
  • – Nie chodzi o to, że chcesz jakieś ubrania. To o co chodzi, opowiesz mi?

Łucja podnosi misiowy, puchaty kombinezon i się do niego przytula.

  • – Nie pamiętam, że taki miałam…
  • – No byłaś bardzo mała wtedy.
  • – No. Musiałam go lubić, ale nie pamiętam, a teraz już jestem za duża, żeby ubrać.
  • – Tak, na pewno się da taki kupić też dla większych dzieci – gryzę się w język za późno
  • – Mamo! Nie chcę nic kupować! Nie o to chodzi.
  • – O co chodzi?
  • – O to, że jest mi smutno. Że rosnę i że rzeczy się robią za małe. Że już nigdy nie będę taka mała, żeby ubrać tego misia, albo tamtą bluzkę, a tak ją lubiłam. I że już nigdy nie będę taka bardzo mała, że mnie nosisz na rękach i że… – i płacze, strasznie płacze.

Mi też smutno z tego powodu. No cholera, czemu zostawiłam mały woreczek dziewczyńskich ciuchów po niej w pawlacu? Tych takich wykochanych, w których jej było najładniej. Czemu mnie tak gniecie wieczorami w środku, jak widzę ją drobniutką, śpiącą w jednej z miliona najdziwniejszych pozycji, z włosami nieładzie? Wyciągam ręce szeroko, całuję ją we włosy i nos.

  • – Mi też smutno. Że nie będziesz już taka mała. Czasem bardzo mi smutno.
  • – Lubiłaś jak byłam dzidziusiem?
  • – Lubiłam. I jak miałaś jeden rok, i dwa, i trzy. I lubię jak masz cztery.
  • – A chcesz, żeby znowu była mała?
  • – Czasem trochę tak myślę, że chcę. Ale się tak nie da. A jakby się dało, to nie wiem czy bym wtedy chciała naprawdę.
  • – Dlaczego?
  • – Bo lubię Cię teraz. I że ze mną o tym rozmawiasz, że jest ci smutno.
  • – Ja nie lubię tego, że mi smutno. I że nie mogę znowu być mała.
  • – Wiem. Ale ja lubię to, że tak to miło pamiętamy, że za tym tęsknimy.
  • – Yhy. Mogę telefon?
  • – A nie chcesz już gadać?
  • – Nie. Dasz mi?
  • – No.

Siedzimy na łóżku w sypialni. Układam dalej ubrania, ona gra i się złości, że czegoś nie potrafi. Pomagam jej raz i drugi, ale sama nie wiem o co chodzi, więc mówię, żeby sobie coś innego  włączyła. Gra w drugą, a potem krzyczy i odkłada telefon, uderzając nim o szafkę.

  • – Ej! Wiem, że jesteś zdenerwowana, ale tak to możesz go rozwalić. – Ucieka z płaczem do pokoju. Zostawiam ją i układam dalej. Kręci się po domu, ale do sypialni nie wraca. A potem wychodzi na klatkę. Układam i nasłuchuję. Pukanie do drzwi. Otwieram.

– Cześć.
– Cześć.
– Przyszłam.
– Cieszę się, chcesz wejść.?
– Tak, bo mam list. – daje mi małą kartkę zapisaną w wężyki – Przeczytasz głośno?
– No.. tak – patrzę w te wężyki, a potem w czarne, ogromne oczy i zaczynam czytać.

Kochana mamo – zerkam na nią, uśmiecha się i kiwa głową – Jest mi dzisiaj trudno i smutno. – Patrzę i widzę żałosną minę – Bo czas płynie i różne rzeczy się zmieniają. – Usta w podkówkę – Czasami chciałabym nie rosnąć, bo dobrze się czuję, tak jak jest teraz. – Znowu się uśmiecha – I trochę boję się, co będzie kiedy brat mi się urodzi i jak to będzie, bo już teraz zmieniło się tyle rzeczy.

Przytula się do mnie i płacze. Jeszcze parę razy tego dnia wraca do tematu, ale coraz spokojniej i krócej. Wiem, że też mam w sobie żałobę, tego że w jeden dzień przestanie być dla mnie taka mała jak jest teraz, bo już nie będzie tą najmniejszą w domu. Że już nie będziemy tylko we dwie tyle czasu. Też mam trochę strachu. Też słyszę od innych (nie wiem po co), że teraz to będzie hardcore, że ona na pewno to źle zniesie, bo za długo była sama z nami. Też tak silnie czuję ten najzwyczajniejszy ból przemijania.

Są takie chwile, głębokiego smutku egzystencjalnego,. A my przyzwyczajeni jesteśmy, że musimy być wtedy sami. Bo nie potrafimy sobie towarzyszyć w emocjach. A może, jeśli się tego nauczymy, to nawet tego bólu, nie będziemy musieli przeżywać całkiem sami?

Często tak trudno jest towarzyszyć dziecku w emocjach. Są takie intensywne i żywe, a my przywykliśmy, że ekspresyjne wyrażania większości z nich jest “niegrzeczne”. Trudno też po prostu zanurzyć się w ból swojego dziecka i przy nim trwać. Bo od razu chcemy sięgnąć po rozwiązanie, dać mu magiczny sposób, żeby te nieprzyjemne minęły. A jak nie mamy rozwiązania to je zakrzyczeć, zbagatelizować albo zagłuszyć czy odwrócić uwagę – bajką, zabawką, czekoladą.

Myślę dzisiaj, że możemy być ze sobą razem w smutku nad przemijaniem tylko wtedy, kiedy potrafimy być ze sobą na co dzień – w smutku nad krzywo odkrojoną skórką od chleba, w złości na to, że po raz kolejny jej coś przypominam, w dramacie, że bransoletka-kluczyk do szafki musi zostać na basenie. Że w ogóle możemy o tym rozmawiać, bo ona wie, że nie usłyszy – nie chcę cię słuchać, nie obchodzi mnie to, przesadzasz.

Myślę, że tak naprawdę usłyszenie o tym, że dziecku niewygodnie jest z czymś, czegoś nie chce, coś je martwi, to nie jest rozpieszczanie ani trzęsienie nad jajkiem, to jest powód, dla którego może będzie chciała do mnie przyjść za 5, 10 a może 20 lat z tym, co jest w niej. Że to jest szansa na prawdziwą relację, prawdziwy kontakt z drugim człowiekiem oparty o szacunek, empatię, troskę, miłość.   

 

post

manipulacja

Tuż koło nas jest kawiarnia z salą zabaw dla dzieci. Na ladzie w widocznym już od wejścia miejscu, stoi ogromna góra jajek-niespodzianek (i to nie tylko takich zwykłych, ale też z różnych bajek). W zasadzie wiadomo, że jak tak pójdziemy, to wychodzimy z jajkiem. Pierwszy raz jak tam byłyśmy i kupowałam kawę oraz jajko z Psiego Patrolu, usłyszałam od pana:
– I co? Wymusiła? – powoli przyzwyczajam się do chrząkania za plecami w kasie sklepowej i półgłosem wypowiadanych uwag o rozpieszczonych dzieciach i bezstresowym wychowaniu, kiedy kupuję dziecku to, o co poprosiło. Ale tu mnie jakaś złość straszna ogarnęła. Jak ktoś na kimś wymusza, to już prędzej oni – ustawiając ten wielki i atrakcyjny dla dzieci stos w tak widocznym miejscu.
– Nie musiała. Wystarczyło poprosić.

Nie czuję się dobrze z tym pojęciem wymuszania. Z tym, że tak łatwo je imputujemy dzieciom, a kogo one mają poprosić, jak czegoś chcą? Tak samo, jak źle czuję się z wszechogarniającym tropieniem manipulacji i toksycznych związków. Jak moda na “wampiry emocjonalne” pojawiła się parę czy parenaście lat temu, tak do teraz nie znika.

Łatwiej przecież podać spis 10 punktów –  jak poznać, że ktoś manipuluje czy jak zakończyć to toksyczny związek, niż zająć się rozwojem, tego kto czuje się pokrzywdzony. Łatwiej też zrzucić winę na jedną stronę w relacji, a potem zalecić zerwanie tej toksycznej więzi. (W skrajnym przypadku ląduje się potem u terapeuty, żeby porozmawiać o tym czemu zawsze wybieram “toksycznych i manipulujących partnerów i przyjaciół”).

Mam wrażenie, że taka narracja społeczna powoduje, że zamiast swobodnie wchodzić w relacje cały czas obawiamy się, że zostaniemy zmanipulowani i wykorzystani. Tak samo jak z tyłu głowy wiecznie sprawdzamy czy nasze dziecko nie wymusza, czy to już jest próba manipulacji czy zwyczajny płacz z rozczarowania, że czegoś nie dostało. I marnujemy strasznie dużo czasu na ocenę tego czy ktoś poprosił w odpowiedni sposób, czy miał prawo o to poprosić i czy nam to by wstyd nie było. Próbujemy wedrzeć się do głowy drugiego, a potem ocenić jego intencje i jego realne potrzeby.

Zastanawiam się tylko po co? Po co tyle energii zużywać i po co tak bardzo koncentrować się na drugiej stronie. I po co żyć w tak okropnej wizji świata, w której każdy jest potencjalnie podejrzany, że chce nas wykorzystać. Kiedy tak naprawdę chodzi o nas.

Uczę się coraz skuteczniej zaglądać do środka siebie. Patrzeć na to co chcę, a czego nie. Z czym mi dobrze i po drodze, a co prowadzi mnie do miejsca, w którym nie chcę być. Dawać sobie czas na poznanie tej odpowiedzi. Słuchać jak się czuje moje ciało. I co najważniejsze nie mieć poczucia winy, że nie chcę i że odmawiam ani też nie zgadzać się z powodu poczucia powinności.

I kiedy już sprawdzę ze sobą jak się z czymś czuję nagle mogę swobodnie i bez wykrętów powiedzieć “Wiesz co, nie”. I myślę, że w zdecydowanej większości przypadków to wystarczająco powinno ochronić mnie w relacjach, żeby nie zostać zmanipulowanym, oszukanym czy żeby coś ode mnie wymuszono.

Bo jeżeli zamiast skupiać się na tym czy tak może się stać, skupię się na tym co jest – drugim, który mnie prosi i sobie, która chce albo nie chce odpowiedzieć na tę prośbę, to we mnie leży całkowita kontrola nad tym, jak odpowiem. A wtedy nie ma miejsca na wymuszanie ani manipulację.

post

Co się dzieje kiedy dzieci kłamią?

Czytając książkę Ekmana “Dlaczego dzieci kłamią?” znalezioną w bibliotece (i wypożyczoną bez chwili zastanowienia, bo przecież Paul Ekman wielkim badaczem był) miałam zamiar coś napisać, ustosunkowując się do niej. Ale trochę nie było okazji i pojawiły się nowe myśli, tak że chciałam odpuścić ten temat. Do wczoraj.

Wczoraj Łucja huśtając w parku zaczęła opowiadać pani stojącej obok ze swoim dzieckiem o tym, jak weszła na wysokie, linowe drabinki tuż obok. Pani wyraziła swoją wątpliwość i spojrzała na mnie pytająco, na co Łu stwierdziła, że wtedy była w parku ze swoją opiekunką, która stała tyłem i nie widziała tego. Na co Pani zaczęła kierować do Łucji długie przemówienie składające się głównie z “kłamiesz, wiem, że kłamiesz”, “oliwa sprawiedliwa na wierzch wypływa”, “kiedyś dowiemy się prawdy i pożałujesz, i będzie Ci wstyd, więc lepiej teraz sama się przyznaj”. Stałam obok w z otwartymi ustami, zastanawiając się czy coś powiedzieć, jednym okiem obserwując niezwykle wzburzoną Panią, a drugim sprawdzając, co się dzieje z moim dzieckiem. Pani zabrakło w końcu tchu, stwierdziła, że jest gorąco, zabrała swoje dziecko i odeszła.

Wtedy Łucja też stwierdziła, że nie ma ochoty się już huśtać i pobiegła na  wspomnianego wielkiego, linowego pająka, na którego zaczęła się wspinać z większym zapałem niż zazwyczaj… żeby po mniej więcej 30 sekundach z niego spaść. Przybiegła z wielkim płaczem, krwawiącą wargą i otartą liną ręką. Tuliłam i tuliłam, odpowiedziałam na standardowe pytania (czy się zagoi i kiedy), a na koniec usłyszałam:
– Mamo wiesz, bo nie bardzo aż tak bardzo…
– Nie? To czemu tak płaczesz?
– Bo mi przykro… Bo chciałam wejść na samą górę i udowodnić, że potrafię. A teraz ta pani widziała, że spadłam.

Strasznie dla mnie ta sytuacja jest skomplikowana i zawiła. Myślę o tym, jak dorośli potrafią przejmować się tym, że ich w opinii dzieci kłamią i jak mało sensowne kroki wtedy podejmują. Kiedy czytałam o “kłamaniu” dzieci (zarówno wspomnianego Ekmana, jak i trochę w internecie), to wydawało mi się, że są trzy powody, dla których rodzice uważają, że ich dzieci powinny zawsze mówić “prawdę”

  1. bo inaczej w przyszłości będą kłamać,
  2. bo to niszczy zaufanie w relacji / więź,
  3. bo kłamstwo jest moralnie złe.

Muszę przyznać, że ze wszystkimi tymi powodami mam problem. Z pierwszym taki, że są pewne rzeczy, które pojawiają się albo wykształcają rozwojowo. A 4-5 latki zwyczajnie opowiadają wymyślone historie – o tym gdzie były, co zrobiły, albo że ich tata w nocy zmienia się Batmana. Tymczasem dorośli z jakichś powodów czasem przyjmują je z rozbawieniem, a kiedy indziej starają się za wszelką cenę skonfrontować z rzeczywistością i udowodnić dzieciom, że kłamią. Dla mnie to jest taka sytuacja, jak powtarzane milion razy dziennie przez uczącego się autonomii dwulatka “nie”. To zachowanie, które jest dziecku po coś i coś w nim wykształca. Myślę też o tym, że nikt z nas nie mówi zawsze “prawdziwej prawdy”, podbarwiamy różne historie, zatrzymujemy dla siebie pewne informacje – i tak jest lepiej, bo tego często wymagają normy społeczne albo zwyczajna troska o drugiego. Czasem robimy to, żeby poczuć się lepiej i wyolbrzymiamy nasze sukcesy. Tylko nam jest łatwiej odnieść się od rzeczywistości. A przedszkolne dziecko dopiero uczy się funkcjonować w tym co jest “naprawdę” i “wymyślone” i jego “nieprawdziwe historie” po części temu służą. Więc naprawdę, kiedy moje dziecko opowiada, że weszło na szczyt drabinki linowej, na które wejść nie mogło, nie boję się, że w przyszłości zostanie mitomanem albo oszustem.

Po drugie, jak słyszę od mojego dziecka, że zjadło choć tak wcale nie jest, też nie traktuję tego, jako czegoś co niszczy naszą relację i narusza zaufanie. Bo wiem, że tak mają małe dzieci. Trochę absurdalna jest też dla mnie próba ochrony relacji przez zmuszanie dziecka do prawdomówności poprzez sposoby, które same w sobie są dla niej niszczące i burzą zaufanie dziecka do rodziców. Dlatego drugiego z wymienionych powodów też nie kupuję. Trochę jakby się kazało dziecku budować nasze zaufanie do niego, jednocześnie samemu go nie okazując – bo przecież podważając jego opowieści.

Z problemem moralności jest mi najtrudniej, bo bardzo ciężko stworzyć definicję kłamstwa – kiedy coś jest kłamaniem a kiedy nie i jak do tego mają się intencje i świadomość. Bo kiedy w przypadku małego dziecka spojrzymy z perspektywy tego, jaką ono może mieć świadomość tego, że nie mówi prawdy i jaki jest właściwie jego zamiar, to robi się jeszcze bardziej zagmatwanie.

Dlatego koniec końców wybieram zaufanie Łucji, która parę tygodni temu powiedziała mi: “No wiesz, jak kłamią to jest po prostu najbardziej mądra rzecz wtedy, co wymyślą.” I dlatego myślę, że zanim zaczniemy się zastanawiać, czemu dzieci kłamią i co z tym zrobić, może warto poświęcić chwilę, żeby zapytać samego siebie, czemu właściwie uważam, że to problem, w czym mi to tak bardzo przeszkadza i czego tak bardzo się boję.

post

żelazko

Taki dzień, w sumie zwykły, z codziennymi zajęciami, ale w którym sobie zaplanowałam, że będę miała czas na coś z dawna przekładane. Ale co chwile coś małego wyskakuje i z upływem kolejnych minut, już czuję, że nie ma sensu nawet zaczynać, bo mam mam akurat tyle czasu, żeby udało mi się osiągnąć skupienie potrzebne do zaczęcia tego, co chciałam. Taki zwykły dzień, w którym miałam zrobić trzy rzeczy na krzyż, ale w domu zawsze jest ich więcej i jak już zaczynam czuć, że jestem trochę zmęczona, to dzwoni Bartek czy wyprasuję koszulę.

A z tego prasowania koszuli robi się całe zagadnienie. Bo właśnie ta konkretna, potrzebna uległa jakiemuś strasznemu zagnieceniu. A po 30 minutach opryskiwania i próbach rozprostowania, nagle nasze przedpotopowe żelazko postanawia obrzygać tąże białą i najnowszą z koszul kamieniem. Więc zamiast prasować odplamiam, a potem próbuję z kolejną, żeby uzyskać podobny efekt. I wtedy czuję już, że chce mi się płakać nad tymi głupimi koszulami, które zabrały mi tyle czasu i w dodatku bez efektu. I robię się zła.

Są takie teorie, w psychologii, że najpierw pojawia się nam niespecyficzne pobudzenie, a potem dopiero, w zależności od interpretacji, emocja. Ale ja mam wrażenie, że tę złość to ja czuję w brzuchu zupełnie inaczej niż na przykład rozczarowanie. I właśnie teraz czuję, że jestem zła. Przez jakąś minutę. Minuta to wystarczająco długo, żeby zdążyć wskoczyć w pewne klasyczne szablony szukania winnego za całą sytuację. Najlepiej tego, do kogo należy koszula, kto NIGDY nie ma porządku w szafie, kto ZAWSZE pakuje się na ostatnią chwilę. Ale nie idę za tą złością, tylko za myślą tego jak będzie wyglądać reszta dnia Bartka, który nocą dojedzie do hotelu i będzie pewnie jeszcze przygotowywał się na spotkanie. Tylko że wtedy, żeby nie było próżni, pojawia się poczucie winy – że może mogłam lepiej to jakoś zrobić albo wymienić to stare żelazko wcześniej. Za nim też nie idę.

Czasem wydaje mi się takie dziecinne, kiedy Łucja wścieka się na szafę czy stół, w które się uderzyła. Ale w istocie to chyba dużo zdrowsze. Po przejściu przez cały metaproces rozpoznawania własnych emocji i nadawania znaczeń wydarzeniom, docieram z wielkim zadowoleniem z siebie do tego samego momentu, co ona. Siedzę na łóżku i bardzo dojrzale wściekam się przez chwilę na głupie żelazko. Bo naprawdę nie musi istnieć winny za to, że w piętnastoletnim żelazku jest kamień. I pozwalam sobie na zwykłą troskę o męża, który zamiast mieć szybciej, teraz jeszcze jedzie kupić nowe żelazko i przed którym długa droga. Ze świadomością, że za to też nie musi być nikt winny, że po prostu czasem zdarza się coś niefortunnego.

Mam 30 lat i żeby przy absurdalnie zwykłej i codziennej historii o koszulach, nie pokłócić się z drugim dorosłym, muszę ciągle używać moich płatów czołowych, zwracać uwagę na znaczenia jakie nadaję danym wydarzeniom, odrzucać odruchowe interpretacje i przyjmować te, które uważam za swoje. I czasem muszę dokonać przy tym solidnego wysiłku poznawczego.

A przy tym tak często i odruchowo wymagam od mojego dziecka, które ma 26 lat mniej, nierozwinięty mózg i dużo mniej doświadczenia, żeby stanęło na poziomie trudnym do osiągnięcia dla mnie. Tak łatwo wejść mi paradygmat “marudna – trudna – niegrzeczna”, kiedy jej emocje przejmują ster, bo coś jest inaczej niż sobie zaplanowała albo chciała, bo coś nie działa albo bo po prostu jest zmęczona. I tak łatwo mi odrzucać niektóre jej strategie (“głupia szafa”), jako dziecinne, choć może są mądrzejsze od wielu moich.

Więc dzisiaj myślę o tym, jak jej towarzyszyć kiedy będzie miała trudne emocje i jak pokazywać, że w świecie niektóre rzeczy po prostu się dzieją i że nie potrzeba szukać za nie kozła ofiarnego. Jak nie dać jej nawyków myślowych, które sama mam i których przełamywanie wymaga ode mnie tyle wysiłku.   

 

post

od prysznica się nie utopisz

Właśnie udało mi się wejść do wanny, kiedy słyszę Łu. Bywa, że potrafi zorganizować sobie samodzielnie 2-3 godziny czasu (szczególnie w okolicach północy), ale właśnie w tej chwili drastycznie potrzebuje mojej uwagi. Wiadomo – odkręciłam przecież wodę.

– Mamoooo!!!
– Cooo?!! – odpowiada mi jakiś niezrozumiały, zagłuszony przez szum wody bełkot. Nie brzmi, jak katastrofa, ale zakręcam i ponawiam pytanie – Co? Bo nie słyszę.
– Chcę coś porobić!
– No to rób. Ja się myję.
– Mamo! Ale nie wiem co i się nudzę. Gdzie jest Twój telefon?
– Nie wiem, poszukaj. – odkręcam wodę stwierdzając, że nie jest to sprawa życia i śmierci, ale zaraz dociera do mnie kolejne “Mamoooo!”, po którym następuje jakaś dłuższa przemowa.
– No dobra, to chodź tutaj. Pomożesz mi! – Przybiega wybitnie zaintrygowana.
– No co? Co?
– Możesz powsadzać pranie z kosza do pralki. Tylko same kolorowe, bez białych.
– A. No to też trochę nuda. Ale dobra. A czemu nie białe? A czarne to kolorowe? – czuję jak moje 15 minut spokoju, układania sobie w głowie i brania oddechu na cały dzień, właśnie odpłynęło do kanalizacji razem z wodą. Biorę głęboki wdech i odpowiadam na wszystkie pytania. Po czym, nie wiadomo po co, wypowiadam na głos swoją myśl:
– Muszę umyć głowę, a mi się nie chce.
– Spokojnie, ja się tym zajmę – entuzjastycznie stwierdza cieniutki głosik, a małe łapki wyrywają mi słuchawkę prysznica. Zanim wiem ,co się dzieje, mam wodę w oczach, ustach i uszach.
– Czekaj! Utopisz mnie. Powoli, patrz gdzie lejesz.
– Nie utopisz się od prysznica, mamo. Dawaj szampon.

Przypadkiem odwróciłyśmy role. I nagle czuję całą sobą, jakie to mycie głowy może być intruzywne, jakie trudne, jak bardzo może naruszyć cielesność. Jak mało ma się kontroli, kiedy naprzeciwko ciebie stoi drugi z prysznicem i szamponem w rękach. Jak bardzo stamtąd nie czuje się tutaj. Jak łatwo nie wiedzieć, że temperatura wody nagle spadła albo skoczyła czy że piana zaczęła spływać do oczu. W wielkim przebłysku widzę, że to nie jest tylko szczypanie oczu, nieuzasadniony strach, marudzenie, zbyt duża wrażliwość sensoryczna skóry głowy. Nagle zupełnie inaczej rozumiem cały ten dziki taniec pełen rytuałów, koła ratunkowego i małego ręczniczka z Elzą i zaczynam cieszyć się, że na niego się zgodziłam. A nawet z tego, że w grudniu przez miesiąc nie myłyśmy głowy, bo Łucja nie miała na to przestrzeni.

– Nie lej mi teraz na głowę dobra? Chciałabym sama sobie umyć szamponem, bo lubię sobie go dobrze wmasować i zostawić na chwilę. – Błyskawiczny obrót prysznica zalewa pół łazienki, szczęśliwie omijając wyjęte z suszarki ubrania. – Aaaa!!! Na brzuch lej! Albo na nogi.
– No już, już spokojnie. – odpowiada Łucja i w pełnym skupieniu celuje w podeszwę mojej stopy.
– Łaskocze!! – Łucja znowu zmienia kierunek strumienia wody i wzdycha
– Teraz dobrze? Trochę jesteś marudna dzisiaj, wiesz? Może umyję Ci plecki? Żebyś się uspokoiła…

Już tak nie pękam z zachwytu nad samą sobą. Spojrzałam bardzo głęboko w lustro. Wczoraj czytałam trochę o granicach, a dziś praktyka zalała mnie strumieniem trochę za ciepłej wody. I przypomniała, że szacunek do nich nie tylko ich nie narusza, ale też nie wzdycha i nie ocenia.

 

post

zmiany, chaos i uważność

Na blogu zapadła głucha cisza głównie z jednego powodu. Minęły 2 miesiące od kiedy zaczęłam pracować i nadal żyjemy w mniejszym lub większym chaosie. Rozsądna część mnie mówi mi, że to aż nadto czasu na przystosowanie się do nowych warunków. I ta sama część wpada w panikę, że w takim razie zawsze już w takim chaosie będziemy funkcjonować oraz oskarża o zupełną niewydolność i brak umiejętności godzenia wszystkiego. Codziennie rano kiedy w dzikim obłędzie próbuję ogarnąć trochę dom przed przyjściem naszej opiekunki, wyrzucam sobie, że nie zrobiłam więcej dzień wcześniej i głupio mi przed nią, przed sobą samą i moją wizją bycia idealną.

Bycie idealną mamą nigdy nie wychodziło najlepiej, ale teraz poszło w zupełną rozsypkę. Jest trudniej niż bywało i między mną a Łu pojawia się mnóstwo napięć. Padają gorzkie słowa od niej, a ja pokrzykuje od czasu do czasu. Są momenty, że wszystko musi być na opak. Niby to wielka chęć, żeby pójść na spacer, a mierzymy się z godziną płaczu, bo zostały nam do ubrania tylko “brzydkie spodnie”. Pod górę jest ze wszystkim. Posikiwanie, nocne pobudki, opór do jedzenia, jeszcze większe problemy z zasypianiem niż bywało, choć przecież mamy narzucony stały rytm. Na zmianę bierze mnie złość, zwątpienie czy na pewno tędy droga przy wychowaniu, albo poczucie winy, że nie daję rady.

Ile czasu trwa nauczenie się nowego? Wyrobienie odpowiedniego rytmu? Wydaje mi się nagle niebywale dziwne, że to nas, wielkich odkrywców nieznanego, śpiących pod namiotami, wchodzących w góry i rzucających się na robienie domowej szynki dojrzewającej, przezwycięża zwykła rzeczywistość. Że ta sama dziewczynka, która z taką łatwością, entuzjazmem i elastycznością poznaje nowe i wkracza w przygody, z takim trudem przyjmuje tę zmianę.

Kiedy jednak zaglądam głęboko w siebie, widzę że im wciąż brak wielu rzeczy, które były. Naszej porannej przestrzeni na wylegiwanie się przy bajce i jedzenia śniadania w łóżku. Możliwości poświęcenia całego dnia na spokojne sprzątanie tańcząc przy Brodce, która jest ulubioną muzyką Łu. Spacerów. Pozwolenia sobie na dzień, w którym nie robimy zupełnie nic konstruktywnego, ale taki w którym babramy się w ziemi przesadzając kwiatki. 

Taka chwila szczerości przed sobą sprawia czasem, że czuję się trochę głupia, bo jeszcze niedawno tak pragnęłam zmiany i bo udał nam się naprawdę dobry kompromis. Pozwalam jednak przyjść tym emocjom bez ocenia ich i wtedy łatwiej mi spojrzeć na moje dziecko. Dostrzec w tych różnych trudnych zachowaniach też jej tęsknotę za tym, co było. Za codziennym luzem i elastycznością, którą straciłyśmy. Za powolnymi porankami. Za spacerami bez limitu nadchodzącego wieczora. Za nieustannym byciem razem i bliskością.

Gdzieś w głębi jej absurdalnych zachowań widzę trochę wołania o bliskość, o powolność. W skomplikowanej procedurze mycia-głowy-bez-wrzasku, w zjedzeniu zupy tylko przy zabawie w zębistą jaskinię i mega olbrzyma, w półgodzinnym wybieraniu ubrań. Codzienne tworzenie sytuacji pod górę, a może – dawania szansy z serii wykaż się mamo, daj mi swoją troskę, swoja uważność, pokaż na co cię stać. I kiedy tak myślę łatwiej mi iść do przodu z nadzieją, że jeszcze kiedyś każdy z nas znajdzie odpowiednią ilość czasu i przestrzeni na swoje własne potrzeby i na wspólne bycie w tym nowym (na razie) chaosie.

Póki co jedynym lekarstwem na chroniczny brak czasu i niewyrabianie jest uważność. Troskliwe bycie ze sobą, kiedy wreszcie mamy szansę być w kontakcie. Ale też troskliwe bycie dla samej siebie, znalezienie czasu na wzięcie kąpieli w soli, nałożenie maseczki i chwilę nie planowania, nie oceniania, zwykłego oddychania. 

Gdzieś tam dziś, myśląc o tym wszystkim trafiłam na tekst, który chwycił mnie za serce – podobną sytuacją i podobnym odczuwaniem, więc jeśli jakimś cudem nie znacie tego bloga, o podobnej nazwie podlinkowuję.

 

post

czas zmian

Ostatnie tygodnie to dość trudny czas dla naszej rodziny, w związku z tym, że zaczęłam pracę. Co prawda pracuję z domu i nie potrzebuję na to 8 godzin dziennie, ale to też niesie ze sobą pewne niedogodności.

W takim czasie łatwo o konflikty w rodzinie. Nie jest łatwo przeformułowywać nasze dotychczasowe przyzwyczajanie, a każde z naszej trójki musi to zrobić. Nie wiem czy da się bezboleśnie przejść przez takie momenty. Większość sygnałów, które widzę i słyszę w tej sytuacji mówią mi, że nie. Płyną z mojego ciała, domu, który nie jest tak uprzątnięty, jakby chciała, a przede wszystkim od mojej córki.

Poniżej parę luźnych myśli, o tym co nam pomaga w przechodzeniu przez czas zmian.

Świadomość przygody

W “Srebrnym Krześle” Lewis pisał, że przygody zawsze fajnie wyglądają z perspektywy opowieści i osiągnięć. Mniej przyjemne są, kiedy pada ci właśnie na głowę lodowaty śnieg i nie kąpałeś od dwóch tygodni.

Weszłam w ten nowy czas z silnym pragnieniem nowości i zmiany. Więc choć bywają dni, w których nie mam siły się kąpać, to staram się myśleć o tym, jako o przygodzie i mojej drodze dokądś (bo na pewno obecna praca nie jest tym, co chce robić już zawsze).

Szczere rozmowy

Jestem zdumiona szczerością i otwartością Łucji w tej sytuacji, która często wyraża wprost swoje emocje – nie chcę, żebyś pracowała, wolałabym być z Tobą, miałaś dla mnie za mało czasu. Czasem potrafi ująć do dojrzale i długo rozmawiamy. Kiedy indziej muszę mierzyć się z jej rozczarowaniem i gniewem.

Chwilowe zmiany w rutynie

Przez pierwszy miesiąc Łucja tak dotkliwie odczuwała niedobór czasu z mamą, że zaczęła znowu z nami spać. Mogliśmy się denerwować, że tak łatwo znika coś z trudem jednak wypracowanego, że to cofanie się w rozwoju, albo po prostu przyjąć, że ma teraz taką potrzebę. Zrobiliśmy to drugie i właśnie powoli wraca do swojego łóżka.

Wyrozumiałość dla samej siebie

Są dni, że okazuje się, że zwyczajnie nie mam sił ogarnąć wiele więcej niż absolutne minimum. Wysyłam teksty, ogarniam Łucję, wieszam pranie i kończą mi się zasoby energii, bo za wiele robiłam w poprzednie dni. Łatwo mi wtedy wskoczyć w spiralę wstydu czy oskarżania się, że obiad, że bałagan, że powinno być inaczej. Z drugiej strony mierząc się ostatnio z różnymi dolegliwościami zdrowotnymi, wiem że muszę bardziej na siebie uważać. I być bardziej wyrozumiała.

Intensywne, wspólne wykorzystywanie czasu wolnego

Kiedy spędzam z Łucją mniej czasu, czuję jak szybko mijają nam tygodnie. Dni nie dłużą się już niemiłosiernie i często pod koniec dnia mam niedosyt chwil z córką. Po 5 godzinach z opiekunką ona potrzebuje trochę czasu dla siebie i czasem kończy się tak, że mam wrażenie, że nie było między nami większej interakcji. Niezależnie do zmęczenia próbuję z nią wieczorami pograć albo poukładać. I z jeszcze większym zaangażowaniem planujemy ciekawy, rodzinny czas weekendowy. Że być ze sobą jak najwięcej, gdy czasu jest mniej.

Świadomość przekraczania własnych barier

Parę tygodni temu dzień, w którym musiałabym poradzić sobie z dzieckiem i napisać jeden tekst interpretowałabym jako trudny. Dzisiaj potrafię napisać 4 dość specjalistyczne artykuły w ciągu dnia, kiedy nie mam nikogo do pomocy nie umierając ze zmęczenia na jego koniec. Czuję, że się uczę i rozwijam, co o wiele bardziej mnie motywuje do tych trudnych zmian niż perspektywa wypłaty.

Nowy podział obowiązków

Dotychczas mieliśmy o wiele bardziej “szowinistyczny” układ w rodzinie. Trudno, żeby ten kto pracuje cały dzień wykonywał obowiązki domowe na równi z tym, kto jednak większość dnia jest w domu (tak, wiem, że wychowanie dziecka to też praca). Teraz przeformułowujemy powoli to podejście i tacie siłą rzeczy też się dostaje więcej zajęć w domu podczas tygodnia.

Świadomość, że moje dziecko rozwija się też beze mnie

Na przedszkole w tym roku chyba nie mamy, co liczyć, czego ja żałuję, bo chciałabym, że Łucja miała więcej kontaktu z innymi dziećmi. Zamiast tego mamy opiekunkę, która przynosi ze sobą codziennie wiele pomysłów na kreatywne spędzenia czasu. Wiem też, że pokazuje mojemu dziecko świat w trochę odmienny sposób niż ja, inaczej odpowiada na jej pytania i potrafi wzmacniać inne umiejętności. I bardzo mnie to cieszy, że w trakcie, kiedy ja zaliczam swój mniejszy czy większy „rozwój”, Łucja także poznaje nowy świat.

Dziękuję, proszę i uważność.

Podejście moglibyśmy mieć różne do tej sytuacji. Ja powinna uważać, że jest oczywistym, że teraz Bartek bierze o wiele większy udział w obowiązkach domowych, a on że skoro przychodzi ktoś do Łucji, to powinna mieć czas na jeszcze lepsze ich wykonywanie. Moim zdaniem takie myśli nie przynoszą nic dobrego i prowadzą do konfliktów. Lepiej jest skupić się na tym, co dzieje się w danej chwili.

Myślę o tym, jakie są moje potrzeby, słucham swojego ciała, kiedy mówi mi, że brak mi sił i nie boję się prosić o pomóc. Proszę nie dlatego, że mój mąż wyświadcza mi łaskę. Proszę dlatego, że to grzeczne (tak jak proszę o podanie soli kogoś na drugim końcu stołu). I jestem wdzięczna – nie dlatego, że uważam, że robi więcej niż powinien. Dlatego, że doceniam każdy wysiłek wkładany w to, żeby nasza rodzina dobrze funkcjonowała, nawet jeśli jest malutki i jest to schowanie zupy do lodówki, o czym ja zapominałam. Dziękuję za to.

Proszę i dziękuję, bo patrzę na nas, jak na ludzi, którzy mają swoje potrzeby, mogą być zmęczeni, sfrustrowani czy zagubieni, którzy uczą się nowych rzeczy i muszę przełamywać. Robię to, bo przyglądam się Bartkowi i wiem, kiedy zmywa albo usypia poza swoją kolejnością, choć wolałaby z pewnością oglądać samochody ma motto allegro. Dziękuję, bo widzę w tym miłość wyrażaną w trudnym czasie zmian. I mówiąc dziękuję reaguję uważnością, na jego uważność.

post

kiedy umarniesz

W końcu przyszedł w życiu Łucji moment na pytania, na które niekoniecznie chciałam już odpowiadać. Zasypiamy, a raczej próbujemy, już dwa razy się pokłóciłyśmy, już raz wychodziłam się uspokoić.

– Mamo… – słodziutki głosik i małe łapki głaszczące po twarzy – Mamoo… Jesteś taka śliczna i kocham Cię.
– Też Cię bardzo kocham. Możemy już spać? – nie mam już ochoty ani na głosik ani na łapki, nie chcę, żeby mnie dotykać po twarzy. Chcę, żeby zasnęła po tych 1.5 godziny i sama iść spać.

– Mamooo… Mamusiu… Zawsze będziesz żyła?

I co mam powiedzieć? Czy możemy o tym porozmawiać jutro? A najlepiej za dziesięć lat, albo nigdy? Mówię ciche “Nie” z nadzieją, że to wystarczy. Patrzą na mnie te ogromne czarne oczy.

– Ale to znaczy, że umarniesz?
– Kiedyś wszyscy umrą.

Łucja płacze. Płacze w ten sposób, który nie potrafi mnie denerwować w żadnej sytuacji i o żadnej porze. Wielkimi łzami, cicho, bez jęków i pisków. Płacze swoim smutkiem. I też mi smutno. Rozmawiamy długo, o tym kiedy umrę, a kiedy tata, a kiedy ona. O tym, co może być potem i czy plac zabaw wchodzi w grę. Łucja postanawia, że w razie czego znajdzie sobie nowych rodziców. Mówię, że to bardzo dobry plan, ale nie będzie wtedy ich potrzebowała tak bardzo jak teraz, bo raczej będzie dorosła.

Leżymy trochę w ciszy, każda oswaja własne myśli. Pewnie zanim umrę przeżyjesz już tyle strat, że trochę się oswoisz. Może nawet uda Ci się odkryć, że śmierć jest jednym z największym darów, że sprawia, że może istnieć chwila, którą się cieszymy, że mobilizuje do życia z sensem, że daje nadzieję, na coś więcej niż świat, na którym dzieci mrą z głodu i na wojnie. I pewnie też moja osoba do tego czasu zejdzie na dalszy plan, ukryje się za jakąś wielką miłością, troskami o własne dziecko albo niezwykłą życiową misją… A może wszystko będzie zupełnie inaczej.

– Śpimy? Zawszę będę Cię kochać.
– Nawet jak umarniesz?
– Nawet.

Znowu trochę płacze.

– Nie będę lubić tej godziny.
– Której?
– Tej, w której umarniesz wiesz? Bo ja tak bardzo Cię kocham.

I wtedy ja też już płaczę, tak samo cicho i wielkimi łzami. Płaczę, bo wiem, że ona ma rację i że Lewis miał rację – śmierć jest zawsze straszna. Przychodzi tata i głaszcze nas w ciszy po stopach. A potem idziemy spać wszyscy razem do sypialni i jeszcze chwilę cieszymy się sobą. Chyba nawet mocniej niż zazwyczaj, bo myśl o przemijaniu pozwoliła nam bardziej cenić teraz…