post

Agresywna zabawa

Agresywna zabawa jest jednym z często poruszanych przez rodziców tematów. Wiele dzieci lubi wchodzić w zabawy z rodzicami oparte o kontakt fizyczny, przepychanie, siłowanie się czy szarpanie. Równocześnie często rodzice mają obawy o to czy taka intensywna i szalona, wręcz agresywna zabawa jest bezpieczna i dobra dla ich dzieci.

Najczęściej zgłaszane wątpliwości są takie, że agresywna zabawa może zwiększać lub modelować agresję i trudne zachowania u dzieci. Innym często pojawiającym się pytaniem jest co robić, kiedy dziecko bardzo się rozpędza i nie chce przestać, przez co zabawa kończy się płaczem. 

Po co dzieciom agresywna zabawa?

Agresywna zabawa, oparta o przepychanie, siłowanie, wywracanie się, gonienie czy straszenie jest nieodłączną częścią dziecięcego życia. Można powiedzieć, że często stanowi jego najradośniejsze chwile. Podczas takiej zabawy dzieci zaspokajają wiele potrzeb na raz.

  • Siłowanki są okazją do wchodzenia w bliski kontakt fizyczny z rodzicem, dzięki czemu uwalniają się w trakcie nich również te hormony, które podczas przytulania (jest to szczególnie ważne dla dzieci, które nie lubią się przytulać i nastolatków).
  • Agresywna zabawa umożliwia dzieciom zaspokojenie potrzeby ruchu.
  • Zabawy związane z przepychaniem, przewracaniem się, podrzucaniem dziecka, wywijaniem fikołków stymulują m.in. rozwój ruchowy, układ przedsionkowy, poczucie równowagi czy czucie głębokie.
  • Siłowanki wzmacniają poczucie wartości dziecka.
  • Agresywna zabawa umożliwia wyładowanie trudnych emocji i uwolnienie napięcia z ciała. 
  • Taka zabawa z dodatkiem dreszczyku jest zwyczajnie zabawna 🙂 

Walka-zabawa

Agresywne zabawy uruchamiają u dzieci stan z pogranicza spokoju i walki-ucieczki (strefy zielonej i czerwonej). Dzięki temu mogą one w bezpiecznych warunkach korzystać z różnych narzędzi, których normalnie ciało człowieka używa do radzenia sobie z niebezpieczeństwem. W takiej zabawie dziecko uczy się neurocepcji – czyli rozpoznawania niebezpieczeństwa, ale też przechodzenia między stanem walki-ucieczki i spokoju, co jest jedną z najważniejszych umiejętności w życiu. 

Walka-zabawa jest stanem, który znamy z obserwacji (nie tylko) małych ssaków, nic więc dziwnego że ludzkie dzieci też się w nią chętnie angażują. 

Czy agresywna zabawa zwiększa agresję u dzieci?

Częstą obawą pojawiającą się u rodziców jest to, że kiedy będą się w ten sposób kotłować z dziećmi, to one się nauczą agresji. Paradoksalnie jest wręcz na odwrót. Podczas agresywnej zabawy, dziecko uczy się kontrolować swoją siłę i analizować swoje pomysły, ponieważ brak uważności na partnera zabawy, może nie tylko owocować tym, że ktoś zostanie skrzywdzony, ale również natychmiastowym, nieprzyjemnym końcem tej zabawy.

Wiemy też [1], że dzieci, które mają wyższy poziom kortyzolu (hormonu stresu), we krwi chętniej i więcej inicjują takich agresywnych zabaw. Stąd wiemy, że jeżeli dziecko bardzo dużo angażuje się w takie zabawy, to może być tak, że potrzebuje dodatkowego wsparcia, żeby radzić sobie ze stresem albo przyjrzenia się jego rozkładowi dni czy naszej sytuacji w domu.

Jednocześnie ta zależność bardzo dużo mówi o mądrości z jaką funkcjonują ludzkie ciała. Wysoki poziom napięcia w ciele wymaga rozładowania, do którego może dojść na wiele sposobów, z których takie agresywne zabawy są jednym z lepszych jakie dzieci mogą użyć. (W skrócie: siłowanki z rodzicem są o wiele fajniejszą opcją niż walenie młodszego rodzeństwa młotkiem po głowie). Intensywne i mocne zabawy mogą sprawiać, że agresji kierowanej do otoczenia będzie mniej, ponieważ dziecko znajdzie w nich sposób na ujście napięcia.

Kiedy agresywna zabawa źle się kończy

Bywa tak, że dzieci podczas siłowanek, przepychanek i innych intensywnych zabaw, tak się rozpędzają, że zabawy kończą się źle. Czasami jest to trudność z zakończeniem zabawy, przekraczanie granic dorosłego, czasami nagłe wybuchy płaczu i poczucie zranienia, że rodzic zrobił coś za mocno. Warto pamiętać, że agresywna zabawa może skończyć się płaczem dziecka, nawet jeśli nic złego się w niej nie zadziało, ponieważ to wychodzące napięcie znajduje ujście w postaci łez (jest to szczególnie charakterystyczne dla dzieci, które w ostatnim czasie miały dużo przeżyć albo wchodziły w zabawę z bardzo dużym napięciem). Bywa tak że to jest zdrowy proces, związany z tym jak zmienia się wydzielanie hormonów podczas takiej zabawy. Wtedy każdorazowo dobrze jest przerwać zabawę i zaopiekować dziecko i jego emocje. Warto też przygotować sobie z dzieckiem umowę (jeśli jest zbyt małe mieć je w głowie samemu ze sobą), co do zasad bezpiecznego siłowania się. 

Bezpieczne siłowanki

W agresywne zabawy oparte o przepychanie i siłowanie się warto wchodzić świadomie. Pierwszą częścią tej świadomości jest to, że potrzebujemy zdawać sobie sprawę, że to rodzic a nie dziecko bierze odpowiedzialność za bezpieczeństwo zabawy. Dziecko wielu rzeczy nie jest w stanie przewidzieć. Drugą konieczność obupólnej zgody na taką formę aktywności – nie narzucamy takiej zabawy, gdy dziecko nie chce i nie wchodzimy w nie jeśli sami nie mamy na to przestrzeni. 

Warto ustalić zasady czy mieć ogólną umowę odnośnie tego, jak takie zabawy mają wyglądać:

  • Przerywamy zawsze, gdy ktoś sygnalizuje, że już nie chce – na przykład mówiąc dość, poddaje się.
  • Rodzic przerywa wtedy, gdy widzi, że dziecko “nakręca się” i kieruje zabawę w spokojniejsze rejony.
  • Umawiamy się na co w zabawie nie mamy zgody – na przykład gryzienie, łaskotanie, szczypanie, bicie w głowę. 
  • Sposoby na wyciszanie się po zabawie – na przykład przytulanie, czytanie, relaksacja, oglądanie bajki.

Szaleństwa przed snem

Wielu rodziców ma obawę, że jeżeli intensywne zabawy rozpoczną się wieczorem, to dziecko będzie miało trudności z zasypianiem. Z drugiej strony wieczór jest równocześnie momentem, w którym dzieci najchętniej angażują się w agresywne zabawy. Dzieje się tak dlatego, że właśnie wtedy nadmiar napięcia albo niezaspokojona potrzeba ruchu, dają o sobie znać. Dlatego dobrze jest z uważnością obserwować swoje dziecko, gdyż może być tak, że paradoksalnie wieczorne szaleństwa będą sprzyjały zasypianiu.


[1] Stephen Porges, Play as a neural exercise: Insights from the Polyvagal Theory
[2] Lawrence Cohen “Rodzicielstwo przez zabawę”
[3] Lawrence Cohen “Siłowanki”

Może zainteresuje Cię też:

Jak zadbać o aktywność fizyczną dziecka, kiedy utkniesz w domu 

O dziecku, które skacze po kanapie

 

post

jak zadbać o aktywność fizyczną dziecka (i rozładowanie napięcia), kiedy utkniesz w domu

Aktywność fizyczna jest jedną z podstawowych ludzkich potrzeb. Kiedy przychodzi późna jesień często utykamy w domu z dziećmi. Szczególnie jeśli to jest taka jesień jak teraz – covidowa, wypełniona przymusowymi kwarantannami i brakiem możliwości korzystania z różnych atrakcji pod dachem.

A przecież potrzeby ludzi się nie zmieniają i ciała naszych dzieci nadal domagają się odpowiedniej dawki ruchu, aktywności fizycznych, ale też możliwości na rozładowanie napięcia, które się w nich nagromadziło.

Co robić z dziećmi jesienią w kwarantannie?

Pisałam ostatnio, że potrzeba ruchu u dzieci jest tak podstawowa, że one znajdą sposób na jej zaspokojenie tak czy inaczej, tyle tylko że ten sposób może być ciężki dla rodziców do przyjęcia. Najczęściej o wiele bardziej dla rodziny wspierające jest, jeśli pomożemy dzieciom wybrać fajne aktywności i potowarzyszymy im w tym, wykorzystując okazję na budowanie więzi. No ale co można robić w domu? A no mnóstwo. Poniżej wrzucam kilka przykładów na fajne zabawy, które zadbają o wasze dziecko i jego potrzeby i wasze własne zdrowie psychiczne 😛 

Siłowanki, przepychanki, przewalanki

Rodzice (bardziej chyba mamy) mają często wątpliwości do tej formy aktywności z dziećmi, ale to jest jedna z tych, które bardzo polecam na wiele trudności w rodzinie. Oprócz pozbywania się napięcia, dużo dzieje się tu kontakcie fizycznym z opiekunem, co naprawdę wspiera dziecko i buduje więź. Zadbaj o bezpieczeństwo i nie przekraczaj granic dziecka, pozwalaj mu też wygrywać. Możecie dla bezpieczeństwa ustalić różne wspólnie różne zasady – np. nie gryziemy i nie łaskoczemy. 

Zabawa na rozładowanie napięcia – gobliny

To zabawa, którą wymyśliłyśmy z Łucją, gdy miała koło 3 lat i czytaliśmy “Księżniczkę i gobliny”. Włączamy utwór “W grocie króla gór” i na palcach chodzimy jak gobliny, coraz szybciej i szybciej. Po dwóch rundach brak mi tchu, ona często ciągnie trzecią. Męcząca, rozładowująca napięcie, ćwicząca poczucie rytmu i dobra na płaskostopie. 

Krzyki, piski, dziwne dźwięki

Bardzo często, kiedy nie wyjdziemy z domu, wieczorem moje dzieci biegają i wydają z siebie piski. Krzyk i pisk to jedna z dziecięcych strategii na rozładowanie napięcia, niestety bardzo dotkliwie odbierana przez rodziców z wysoką wrażliwością na dźwięki. Ale wiecie jak jest – najbardziej denerwuje nas dźwięk, którego sami nie wytwarzamy i nie mamy nad nim kontroli. A co gdyby przejąć kontrolę nad dziecięcą produkcją hałasu? Pokrzycie, popiszczcie trochę razem, a potem przejdźcie do wytwarzania dziwnych dźwięków, udawajcie zwierzęta albo odgłosy przedmiotów, pobawcie się w zgadywanie co to. Kiedy się zmęczycie hałasem, powoli przechodźcie do cichszych dźwięków. 

Kiedy rodzic nie ma siły, a dziecko chce szaleć

Sposób mojego taty. Biegaliśmy jak oszalali wokół domu, a on liczył na ile okrążeń starczy nam sił. Tylko dla wytrwałych w liczeniu, bo sił starczało na długo. Wersja soft – mierzenie czasu w jakim dziecko zrobi 20 okrążeń. Jest też wariant akademia dziwnych kroków, rodzic pokazuje dziwne kroki, a dziecko samo robi okrążenie w ten sposób. 

Inna opcja to stworzenie bezpiecznych warunków do robienia fikołków, świecy i innych ćwiczeń gimnastycznych. 

Granie na instrumentach

Nie potrzebujesz umieć grać, żeby wykorzystać proste instrumenty muzyczne do zabawy z dzieckiem. Możecie wykorzystać rzeczy wydające dźwięki, które sami zrobiliście, grające zabawki i proste instrumenty perkusyjne. Jak jest dużo napięcia możecie grać te emocje albo zagrać kłótnię między rodzeństwem, w której powoli się dogadują albo burzę, która przechodzi w łagodny deszczyk albo odegrać muzycznie jakąś krótką historię czy bajkę, w której jest niebezpieczeństwo i udaje się je pokonać/przetrwać.

Zabawa w chowanego – skarbnica doświadczeń

Kto z nas nie lubi mieć rozgrzebanych przez dzieci szaf? A jednak zabawa w chowanego króluje w naszym domu. Oprócz biegania, góry śmiechu i uruchamiania kreatywności, lubię tę zabawę za to, że pomaga dziecku radzić sobie z lękiem separacyjnym, ale też uczy bycia w kontakcie ze swoim ciałem i emocjami. Mamy w niej strach na niby i konieczność kontrolowanego zamrożenia się na chwilę, żeby szukający mnie nie znalazł. 

Aktywność fizyczna w domu dla całej rodziny

Jest taka cudowna i przyjemna aktywność fizyczna, która magicznie uwalnia napięcie z ciała, pozwala zaangażować całą rodzinę, ćwiczy koordynację, równowagę i tak, spala mnóstwo kalorii. Taniec. I naprawdę nie musisz umieć tańczyć, żeby robić to ze swoimi dziećmi. One się nigdy nie uczyły i będą się super bawić, więc też możesz. Możesz wyglądać głupio. Nikt Cię nie widzi. Możesz skakać i tańczyć najgłupsze tańce świata, aż położycie się na podłodze ze śmiechu. A wasze ciała będą czerpać korzyści z tego, że wyprodukowały masę endorfin i pozbyły się napięcia. 

Aktywność fizyczna w domu dla starszych dzieci

Dzieci w wieku szkolnym nie zawsze wchodzą tak chętnie w wymienione zabawy, jak maluchy. Gimnastyka prowadzona w formie zabawy może być dla nich zbyt dziecinna, a zwykła zbyt nudna. W takim wypadku pomocne są aktywności, w których dziecko może obserwować swój rozwój, bo możliwość osiągnięcia w czymś mistrzostwa jest jedną z ważnych elementów motywacji (D. Pink). Dlatego dzieci chętnie angażują się w niektóre ćwiczenia, takie jak pompki czy brzuszki, które mogą liczyć i widzieć, że z czasem potrafią ich robić coraz więcej. Ciekawym pomysłem jest też odbijanie piłeczek ping-pongowych paletką albo żonglowanie. Oczywiście jak rzucicie dziecku paletkę i piłeczkę, to ono wcale nie musi w to wejść. O wiele prędzej to się stanie jeśli zobaczy, że to rzecz, która nam sprawia przyjemność (uwaga: pamiętajcie o bullshit radar swojego dziecka: jak coś was wcale nie cieszy, to w 3 sekudny rozpozna, że je wkręcacie 🙂 ). 

Ruch w domu a przekonania

Czasem ciężko nam przyjąć, że to ok, żeby pozwolić dzieciom w domu tak szaleć i robić bałagan. Szaleje się na dworze. Ja myślę o tym, że kiedy nie możemy wyjść na dwór, to stajemy przed wyborem – albo pomogę im wymyślić sposoby na aktywność fizyczną nad którymi będę miała kontrolę i które się mieszczą w moim okej, albo oni wymyślą swoje, z których nie będę zadowolona i o porach w których bym nie chciała. Może być też tak, że rozładują to nagromadzone napięcie w sposób dużo trudniejszy dla wszystkich – przysłowiowych “histeriach” czy kłótniach i okładaniu się. Z tej perspektywy rozgrzebane szafy czy plac zabaw wybudowany w pokoju albo wyskakana kanapa, robi się bardzo małą ofiarą. 

Może spodoba Ci się też:

Zabawa, która pomaga na zazdrość

Uwaga! Nadchodzą tygrysy!

 

post

Dentysta i strach

Pierwsze wizyty u dentysty były trudne i Łu nie chciała otworzyć buzi. Pamiętam jak zapłaciłam, przytuliłam, powiedziałam że jest ok, zakodowałam, że przed południem to zły czas, bo ona się lepiej czuje wieczorem i pooddychałam, żeby nie panikować, że już nigdy nie zrobimy tych zębów. 

Potem było spoko, przychodziłyśmy, robiłyśmy po jednym zębie, Łucja dostawała zabawkę i wychodziła zadowolona. 

Dzisiaj jechałam na luzie, bo przecież już miałyśmy doświadczenie. Jak usiadła na mnie, poczułam jak się spina, objęłam ją i czułam pod dłonią łopoczące serduszko. 

  • – Coś się stało? Ciałko Ci się spięło?
  • – Boję się. 
  • – Ok, to ok się bać. Ludzie często się boją u lekarzy. 
  • – No ale się boję.
  • – Czego? 
  • – Nie wiem…
  • – Myślisz sobie coś czy ciałko się boi?
  • – No. Ciałko. 
  • -. Ok Czasem tak jest, że nawet jak głową się wie, że – nie trzeba się bać, to ciałko i tak się boi. 
  • -Mhm. – mówi Łu, jej serduszko ciągle bije mega szybko
  • –  Agdzie w środku się boisz? – pokazuje mi palcem na brzuch
  • – Ok. To może trochę uspokoimy ten strach? – Weźmiesz głęboki oddech noskiem? – bierze – a możesz teraz go wysłać i ciepło do tego miejsca? Może zrobi mu się lepiej? 
  • – Mhm.
  • – Jeszcze raz?
  • – Mhm… – robi kilka wdechów i powoli wypuszcza powietrze. 
  • – Lepiej?
  • – Tak. Mamo. Boję się przez ten płyn. – pokazuje na psikacz, którym przed chwilą dentysta czyścił przyrządy. 
  • – Ach, to nie jest nic złego, ten płyn zabija bakterie i wirusy, żeby narzędzia były czyste.
  • – On robi, że się boję. – olśniewa mnie wtedy. Przypomina mi się jak od feralnego pobrania krwi, gdy miała rok, bała się przychodni i jak już zaczęła mówić, to mówiła, że to przez to, jak tam pachnie.
  • – Chodzi o zapach? 
  • -! Tak 
  • – Ok. Kojarzy Ci się z pobieraniem krwi, co?
  • – Tak Ono bardzo boli, strasznie mnie bolała ręka.
  • – No to na szczęście dzisiaj tego nie robimy. U dentysty jest trochę łatwiej, nie?
  • -. Tak – czuję, że już się rozluźniła i jej serce bije wolniej. – ale jeszcze trochę się boję.
  • – Ok. Pomoże Ci jak będziesz pamiętać, że jak Cię zaboli, to podniesiesz rękę i pan przestanie?
  • – Albo jak mi będzie bardzo nie miło.
  • – Dobra – śmieje się dentysta i nawet zapomina o gadaniu o zabawce, która według niego jest najwyższą dziecięcą motywacją. 

Strach nie siedzi w głowie i rzadko można mu coś wytłumaczyć. Można go usłyszeć, zrozumieć i przytulić, można złapać do niego dystans. Rzadko budzą go „racjonalne argumenty”, częściej są to rzeczy, których inni mogą nie zauważyć – zapach, obraz, dźwięk, jakąś z pozoru błaha rzecz, która alarmuje mózg. 

A  kiedy ma się sześć lat, to może być duży alarm i właśnie wtedy potrzeba kogoś, kto pomoże sobie z tym poradzić, kogoś kto sam jest spokojny. Mi w tym spokoju pomaga skupienie się na tej chwili, nieprzejmowanie się co myśli dentysta, niemyślenie co-będzie-jak-się-nie-uda i wiara w to, że ona serio chce to ogarnąć, tylko po prostu się boi. I piękne doświadczenia tego ile razy ten strach przekroczyłyśmy. Czasem myślę o dniu, w którym pierwszy raz weszła na skałkę do wspinania w parku i o jej zadowolonej minie. I krok po kroku idziemy do przodu. 

post

Brownie

Koło naszego domu stoi ławka.  Kiedy ją mijamy Łucja często mówi:
– O! Mamo! Tu kiedyś jadłyśmy brownie! Pamiętasz? Możemy jeszcze kiedyś tu przyjść i jeść brownie?

Ja pamiętam to tak: któregoś dnia było nam bardzo ciężko i pod górę. Nie mogłyśmy się totalnie dogadać i ona nie słuchała i płakała, a ja pokrzykiwałam i powoli nie wiedziałam już, co robić. Nie pamiętam już czemu było mi wtedy tak trudno, ale jakoś nie umiałam zbyt wiele z siebie wykrzesać. I wycedziłam wtedy:

  • – Dobra. Ubieraj się. Idziemy kupić coś słodkiego.

I poszłyśmy do piekarni, kupiłyśmy brownie bezglutenowe i zjadłyśmy całe na tej ławce, w zimny, ponury i pełen napięcia dzień. A jak napełniłyśmy się wiatrem i cukrem po brzegi, okazało się, że dzień zrobił się odrobinę lepszy. Lubię to wspomnienie i ciepło mi kiedy mówi o tym brownie. Przypominam sobie wtedy  o ważnych rzeczach, które chcę pamiętać.

Nie wiem czy Łucja w ogóle pamięta, że przed tym brownie skakałyśmy sobie do oczu, może nie, może pamięta tylko, to jak odbudowywałyśmy relację obżerając się ciastem. I kiedy czasem czuję, że zawaliłam coś w naszej relacji, to chcę wtedy trzymać się tego, że

moje dzieci lepiej zapamiętają, to jak rozwiązujemy nasze konflikty, niż je same

 

Przypominam też sobie, że jakbym się nie starała, nie zawsze potrafię być mama pasującej do tej z idealnej wizji w mojej głowie.  Pewnie Łucja ma tak samo i nie zawsze potrafi być taką córką, jakiej obraz ma w głowie.  Im bardziej nam trudno, im więcej napięcia w domu, gdy się śpieszymy, gdy wyje zimny wiatr, a w domu jest zbyt wiele bałaganu, to właśnie wtedy jeszcze mniej umiemy być najlepszymi nami. Nie pomaga wtedy spinanie się i staranie, rozpaczliwe próby samokontroli, albo kontroli drugiego. Tak naprawdę najbardziej pomaga… luz. I ta ławka i to ciasto, już zawsze mi przypominają, że jak robi się bardzo trudno, to

dobrze czasem przestać się tak strasznie starać, zatrzymać i już nie krzyczeć, wyjść na zewnątrz i zrobić dla siebie coś miłego

 

A potem dopiero wrócić, do tego co było do zrobienia. Przypomina mi o tym, że we wzburzeniu bardzo trudno jest nam realizować plany, albo się dogadać, ale kiedy się wyregulujemy i uspokoimy, możemy wracać z nowymi siłami. I chyba tego chcę uczyć moje dzieci. Tego, żeby wiedziały, kiedy pora się zatrzymać i zająć swoimi emocjami, zadbać o siebie i o bliskich. Żeby nie pędziły na zbity kark wykonywać powinności, aż im sił braknie i nie będzie w miejsca na nic. Żeby potrafiły uciąć sobie drzemkę albo iść na spacer, bez bzyczącego w uchu „a może lepiej by było posprzątać w łazience”.

Myślę sobie o tym, jak bardzo dobre, przyjemne i budujące rzeczy są dla nas ważne. Że to jest jakaś straszna pomyłka, żeby traktować je jako nagrodę, albo coś na potem, tylko że one są podstawą do tego, żeby móc funkcjonować w tym wydaniu siebie, które najbardziej lubimy, któremu najłatwiej zachowywać się tak jak chce i realizować swoje cele.

 

 

post

Uwaga! Nadchodzą tygrysy!

Dużo ostatnio mamy trudnych chwil, zmieniło nam się znowu życie – Łucja chodzi do szkoły, Remik ma opiekunkę, a ja mam coraz więcej zajęć. Najtrudniej w tym jest Łucji i mamy częste wybuchy rozmaitych emocji.

Było fajnie, bawili się w bazie. 

– Ta baza jest już tylko moja. Remik nie może tu wchodzić! – oświadczyła nagle Łucja stanowczym tonem
– Baza, baza! – płacze Remik
-Remik  też chce wejść do bazy, to co teraz?
– Wybuduj mu jego. Tylko gorszą od mojej. –  Buduję. Gorszą. Ale chyba nie dość gorszą, bo Łucja stwierdza:
– To ja jeszcze buduje trzecią. I wszystkie będą wszystkich dobra?
– No dobra. – pomagam jej dokończyć, bawią się. Remik krzyczy „baza, baza!”. Wychodzę na 30 sekund z pokoju i jest walka.
– Idź sobie Remik, zburzyłeś mi bazę! – naprawiam i zabieram go do tej, która miała być jego. Z książką. Łucja przychodzi i warczy. – Nie, nie możecie tu być. Wszystkie bazy są moje.

Duży pokój zamienił się w kłębowisko koców i poduszek, zmieściłoby się w tych bazach pół przedszkola. Widzę, że jest napięta, zła i że to w ogóle nie o te bazy chodzi. Remik jest zajęty książką, więc mówię:

– Ok, to teraz wszystkie bazy będą twoje, a my poczytamy. – Remik nagle nie chce już czytać i zaczyna się bawić Duplo. Łucja nagle nie chce być już w żadnej z trzech baz. Podchodzi i wyrywa mu klocki i rzuca przez pół pokoju. 

– To moje zabawki! Wszystkie są moje! – wymachuje rękami i tupie nogami. Zaczynam śpiewać głupią piosenkę, coś w stylu „Oooo Bubek, wszystkie zabawki są Łucji i nie możesz nic mieć”, ale Łucja nie chwyta. Zwija się w kulkę na moich kolanach i płacze:

– Jesteś tylko moją mamą! Bubek nie ma mamy i tylko jesteś moją.
– Tato Bubu – mówię śmiertelnie poważnym tonem. Nasza mała Łucja, która nie ma brata ani siostry jest strasznie zrozpaczona. Może ją pogłaszczemy? – ale tego już żadne z nich nie chwyta. Ona wyje przeraźliwie na moich kolanach, a on próbuje się na nie dostać jęcząc i odpychając. Ja zastanawiam się gdzie jest mój telefon, żeby zadzwonić do Bartka z płaczem, co by przefrunął nad korkami, bo no oszaleje przecież zaraz z tymi gówniarzami.

A potem nie wiem już jak to się stało, Remik siedzi na kolanach, Łucja obok nas warczy, krzyczy i skacze. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim długowłose dziecko jest za nie ciągnięte, a to bardziej pulchne szczypanie. Łucji ciało jest napięte, buzia wykrzywiona. Nagle przychodzi mi pomysł do głowy. Bębnie głośno rękami o podłogę, a oni zamierają, żeby zobaczyć co się stanie. 

– Uwaga! Uwaga! Nadchodzą tygrysy!
– I co? – pyta Łucja
– Trzeba się schronić gdzieś wysoko! – Łucja ucieka na najbliższe krzesełko, a ja udaje że tygrys dorwał moją nogę przeraźliwie krzycząc. Wyszarpuje ją i upadam na kanapę. Łucja piszczy z radości.
– Uwaga! Nadchodzą sępy! Trzeba się schronić na podłodze. – dalej idzie już łatwo, szalejmy po pokoju.
–  Uwaga! Żmije! Tupiemy, żeby je odstraszyć! O nie! To muchy! Zabijamy je! Klaszczemy! A teraz tygrysy i muchy na raz, kurcze, chyba nas pokonają! Bubu klaszcz! I przytulaste misie przyszły, musimy się przytulać!

Dzieci się śmieją i biegają po pokoju. Widzę jak w trakcie tej zabawy z ciała Łucji uchodzi napięcie, jak pojawiają się przyjemne emocje. Udało nam się. Wydostaliśmy się. Kiedy odzywa się dźwięk kodu wpisywanego do bramy bloku, biegną zgodnie do drzwi przywitać tatę, roześmiani, spokojni. I tylko sąsiadów mi żal. 

Niesamowita zabawa

Wiecie, ja w kółko czytam i piszę o tej zabawie. Opowiadam o niej rodzicom, specjalistom. A potem przychodzi taka chwila i zawsze jestem zmiażdżona jej mocą, możliwościami które daje. Tym jak wspiera regulację emocji, jak pozwala uwalniać napięcie, pozbywać się stresu, jak odbudowuje relacje. Więc mam nadzieje, że wam się nie przejadło, bo jeszcze trochę o tym pewnie popiszę.

 

post

Psycholog i terapeuta – czym się różnią?

Psycholog i terapeuta – czy to w ogóle jakaś różnica? Wiele osób myśli, że to to samo, bo psycholog prowadzi terapię, więc jest terapeutą. Piszę ten tekst w związku z tym, że ostatnio z dużym smutkiem obserwuję, jak ludzie tworzą pozory odnośnie swojego wykształcenia, tak żeby uchodząc ze specjalistę, który może pracować z dziećmi czy doradzać rodzicom.

 

Psycholog jest osobą, która skończyła pięcioletnie studia magisterskie. Psychoterapeuta jest osobą z odpowiednim wykształceniem, która skończyła szkołę terapii. Terapeuta, no cóż… to trochę bardziej skomplikowane. Może być wykwalifikowaną osobą do udzielania pomocy, a może być osobą, którą tym terminem próbuje ukryć swoje braki w wykształceniu. 

Kim jest psycholog?

Psycholog skończył studia z psychologii. W ich trakcie miał zajęcia, które dostarczyły mu między innymi wiedzy z zakresu:

  • psychopatologii (czyli uczył się o różnych zaburzeniach);
  • psychologii rozwojowej (powinien potrafić rozpoznać, jakie zachowania mieszczą się w szeroko rozumianej normie dla danego wieku);
  • psychometrii (wie jak działają różne testy psychologiczne i jak je rozumieć);
  • statystyki (jest w stanie zrozumieć i zaanalizować badania i dane);
  • psychologii zdrowia (dobry psycholog koncentruje się na dobrostanie swojego klienta, a nie na objawach);
  • psychologii osobowości (wie, że ludzie mają różnie i że norma jest bardzo szeroka).

Dodatkowo, żeby skończyć studia psycholog odbył praktyki pod okiem kogoś doświadczonego, najczęściej w szpitalu czy poradni. Psycholog powinien też przejść terapię własną, co znacznie minimalizuje przenoszenie swoich trudności na pracę z klientami.

Psychologia, to nie jest tylko słuchanie jak gadają ludzie i mądrzenie się. Żeby zostać psychologiem, trzeba zdobyć dużo wiedzy, ale przede wszystkim świadomości, jak tą wiedzę wykorzystywać, żeby nie krzywdzić ludzi. Żeby temu zapobiec dobry psycholog regularnie poddaje się superwizji, czyli spotyka się z innym psychologiem rozmawiać o swojej pracy. 

Psychoterapeuta a terapeuta

Psychoterapeutą zostaje osoba po szkole terapii, najczęściej po studiach z psychologii, czasem po jakimś pokrewnym kierunku. To długi proces, który oprócz szkoleń wymaga ponownego przejścia własnej terapii, regularnej superwizji, wielu godzin własnej praktyki. Jeżeli ktoś jest psychoterapeutą na na swojej stronie czy wizytówce tak będzie miał napisane. Dodatkowo na jego stronie powinna znaleźć się informacja jaką szkołę terapii ukończył (np. psychodynamiczną, systemową, CBT, gestalt).

Jeżeli ktoś na swojej stronie pisze, że jest terapeutą i nie podaje wykształcenia, to wiedzcie, że coś się dzieje. Bo samo słowo terapeuta nic nie znaczy, nie świadczy o żadnym wykształceniu, ani żadnych umiejętnościach. 

Terapeuta? Ale jaki?

Wielu ludzi, którzy określają się jako terapeuci nie mają nic wspólnego z wykształceniem psychologicznych ani nie kończyli szkoły terapii. Czasem robili studia podyplomowe z jakiegoś rodzaju terapii, czasem jakiś kurs. Czasami mają nie mają wiedzy ani kwalifikacji, żeby doradzać ludziom. Bywa tak, że ktoś jest terapeutą zajęciowym albo po kursie arteterapii, albo właściwie po niczym i pisze na swojej stronie po prostu terapeuta. Zanim udasz się do niego na wizytę i mu zaufasz, zachęcam Cię żebyś sprawdzał, co pod tym magicznym terapeuta się kryje. Żebyś sprawdził na jego stronie jakie ma wykształcenie, jakie kursy ukończył, jakie ma opinie.

Może być tak, że ktoś nie skończył psychologii, ale posiada odpowiednie kompetencje, empatię i zdobył wiedzę dzięki którym naprawdę pomaga ludziom. Ale jeśli ktoś kryje się ze swoim prawdziwym wykształceniem, nie chce odpowiedzieć na pytanie jakim terapeutą właściwie jest, jakie ma doświadczenie, to ja bym się bała eksperymentować. 

Terapeuta znikąd, czyli dobry marketing

Terapeuta z facebooka, z ogromną ilością lajków. Czy jest dobrym terapeutą? Czy posiada odpowiednią wiedzę i umiejętności? Czy mówi o sobie prawdę? Widzę na facebooku ludzi, którzy mają kilkadziesiąt tysięcy polubień i nie można tego o nich powiedzieć, którzy swoją działalnością szkodzą i krzywdzą. Jeśli chcesz to sprawdzić nie szukaj opinii na facebooku, gdzie łatwo można je usunąć. Nie patrz na ilość polubień, które można kupić za pieniądze. Nie patrz na jakość obrazków i zapewnienia nieznanych fanów, że dostali pomoc. Jeśli masz wątpliwości czy prosić o poradę taką osobę, zapytaj kogoś kto zna się na tym zna i może Ci doradzić. Sprawdź dokładnie jego wykształcenie i szkolenia, które przeszedł. Sprawdź czy nie obiecuje gruszek na wierzbie i rozwiązania problemów jednym prostym sposobem. Jeżeli ktoś pisze: “Pięć sposobów, aby twoje dziecko nigdy nie pyskowało / zawsze sprzątało / zaczęło jeść / odpieluchowało się w tydzień”, to mogę Cię zapewnić, że to nie ten adres. 

Psycholog kontra terapeuta

Znam psychologów, którzy skończyli studia i których bym nie poleciła ludziom. Ukończone studia nie są przecież gwarantem jakości usług w żadnym zawodzie. Znam też ludzi, którzy nie są psychologami ani psychoterapeutami i bez wahania zachęcałabym do szukania u nich pomocy. Jednak jeżeli nie wiesz nic o danych osobach, to o wiele bezpieczniej jest wybrać osobę, która skończyła studia, superwizuje się, stale aktualizuje swoją wiedzę, a przede wszystkim nie kłamie na swój temat, żeby zarobić pieniądze.

Załączam link do tekstu na ten temat napisanego przez psycholog Anitę Janeczek-Romanowską (być-bliżej.pl) oraz do grafiki stworzonej przez psycholog Magdalenę Hadaj.

 

post

Kiedy czas przynosi poczucie winy

To było z rok temu, jak Remik był jeszcze noworodkiem i przyzwyczajaliśmy się do życia w czwórkę. Łucja przyszła do mnie rozżalona i spytała:
– Mamo czy jeszcze kiedyś zrobimy coś takiego bardzo, bardzo fajniusiego?
– Co takiego?
– Tak jak kiedyś. Że Ty będziesz pracowała na komputerze, a je będę oglądała na telefonie i będziemy leżeć razem w łóżeczku.
– Tak, tak zrobimy – mówię i dławi mnie w gardle.

Największe grzechy rodziców

Dławi mnie w gardle, bo nienawidziłam tak robić, bo myślałam, że moje dziecko na tym traci i robiłam tak tylko, gdy nie wyrobiłam się z pracą w czasie, gdy była opiekunka. My rodzice mamy mnóstwo takich momentów, które nijak nie przystają do tego co planowaliśmy, kiedy czujemy że nie jesteśmy w pełnym kontakcie, że zapychamy dziecko środkiem zastępczym, żeby zrobić coś pilnego. Włączamy bajki, żeby ugotować obiad, dajemy papier toaletowy do darcia żeby się załatwić, marchewkę do pobierania, kiedy gotujemy, pozwalamy na stworzenie krainy z poduszek na podłodze, żeby spokojnie pogadać z mężem i z mocno średnim zaangażowaniem patrzymy na to co robi dziecko. Czas, który może przynosić poczucie winy, że rodzic nie daje z siebie dość. A potem… potem dziecko przychodzi i mówi, mamo to było super gdy leżałyśmy w łóżku i oglądałam bajkę, mamo to była najlepsza zabawa właśnie wtedy, kiedy byłaś zajęta obiadem.

Równoległe spędzanie czasu

Jordan Shapiro pisze o czymś takim jak równoległe spędzanie czasu ze sobą. To jest to co robimy trochę obok siebie, ale będąc razem. Kiedy wymęczona siadasz wieczorem na kanapie obok swojego męża i każdy nurkuje w swój telefon i tylko od czasu do czasu mówicie: „O jaaa, zobacz to” albo „Nie no, co oni znowu za bzdury piszą”, „Ej przeczytałam coś ciekawego”. Takie bycie bez pełni uwagi, ale bycie razem mimo to. Coś co traktujemy jako gorsze, co piętnujemy czasem, a jednak coś co też karmi relacje, zostawiając jednocześnie przestrzeń. Dzieci to wiedzą lepiej niż my, i potrafią się tym cieszyć.

Zabawa, nie-zabawa

Różni rodzice mówili mi, że nie potrafią się bawić, że nie spędzają dość czasu z dziećmi. A potem w trakcie, kiedy gadamy okazuje się, że oni się bawią, że są razem tylko nie widzieli w ten sposób tego, co robili. Nie myśleli, że wspólne pieczenie ciasta, mycie okien i sprzątanie to może być zabawa, to może być wspólny czas. Widzę to kiedy mój roczny syn z wielką radością ładuje ze mną pranie do pralki. Przypominam sobie też ciepłe jesienne dni, kiedy układaliśmy drewno do kominka na zimę, a tata woził nas taczką w drodze po kolejne kawałki. I wiem, że takie chwile też budują więź.

Mamy tylko 24 godziny

24 godziny. Z czego część śpimy, część jemy, sprzątamy, robimy pranie, załatwiamy różne rzeczy, próbujemy złapać oddech. I niezmiernie ważne jest, żeby w nich zaplanować ten czas z dzieckiem, z partnerem, z samym sobą w którym choć przez chwilę jesteśmy tylko dla siebie. Żeby zmieścił się między tymi wszystkimi pilnymi sprawami. Żebyśmy mieli chwilę na to, żeby z pełną uważnością się zobaczyć, odpowiedzieć na swoje potrzeby, pobyć. Ale to nie jest porażka, że dużo z niego spędzimy trochę obok siebie – można być obok siebie z uważnością na siebie, dobrze się bawiąc albo tylko zerkając sobie przez ramię od czasu do czasu. Bo 24 godziny to mało. 

Zdjęcie:

 

post

O mówieniu nie.

Byliśmy ostatnio w ZOO, w czwórkę. Ja, moje dzieci i mój nastoletni brat. Po drodze umówiliśmy się, że nie kupujemy zabawek, bo nie chcę i gadaliśmy o tym, że tam są drogie zabawki i takie same jak się bardzo chce można kupić gdzie indziej dużo taniej. Myślałam, że jesteśmy umówieni.

ZOO to jedno z takich miejsc, które same w sobie są

Łu już na wstępie miała jakiś nietęgi nastrój. Pierwsze co, to chciała wypożyczyć drewniany wózek, na co się nie zgodziłam i przez pierwsze parę minut była markotna z tego powodu. Po pół godziny zażyczyli sobie już loda i frytki. Okej. Chwilę później Łucja chciała zabawkę, na którą się też nie zgodziłam odwołując do naszej umowy. Ale płakała. A zaraz potem chciała iść na park linowy, przypominając mi, że powinna chodzić na takie rzeczy, żeby ćwiczyć równowagę, bo takie dostała zalecenie od pani, u której diagnozwałyśmy przetrwałe odruchy wczesnodziecięce. Znowu się nie zgodziłam, bo mieliśmy mało czasu – niedługo mieli dojechać dziadkowie.

W efekcie spędziliśmy pierwszą godzinę w nieustannym płaczu i miauczeniu. Było ciepło, ja niosłam Remika z poczuciem, że przecież organizuje super wycieczkę i wszystko źle, a mój brat zaczął rzucać sarkastyczne komentarze na ten temat. Wydawało mi się, że przyjmuje emocje i że spokojnie tlumaczę, a jest coraz gorzej.

I właśnie wtedy moje dziecko wyrzuciło:
– Bo ty mi dzisiaj cały dzień tylko mówisz NIE! Każdą rzecz, którą proszę to nie i nie. A w ogóle nie mówisz tak. – trochę mnie zagotowały te słowa w pierwszej chwili, bo ja byłam z myślą, że całe to ZOO to już jest spore tak. Z głębokim wdechem wypuściłam tę frustrację, starając się słyszeć to co ona mówi i nie słyszeć sapania brata, który był cały dzień w nastawieniu „To może jednak nie frytki, bo są drogie tutaj”.

– To chyba głupie całe czas słyszeć nie? – udało mi się wypuścić z siebie

– No głupie. Bo tylko nie i nie – przestała płakać i poczułam, że już teraz możemy gadać.

– To może znajdźmy coś ja co będę miała dzisiaj miejsce, żeby Ci powiedzieć tak, co? Bo ja myślałam, że już tak zrobiłam, ale dla Ciebie to chyba za mało.

– W ogóle nie mówiłaś tak! – zaperzyła się Łu i poczułam, że właśnie puściłam z trudem zdobyte porozumienie i próbuje forsować swoją rację.

– No dobra. Rozumiem. Cały czas słyszysz nie. Znajdziemy jakiś pomysł, żebym mogła powiedzieć tak?

– Dobra. Ale to nie będzie łatwe, bo ty cały czas nie. – Zagryzam wargi i nic nie mówię. Idziemy w ciszy. Przeżuwam w sobie listę potrzeb i szukam, co jest za tą zabawką, za tym parkiem linowym, jakie potrzeby moje dziecko ma, które chce w ten sposób zaspokoić.

– Mamo! Mamo! Plac zabaw, skręcamy!

– Ok, skręcamy – co tam że plac zabaw mamy pod domem, że moglibyśmy zdążyć obejrzeć nandu i kapibary, zanim przyjadą dziadkowie. Nie do końca wiem o jakie potrzeby chodziło, bo już jestem na to zbyt rozdrażniona. Ale usłyszałam dość, że ona chce usłyszeć tak.

Dochodzimy do placu zabaw i tam jest karuzela, za którą trzeba zapłacić 8 zł za jakieś 3 minuty. Płacę i Łu jeździ, a potem bawimy się na placu zabaw i dopiero wtedy ruszamy dalej.

Nagle mam zupełnie inne dziecko. Rozchmurzone i zadowolone. Karmienie owiec, które jeszcze przed chwilą miało być głupie, teraz jest super i na szczęście moi rodzice docierają w porę i mają złotówkę, żeby dokupić karmę, bo tak szybko im zeszła. Pozostałe dwie godziny są super.

Wychodzimy. Bez parku linowego, bez zabawki, ale jakimś cudem zadowoleni. Zostaję z myślą, jak działa ta równowaga między NIE a TAK. Z tym jak ciężki może stać się dzień, gdy nie dostrzegamy, że chodzi właśnie o jakieś TAK, a nie konkretną rzecz, kiedy dziecko w poszukiwaniu tego tak rzuca kolejna prośbę , a my coraz bardziej rozdrażnieni odmawiamy. I z tą strategią, żeby nie proponować do razu co zamiast, ale poszukać razem:

Czy jest taka rzecz, na którą mogłabym ci powiedzieć tak?

Czy znajdziesz coś innego, na co mogłabym się zgodzić?

Chciałabym coś dla ciebie zrobić / coś ci kupić, ale tak, żebym też była z tym okej. Co by to mogło być?

post

dbanie o siebie

Dopadł mnie wirus i nie czuję się najlepiej, więc tata zabrał dzieci na wyprawę do parku. Mimo średniego samopoczucia, zachłystuje się euforią nad tym czasem sama ze sobą i rozglądam po domu, co chciałabym zrobić. Odpocząć? Oddać zaległy tekst? Skończyć obiecaną pracę? W zasadzie najbardziej bym odpoczęła, jakbym się zdrzemnęła. Nie chce mi się spać. Może jednak by sprzątnąć? Jest już taki bałagan, potem nie będzie jak. Albo pogram chwilę na komputerze. Wieeeki nie grałam, a to zajęcie z mojej strefy komfortu.

Już wiem, że tego czasu jest zawsze mniej niż myślę, że nie mogę zrobić nawet kawałka tych wszystkich rzeczy. Stoję w rozkroku. Pierwsze co chcę zrobić, to skończyć tekst i wysłać, bo wiem, że to jest 5 minut. Ale gdzieś z tyłu głowy mnie szarpie “dbaj o siebie, wykorzystaj to najlepiej jak potrafisz, szybko, mocno, teraz”.

Dbanie o siebie w rodzicielstwie jest czymś na co kładzie się ostatnio duży nacisk. Pamiętam, że jak Łucja była mała to tak samo i w kółko gadano o rozwoju. Kiedy wracasz do pracy? Trzeba się rozwijać. Teraz – nie możesz tak tyrać, dbaj o siebie.

Prawda to wszystko, że warto dbać o siebie. Ale nagle jestem w takim przymusie tego dbania. Pięknie to ostatnio Marta Sikorska (Pasikonie) ujęła na swoim instagramie – „stawiam sobie oczekiwania dbania o siebie”.

Myślę o tym, że dbanie o siebie to zaspokajanie swoich potrzeb. I że każda z rzeczy, które przyszły mi do głowy, że chcę zrobić jest związana z moimi potrzebami. Sprzątanie i wywiązanie się z umów, wykonanie pracy też. Dociera do mnie, że mam ich tak strasznie dużo niezaspokojonych, że kiedy mam moment o tym pomyśleć to nie wiem, w którą stronę się zwrócić.

Zatrzymuję się w pędzie. Zamykam oczy, biorę oddech i sprawdzam co mi mówi ciało, czego najbardziej potrzebuję. Czuję pragnienie i delikatny głód. Wypijam szklankę wody, zjadam nieśpiesznie nektarynkę. Czuję też zmęczenie mięśni i delikatne zawroty głowy z powodu choroby, więc ubieram czyste prześciaradło i przynoszę wiatrak do pokoju. I komputer. Chcę poleżeć i chcę popracować. Dbam o siebie, bo świadomie wybieram.

Moja koleżanka Karla (Karla Orban – Psycholog RB) robi kurs online o dbaniu o siebie, jeśli też was uwiera ten temat, możecie do niej zajrzeć.

Chyba jednak chwilę pogram 

post

Nie warcz

– Nie warcz – mówię zmęczona i zirytowana, że Łucja warczy na Remika. Nie w przenośni. Dosłownie warczy albo ryczy, jak zbliża się do niej. Po całym dniu strasznie się wkurzam, jak słyszę głośne warknięcia, szczególnie, jak on potem wybucha płaczem.

Bez sensu. Jak przychodzi chwila refleksji to już wiem, że to zupełnie bez sensu. Przecież opowiadała mi o swoim balonie zazdrości i o tym, że kiedy już jest bardzo pełen to wybucha. A teraz oprócz zazdrości, dochodzi jeszcze konieczność bronienia swoich granic, kiedy mały, obśliniony raczkujący potwór zbliża się gnieść jej obrazki, zjadać jej czekoladę albo co gorsza lego, wyrywać zabawki, przerywać czynności.

– Po co warczysz? – pytam już bez złości, z ciekawością
– No żeby tu nie szedł, nie wiesz? – odpowiada zdziwiona moim pytaniem. Aha, czyli to drugie i dla niej jasne jak słońce, że to wiem. I że jak mówię “Nie warcz”, to może też mówię “Nie broń się”?

Moje dziecko ma różne sposoby na trudności w relacji z młodszym bratem. Niektóre są niesamowicie dojrzałe. Inne są takie, że chcę się ich jak najszybciej pozbyć. Warczenie jest gdzieś po środku. Kiedy zabiorę jej ten ze środka to duża szansa, że wróci do tych, których chciałabym, żeby nie używała i na przykład go walnie, dlatego zupełnie bez sensu, że tak gadam. Kiedy zaczynam myśleć o tym, że to warczenie to postęp, w stosunku do tego, co było dwa tygodnie temu albo co mogłoby być robi mi się lepiej. Przypominam sobie też o tym, że mówienie “nie warcz” zwiększa tylko napięcie, komplikuje im stosunki.

Następnym razem daje im chwilę przestrzeni i nie reaguję, kiedy Łucja warczy na raczkującego w jej stronę Remika. Zatrzymuje się i wybucha płaczem. Na 10 sekund, a potem idzie w swoją stronę. I wszystko jest okej.

Myślę też o innych rzeczach, które mogę powiedzieć zamiast “Nie warcz”, o rzeczach, które będą jej dodawać zamiast odejmować – strategii, sił, empatii.

Czy mogę Ci jakoś pomóc?
Co się stało?
Przeszkadza Ci, co?
To czasem trudne mieć młodszego brata?
Ciekawe czemu on tak bardzo chce do Ciebie iść?
Może wymyślimy więcej pomysłów, żebyś mogła się obronić?

A potem nagle odkrywam, że zupełnie mi już to warczenie nie przeszkadza…


Może spodoba Ci się też:

Zazdrość i bicie

Nie lubisz mnie

Zdjęcie PublicDomainPictures