post

To Twoja wina!

Ostatnio ciągle była nasza wina. Jak potknęła się na zabawce, to moja że nie sprzątnęłam. Jak upuściła wielki szpital LEGO , to z jakiegoś powodu taty. Jak wylała wodę, to dlatego że jej dałam w przezroczystej szklance. I tak dalej i w kółko piskliwy krzyk „to Twoja wina!”. Raz, drugi i piąty się wkurzałam, aż w końcu przypomniałam sobie, że jestem psychologiem i że wypadałoby zrozumieć i już zaraz potem, że jestem rodzicem i że chcę zrozumieć.

Obwinianie pozwala pozbyć się napięcia

Brene Brown mówi, że obwinianie innych sprawia, że możemy pozbyć się napięciaTu jest taki fajny filmik na youtube, krótki, zabawny i pokazujący jak to działa. Niektórzy robią to nagminnie, inni rzadziej, ale obwinianie sprawia, że czujemy się trochę lepiej w sytuacjach, kiedy już mleko się rozleje. Jest więc pewna strategią radzenia sobie z trudnymi emocjami, może nie za fajną, ale moje dziecko miewało jeszcze mniej przyjazne. Trochę mi pomaga, jak pomyślę, że dziś wybrała tę, a nie którąś z wielkiego pudła tych, na które reaguję wybitnie alergicznie. Łatwiej mi też, kiedy uzmysławiam sobie, że to jest jakiś krok do przodu, co wiąże się z tym, że…

To jest rozwojowe

Ciągle mam tak, że często wydaje mi się, że jakieś rzeczy które moje dziecko robi są bardzo unikalne i że to jest jakiś nasz „problem”, a potem się okazuje że to jest zupełnie normalne. I nieodmiennie bywam zdziwiona, że dużo (albo nawet większość dzieci) tak robi w pewnym momencie swojego życia, a potem im to samo przechodzi. Wiecie, jak z wchodzeniem w kałuże. No i jakie było zdziwienie, gdy po weekendzie, po którym byliśmy mocno zmęczeni natężeniem zarzutów Łucji odnośnie tego, co jest naszą winą, odkryliśmy post Bliskiego Miejsca większość 5.5-6.5 latków tak robi. A potem pojawiły się w głowie dwa potężne w kojeniu serca rodzica czasowniki – to normalne i to mija.

Ty to zrobiłeś, więc ty to posprzątasz!

Mówicie tak? Ja czasem tak. Ostateczny argument, który miesza poczucie winy z odpowiedzialnością, a często podawany jest jako przykład naturalnej konsekwencji, ale nią nie jest. Naturalną konsekwencją rozlania wody, jest to że jest ona rozlana, a nie to, że trzeba ją powycierać. Olśniło mnie, kiedy rozmawiając z Łucja usłyszałam, że to taty wina, że LEGO się rozpadło WIĘC on musi odbudować. Ty to zrobiłeś więc ty to posprzątasz to nie jest nauka brania odpowiedzialności, tylko obwiniania. I pomysłu, że ten kto jest winien ten ma naprawiać, który potem bardzo komplikuje w relacjach.
Usłyszałam też, że za tym „Twoja wina” kryje się u mojego dziecka prośba o pomoc.

A odpowiedzialność?

Może czytając poprzedni akapit przeszedł Cię zimny dreszcz, że to jest właśnie prosta droga, do tego, żeby dziecko wyrosło na kogoś, kto nie chce brać odpowiedzialności, za różne rzeczy.  Ja myślę, że jest na odwrót. Odpowiedzialność nie bierze się z poczucia winy, tylko z decyzji, że ja chce ją przyjąć, np chce naprawić coś albo chce się komuś pomóc.
To właśnie obwinianie sprzyja temu, że zamiast koncentrować się na tym, co można zrobić próbujemy wrzucić winę na inną osobę. I że dopiero jak ustalimy czyja to wina, to ona będzie to robić. Branie odpowiedzialności za to często bierze się z empatii, że widzę drugiego człowieka i chcę coś zrobić dla niego.

Co robię, kiedy słyszę że znowu jest moja wina?

Ja jak słyszę, że moja wina to mam ochotę eksplodować i czuję napięcie w rękach i nogach. To jest dla mnie sygnał, że to nie jest dobry moment na gadanie, więc biorę parę głębokich wdechów i skupiam się na tych wszystkich myślach, o których pisałam.
  1. Dzieci tak mają.
  2. To normalne.
  3. To minie.
  4. To nie o mnie, tylko o jej napięciu.
A jak już się uspokoję, to robię różnie. Jak to jest coś małego, co szybko się da rozwiązać to pytam „Chciałbyś, żeby Ci z tym pomóc?”.
Czasem jak widzę, że się uda to obracam wszystko w żart, tak żeby to śmiech rozładował napięcie. Teatralnie przepraszam i mówię że rzeczywiście to jest absolutnie i zupełnie moja wina , że siedząc w drugim pokoju nie domyśliłam się, że coś tam o nie pomogłam. A i jeszcze muszę jej wyznać, że przeze mnie dziś nie pojedziemy pod namiot , bo jest zima. Albo coś takiego. Przenosimy to obwinianie na poziom meta i robimy z niego teatr, spełnia swoją rolę oczyszczania z emocji, ale bez niszczenia relacji.
Ale najczęściej robię najoczywistsze i najłatwiejsze, sięgam po empatię. Przytulam, słucham, słucham smutku, słucham złości i mówię, że też mi przykro że się zniszczyło. Nie mówię, że jakbyś nie kładła na środki podłogi to by się nie stało.
A czasem to w ogóle, okazuje się że też mi nerwy puszczają, wykrzykuje że chyba na mózg jej padło i wychodzę z pokoju. 😁
post

Telewizor, smartfon, komputer i dziecko.

Wkurzam się. Jak widzę kolejne pojawiające się masowo na fejsbuku informacje straszące rodziców o tym, jak kontakt z telewizorem, komputerem i tabletem może zaszkodzić dzieciom. Najczęściej nie są one w żaden sposób poparte stanem współczesnej wiedzy, a wręcz im zaprzeczają. Plan jest taki, że napiszę o tym więcej i bardziej szczegółowo, ale dziś krótko o tym, czego waszemu dziecku NIE ZROBI komputer ani tablet.

MIT 1. Telewizor, smartfon, komputer i tablet uzależnia jak heroina.

Heroina uzależnia jak heroina. I już samo to nie jest tak oczywiste, jak przywykliśmy myśleć (jeśli kogoś to interesuje, to polecam posłuchać lub poczytać pana, który nazywa się Johann Hari ). Sam pomysł tego, że rzeczy uzależniają nas same z siebie przez to, że się z nimi zetkniemy, a my jesteśmy bezwolni w tym, wymaga weryfikacji.

To co najczęściej mają autorzy takich zdań na myśli to prawdopodobnie to, że różne rzeczy lub aktywności sprawiają nam przyjemność (lub że wpływają na mózgowy układ nagrody i kary). Ale nie jest to TAKIE SAMO oddziaływanie na mózg jak heroiny. Badacze gier komputerowych Markey i Fergusson wykazali w 2017, że granie  w gry podnosi poziom dopaminy w mózgu mniej więcej tak wysoko jak zjedzenie lodów albo kawałka pizzy, czyli o wiele, wiele mniej niż narkotyki. (Za: Peter Gray TU) Ale jak już koniecznie chcemy się trzymać tego niezbyt rzetelnego naukowo przykładu, to mam złą wiadomość – zgodnie z tą logiką wszystkie miłe rzeczy uzależniają jak heroina. Smaczne jedzenie, spacery w lesie, budowanie z klocków lego i przytulanie.

Więc nie. Ani telewizor ani smartfon ani komputer ani tablet NIE uzależnia jak heroina. I w ogóle nie uzależnia sam w sobie.

MIT 2 Tablet i smartfon upośledza motorykę małą.

Prawdą jest, że kiedy dziecko korzysta z tabletu i smartfona to ćwiczy motorykę małą w inny sposób niż na przykład podczas rysowania czy zabaw koralikami. Dziecko nie ćwiczy jej w przypadku miliona innych czynności – na przykład jak kopie w piłkę, spaceruje, słucha jak ktoś czyta mu bajki. To, że dziecko korzysta z elektroniki nie wpływa destrukcyjnie na umiejętności, które posiada albo które może opanować, co najwyżej sprawia, że w tej chwili ich nie ćwiczy lub robi to w inny sposób. Dziecko, które w ogóle nie korzysta z tabletu też może mieć problemy z motoryką, jeśli nie będzie wykonywało aktywności, które to ćwiczą albo ma takie a nie inne wrodzone predyspozycje. Rozwiązaniem jest proponowanie dziecku aktywności wspierających rozwój motoryki, a nie odbieranie mu dostępu do elektroniki.

MIT 3 Granie w gry wyłącza płaty czołowe ( i dzieci jeszcze przez 2 godziny się nie uczą).

 

Grając w gry dzieci uczą się bardzo dużo i nie jest to moja opinia, ale bardzo dobrze przebadana informacja (będę o tym więcej pisać, ale jak ktoś chce teraz już to polecam teksty Petera Graya, które zawsze mają bezpośrednie odnośniki do badań).

Pod magicznym określeniem wyłączenia płatów czołowych nie kryje się to, że dziecku przestaje nagle działać mózg, tylko jak przypuszczam, że przechodzi ono w tryb walki i ucieczki. Dzieje się tak, gdy czuje się ono zagrożone i w niebezpieczeństwie, więc może to się zdarzyć w przypadku grania w niektóre gry, szczególnie te niedostosowane do wieku. Bycie w trybie walki i ucieczki nie jest przyjemne i większość ludzi nie wybrałoby tego, choć w pewnych sytuacjach może się tak zdarzyć i dotyczy to osób, które przebywają w nim permanentnie. Dziecko raczej nie powinno dążyć do takiej sytuacji.

Cała prawda jaka ukryta jest w tym zdaniu jest taka, że gry czasem mogą uruchamiać u dzieci ten tryb, a najsensowniejszy wniosek z tego płynący jest taki, że rodzice powinni mieć sprawdzać w co ich dzieci grają i jak się z tym czują, a najlepiej poświęcić czas na wspólne granie. 

(Przy okazji optymalne dla uczenia się jest bycie w stanie delikatnego pobudzenia, ale nawet przy “wyłączonych płatach czołowych” człowiek może się uczyć, tylko na ogół nie ma dostępu do tej wiedzy poza tym stanem.)

MIT 4 Telewizja, komputer, tablet i smartfon sprawiają, że dzieci są mniej empatyczne, mniej kreatywne i mniej sprawne fizycznie (i cokolwiek jeszcze chcecie dodać).

Większość badań, na które powołują się osoby przedstawiające takie wnioski to badania korelacyjne, czyli że badani sprawdzali ile (według wypowiedzi rodziców) dzieci spędzają przed ekranem dziennie i mierzyli potem poziom jakiejś cechy u nich. Widzicie problem?

Po pierwsze może być tak, że dzieci posiadające określone cechy chętniej wybierają aktywności przed ekranem. Prawdopodobnie, gdyby zrobić analogicznie z godzinami rysowania, to też by się okazało że im więcej dziecko rysuje tym jest mniej sprawne fizycznie.

Po drugie, tego typu badania są bardzo wrażliwe na skrajności. Czyli, że na ich wynik wpływa to, że są dzieci zaniedbane albo z problemami, które rozwiązują spędzaniem przed ekranem 10 godzin dziennie i te dzieci po pierwsze mają już pewne trudności, po drugie wyłączne spędzanie czasu przed komputerem czy telewizorem sprawia, że nie mają one różnorodnych aktywności wspierających rozwój. To bezdyskusyjnie nie jest zdrowa sytuacja dla dziecka. Ale jak się ją wrzuci do badań i uśredni to wychodzi, że im więcej dziecko korzysta z telefonu czy komputera, tym jest dla niego gorzej, co nie jest zgodne prawdą.

Znowu, podobnie jak w przypadku motoryki małej kluczem nie jest to, żeby dziecko nie spędzało czasu w ten sposób, ale żeby miało bogactwo i różnorodność aktywności, z których może wybierać. Jeżeli chce się mieć wpływ na empatię albo kreatywność dziecka to jak dla mnie pierwszą rzeczą nie powinno być szukanie kozła ofiarnego, który tę empatię magiczne obniżył, ale raczej powrót do tego co ją u dzieci buduje i jak się ona rozwija. Zabranie tabletu nie sprawi, że dziecko nagle będzie empatyczne. Ba, myślę, że jest wiele sposobów w jaki elektronika może rozwijać także takie cechy jak empatia i kreatywność u osób, które z nich korzystają, są między innymi takie gry.

MIT 5 Dziecko powinno spędzać X minut dziennie przed ekranem.

Myślę, że nie ma żadnego ogólnego limitu, który określałby jaka ilość czasu jest odpowiednia dla dzieci. Rzecz w tym, żeby wspierać dziecko w regulacji tego czasu, w taki sposób, aby korzystanie z różnych sprzętów elektronicznych mu służyło, a nie je obciążało. Znowu warto pamiętać, że te zalecania typu 15 czy 20 minut dla przedszkolaka powstały w oparciu o badania korelacyjne i to nie oznacza to, że jak dziecko będzie korzystało z 30 minut to się nagle uzależni albo nie będzie miało empatii.

Po drugie wyznaczanie czasu dziennego jest bardzo mało wspierające regulacje, bo czasem jest tak, że dzieci w ogóle by nie korzystały, ale mają poczucie że im “przepadnie”, a czasem że potrzebują na wybraną aktywność dłużej niż przewiduje dzienny limit (bajka trwa 30 minut a dziecko ma 20, albo zrobienie w misji w grze trwa ponad godzinę). Dlatego zamiast nadmiernie przejmować się limitami z krążących po Facebooku infografik lepiej skorzystać z własnego mózgu i obserwować dziecko.

Na koniec mogę napisać tylko tyle, że naprawdę jeśli chodzi o tablet, telefon, komputer i telewizor, to nie chodzi o to, żeby dzieciom zabierać, limitować, ograniczać i pilnować. Wtedy zaczynamy wchodzić w bardzo niewygodną narrację zakazanego owocu i nieustannej walki o elektronikę, która nie skończy się prawdopodobnie, aż dziecko się wyprowadzi, a i to z myślą “wreszcie będę mógł grać tyle ile chcę”. To są normalne sprzęty, służące do normalnych aktywności i o wiele zdrowiej by było, gdybyśmy je tak właśnie traktowali.

Bardzo ważne jest też to, co jest obok i oprócz. Czy jesteśmy kiedy gra? Czy wiemy, co robi na tym komputerze albo telefonie? Czy potrafimy dostrzec, jakie potrzeby zaspokaja dzięki temu? Ale przede wszystkim:

Ile czasu jesteśmy z dzieckiem?

Jakie propozycje innych aktywności mu dajemy?

Czy uczymy je jak regulować emocje i odpoczywać?

Jaką mamy ze sobą więź?

W jaki sposób my spędzamy nasz wolny czas?

 

post

dokręcić można zawsze

Robimy przemeblowanie i między innymi dokupiliśmy wkład z szufladami do regału. Okazało się, że instrukcja przewiduje przykręcenie tego wkładu w boki regału, czego postanowiłam nie robić. Nie jestem pewna czy chcę, żeby te szuflady były dokładnie w tym miejscu i chcę wypróbować, jak to się będzie sprawdzać, a jak przykręcę i potem będę chciała zmienić, to zostaną dziury już na zawsze.
Przypomniały mi te regały, że moja mama używała takiego zwrotu odnośnie dzieci, jak „dokręcić mu śrubę”, co oznaczało sięgnięcie po bardziej twarde metody wychowawcze niż zazwyczaj.
Jakoś tak mam w życiu, że nie lubię rozwiązań ostatecznych, wyborów, których nie da się odkręcić i takich, po których zostaje trwały ślad. I jak Bartek pytał czy jestem pewna, że to dobry pomysł, żeby nie dokręcać szuflad to w sumie nie wiedziałam. Bo może się będą przesuwać albo wypadać. Ale stwierdziłam, że dokręcić zawsze można.
W wielu sytuacjach w życiu jest dla nas oczywiste, że nie zaczynamy od bardziej hardcorowych metod tylko od najdelikatniejszych i jak one nie działają to dopiero sięgamy po następne. Robimy tak jak jesteśmy chorzy, jak odplamiamy ubrania czy czyścimy mieszkanie. Bo pamiętamy o tym, że te super skuteczne rozwiązania często niosą ze sobą ryzyko (a czasem pewność) uszkodzenia tego, co chcemy naprawiać albo inne skutki uboczne.
Tymczasem w relacjach, szczególnie z dziećmi, rzadko o tym pamiętamy. Kiedy naszym celem jest przede wszystkim zmiana zachowania dziecka i nie patrzymy co jest za nim, to naszym kryterium tego jak reagować staje się skuteczność. A kiedy najważniejsza jest skuteczność, to nie widzimy efektów ubocznych i szybko sięgamy po to, co da nam natychmiastowy skutek. Tylko wtedy z naszą relacją może stać się to, co z koszulką często odplamianą najsilniejszym odplamiaczem, pacjentem leczonym antybiotykami przy każdej byle infekcji albo regałem z wkręconymi śrubami.
Kiedy czuję, że nie wiem jak postąpić z moim dzieckiem i chcę już wytaczać największe działa, często biorę głęboki wdech i na sekundę się zatrzymuję. Próbuję wtedy pamiętać o tym, że dokręcić zawsze można. Ale jak już się dokręci to nie ma odwrotu. Potem zostaje naprawianie efektów ubocznych.
post

depresja poporodowa i instagramy

– Powinnaś mieć insta do tego bloga, takie piękne zdjęcia Twoje i Łucji. Ludzie lubią zdjęcia. – poinformowała mnie kiedyś zimą, w pierwszym trymestrze, moja przyjaciółka, która regularnie uświadamia mnie, że nie do końca odnajduję się w realiach dzisiejszego świata.
– Eee… insta tak. To bym musiała wrzucać tam zdjęcia. Bym musiała je mieć. W tym tygodniu zrobiłyśmy sobie jedno selfie, patrz.
– Nie, nie, nie. Dorota! Tak to nie działa. To musi być ładne zdjęcie, wiesz trzeba się ubrać, uczesać, a nie…

Czasem widzę bardzo popularne blogi, na których treści i przekazu wprawdzie mało, ale zdjęcia są super. Czuję potrzebę estetyki, realizowaną oglądaniem ładnych skandynawskich wnętrz i dzieci ubranych jak książątka, choć swoją wolę zaspokajać inaczej. Ale widzę w tym jeszcze coś – balansowanie na cienkiej granicy pomiędzy tąże potrzebą estetyki i oglądaniem mocno nieprawdziwego świata a jakimś takim emocjonalnym masochizmem.

Depresja w ciąży i popordowa (nie) na instagramie

Tu jest kilka krótkich i prostych tekstów o depresji i zaburzeniach nastroju w ciąży i po porodzie (na które natrafiłam właśnie – nie mogąc spać od świtu pod koniec ciąży 😉 ). Pani Dawn Kingston, która jak informuje notka biograficzna, specjalizuje się w zdrowiu psychicznym w okresie okołoporodowym, pisze o tym, że większość depresji poporodowej zaczyna się w ciąży. Według niej bierze się to między innymi stąd, że:

  • zaburzenia nastroju w czasie ciąży uważane są za coś normalnego, więc kobiety nie szukają pomocy, jak coś zaczyna się dziać;
    kobiety w ciąży nie gadają o swoich lękach i smutkach, a tym bardziej objawach depresji, które pojawiają się w czasie ciąży, bo… jest im wstyd;
  • na kobiety w ciąży nakładana jest olbrzymia presja – wygląd, styl życia, doświadczane emocje – wszystko powinno spełniać kulturowo narzucone normy bycia dobrą mamą już w ciąży;
  • z bycia perfekcyjną-przyszłą-mamą płynnie trzeba przejść w bycie perfekcyjną-młodą-mamą, jak coś pójdzie nie tak, niezgodnie z wizją i planami (a często idzie i często zupełnie nie leży to po stronie mamy, że tak się stało) to bywa, że bardzo ciężko się z tym pogodzić.

Eksperyment na depresję

To staranie się, próba doskoczenia do wysoko postawionej przez nie do końca wiadomo kogo poprzeczki, którą zaakceptowaliśmy na tym poziomie i udawanie przed innymi, przed bliskimi, przed sobą nawet, jest wyczerpujące i niszczące. Dawn Kingston proponuje taki uwalniający eksperyment, polegający na tym, żeby zacząć mówić prawdziwe rzeczy o swojej ciąży (a potem macierzyństwie). W kolejce do lekarza, w szkole rodzenia, na spotkaniu z (może perfekcyjnymi) znajomymi, zdjąć na chwilę maskę i powiedzieć “hej, tak właśnie jest”. I zobaczyć co wtedy się stanie.

„Hej, tak właśnie jest”

Śniło mi się ostatnio, że zgubiłam córkę w lesie. Było ciemno i jej niedopilnowałam, a potem już tylko słyszałam że jest gdzieś niedaleko, że płacze i krztusi się czymś, ale nie mogłam się do niej dostać przez gęste krzaki. Była tuż obok, ale nie wiedziałam gdzie, nic nie widziałam. A potem nagle obudziłam się w śnie, w którym odkryłam, że przez 8 godzin nie karmiłam jej urodzonego już brata, bo spał i zapomniałam go obudzić. Z tego wszystkiego obraził się i wrócił do brzucha.

Tak, trochę się boję jak to wszystko poukładamy, żeby było dobrze. Wracają mi stare uczucia braku kompetencji, oskarżenia w głowie nie wiadomo skąd, że część rzeczy to moja nieudolność albo lenistwo, a nie świadomy wybór – zarzucania bezsensownych norm, dawania przestrzeni rodzinie, zostawiania odpowiedzialności dziecku. Tak, siadałam czasem na łóżku w tej ciąży z dziwną myślą “kurde, co my zrobiliśmy, przecież ja tego nie ogarnę” albo z uczuciem, że nie będę potrafiła kochać jego tak jak jej, albo że zrzucę na nią zbyt wiele i zbyt wiele będę wymagać, kiedy on się urodzi. Nie ćwiczyłam, jadłam słodycze, piłam coca-colę i radlery 0%, nie wyglądałam na zdjęcie na instagrama i często nie miałam siły bawić się z Łu, szczególnie ostatnio mimo, że czuję, że to nasze ostatnie chwile tylko we dwie.

Cieszę się z mojej ciąży, była dla mnie wielką podróżą. I cieszę się też, że już się kończy. Ale to wszystko u góry też jest prawdą o niej.

A Ty? Odsłonisz trochę prawdy?


 

post

5 największych okropności w ciąży

No dobra, tak naprawdę nie 5 i tak naprawdę nie chcę nic wymieniać. Ale jak wykazali amerykańscy naukowcy jak się napisze, że 5 albo 10 czegoś to ludzie lepiej klikają.Ok, nie wiem czy jacykolwiek naukowcy to wykazali, ale mądrzej brzmi. Dopadł mnie cyniczny nastrój końca ciąży. To mój pierwszy clickbait. 

Bycie w ciąży bywa trudne

Jest upał, czuję się zmęczona, mam spuchnięte stopy, jak się przekręcam w łóżku to wszystko mnie boli, a w lustrze widzę szerokie czerwone paski na brzuchu. I jak mi tak parę dni temu pojawiły się te nowe rozstępy to było mi z nimi źle i przykro. Stały się dla mnie pewnym symbolem tego jakie przeżywanie ciąży bywa trudne i że z zewnątrz jest presja, żeby wcale trudne nie było.

Bycie w ciąży z Łucją fizycznie bywało ciężkie. Z Bubu to bywało koszmarem. Był czas, że nie miałam siły chodzić, ani myśleć, bo tarczyca mi tak zwariowała, że miałam dużo za niskie ciśnienie. A potem taki, że nie miałam siły wyjść z łóżka, bo odwodniłam się od wymiotów. Łu przynosiła mi wodę, którą sączyłam po łyku i cały dzień oglądałyśmy bajki. Później było też tak, że nie mogłam chodzić, bo rozchodziło mi się spojenie łonowe i przejście więcej niż paru kroków robiłam z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach. I właściwie to wszystko było tygodnie temu, teraz jest mi tylko gorąco i mam spuchnięte stopy i jakbym miała wybierać czy chcę tym płacić za małego Bubu, to wiadomo co bym wybierała. Ale to nie znaczy, że nie było trudno.

Jesteś w ciąży – ciesz się

Społecznie to jest często tak, że “chciałaś to masz”. Jak masz coś, co z założenia powinno być fajne to nie śmiej powiedzieć o tym, że jest Ci w tym trudno. Tylko, że nie chodzi o wieczne malkontenctwo, szukanie dziury w całym i zaglądanie koniowi w zęby. Chodzi o to, że jak jest ciężko to się chce móc o tym powiedzieć komuś bliskiemu i czuć, że on cię słucha, że nie robisz nic niestosownego.

Chciana ciąża to powód do radości przecież, więc nie śmiej się żalić i mówić, że jest okropnie i źle. Nie śmiej, bo chciałaś, bo masz na własne życzenie, a w ogóle to są tacy co chcą i nie mogą, więc jak Ty możesz tarczycą, kilogramami, cholestemią albo brakiem sił się przejmować. (BO jak nie jesteś w ciąży to możesz śmiało ręce nad tarczycą czy kilogramami załamać).

Ja się cieszę, że mam sporo osób, z którymi mogę pogadać i powiedzieć jak mi jest. Ale nauczyłam się też, że są takie, z którymi nie mogę i mówię im, że jest okej, bo tak jest łatwiej. Oni nie mają gotowości słuchać, a ja nie dostanę z powrotem nic, co mnie wesprze.

Rozstępy – wspaniałe trofea, blizny wojenne, duma macierzyństwa

Naprawdę lubię ten trend, że panie mówią o tym, że ich ciała nie są jak były, że się tym dzielą, że wrzucają zdjęcia, że mówią, że macierzyństwo to nie instagram, że często kończy się w piątek wieczorem z grubym tyłkiem, obrzyganym kaszką, obsranym kupą i zapomnianym przez znajomych, którzy poszli na imprezę. Tylko czasem mam wrażenie, że on chce powiedzieć, że to jest super. Że moje ciało się zmieniło, nigdy nie będzie takie jak było, że całe moje życie się zmieniło i że to ma być dla mnie super, spełnienie i wielkie szczęście.

Nie wszystko jest super. Rozstępy nie są super. Nikt o zdrowych zmysłach w naszej kulturze nie chce mieć rozstępów. Niektórym może to zupełnie nie przeszkadzać, innym mało, a są tacy co wpadną w rozpacz i pobiegną na laser, jak tylko się będzie dało. I to jest w porządku, że każdy może czuć się z nimi, tak jak się czuje, a nie że musi się cieszyć czymś, co dla niego wcale nie jest fajne, bo inaczej będzie zmanipulowanym płytką kulturą zachodnią nieświadomym niczego półmózgiem.

Ciąża to też miejsce żałobę

Jest coś takiego jak depresja poporodowa, ponoć doświadcza jej co 5-6 matka i nawet co 10 ojciec. Pewnie byłoby jej mniej, jakby pozwolić ludziom na to, żeby mówili o tym, że bywa im trudno. W ciąży. Z dzieckiem. Ze zmianami w ciele. Ze zmianą stylu życia. Że się boją. Że im smutno. Że mają trudne emocje.

Pewnie byłoby jej też mniej jakby nie czuli z każdej strony, że to, że zostali rodzicami to jest największym cudem i w związku z tym mają nie narzekać tylko się cieszyć i z dumą obnosić rozciągniętymi brzuchami, bliznami, podkrążonymi oczami i każdą rzadką kupą w pampersie. Jakby społecznie, kulturowo i w sobie potrafili znaleźć miejsce na to, żeby odżałować stare, które odchodzi z nadejściem nowego. Bo jak piękne nowe nie jest, stare też najczęściej było dobre.

post

za krótko

Są takie rzeczy, które nas męcząca jako rodziców, które przestajemy lubić, a czasem doprowadzają nas do rozpaczy. Jest ich bardzo wiele na każdym etapie rozwoju dziecka – miliony nocnych pobudek, potrzeba nieustannej uwagi i asysty, problemy z jedzeniem, kolejne posikane majtki, rozlewające się i gorące emocje. A my siedzimy i zastanawiamy się czy damy jeszcze radę? I jak długo to potrwa?

Załamujemy ręce, a potem wdrażamy kolejne rady, które sprzedała na rodzina albo przyjaciele. Chodzimy do lekarzy, sięgamy po specjalistyczne poradniki. A czasem nawet zaglądamy na portale chwalące się, że odkryły 5 złotych sposobów, na to żeby Twoje dziecko już nigdy, przenigdy nie robiło tego czy tamtego. Mierzymy się z tym, że część tych sposobów jest wbrew nam albo dziecku, a druga część nie działa.

A potem znów załamujemy ręce i pytamy jak długo jeszcze? Co zrobić, żeby przestało? Co robię źle? Kiedy to się wreszcie skończy? Pytamy, zapominając o prostej prawdzie. Że to wszystko najczęściej

jest rozwojowe
jest normalne
i minie.

 

Zapominamy, że dzieci tak mają i że mogą tak mieć,

że po prostu są dziećmi.

A potem nagle, któregoś dnia się budzimy i stwierdzamy, że tego już nie ma. Od tygodnia, dwóch, a może miesiąca. Przeszło, zniknęło na amen. I chociaż tak uwierało, takie było nie do zniesienia, to wracamy do tego często z tęsknotą i rozrzewnieniem.

Jeszcze wiosną chciała się huśtać tylko na tych huśtawkach z oparciem. Teraz wystarczy ją popchnąć dwa razy, a sama rozpędza się wysoko na tej “dla starszych”. Patrzę na to z dumną mamy, której dziecko coraz wyraźniej przesuwa się z czterech lat do pięciu i staje coraz bardziej samodzielne. Z ulgą wielkiego brzucha, bolącego ciała, słabości w upale, które nie pozwalają mi w pełni brać w tym udziału. Ale też z nieustającym smutkiem przemijania.

I wtedy z nową nadzieją i cierpliwością wchodzę w te miejsce gdzie jest mi trudno, gdzie mam ochotę wyć do księżyca i pytać ile jeszcze. Bo w głębi, w samym środku, tak naprawdę wiem, że zawsze i ostatecznie to będzie za krótko.

*Na zdjęciu prawdziwa Łu.

post

10 sekund empatii

– Kiedy przyjdzie [moja opiekunka] ? – pyta Łucja po raz kolejny któregoś dnia
– Najwcześniej za tydzień, mówiłam ci.
– To straaaasznie dłuuugo – wydobywa z siebie jęczący odgłos rozpaczy. Wiem, że długo, dla mnie też to długo, bo mam skurcze, bałagan i pracę. I lekko skaczący nastrój końcówki ciąży.
– Długo. No ale ja nie mam na to wpływu, kochanie!
– Mamo, mamo no! No wiem, że nie masz wpływu na to. Ja chcę tylko tak powiedzieć to, że to długo i że ja tak nie chcę! Wiem, że nie zrobisz nic z tym.

A ja słyszę w sobie, jak mój mózgu tłumaczy to używając przedziwnej mieszanki znanych mi zdań “Mamo, mamo no ku…! Uczysz się tego ósmy rok w szkole i na kursach i wszystko jak w krew w piach”. Empatia. Bycie razem. Towarzyszenie sobie w emocjach. Nigdy nie przestanę się tego uczyć. I nie wiem czy wiele pomogą mi w tym kursy. Nawet te z psychologii. Bo najwięcej o tym odkrywam chyba jednak w kontakcie z moją córką. 

Empatia to nie jest robienie za kogoś ani rozwiązywanie nierozwiązywalnego. To nie jest wkurzanie się, kiedy nie da się nic zrobić z problemem. To nie jest dawanie rady. Empatia to jest zwykłe bycie obok, słuchanie. To chęć na to, żeby być przez chwilę całemu dla drugiej osoby, w gotowości do przyjęcia jego emocji, jego trudności, jego myśli.

Zatrzymuję się otrzeźwiona, przestaję sprzątać i patrzę jej w oczy. Uspokajam emocje i wybieram bycie obok.

– No tak. Przepraszam. Chciałabyś, żebym to usłyszała tylko tak?
– No, bo tydzień to jest strasznie długo!
– No. Tydzień to długo.
– No i ja nie lubię czekać.
– Wiem, nie lubisz czekać. A chciałabyś się już z nią zobaczyć.
– No, no właśnie. No. – uśmiecha się i wybiega z pokoju. Spokojna, wysłuchana. 10 sekund empatii.

post

Mocniej! Wyżej! Aż do chmur!

– Mocniej! Wyżej! Aż do chmur! – krzyczy Łucja, kiedy popycham huśtawkę, na której siedzi. Jeszcze jedno popchnięcie. I jeszcze silniejsze. Wtedy słyszę jej nerwowy śmiech, który mówi mi “Jestem na krawędzi. Już się trochę boję, ale jeszcze chcę”. Pozwalam, żeby huśtała się tak samo mocno przez chwilę, nerwowość w głosie zniknęła i zostały tylko radosne krzyki. Znowu prosi, żeby popchnąć jeszcze mocniej, granica strachu się przesunęła.

Parę dni później jeździ na tyrolce dla dzieci. Po kawałku zwiększa sobie dystans i prędkość. Trochę się boi, trochę chce. W niektórych momentach boi się za bardzo. Leżąc na słońcu obserwuję, jak tata z wrażliwością na to “za bardzo”, zachęca ją do przesuwania granicy. Kiedy siedzimy potem razem na leżaku, jest bardzo podekscytowana.

– Mamo! Widziałaś?! Mamo! Udało mi się!
– No widziałam.
– Mamo! I tamta pani też widziała. Udało mi się zjechać z góry! Pokonałam swój strach! Będę mogła wszystko mamo!

Uśmiecham się do niej, do jej radości. Do tego ile może być w huśtaniu się, zjeżdżaniu na tyrolce, we wspinaczce, w uczeniu się nowego. Do tego, że ciągle w tym jest miejsce dla mnie – wspierania, czasem może delikatnego popychania a czasem pełnej akceptacji tego, że tu, właśnie tu jest miejsce, w którym za bardzo się będę bała. Do tego, że to nie chodzi o to jak wysoko, jak mocno, jak daleko, jak szybko tylko zwyczajnie, samo “jak”. Że w zgodzie ze sobą, że trochę wyzwania, że tak, żeby na końcu czuć się silniejszym, żeby budować swoje poczucie własnej wartości.

Codziennie bywamy na granicy naszego strachu. I ona, i ja. Mam wrażenie, że ja częściej, że tak często przygryzam wargę, czując że boję się – że spadnie, że nie wyjdzie, że się zniechęci, i jednocześnie nie reagując, bo wiem, że ten strach jest mój. Chciałabym zawsze umieć, tak jak przy huśtawce, być z nią dokładnie na granicy wtedy, kiedy trzeba. Stać tuż obok, pomóc jej wytrzymać, żeby mogła ją przesunąć. A potem poczuć na chwilę, że może wszystko. I być gotowa znowu próbować różnych rzeczy.

Chciałabym też zawsze umieć stać z nią na granicy i wiedzieć, że teraz jest moment zrobienia kroku do tyłu, że nie chcemy jej przesuwać. Chciałabym dawać jej pełną akceptację tego, że nie dziś, że może jutro a może nigdy. I że to też jest okej.

I kiedy myślę, jak się tego dobrze nauczyć to dociera do mnie, że muszę wrócić do siebie i dać to wszystko najpierw sobie. Mój tata bardzo dobrze nauczył mnie jak przesuwać swoją granicę strachu, ale nikt nie pokazał jak ją uszanować i dać sobie akceptację. I może następnym razem ja powiem “Proszę, nie wchodź dziś na samą górę, wiem że pewnie dasz radę, ale teraz za bardzo się boję.” I może będę się czuła okej.

post

czy lubisz wszystkie moje emocje?

Miewamy teraz trudne dni, obie mamy dużo emocji w związku z bliskim pojawieniem się nowej osoby w rodzinie, ale też z moimi ograniczeniami ciążowymi. Czasem Łu traktuje to z dużym zrozumieniem i troską (“chodźmy na ten plac zabaw, bo tam będziesz miała cień”), a czasem krzyczy mi prosto w twarz, że ciąża jest głupia i że chciałaby, żebym mogła to czy tamto. Ja też nie zawsze przyjmuję ze spokojem dni, w których muszę leżeć, zdarza się, że duszę się we własnej frustracji i rozżaleniu, patrząc na narastający bałagan i na córeczkę, koło której nie zawsze mogę usiąść na podłodze. Dzisiaj było z tych trudniejszych. I gdzieś tam, po moim wybuchu, że  “ja też nie sprzątam twoich zabawek, bo lubię”, a jej że “jesteś strasznie głupia i niefair”, siedziałyśmy w średnich humorach nad rosołem.

I nagle Łu podchodzi do mnie, jakby przez stół było za daleko i patrząc mi głęboko w oczy, pyta:

– Mamo, lubisz wszystkie moje emocje? – i pytanie to zawisa w głębokiej ciszy między nami, bo czuję jego wagę i jeszcze większą mojej odpowiedzi. I nie wiem jak mam odpowiedzieć.

– Nie wiem jak mam odpowiedzieć – mówię więc – To bardzo trudne pytanie. A Ty je lubisz?
– Lubię dwie. Radość i śmiech.
– Aha. A zadowolenie?
– O tak.
– A tęsknotę lubisz?
– Tak, lubię tęsknić za tobą. Bo cię kocham. A ty? Lubisz?
– No lubię, czuję że jesteś dla mnie ważna, wtedy. A złość? Lubisz?
– Nooo – trochę patrzy na mnie, jakby była jakaś dobra odpowiedź na to – Złość nie jest fajna.
– No nie zawsze jest przyjemna. Ale za to bardzo przydatna.
– Jak to?
– Czasem pozwala się obronić.
– Oooo – przed chwilą jeszcze strasznie szeroko otwarte oczy nabierają wyrazu zadowolonego zrozumienia – ooo, i … i jeszcze smutek! On też się przydaje!
– Tak?
– No bo jak się smucisz, to potrafisz się martwić i wtedy można komuś pomóc! – stwierdza zdecydowanym tonem  i wraca na swoje krzesło, a potem w zamyśleniu ładuje do ust wielki kawałek marchewki. Nie podsumowuję, nie pytam, nic już nie mówię. Mam wrażenie, że padło tyle ile miało paść, że nic nie trzeba kończyć, zamykać, że jeszcze milion razy będziemy wracać do mówienia o emocjach.

I myślę, że nie muszę mówić “kocham każdy kawałek ciebie, aż do małych paluszków i każdą twoją emocję”. Czasem lubię jej zwierzęcą złość, jej głęboki i mądry smutek albo dziką, dziecięcą radość. Ale są momenty, w których wolałabym, żeby ich nie było i myślę, że już nie mam siły na tę intensywność. Bywa, że mi niewygodnie z tymi emocjami, tak samo jak z moimi własnymi. Ale wiem, że to w ogóle nie ma nic wspólnego z tym, że ją akceptuję, z całym wachlarzem tego, co przynosi. Ani z tym, że po prostu lubię tego człowieka, który ma na imię Łucja i z którym mogę mieszkać i żyć. Dlatego może nie muszę dzisiaj odpowiadać na to pytanie, tylko pokazać jej, że emocje które ma, są jej potrzebne.

 

post

ból istnienia

Wyciągnęłam w zeszłym tygodniu wszystkie ubrania po Łucji z pawlacza, żeby je posegregować. Część miałam zabrać dla siostrzenicy, część odkładałam dla bezimiennego brata Łucji, który ma do nas dołączyć już niedługo. Było gorąco, parno i brzuch mnie ciągnął, więc nie robiłam tego w najlepszym nastroju. Ale szybko dotykając kolejnych ubrań Łu, przypominały mi się różne chwile, które były. Przybiegła zainteresowana, co robię.

  • – Przygotowuję ubrania po Tobie. Niektóre pożyczymy Twojej kuzynce, a ta malutkie – to dla Bubu.
  • – To są moje ubrania! – i już widzę po tym jednym zdaniu, że zaraz będzie nam ciężko.

To, że będzie ciężko widzę też po sobie, bo nie czuję się najlepiej, bo jest gorąco strasznie i że nie mam w sobie przestrzeni na zbyt wiele empatii, na słuchanie, na tłumaczenia. Strzelam w ciemno, trochę nerwowo:

  • – Co widzisz, że dla nich przygotowuję ubrania, ale dla ciebie nie? Chciałabyś też dostać jakieś? Bo tu jest taki worek jeszcze jeden gdzieś z za dużymi, tam była sukienka taka, na pewno ci się spodoba.
  • – Nie chcę żadnej sukienki mamo. To były moje ubrania. – rzuca się w rozżalono oskarżający ton
  • – No to możemy za chwilę pójść do tego sklepu obok i sobie sama wybierzesz coś i kupisz, chcesz?
  • – Nie chcę nic kupować! – i tu mi się kończy jakakolwiek próba spojrzenia z jej perspektywy.
  • – A ja nie chcę dyskutować o tych ubraniach. Nie mogę trzymać w nieskończoność wszystkich Twoich za małych ubrań, bo do pawlacza się nic nie mieści. I w ogóle nie chce o tym gadać, chcę to wszystko zrobić i się położyć.

Zaczyna płakać, ja też mam łzy na końcu nosa z jakiejś takiej mieszanki złości na nią, na siebie, z bezradności, że to nie tak wszystko. Dociera do mnie, że to nie mogło się udać, że to żadna empatia była z mojej strony, że w ogóle nie słuchałam, nie pytałam, że jakąś swoją interpretację jej wrzuciłam, potem dwa rozwiązania, a potem już byłam zła, że ich nie chce. Biorę parę głębokich wdechów.

  • – No dobra, uspokójmy się i spróbujmy jeszcze raz ok?
  • – Ok – szlocha
  • – Nie chodzi o to, że chcesz jakieś ubrania. To o co chodzi, opowiesz mi?

Łucja podnosi misiowy, puchaty kombinezon i się do niego przytula.

  • – Nie pamiętam, że taki miałam…
  • – No byłaś bardzo mała wtedy.
  • – No. Musiałam go lubić, ale nie pamiętam, a teraz już jestem za duża, żeby ubrać.
  • – Tak, na pewno się da taki kupić też dla większych dzieci – gryzę się w język za późno
  • – Mamo! Nie chcę nic kupować! Nie o to chodzi.
  • – O co chodzi?
  • – O to, że jest mi smutno. Że rosnę i że rzeczy się robią za małe. Że już nigdy nie będę taka mała, żeby ubrać tego misia, albo tamtą bluzkę, a tak ją lubiłam. I że już nigdy nie będę taka bardzo mała, że mnie nosisz na rękach i że… – i płacze, strasznie płacze.

Mi też smutno z tego powodu. No cholera, czemu zostawiłam mały woreczek dziewczyńskich ciuchów po niej w pawlacu? Tych takich wykochanych, w których jej było najładniej. Czemu mnie tak gniecie wieczorami w środku, jak widzę ją drobniutką, śpiącą w jednej z miliona najdziwniejszych pozycji, z włosami nieładzie? Wyciągam ręce szeroko, całuję ją we włosy i nos.

  • – Mi też smutno. Że nie będziesz już taka mała. Czasem bardzo mi smutno.
  • – Lubiłaś jak byłam dzidziusiem?
  • – Lubiłam. I jak miałaś jeden rok, i dwa, i trzy. I lubię jak masz cztery.
  • – A chcesz, żeby znowu była mała?
  • – Czasem trochę tak myślę, że chcę. Ale się tak nie da. A jakby się dało, to nie wiem czy bym wtedy chciała naprawdę.
  • – Dlaczego?
  • – Bo lubię Cię teraz. I że ze mną o tym rozmawiasz, że jest ci smutno.
  • – Ja nie lubię tego, że mi smutno. I że nie mogę znowu być mała.
  • – Wiem. Ale ja lubię to, że tak to miło pamiętamy, że za tym tęsknimy.
  • – Yhy. Mogę telefon?
  • – A nie chcesz już gadać?
  • – Nie. Dasz mi?
  • – No.

Siedzimy na łóżku w sypialni. Układam dalej ubrania, ona gra i się złości, że czegoś nie potrafi. Pomagam jej raz i drugi, ale sama nie wiem o co chodzi, więc mówię, żeby sobie coś innego  włączyła. Gra w drugą, a potem krzyczy i odkłada telefon, uderzając nim o szafkę.

  • – Ej! Wiem, że jesteś zdenerwowana, ale tak to możesz go rozwalić. – Ucieka z płaczem do pokoju. Zostawiam ją i układam dalej. Kręci się po domu, ale do sypialni nie wraca. A potem wychodzi na klatkę. Układam i nasłuchuję. Pukanie do drzwi. Otwieram.

– Cześć.
– Cześć.
– Przyszłam.
– Cieszę się, chcesz wejść.?
– Tak, bo mam list. – daje mi małą kartkę zapisaną w wężyki – Przeczytasz głośno?
– No.. tak – patrzę w te wężyki, a potem w czarne, ogromne oczy i zaczynam czytać.

Kochana mamo – zerkam na nią, uśmiecha się i kiwa głową – Jest mi dzisiaj trudno i smutno. – Patrzę i widzę żałosną minę – Bo czas płynie i różne rzeczy się zmieniają. – Usta w podkówkę – Czasami chciałabym nie rosnąć, bo dobrze się czuję, tak jak jest teraz. – Znowu się uśmiecha – I trochę boję się, co będzie kiedy brat mi się urodzi i jak to będzie, bo już teraz zmieniło się tyle rzeczy.

Przytula się do mnie i płacze. Jeszcze parę razy tego dnia wraca do tematu, ale coraz spokojniej i krócej. Wiem, że też mam w sobie żałobę, tego że w jeden dzień przestanie być dla mnie taka mała jak jest teraz, bo już nie będzie tą najmniejszą w domu. Że już nie będziemy tylko we dwie tyle czasu. Też mam trochę strachu. Też słyszę od innych (nie wiem po co), że teraz to będzie hardcore, że ona na pewno to źle zniesie, bo za długo była sama z nami. Też tak silnie czuję ten najzwyczajniejszy ból przemijania.

Są takie chwile, głębokiego smutku egzystencjalnego,. A my przyzwyczajeni jesteśmy, że musimy być wtedy sami. Bo nie potrafimy sobie towarzyszyć w emocjach. A może, jeśli się tego nauczymy, to nawet tego bólu, nie będziemy musieli przeżywać całkiem sami?

Często tak trudno jest towarzyszyć dziecku w emocjach. Są takie intensywne i żywe, a my przywykliśmy, że ekspresyjne wyrażania większości z nich jest “niegrzeczne”. Trudno też po prostu zanurzyć się w ból swojego dziecka i przy nim trwać. Bo od razu chcemy sięgnąć po rozwiązanie, dać mu magiczny sposób, żeby te nieprzyjemne minęły. A jak nie mamy rozwiązania to je zakrzyczeć, zbagatelizować albo zagłuszyć czy odwrócić uwagę – bajką, zabawką, czekoladą.

Myślę dzisiaj, że możemy być ze sobą razem w smutku nad przemijaniem tylko wtedy, kiedy potrafimy być ze sobą na co dzień – w smutku nad krzywo odkrojoną skórką od chleba, w złości na to, że po raz kolejny jej coś przypominam, w dramacie, że bransoletka-kluczyk do szafki musi zostać na basenie. Że w ogóle możemy o tym rozmawiać, bo ona wie, że nie usłyszy – nie chcę cię słuchać, nie obchodzi mnie to, przesadzasz.

Myślę, że tak naprawdę usłyszenie o tym, że dziecku niewygodnie jest z czymś, czegoś nie chce, coś je martwi, to nie jest rozpieszczanie ani trzęsienie nad jajkiem, to jest powód, dla którego może będzie chciała do mnie przyjść za 5, 10 a może 20 lat z tym, co jest w niej. Że to jest szansa na prawdziwą relację, prawdziwy kontakt z drugim człowiekiem oparty o szacunek, empatię, troskę, miłość.