post

żelazko

Taki dzień, w sumie zwykły, z codziennymi zajęciami, ale w którym sobie zaplanowałam, że będę miała czas na coś z dawna przekładane. Ale co chwile coś małego wyskakuje i z upływem kolejnych minut, już czuję, że nie ma sensu nawet zaczynać, bo mam mam akurat tyle czasu, żeby udało mi się osiągnąć skupienie potrzebne do zaczęcia tego, co chciałam. Taki zwykły dzień, w którym miałam zrobić trzy rzeczy na krzyż, ale w domu zawsze jest ich więcej i jak już zaczynam czuć, że jestem trochę zmęczona, to dzwoni Bartek czy wyprasuję koszulę.

A z tego prasowania koszuli robi się całe zagadnienie. Bo właśnie ta konkretna, potrzebna uległa jakiemuś strasznemu zagnieceniu. A po 30 minutach opryskiwania i próbach rozprostowania, nagle nasze przedpotopowe żelazko postanawia obrzygać tąże białą i najnowszą z koszul kamieniem. Więc zamiast prasować odplamiam, a potem próbuję z kolejną, żeby uzyskać podobny efekt. I wtedy czuję już, że chce mi się płakać nad tymi głupimi koszulami, które zabrały mi tyle czasu i w dodatku bez efektu. I robię się zła.

Są takie teorie, w psychologii, że najpierw pojawia się nam niespecyficzne pobudzenie, a potem dopiero, w zależności od interpretacji, emocja. Ale ja mam wrażenie, że tę złość to ja czuję w brzuchu zupełnie inaczej niż na przykład rozczarowanie. I właśnie teraz czuję, że jestem zła. Przez jakąś minutę. Minuta to wystarczająco długo, żeby zdążyć wskoczyć w pewne klasyczne szablony szukania winnego za całą sytuację. Najlepiej tego, do kogo należy koszula, kto NIGDY nie ma porządku w szafie, kto ZAWSZE pakuje się na ostatnią chwilę. Ale nie idę za tą złością, tylko za myślą tego jak będzie wyglądać reszta dnia Bartka, który nocą dojedzie do hotelu i będzie pewnie jeszcze przygotowywał się na spotkanie. Tylko że wtedy, żeby nie było próżni, pojawia się poczucie winy – że może mogłam lepiej to jakoś zrobić albo wymienić to stare żelazko wcześniej. Za nim też nie idę.

Czasem wydaje mi się takie dziecinne, kiedy Łucja wścieka się na szafę czy stół, w które się uderzyła. Ale w istocie to chyba dużo zdrowsze. Po przejściu przez cały metaproces rozpoznawania własnych emocji i nadawania znaczeń wydarzeniom, docieram z wielkim zadowoleniem z siebie do tego samego momentu, co ona. Siedzę na łóżku i bardzo dojrzale wściekam się przez chwilę na głupie żelazko. Bo naprawdę nie musi istnieć winny za to, że w piętnastoletnim żelazku jest kamień. I pozwalam sobie na zwykłą troskę o męża, który zamiast mieć szybciej, teraz jeszcze jedzie kupić nowe żelazko i przed którym długa droga. Ze świadomością, że za to też nie musi być nikt winny, że po prostu czasem zdarza się coś niefortunnego.

Mam 30 lat i żeby przy absurdalnie zwykłej i codziennej historii o koszulach, nie pokłócić się z drugim dorosłym, muszę ciągle używać moich płatów czołowych, zwracać uwagę na znaczenia jakie nadaję danym wydarzeniom, odrzucać odruchowe interpretacje i przyjmować te, które uważam za swoje. I czasem muszę dokonać przy tym solidnego wysiłku poznawczego.

A przy tym tak często i odruchowo wymagam od mojego dziecka, które ma 26 lat mniej, nierozwinięty mózg i dużo mniej doświadczenia, żeby stanęło na poziomie trudnym do osiągnięcia dla mnie. Tak łatwo wejść mi paradygmat “marudna – trudna – niegrzeczna”, kiedy jej emocje przejmują ster, bo coś jest inaczej niż sobie zaplanowała albo chciała, bo coś nie działa albo bo po prostu jest zmęczona. I tak łatwo mi odrzucać niektóre jej strategie (“głupia szafa”), jako dziecinne, choć może są mądrzejsze od wielu moich.

Więc dzisiaj myślę o tym, jak jej towarzyszyć kiedy będzie miała trudne emocje i jak pokazywać, że w świecie niektóre rzeczy po prostu się dzieją i że nie potrzeba szukać za nie kozła ofiarnego. Jak nie dać jej nawyków myślowych, które sama mam i których przełamywanie wymaga ode mnie tyle wysiłku.   

 

post

od prysznica się nie utopisz

Właśnie udało mi się wejść do wanny, kiedy słyszę Łu. Bywa, że potrafi zorganizować sobie samodzielnie 2-3 godziny czasu (szczególnie w okolicach północy), ale właśnie w tej chwili drastycznie potrzebuje mojej uwagi. Wiadomo – odkręciłam przecież wodę.

– Mamoooo!!!
– Cooo?!! – odpowiada mi jakiś niezrozumiały, zagłuszony przez szum wody bełkot. Nie brzmi, jak katastrofa, ale zakręcam i ponawiam pytanie – Co? Bo nie słyszę.
– Chcę coś porobić!
– No to rób. Ja się myję.
– Mamo! Ale nie wiem co i się nudzę. Gdzie jest Twój telefon?
– Nie wiem, poszukaj. – odkręcam wodę stwierdzając, że nie jest to sprawa życia i śmierci, ale zaraz dociera do mnie kolejne “Mamoooo!”, po którym następuje jakaś dłuższa przemowa.
– No dobra, to chodź tutaj. Pomożesz mi! – Przybiega wybitnie zaintrygowana.
– No co? Co?
– Możesz powsadzać pranie z kosza do pralki. Tylko same kolorowe, bez białych.
– A. No to też trochę nuda. Ale dobra. A czemu nie białe? A czarne to kolorowe? – czuję jak moje 15 minut spokoju, układania sobie w głowie i brania oddechu na cały dzień, właśnie odpłynęło do kanalizacji razem z wodą. Biorę głęboki wdech i odpowiadam na wszystkie pytania. Po czym, nie wiadomo po co, wypowiadam na głos swoją myśl:
– Muszę umyć głowę, a mi się nie chce.
– Spokojnie, ja się tym zajmę – entuzjastycznie stwierdza cieniutki głosik, a małe łapki wyrywają mi słuchawkę prysznica. Zanim wiem ,co się dzieje, mam wodę w oczach, ustach i uszach.
– Czekaj! Utopisz mnie. Powoli, patrz gdzie lejesz.
– Nie utopisz się od prysznica, mamo. Dawaj szampon.

Przypadkiem odwróciłyśmy role. I nagle czuję całą sobą, jakie to mycie głowy może być intruzywne, jakie trudne, jak bardzo może naruszyć cielesność. Jak mało ma się kontroli, kiedy naprzeciwko ciebie stoi drugi z prysznicem i szamponem w rękach. Jak bardzo stamtąd nie czuje się tutaj. Jak łatwo nie wiedzieć, że temperatura wody nagle spadła albo skoczyła czy że piana zaczęła spływać do oczu. W wielkim przebłysku widzę, że to nie jest tylko szczypanie oczu, nieuzasadniony strach, marudzenie, zbyt duża wrażliwość sensoryczna skóry głowy. Nagle zupełnie inaczej rozumiem cały ten dziki taniec pełen rytuałów, koła ratunkowego i małego ręczniczka z Elzą i zaczynam cieszyć się, że na niego się zgodziłam. A nawet z tego, że w grudniu przez miesiąc nie myłyśmy głowy, bo Łucja nie miała na to przestrzeni.

– Nie lej mi teraz na głowę dobra? Chciałabym sama sobie umyć szamponem, bo lubię sobie go dobrze wmasować i zostawić na chwilę. – Błyskawiczny obrót prysznica zalewa pół łazienki, szczęśliwie omijając wyjęte z suszarki ubrania. – Aaaa!!! Na brzuch lej! Albo na nogi.
– No już, już spokojnie. – odpowiada Łucja i w pełnym skupieniu celuje w podeszwę mojej stopy.
– Łaskocze!! – Łucja znowu zmienia kierunek strumienia wody i wzdycha
– Teraz dobrze? Trochę jesteś marudna dzisiaj, wiesz? Może umyję Ci plecki? Żebyś się uspokoiła…

Już tak nie pękam z zachwytu nad samą sobą. Spojrzałam bardzo głęboko w lustro. Wczoraj czytałam trochę o granicach, a dziś praktyka zalała mnie strumieniem trochę za ciepłej wody. I przypomniała, że szacunek do nich nie tylko ich nie narusza, ale też nie wzdycha i nie ocenia.

 

post

zmiany, chaos i uważność

Na blogu zapadła głucha cisza głównie z jednego powodu. Minęły 2 miesiące od kiedy zaczęłam pracować i nadal żyjemy w mniejszym lub większym chaosie. Rozsądna część mnie mówi mi, że to aż nadto czasu na przystosowanie się do nowych warunków. I ta sama część wpada w panikę, że w takim razie zawsze już w takim chaosie będziemy funkcjonować oraz oskarża o zupełną niewydolność i brak umiejętności godzenia wszystkiego. Codziennie rano kiedy w dzikim obłędzie próbuję ogarnąć trochę dom przed przyjściem naszej opiekunki, wyrzucam sobie, że nie zrobiłam więcej dzień wcześniej i głupio mi przed nią, przed sobą samą i moją wizją bycia idealną.

Bycie idealną mamą nigdy nie wychodziło najlepiej, ale teraz poszło w zupełną rozsypkę. Jest trudniej niż bywało i między mną a Łu pojawia się mnóstwo napięć. Padają gorzkie słowa od niej, a ja pokrzykuje od czasu do czasu. Są momenty, że wszystko musi być na opak. Niby to wielka chęć, żeby pójść na spacer, a mierzymy się z godziną płaczu, bo zostały nam do ubrania tylko “brzydkie spodnie”. Pod górę jest ze wszystkim. Posikiwanie, nocne pobudki, opór do jedzenia, jeszcze większe problemy z zasypianiem niż bywało, choć przecież mamy narzucony stały rytm. Na zmianę bierze mnie złość, zwątpienie czy na pewno tędy droga przy wychowaniu, albo poczucie winy, że nie daję rady.

Ile czasu trwa nauczenie się nowego? Wyrobienie odpowiedniego rytmu? Wydaje mi się nagle niebywale dziwne, że to nas, wielkich odkrywców nieznanego, śpiących pod namiotami, wchodzących w góry i rzucających się na robienie domowej szynki dojrzewającej, przezwycięża zwykła rzeczywistość. Że ta sama dziewczynka, która z taką łatwością, entuzjazmem i elastycznością poznaje nowe i wkracza w przygody, z takim trudem przyjmuje tę zmianę.

Kiedy jednak zaglądam głęboko w siebie, widzę że im wciąż brak wielu rzeczy, które były. Naszej porannej przestrzeni na wylegiwanie się przy bajce i jedzenia śniadania w łóżku. Możliwości poświęcenia całego dnia na spokojne sprzątanie tańcząc przy Brodce, która jest ulubioną muzyką Łu. Spacerów. Pozwolenia sobie na dzień, w którym nie robimy zupełnie nic konstruktywnego, ale taki w którym babramy się w ziemi przesadzając kwiatki. 

Taka chwila szczerości przed sobą sprawia czasem, że czuję się trochę głupia, bo jeszcze niedawno tak pragnęłam zmiany i bo udał nam się naprawdę dobry kompromis. Pozwalam jednak przyjść tym emocjom bez ocenia ich i wtedy łatwiej mi spojrzeć na moje dziecko. Dostrzec w tych różnych trudnych zachowaniach też jej tęsknotę za tym, co było. Za codziennym luzem i elastycznością, którą straciłyśmy. Za powolnymi porankami. Za spacerami bez limitu nadchodzącego wieczora. Za nieustannym byciem razem i bliskością.

Gdzieś w głębi jej absurdalnych zachowań widzę trochę wołania o bliskość, o powolność. W skomplikowanej procedurze mycia-głowy-bez-wrzasku, w zjedzeniu zupy tylko przy zabawie w zębistą jaskinię i mega olbrzyma, w półgodzinnym wybieraniu ubrań. Codzienne tworzenie sytuacji pod górę, a może – dawania szansy z serii wykaż się mamo, daj mi swoją troskę, swoja uważność, pokaż na co cię stać. I kiedy tak myślę łatwiej mi iść do przodu z nadzieją, że jeszcze kiedyś każdy z nas znajdzie odpowiednią ilość czasu i przestrzeni na swoje własne potrzeby i na wspólne bycie w tym nowym (na razie) chaosie.

Póki co jedynym lekarstwem na chroniczny brak czasu i niewyrabianie jest uważność. Troskliwe bycie ze sobą, kiedy wreszcie mamy szansę być w kontakcie. Ale też troskliwe bycie dla samej siebie, znalezienie czasu na wzięcie kąpieli w soli, nałożenie maseczki i chwilę nie planowania, nie oceniania, zwykłego oddychania. 

Gdzieś tam dziś, myśląc o tym wszystkim trafiłam na tekst, który chwycił mnie za serce – podobną sytuacją i podobnym odczuwaniem, więc jeśli jakimś cudem nie znacie tego bloga, o podobnej nazwie podlinkowuję.

 

post

czas zmian

Ostatnie tygodnie to dość trudny czas dla naszej rodziny, w związku z tym, że zaczęłam pracę. Co prawda pracuję z domu i nie potrzebuję na to 8 godzin dziennie, ale to też niesie ze sobą pewne niedogodności.

W takim czasie łatwo o konflikty w rodzinie. Nie jest łatwo przeformułowywać nasze dotychczasowe przyzwyczajanie, a każde z naszej trójki musi to zrobić. Nie wiem czy da się bezboleśnie przejść przez takie momenty. Większość sygnałów, które widzę i słyszę w tej sytuacji mówią mi, że nie. Płyną z mojego ciała, domu, który nie jest tak uprzątnięty, jakby chciała, a przede wszystkim od mojej córki.

Poniżej parę luźnych myśli, o tym co nam pomaga w przechodzeniu przez czas zmian.

Świadomość przygody

W “Srebrnym Krześle” Lewis pisał, że przygody zawsze fajnie wyglądają z perspektywy opowieści i osiągnięć. Mniej przyjemne są, kiedy pada ci właśnie na głowę lodowaty śnieg i nie kąpałeś od dwóch tygodni.

Weszłam w ten nowy czas z silnym pragnieniem nowości i zmiany. Więc choć bywają dni, w których nie mam siły się kąpać, to staram się myśleć o tym, jako o przygodzie i mojej drodze dokądś (bo na pewno obecna praca nie jest tym, co chce robić już zawsze).

Szczere rozmowy

Jestem zdumiona szczerością i otwartością Łucji w tej sytuacji, która często wyraża wprost swoje emocje – nie chcę, żebyś pracowała, wolałabym być z Tobą, miałaś dla mnie za mało czasu. Czasem potrafi ująć do dojrzale i długo rozmawiamy. Kiedy indziej muszę mierzyć się z jej rozczarowaniem i gniewem.

Chwilowe zmiany w rutynie

Przez pierwszy miesiąc Łucja tak dotkliwie odczuwała niedobór czasu z mamą, że zaczęła znowu z nami spać. Mogliśmy się denerwować, że tak łatwo znika coś z trudem jednak wypracowanego, że to cofanie się w rozwoju, albo po prostu przyjąć, że ma teraz taką potrzebę. Zrobiliśmy to drugie i właśnie powoli wraca do swojego łóżka.

Wyrozumiałość dla samej siebie

Są dni, że okazuje się, że zwyczajnie nie mam sił ogarnąć wiele więcej niż absolutne minimum. Wysyłam teksty, ogarniam Łucję, wieszam pranie i kończą mi się zasoby energii, bo za wiele robiłam w poprzednie dni. Łatwo mi wtedy wskoczyć w spiralę wstydu czy oskarżania się, że obiad, że bałagan, że powinno być inaczej. Z drugiej strony mierząc się ostatnio z różnymi dolegliwościami zdrowotnymi, wiem że muszę bardziej na siebie uważać. I być bardziej wyrozumiała.

Intensywne, wspólne wykorzystywanie czasu wolnego

Kiedy spędzam z Łucją mniej czasu, czuję jak szybko mijają nam tygodnie. Dni nie dłużą się już niemiłosiernie i często pod koniec dnia mam niedosyt chwil z córką. Po 5 godzinach z opiekunką ona potrzebuje trochę czasu dla siebie i czasem kończy się tak, że mam wrażenie, że nie było między nami większej interakcji. Niezależnie do zmęczenia próbuję z nią wieczorami pograć albo poukładać. I z jeszcze większym zaangażowaniem planujemy ciekawy, rodzinny czas weekendowy. Że być ze sobą jak najwięcej, gdy czasu jest mniej.

Świadomość przekraczania własnych barier

Parę tygodni temu dzień, w którym musiałabym poradzić sobie z dzieckiem i napisać jeden tekst interpretowałabym jako trudny. Dzisiaj potrafię napisać 4 dość specjalistyczne artykuły w ciągu dnia, kiedy nie mam nikogo do pomocy nie umierając ze zmęczenia na jego koniec. Czuję, że się uczę i rozwijam, co o wiele bardziej mnie motywuje do tych trudnych zmian niż perspektywa wypłaty.

Nowy podział obowiązków

Dotychczas mieliśmy o wiele bardziej “szowinistyczny” układ w rodzinie. Trudno, żeby ten kto pracuje cały dzień wykonywał obowiązki domowe na równi z tym, kto jednak większość dnia jest w domu (tak, wiem, że wychowanie dziecka to też praca). Teraz przeformułowujemy powoli to podejście i tacie siłą rzeczy też się dostaje więcej zajęć w domu podczas tygodnia.

Świadomość, że moje dziecko rozwija się też beze mnie

Na przedszkole w tym roku chyba nie mamy, co liczyć, czego ja żałuję, bo chciałabym, że Łucja miała więcej kontaktu z innymi dziećmi. Zamiast tego mamy opiekunkę, która przynosi ze sobą codziennie wiele pomysłów na kreatywne spędzenia czasu. Wiem też, że pokazuje mojemu dziecko świat w trochę odmienny sposób niż ja, inaczej odpowiada na jej pytania i potrafi wzmacniać inne umiejętności. I bardzo mnie to cieszy, że w trakcie, kiedy ja zaliczam swój mniejszy czy większy „rozwój”, Łucja także poznaje nowy świat.

Dziękuję, proszę i uważność.

Podejście moglibyśmy mieć różne do tej sytuacji. Ja powinna uważać, że jest oczywistym, że teraz Bartek bierze o wiele większy udział w obowiązkach domowych, a on że skoro przychodzi ktoś do Łucji, to powinna mieć czas na jeszcze lepsze ich wykonywanie. Moim zdaniem takie myśli nie przynoszą nic dobrego i prowadzą do konfliktów. Lepiej jest skupić się na tym, co dzieje się w danej chwili.

Myślę o tym, jakie są moje potrzeby, słucham swojego ciała, kiedy mówi mi, że brak mi sił i nie boję się prosić o pomóc. Proszę nie dlatego, że mój mąż wyświadcza mi łaskę. Proszę dlatego, że to grzeczne (tak jak proszę o podanie soli kogoś na drugim końcu stołu). I jestem wdzięczna – nie dlatego, że uważam, że robi więcej niż powinien. Dlatego, że doceniam każdy wysiłek wkładany w to, żeby nasza rodzina dobrze funkcjonowała, nawet jeśli jest malutki i jest to schowanie zupy do lodówki, o czym ja zapominałam. Dziękuję za to.

Proszę i dziękuję, bo patrzę na nas, jak na ludzi, którzy mają swoje potrzeby, mogą być zmęczeni, sfrustrowani czy zagubieni, którzy uczą się nowych rzeczy i muszę przełamywać. Robię to, bo przyglądam się Bartkowi i wiem, kiedy zmywa albo usypia poza swoją kolejnością, choć wolałaby z pewnością oglądać samochody ma motto allegro. Dziękuję, bo widzę w tym miłość wyrażaną w trudnym czasie zmian. I mówiąc dziękuję reaguję uważnością, na jego uważność.

post

kiedy umarniesz

W końcu przyszedł w życiu Łucji moment na pytania, na które niekoniecznie chciałam już odpowiadać. Zasypiamy, a raczej próbujemy, już dwa razy się pokłóciłyśmy, już raz wychodziłam się uspokoić.

– Mamo… – słodziutki głosik i małe łapki głaszczące po twarzy – Mamoo… Jesteś taka śliczna i kocham Cię.
– Też Cię bardzo kocham. Możemy już spać? – nie mam już ochoty ani na głosik ani na łapki, nie chcę, żeby mnie dotykać po twarzy. Chcę, żeby zasnęła po tych 1.5 godziny i sama iść spać.

– Mamooo… Mamusiu… Zawsze będziesz żyła?

I co mam powiedzieć? Czy możemy o tym porozmawiać jutro? A najlepiej za dziesięć lat, albo nigdy? Mówię ciche “Nie” z nadzieją, że to wystarczy. Patrzą na mnie te ogromne czarne oczy.

– Ale to znaczy, że umarniesz?
– Kiedyś wszyscy umrą.

Łucja płacze. Płacze w ten sposób, który nie potrafi mnie denerwować w żadnej sytuacji i o żadnej porze. Wielkimi łzami, cicho, bez jęków i pisków. Płacze swoim smutkiem. I też mi smutno. Rozmawiamy długo, o tym kiedy umrę, a kiedy tata, a kiedy ona. O tym, co może być potem i czy plac zabaw wchodzi w grę. Łucja postanawia, że w razie czego znajdzie sobie nowych rodziców. Mówię, że to bardzo dobry plan, ale nie będzie wtedy ich potrzebowała tak bardzo jak teraz, bo raczej będzie dorosła.

Leżymy trochę w ciszy, każda oswaja własne myśli. Pewnie zanim umrę przeżyjesz już tyle strat, że trochę się oswoisz. Może nawet uda Ci się odkryć, że śmierć jest jednym z największym darów, że sprawia, że może istnieć chwila, którą się cieszymy, że mobilizuje do życia z sensem, że daje nadzieję, na coś więcej niż świat, na którym dzieci mrą z głodu i na wojnie. I pewnie też moja osoba do tego czasu zejdzie na dalszy plan, ukryje się za jakąś wielką miłością, troskami o własne dziecko albo niezwykłą życiową misją… A może wszystko będzie zupełnie inaczej.

– Śpimy? Zawszę będę Cię kochać.
– Nawet jak umarniesz?
– Nawet.

Znowu trochę płacze.

– Nie będę lubić tej godziny.
– Której?
– Tej, w której umarniesz wiesz? Bo ja tak bardzo Cię kocham.

I wtedy ja też już płaczę, tak samo cicho i wielkimi łzami. Płaczę, bo wiem, że ona ma rację i że Lewis miał rację – śmierć jest zawsze straszna. Przychodzi tata i głaszcze nas w ciszy po stopach. A potem idziemy spać wszyscy razem do sypialni i jeszcze chwilę cieszymy się sobą. Chyba nawet mocniej niż zazwyczaj, bo myśl o przemijaniu pozwoliła nam bardziej cenić teraz…

post

„Nie kocham Cię mamo”

Opcjonalnie „i już nie chcę Ci więcej widzieć”. Łucja intensywnie doświadcza emocji. Czasem mam wręcz wrażenie, że w nich tonie i potrzebujemy dużo wysiłku, żeby w miarę szybko wydostała się na powierzchnię. Ostatnio moja ukochana, wypieszczona, najsłodsza istota 😉 wpadła w okres dość ostrego wyrażania się w przypadku różnicy zdań. Chodziła do swojego pokoju z płaczem, krzycząc, że już mnie nie kocha, że już nigdy mi nie wybaczy i inne podobne przyjemności.

Spodziewałam się, że kiedyś będę musiała z taką sytuacją zmierzyć, ale obstawiałam bardziej okolice nastoletniego buntu, gdy zabronimy jej wytatuować sobie całą twarz. W końcu, po trzech czy czterech takich sytuacjach i próbach zrozumienia, co się dzieje w głowie mojego dziecka i jak mu pomóc, dopiero dotarło do mnie coś, co powinno w zasadzie być oczywiste.

Tu i teraz

Ta magiczna kraina, do której wielu próbuje dotrzeć i nie potrafi, o której pisałam ostatnio tu. Niezwykła umiejętność dzieci, której tak często jej zazdrościmy, bo sprawia, że dzisiejszy obiad jest „mamo najwspanialszą ucztą, jaką jadłam”, a każda aktywność wykonywana z urzekającym zaangażowaniem. Często kojarzymy to tylko z pozytywnymi emocjami, a przecież kiedy przychodzą trudne chwile, kłótnia, złość –  to również w nich nasze dziecko zanurza się bez reszty. I w tej chwili, kiedy cały świat jest zdominowany przez złość i poczucie niezrozumienia, przez chwilę dziecko nie czuje więzi i może wykrzyczeć „Nie kocham Cię już”. A co będzie dalej, w dużej mierze już zależy od naszej reakcji.

Reakcje negatywne

Złość za złość, karanie za podważanie naszego autorytetu, budzenie poczucia winy za to, że dziecko sprawia nam przykrość – to wszystko zdecydowanie słabe rozwiązania. Ich wspólne przesłanie jest jedno – nie wyrażaj swoich negatywnych emocji, nasza bliskość może trwać tylko wówczas, kiedy jesteś w porządku wobec mnie. Nie mów o swojej złości, nie mów o swoim poczuciu opuszczenia. Jeśli za wszelką cenę nie chcesz słyszeć od swojego dziecka przykrych słów, to z powodzeniem możesz je wytresować, pomyśl tylko czym zapłacisz.

Obojętność

Zupełny brak reakcji, dobrze dobrze idź sobie popłacz, wrócisz jak zgłodniejesz, zobaczymy, co będzie jak będziesz chciał, żebym coś dla Ciebie zrobiła. W ten sposób też nie wspierasz dziecka w nauce okazywania emocji czy komunikacji. Dajesz mu raczej do zrozumienia, że to co czuje jest nieistotne. Zaznaczasz swoją przewagę czy władzę, uzależniasz miłość dziecka od jego posłuszeństwa. A chcesz przecież, żeby kochało Cię po prostu, nie za to, że dostaje od Ciebie jedzenie albo pomoc.

Być razem, gdy potrzeba przestrzeni

W takich momentach trudno być razem. Niby mówi się, że uczy się dzieci radzenia z emocjami wchodząc w nie razem z nimi, uczestnicząc we wszystkim. A tu guzik. Bo dziecko decyduje się na samotność – nie chcę Cię, idź sobie, daj mi spokój, już nigdy więcej się nie odezwę. Nie ma miejsca na bycie razem? Myślę, że jest – zaznaczyć swoją gotowość i otwartość, a w końcu zwyczajnie posłuchać… iść sobie, dać spokój. Bez focha, bez gorzkich uwag, bez słonych łez, zająć czymś innym.

„Ja też się źle czuję/złoszczę/jest mi przykro w tej sytuacji, ale dalej Cię kocham. Czy przytulić Cię? A potem? Aha, no dobrze, to dam Ci spokój, ale jakbyś chciała to mnie zawołaj.” Czasem wracam, po pięciu, dziesięciu minutach, upewniam się czy jednak nie potrzebuje. Czasem wracam cztery razy i za piątym dopiero tulę małe, drżące ciałko. Czasem słyszę zapewnienia o miłości i gorące przeprosiny, czasem tylko „byłam zła”, a czasem „Czy możemy coś porobić”.

Nowy początek

Te parę sytuacji przyniosło nam wiele, wiele dobrego. Wspaniały start do rozmawiania o trudnych emocjach, w szczególności o złości. Do rozmawiania o miłości, która trwa, nawet jeśli schowa się pod tą złością. I jak sobie z tą złością radzić, jak ją wyrażać, żeby nie krzywdzić innych. Tak, powiedziałam, że przykro mi jest słyszeć takie słowa – ale później, kiedy Łucja wróciła na zimno do któregoś z konfliktów.

Ostatnia z naszych kłótni zakończyła się tym, że wykrzyczała do mnie z pokoju: „Strasznie mnie podrażniłaś i nie chcę Cię eee TERAZ widzieć. Przyjdę, jak będę chciała.” A ja odkrzyknęłam, że bardzo dobrze, bo też się muszę uspokoić, ale potem chętnie się przytulę.

Teraz przekornie, od tygodnia czekam z ciekawością na kolejny wybuch, ale ostatnio jakoś gładko idzie nam dogadywanie się 🙂

post

czasem krzyczę na dziecko

Zacznijmy od tego, że ja niezwykle rzadko podnoszę głos. Chociaż czasem daję się ponosić emocjom, to prawie nigdy na nikogo nie krzyczę. Więc może dzięki temu jest mi trochę łatwiej, ale tak, przyznaję – zdaje mi się krzyknąć na moją córkę. Albo powiedzieć coś czego nie chciałabym właściwie mówić, albo nie takim tonem, jak powinnam.

Nad tym, że krzyczenie na dzieci jest metodą nie dość, że szkodliwą, to jeszcze skazaną na porażkę, chyba rozwodzić się nie trzeba. Już niejeden artykuł powstał na temat tego, jak to krzywdzi, jak blokuje komunikację i że w zasadzie nie działa. Problem w tym, że jesteśmy ludźmi. Czasem jesteśmy zwyczajnie zmęczeni, boli nas głowa, nie radzimy sobie i w efekcie – wszyscy czasem krzyczymy.

Poczucie winy

Kiedy podnosimy głos na dziecko najczęściej kończy się to dla nas (mniej lub bardziej uświadomionym) poczuciem winy. Tylko, że niestety ono donikąd nie prowadzi. Przypomina poczucie winy po zbitej szklance. Bo szklanka już zbita, mleko się rozlało, nie dlatego, że taki mieliśmy plan. Po prostu zwyczajnie wyślizgnęła się nam z rąk.

Powoli uczę się, żeby zamiast zabawiać się własnym poczuciem winy i usprawiedliwieniami, przyjrzeć się sytuacji z boku, potraktować ją jako nowe wyzwanie, a nie porażkę. Wyzwanie dla mnie, ale też dla Łucji. Bo przecież nawet gdybyśmy my nigdy nie podnieśli na nią głosu, ktoś w końcu to kiedyś zrobi, więc lepiej uczyć się w warunkach miłości i akceptacji. Lepiej też żyć prawdziwymi emocjami i w oparciu o nie budować relację, a nie udawać doskonałego, choć sztucznego rodzica.

Co Ci mówi Twój krzyk?

Kiedy już ochłoniesz to warto się zastanowić, co tak naprawdę wyraża Twój krzyk? Skąd ta złość? Czasem kiedy brak mi cierpliwości, szukam tego, co dzieje się we mnie. Często takie chwile są oznaką mojego wyczerpania albo zmęczenia jakąś sytuacją. Są impulsem, żeby poprosić męża o więcej pomocy, położyć się wcześniej spać, albo zawalczyć z jakimś zachowaniem Łucji, na które dotychczas się zgadzałam, ale które zaczęło mnie już mnie męczyć.

W pułapce konsekwencji

Nie wiem czy też mieliście zawsze przekonanie, że konsekwencja jest kluczem do dobrego wychowywania dzieci. Zgoda są sytuacje, w których konsekwencja jest bardzo ważna, szczególnie wtedy, gdy próbujemy wprowadzać nowe zwyczaje czy nowe nawyki. Ale na pewno nie jest to moment kłótni.

Konsekwentne krzyczenie jest dość wygodne dla rodzica, trochę chroni przed poczuciem winy. Jeśli odpowiednio dużo i szybko gadamy, nie bacząc na drugą stronę, jesteśmy w stanie nie słyszeć ani własnej wewnętrznej krytyki, ani protestów dziecka. A przecież konsekwentnie dla jego dobra się nie wycofamy, no bo “przegięło”, co nie? 🙂

Jeśli chodzi o nasze kłótnie, to ja z radością porzucam wszelkie resztki konsekwencji. Niezwykłą wolność przynosi świadomość, że mogę się zatrzymać w każdym momencie i że im szybciej tym lepiej. A potem przeprosić i przejść do emocji i potrzeb. “Przepraszam, zapędziłam się, nie powinnam na Ciebie krzyczeć. Chodzi o to, że … “. Uwierzcie mi, że moja trzyletnia córka doskonale rozumie o co chodzi, kiedy wytłumaczę. Rozumiała też rok temu.

Poważne traktowanie dziecka

Tym, co najłatwiej wyprowadza nas z matni, w której puszczają mi nerwy, jest fakt, że traktuje moje dziecko poważnie. Jak drugą, równorzędną osobę. Że rozumiem taką sytuację, nie klasycznie – jako usprawiedliwiony krzyk wywołany niegrzecznym zachowaniem, ale jako kłótnię dwóch osób.

Pomaga też to, że przechodziłyśmy przez to już nie raz. I że kiedy ona krzyczała, a ja byłam spokojna, to też rozmawiałam z nią poważnie. Dlatego teraz jeśli ja się zagalopuję, to ona potrafi mnie zatrzymać, zadając mi proste, ale ważne pytania. Kierując mnie do własnych emocji, do własnych potrzeb, albo po prostu pokazując siebie.

“Mamo, czy jesteś na mnie zła?”

“Mamo, nie lubię, gdy w ten sposób do mnie mówisz. Dlaczego tak powiedziałaś?”

“Wiesz nie chcę się już kłócić. Możemy porozmawiać?”

“Przecież wczoraj mogłam skakać, dlaczego dzisiaj nie mogę?”

Gra warta świeczki

Poświęciłyśmy godziny rozmów i trudnych chwil przez te trzy lata. Były momenty, kiedy zastanawiałam się czy nie warto sięgnąć do różnych taktyk władzy rodzicielskiej, wysłać do pokoju, zabronić czegoś, powiedzieć “Nie, bo nie! I koniec dyskusji”.

Ale w momentach, gdy słyszę ten cieniutki głosik przemawiający z mądrością, której czasem brakuje osiemdziesięcioletnim staruszkom czuję, że było warto. I pękam z dumy, nad nią, nad sobą, nad więzią, którą wykształciłyśmy, nad sposobami komunikacji, których się nauczyłyśmy. Nie na długo, bo za jakiś czas znowu któraś z nas krzyknie na drugą i będziemy musiały na nowo zanurzać się w cały proces. Tyle, że mamy coraz więcej umiejętności, które pozwalają się nam z tego wydostać.

 

 

 

Photo credit: Toni Blay via Foter.com / CC BY-NC-ND

post

prawda

Prawda wyzwala. Nie tylko na poziomie metafizycznym. Na poziomie tu, teraz, codziennych relacji też. Czasem zapominam o tym patrząc na dziecko, myślę że jest jeszcze mała, że nie potrafi pewnych rzeczy unieść, a innych zrozumieć. Wtedy stosuję metody pośrednie – czasem odwracam uwagę, czasem wymyślam kompromisy i zabawy. I często to dobrze, ale bywa i tak, że nawet w relacji z dwulatkiem tylko prawda jest tym, co może pomóc przełamać impas.

Dobrze, że nie jesteśmy robotami, idealnymi matkami, które zawsze potrafią się w pełni kontrolować, reagować przez 1440 minut w ciągu doby z maksymalną empatią. Wybuchnęłam, pokrzyczałam i miałam w sobie tę złość, która sprawia, że ma się ochotę sięgnąć po cały arsenał wszystkich znanych kar, a potem w odizolować i bujać się w bezsilności i wstydzie. Może się mylę, ale myślę, że ostateczne odwoływanie się do imperatywu władzy i siły (że ja mogę Cię uderzyć, zamknąć w pokoju, coś Ci kazać, a Ty mnie nie) nie jest najszczęśliwszą drogą w rodzicielstwie. Dla mnie jest zawsze porażką, objawem bezsilności, tego że nie potrafię sobie poradzić w inny sposób.

Ale równocześnie brak idealności czy wybuch emocji porażką dla mnie nie są. Są drogą do tego, żeby stanąć na chwilę z boku i oświetlić sytuację prawdą – dla mnie i dziecka. Jak to zrobić, to już chyba każdy musi odkryć sam. Jeśli zdarza mi się zniecierpliwić, wybuchnąć lub podnieść głos, Łucja się nie kuli. Wtedy się kłócimy. I słyszę od tej małej istoty, że jestem marudna, że mam nigdy więcej nie krzyczeć, że właśnie, że ona chce to czy tamto. Ale ta kłótnia jest dla nas szansą, żeby iść dalej, odbić się z miejsca, w którym utknęłyśmy.

Ostatnio spędziłyśmy pół godziny na podłodze, szukając swoich emocji, próbując je nazwać. I nie chodziło wcale o to, żeby wytłumaczyć tak, żeby dziecko zrozumiało. Chodziło o naukę patrzenia na siebie nawzajem, o to że ja widzę, że Ty jesteś zmęczona, a Ty zobacz, że ja też bywam. Widzę, że się złościsz trochę też dlatego, że masz katar. Ja za bardzo się rozzłościłam, bo działo się ostatnio dużo trudnych dla mnie rzeczy i może mam mniej cierpliwości. Ile można dziecku powiedzieć, kiedy będziemy mu kłaść zbyt duży ciężar, ile zrozumie? Nie wiem. Próbujcie, słuchając siebie. Ja na razie jestem nieodmiennie zdziwiona możliwościami Łucji. Na pewno takie podejście niesie ze sobą zagrożenie obarczenia dziecka, ale z drugiej strony przecież całkowicie nie ukryjemy emocji. Lepiej powiedzieć: jestem zła, bo prosiłam Cię, żebyś nie wylewała już wody na podłogę, a Ty to zrobiłaś. Wolałabym robić teraz inne rzeczy, a nie sprzątać. Myślę, że lepiej dać sobie prawo do emocji – i do prawdy. Wtedy o wiele łatwiej nad nimi przejść. Wszystkim.

Warto jednak pamiętać, że (według psychologii rozwojowej) dzieci osiągają zdolność decentracji, czyli umiejętność patrzenia z perspektywy drugiej osoby dopiero około szóstego roku życia. Dlatego pewne argumenty, których używamy mogą być dla niego trudne do zrozumienia, bo małe dziecko przede wszystkim widzi siebie, swoje emocje i swoje potrzeby, a nie nas. Nie możemy oczekiwać, że będzie w stanie “wyjść poza siebie” i na chłodno ocenić sytuację. My, żeby to ominąć, czasem stosujemy opowieści o różnych zwierzętach, które mają problemy podobne do nas. Mojej córce o wiele łatwiej jest utożsamić się z myszką, której mama też musiała sprzątać i nie mogła się z nią pobawić, a potem wstać i powiedzieć “dobrze, to ja chętnie Ci pomogę, a potem się pobawimy”, niż pojąć skomplikowany wykład o moich potrzebach i emocjach.

Wychowywanie w ten sposób jest często trudne. O wiele łatwiej nakrzyczeć, pogrozić i wymusić. Jest też trudne, bo nie zależy już tylko ode mnie i moich kompetencji, zależy też od mojego dziecka – czy będzie otwarte na tyle, żeby mnie usłyszeć i zrozumieć. Jest wręcz przerażające, bo z roli matki dzierżącej władzę, muszę się zniżyć często to bycia partnerem, a chcąc być wysłuchana, sama muszę być gotowa słyszeć. Muszę zapomnieć o tym gdzie jest kogo miejsce, do czego mam prawo albo nie i siąść na przeciwko mojego małego dziecka, które tak nie wiele jeszcze wie i mu zaufać.

 

post

Droga jeszcze Nie-Mamo

Kochana, droga jeszcze Nie-Mamo

Nie zgadniesz, kto najłatwiej potrafi mnie zirytować czy zasmucić w mojej roli matki. Jest taka podgrupa ludzi, którą nie tak dawno odkryłam i w której jesteś właśnie Ty. A przecież byłaś ostatnią osobą, po której się tego spodziewałam. Ty, która jeszcze nie masz dziecka, ale zapewne byś chciała. Jesteś starszą siostrą, kuzynką, ciocią i słusznie twierdzisz, że wiesz sporo o dzieciach. Ogarniasz tematy zdrowego żywienia i gotowania, ekologicznych kosmetyków, dobrych pampersów, dbania o siebie i samorozwoju, czytasz czasem mądre blogi i artykuły. I masz wspaniałe wyobrażenia i plany na temat, tego jak będzie wyglądała Twoja ciąża, poród i wychowanie dziecka. Przychodzisz do mnie z tym wszystkim, mając w mojej opinii nieskończone ilości czasu, i obrzucasz światłymi uwagami, pytaniami, mądrościami Nie znając mojej rzeczywistości, próbujesz mnie ratować mówiąc mi, że powinnam ostrzej wychowywać moje dziecko, albo bardziej się o nie troszczyć. Że nie powinnam podnosić nigdy głosu, dawać słodyczy, więcej czasu poświęcać sobie, częściej wychodzić.

Kiedyś byłam Tobą

Najgorsze jest to, że zasadniczo masz rację i że w większości się z Tobą zgadzam. Parę lat temu miałam piękne wizje, na temat tego jak to wszystko będzie wyglądać – może czasem trochę mniej idealistyczne niż Ty, ale je miałam. Też kiedyś jeszcze nie rodziłam i myślałam, że pierwszy poród w wannie w domu musi być super. Potem pojechałam do szpitala i się okazało, że potrzebuję niekończącej się ilości godzin, czopka, zastrzyku, kroplówki z oksytocyną, że odchodzą mi zielone wody, że moje dziecko jest okręcone pępowiną. A bóle porodowe naprawdę nie były porównywalne do kolki nerkowej, którą miałam w ciąży.

Kiedy byłam w ciąży i pytali mnie czy nie boję się kolek, to się śmiałam, że nie i że co tam kolki, będą to będą, a poza tym trzeba dobrze odbeknąć dziecko, dawać ewentualnie probiotyki i powinno być okej. Potem biegałam z nią na rękach po parę godzin dziennie, żeby tylko przestała tak okropnie płakać. Też kiedyś myślałam, że niemowlę to taki ktoś, kto głównie je i śpi (choć ponoć takie istnieją), że jak urodzę to w końcu mi przestanie przeszkadzać ten okropny brzuch i niespokojne nogi, i się wyśpię. I też nie sądziłam, że dostanę takiego kompletnego świra na punkcie tej małej istoty. Że będę mogła godzinami patrzeć jak śpi.

Ale potem urodziła się Łucja. Wywróciła mi wszystko do góry nogami. I okazało się, że jedne rzeczy zupełnie nie są takie, jak w mojej wyobraźni, natomiast innych po prostu – w mojej sytuacji – zwyczajnie nie da się.

Tak, zmieniłam się

Pewnie słyszałaś o tym, że w ciąży i po porodzie mózg kobiety się zmienia (więcej możesz znaleźć na blogu mataja). Mogłaś tego nie chcieć, ja też mogłam tego nie chcieć i mój mąż mógł nie chcieć, ale sorry – biologia. Mój mózg się przebudował, karmiąc dostawałam co chwilę strzały z oksytocyny – i wszystko, dosłownie wszystko się wtedy zmienia. Poza tym zmieniły się moje priorytety i pragnienia. Nie złość się na mnie, że nie chce iść wieczorem na miasto. Policz ile miesięcy ma moje dziecko, dodaj do tego co najmniej 3 ostatnie ciąży, kiedy już pęcherz nie dawał rady – i uzyskasz czas przez który nie przespałam ani jednej nocy. Nie mów mi, że Twoja koleżanka odciągała mleko na rano i szła pić, więc ja też mam prawo się wyluzować. Zrozum, że codziennie zarywam noc i to mnie nie wyluzuje. Weź pod uwagę, że prawdopodobnie na jakiś czas stanę się domatorem. Nie wściekaj się, że opowiadam o kupach, o pierwszych uśmiechach, o tym że dziecko nie chce jeść, że nie ogarniam prania. O czym mam Ci opowiadać? Siedzę w domu, widzę głównie dziecko, nie oglądam (albo mizerne ilości) seriali ani filmów, mało czytam. Moja droga koleżanko, to dobry moment, żeby ocenić czy lubiłaś rzeczywiście MNIE, czy to jak wspólnie spędzałyśmy czas, albo moje zainteresowania. Bo jeśli nie MNIE, to pora się rozstać, bez żalu, taka kolej rzeczy.

Mam jeszcze mózg

Tak, zmienił się, ale nie zamienił w papkę. Tak wiem o większości eko-sreko nowinek, super ubrankach, wybitnych zabawkach. Wybieram. Wybieram codziennie, pod ciężką presją i uwierz mi, że zastanawiając się czy szczepić dziecko, przyłożyłam się do tego bardziej niż Ty, która go jeszcze nie ma. Bo chodzi o życie i zdrowie jej, mojej małej córeczki. Naprawdę to przemyślałam. Poważnie rozważyłam też możliwość robienia samemu serka homogenizowanego, ale nie mam na to czasu.

Dzieci są różne

To chyba najczęściej powtarzane zdanie o dzieciach na świecie. I może jedyny pewnik jaki istnieje. Moje dziecko nie jest taki samo, jak dziecko Twojej siostry, kuzynki czy przyjaciółki. I uwierz mi, że żyjąc z nim w symbiozie znam je najlepiej na świecie. Każde mrugnięcie, każdy ruch, każdy niepozorny jęk, albo słowo, mówi mi bardzo wiele. Reaguję tak jak uważam, że jest najlepiej. Jeśli je przytulam, albo przerywam rozmowę z Tobą, żeby go wysłuchać, to zaufaj mi, że to jest ważne. Jeśli za nim nie idę do pokoju, to wiem że nie zrobi sobie tam krzywdy, bo zdążyłam już o tym pomyśleć.

 

Moja droga koleżanko, jeszcze Nie-Mamo
Możesz być jednym z moich najcenniejszych skarbów

 

Możesz, ale żebym była gotowa skorzystać z Twojej niezwykłej mocy, nie możesz mnie zniechęcić. Jeśli Ci na mnie zależy, jeśli chcesz mi pomóc, musisz ważyć słowa przy moim zmęczonym brakiem snu i hormonami mózgu, przy mojej szaleńczej miłości. Musisz też wejść w mój świat, którego nie znasz i zrozumieć moją rzeczywistość. Ale możesz bardzo dużo.

 

Jak pomóc mamie?

Przypomnij mi, żebym spała i jadła. Przypilnuj, żeby poszła do ginekologa po sześciu tygodniach od porodu (mój mąż może na to nie wpaść 🙂 Zabierz moje dziecko na spacer, żebym mogła się wyspać. Podrzuć słoik rosołu. Pomóż umyć okna. Powiedz mi, że muszę koniecznie iść do fryzjera i że zostaniesz z dzieckiem. Ponoś je chwilę, żebym mogła się umyć, albo zjeść obiad z mężem (to wcale nie takie oczywiste, pierwszy wspólny zjedliśmy, gdy Łucja miała 2,5 miesiąca). Wspieraj mnie, mów mi, że sobie dobrze radzę.

Ale przede wszystkim – bądź moim oknem na świat. Opowiadaj mi wystarczająco dużo, żebym nie utknęła w świecie pieluch.

 

Moja droga jeszcze nie-Mamo
moje dziecko będzie małe tak bardzo krótko

 

Jeszcze wyjdę z Tobą na piwo albo zakupy, ale teraz muszę poświęcić czasu jemu. Jeśli ze mną to przetrwasz, jeśli postanowisz się trochę poświęcić, nasza relacja może być piękniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Jest też spora szansa, że kiedyś będę mogła Ci się odwdzięczyć.

 

post

Wish You Were Here

Przez ostatnie parę tygodni, z różnych stron docierają do mnie sygnały, jak bardzo ludzie są samotni. Wiem –  zaczynam wypowiedź truizmem, ale nie przestawaj czytać, daj mi rozwinąć myśl. Korzystam jeszcze z popularnego kiedyś Gadu-Gadu i dostrzegam, że dzieje się coś, co kiedyś się nie działo. Nie ma dnia, żebym nie dostawała choć jednej wiadomości od zupełnie obcych ludzi. Ludzi, którzy chcą się umówić na randkę, na seks, chcą żeby ocenić ich wygląd lub najczęściej – chcą po prostu porozmawiać. Usłyszałam też niedawno od znajomej, że “dojrzała kobieta wie, że przyjaźń z innymi kobietami nie istnieje i radzi sobie z tym”. Wreszcie –  wpadła mi w ręce książka “Sny o Utopii – w poszukiwaniu dobrego życia” Tobiasa Jonesa. Jej niepisaną, najważniejszą tezą jest to, że wspólnota stała się w dzisiejszym świecie utopią, że nie istnieje poza pewnymi określonymi i dość egzotycznymi, zamkniętymi grupami, bo nawet religia jest toczona przez wszechobecny konsumpcjonizm.

Jak to się stało, że doszliśmy do momentu w historii, w którym ludzie są tak bardzo samotni, że zaczepiają obce, anonimowe postaci w sieci? Nie wierzą już w bliskość, nie potrafią tworzyć więzi, a pojęcie wspólnotowości odchodzi do lamusa? Czemu część z nas nie potrafi znaleźć tego, co w XX stuleciu, przez większość psychologów, było uważane za podstawę dojrzałej osobowości – czyli bliskiej, intymnej relacji z drugim człowiekiem?

Mit indywidualizmu

Czy nie jest tak, że my, którzy mamy dzisiaj trzydzieści (lub mniej) lat, w pewnym sensie wychowaliśmy się w tyranii indywidualizmu, czyli postawie, w której: ważny jesteś Ty, Twoje potrzeby, Twój rozwój, Twoja przestrzeń, Twoje zdanie… Z szacunku do siebie musisz być niezależny i asertywny. Jednak szacunek do innych nie obliguje Cię do żadnych stałych zachowań – to już  wyłącznie kwestia Twojej dobrej woli. Jeśli rezygnujesz z siebie i swojej przestrzeni, na rzecz innego człowieka, możesz śmiało czuć się winny – wówczas zaniedbujesz swój rozwój, ograniczasz swoją przestrzeń, krzywdzisz siebie brakiem asertywności, co z całą pewnością doprowadzi Cię do frustracji. Indywidualizm, który miał być wyzwoleniem, lekiem na nadmierne uwikłanie w relacje społeczne, w zbyt wielkiej dawce stał się trucizną. Powoli stajemy się zatomizowanym społeczeństwem, niezdolnym do przekazywania sobie nawzajem dobra i miłości. No chyba, że za pomocą dobroczynnych fundacji, na których rachunek bankowy przekazujemy 5 dolarów – a one już zrobią resztę za nas.

Relacje bez głębi

Większość naszych relacji z ludźmi opiera się na tym, co nas w danej chwili łączy – zamiłowaniu do kina czy sportu, studiach, pracy, wspólnych imprezach albo podobnym zdaniu o aktualnie modnej i dyskutowanej publicznie kwestii. Nie wchodzimy głębiej, nie docieramy do samego człowieka, nie szukamy jego uczuć, nie staramy się poznać jego duszy. Gdy to, co nas łączyło z jakiegoś powodu znika, zmieniają się nasze cele, wówczas rozpadają się też  relacje – bo być może –  pod wierzchnią warstwą nie było nic więcej.

Sarkazm i strach przed bliskością

Poznając nowe osoby, często nie jesteśmy sobą. Boimy się odkryć za bardzo, bo ten kto pierwszy to zrobi może wystawić się na atak ironicznych uwag, więc sami chowamy się za fasadą sarkazmu i ironii. W efekcie komunikujemy się na poziomie płytkich żartów i nie rozwijamy relacji. Nie chcemy się też narażać na oceny, albo zostać zmuszonymi do rywalizacji. A przecież – żeby rozmawiać o prostych, codziennych sprawach potrzebujemy pewnego poziomu bliskości i bezpieczeństwa opartego na tym, że ktoś nas akceptuje, rozumie, nie ocenia i nie wyśmiewa. Bojąc się, że tego nie dostaniemy, wolimy wycofać się z relacji, zanim przejdzie ona na głębszy poziom.

Pęd życia

Nie chodzimy już wieczorami do sąsiadki na kawę – umawiamy się z miesięcznym wyprzedzeniem, przecież inaczej się nie da. Mamy pracę, rodzinę, kościół, pilatesy, jogi, lekcje angielskiego… i dwa wolne wieczory w tygodniu, z których jeden dobrze byłoby wykorzystać na posprzątanie domu, a drugi na to, by paść z wycieńczenia po tym szaleńczym maratonie. Może trochę przesadzam, ale przecież wszyscy ciągle powtarzamy, że “brak nam czasu”.

Wirtualny świat

Jesteśmy w stałym “kontakcie”, dwadzieścia cztery godziny na dobę podłączeni do facebooka, wysyłamy snapchaty albo mmsy zamiast zadzwonić i powiedzieć “Jestem nad morzem, jest pięknie, wish you were here”. Mamy tyle możliwości kontaktu, ale nie wykorzystujemy ich. Potrafimy spędzić dwie godziny na facebooku zamieniając kilka żartobliwych półsłówek i rozdając szczodrze nasze “lajki”. O ile więcej moglibyśmy komuś przekazać poświęcając 20 minut na napisanie do niego maila? A co zrobilibyśmy z dwoma godzinami przy PRAWDZIWEJ kawie z przyjacielem?  

Być może powyższy opis rzeczywistości wydaje się być przesycony goryczą i smutkiem.

Co więc możesz zrobić, aby wyrwać się z tego zaklętego kręgu?

Zwolnić, zamiast stale przyspieszać. Nie możesz z niczego zrezygnować? Nieprawda. Zawsze możesz – nie wszystko jest konieczne. A może mógłbyś robić zakupy na cały tydzień, żeby nie tkwić codziennie w kolejce w supermarkecie? Może gotować obiad na dwa dni? A gdyby tak włączyć kogoś w aktywności, które i tak wykonujesz – jeździć wspólnie do pracy, ugotować razem obiad, zaprosić do uczestniczenia w zajęciach, na które już chodzisz lub chociażby upiec razem świąteczne ciastka?

Odłączyć się od sieci. Jeśli czujesz, że to pożera zbyt wiele Twojego czasu, może usuń aplikacje takie jak facebook ze swojego telefonu. Korzystaj z komputera w sposób zaplanowany i określ sobie ile czasu rzeczywiście jest to warte.

Otworzyć się i pomagać otwierać innym. Kiedy byliśmy dziećmi nie przestawaliśmy biegać, dlatego, że obtarliśmy kolanko – bieganie przynosiło nam zbyt wiele radości. Dlaczego więc teraz tak bardzo się boimy zranień? Czy chcemy pozwolić na to, żeby potencjalny ból odebrał nam całą radość? Otwórz się i pamiętaj, że inni też się boją. Próbuj ułatwiać innym nawiązywanie relacji: odrzuć nadmiar sarkazmu i ironii, okaż ciepło, zainteresowanie, aktywnie słuchaj.

Dbać o relacje, które już mamy. Nie zapominaj o starych przyjaciołach, również tych, z którymi nie widujesz się już na co dzień. Nawet jeśli masz mało czasu, jeśli myślisz o kimś – daj mu o tym znać, choćby wysyłając krótką wiadomość. Zapraszaj, nie zrażaj się, że kolejny raz to Ty wychodzisz inicjatywą. Jeśli źle się z tym czujesz, powiedz o tym – “miło by mi było, gdybyś też czasem mnie zaprosił, bo bywa, że boję się, że tylko mi zależy na naszej relacji”.

Zmienić sposób komunikacji. Mniej pisz, więcej dzwoń., a jeśli już piszesz – staraj się używać całych zdań, nie nadużywaj emotikonów i obrazków, niech będą uzupełnieniem wiadomości, nie jej treścią. Nie opowiadasz o sobie z lęku przed zanudzeniem słuchaczy? A może oni nie opowiadają, bo boją się tego samego?

Być elastycznym. Poświęć czasem swoje plany, spotkaj się pomimo zmęczenia, włóż trochę wysiłku w relację!

Dużo? Tak i nie. Tak – bo może coś zmienić. Nie – bo  jeśli zacznie działać, szybko wejdzie Ci w nawyk. A może chcielibyście coś do tego dodać?

 

“Nasza relacja do Boga nie jest odniesieniem religijnym do jakiejś dającej się pomyśleć, najwyższej, możnej i najlepszej istoty – to nie jest prawdziwa transcendencja. Nasza relacja do Boga jest nowym życiem w byciu–dla–innych, w uczestniczeniu w bycie Jezusa. Tym, co transcendentne, nie są jakieś nieskończone i nieosiągalne zadania, lecz konkretnie dany nam i osiągalny bliźni.”

                                                                  Dietrich Bonhoeffer

klik