post

Agresywna zabawa

Agresywna zabawa jest jednym z często poruszanych przez rodziców tematów. Wiele dzieci lubi wchodzić w zabawy z rodzicami oparte o kontakt fizyczny, przepychanie, siłowanie się czy szarpanie. Równocześnie często rodzice mają obawy o to czy taka intensywna i szalona, wręcz agresywna zabawa jest bezpieczna i dobra dla ich dzieci.

Najczęściej zgłaszane wątpliwości są takie, że agresywna zabawa może zwiększać lub modelować agresję i trudne zachowania u dzieci. Innym często pojawiającym się pytaniem jest co robić, kiedy dziecko bardzo się rozpędza i nie chce przestać, przez co zabawa kończy się płaczem. 

Po co dzieciom agresywna zabawa?

Agresywna zabawa, oparta o przepychanie, siłowanie, wywracanie się, gonienie czy straszenie jest nieodłączną częścią dziecięcego życia. Można powiedzieć, że często stanowi jego najradośniejsze chwile. Podczas takiej zabawy dzieci zaspokajają wiele potrzeb na raz.

  • Siłowanki są okazją do wchodzenia w bliski kontakt fizyczny z rodzicem, dzięki czemu uwalniają się w trakcie nich również te hormony, które podczas przytulania (jest to szczególnie ważne dla dzieci, które nie lubią się przytulać i nastolatków).
  • Agresywna zabawa umożliwia dzieciom zaspokojenie potrzeby ruchu.
  • Zabawy związane z przepychaniem, przewracaniem się, podrzucaniem dziecka, wywijaniem fikołków stymulują m.in. rozwój ruchowy, układ przedsionkowy, poczucie równowagi czy czucie głębokie.
  • Siłowanki wzmacniają poczucie wartości dziecka.
  • Agresywna zabawa umożliwia wyładowanie trudnych emocji i uwolnienie napięcia z ciała. 
  • Taka zabawa z dodatkiem dreszczyku jest zwyczajnie zabawna 🙂 

Walka-zabawa

Agresywne zabawy uruchamiają u dzieci stan z pogranicza spokoju i walki-ucieczki (strefy zielonej i czerwonej). Dzięki temu mogą one w bezpiecznych warunkach korzystać z różnych narzędzi, których normalnie ciało człowieka używa do radzenia sobie z niebezpieczeństwem. W takiej zabawie dziecko uczy się neurocepcji – czyli rozpoznawania niebezpieczeństwa, ale też przechodzenia między stanem walki-ucieczki i spokoju, co jest jedną z najważniejszych umiejętności w życiu. 

Walka-zabawa jest stanem, który znamy z obserwacji (nie tylko) małych ssaków, nic więc dziwnego że ludzkie dzieci też się w nią chętnie angażują. 

Czy agresywna zabawa zwiększa agresję u dzieci?

Częstą obawą pojawiającą się u rodziców jest to, że kiedy będą się w ten sposób kotłować z dziećmi, to one się nauczą agresji. Paradoksalnie jest wręcz na odwrót. Podczas agresywnej zabawy, dziecko uczy się kontrolować swoją siłę i analizować swoje pomysły, ponieważ brak uważności na partnera zabawy, może nie tylko owocować tym, że ktoś zostanie skrzywdzony, ale również natychmiastowym, nieprzyjemnym końcem tej zabawy.

Wiemy też [1], że dzieci, które mają wyższy poziom kortyzolu (hormonu stresu), we krwi chętniej i więcej inicjują takich agresywnych zabaw. Stąd wiemy, że jeżeli dziecko bardzo dużo angażuje się w takie zabawy, to może być tak, że potrzebuje dodatkowego wsparcia, żeby radzić sobie ze stresem albo przyjrzenia się jego rozkładowi dni czy naszej sytuacji w domu.

Jednocześnie ta zależność bardzo dużo mówi o mądrości z jaką funkcjonują ludzkie ciała. Wysoki poziom napięcia w ciele wymaga rozładowania, do którego może dojść na wiele sposobów, z których takie agresywne zabawy są jednym z lepszych jakie dzieci mogą użyć. (W skrócie: siłowanki z rodzicem są o wiele fajniejszą opcją niż walenie młodszego rodzeństwa młotkiem po głowie). Intensywne i mocne zabawy mogą sprawiać, że agresji kierowanej do otoczenia będzie mniej, ponieważ dziecko znajdzie w nich sposób na ujście napięcia.

Kiedy agresywna zabawa źle się kończy

Bywa tak, że dzieci podczas siłowanek, przepychanek i innych intensywnych zabaw, tak się rozpędzają, że zabawy kończą się źle. Czasami jest to trudność z zakończeniem zabawy, przekraczanie granic dorosłego, czasami nagłe wybuchy płaczu i poczucie zranienia, że rodzic zrobił coś za mocno. Warto pamiętać, że agresywna zabawa może skończyć się płaczem dziecka, nawet jeśli nic złego się w niej nie zadziało, ponieważ to wychodzące napięcie znajduje ujście w postaci łez (jest to szczególnie charakterystyczne dla dzieci, które w ostatnim czasie miały dużo przeżyć albo wchodziły w zabawę z bardzo dużym napięciem). Bywa tak że to jest zdrowy proces, związany z tym jak zmienia się wydzielanie hormonów podczas takiej zabawy. Wtedy każdorazowo dobrze jest przerwać zabawę i zaopiekować dziecko i jego emocje. Warto też przygotować sobie z dzieckiem umowę (jeśli jest zbyt małe mieć je w głowie samemu ze sobą), co do zasad bezpiecznego siłowania się. 

Bezpieczne siłowanki

W agresywne zabawy oparte o przepychanie i siłowanie się warto wchodzić świadomie. Pierwszą częścią tej świadomości jest to, że potrzebujemy zdawać sobie sprawę, że to rodzic a nie dziecko bierze odpowiedzialność za bezpieczeństwo zabawy. Dziecko wielu rzeczy nie jest w stanie przewidzieć. Drugą konieczność obupólnej zgody na taką formę aktywności – nie narzucamy takiej zabawy, gdy dziecko nie chce i nie wchodzimy w nie jeśli sami nie mamy na to przestrzeni. 

Warto ustalić zasady czy mieć ogólną umowę odnośnie tego, jak takie zabawy mają wyglądać:

  • Przerywamy zawsze, gdy ktoś sygnalizuje, że już nie chce – na przykład mówiąc dość, poddaje się.
  • Rodzic przerywa wtedy, gdy widzi, że dziecko “nakręca się” i kieruje zabawę w spokojniejsze rejony.
  • Umawiamy się na co w zabawie nie mamy zgody – na przykład gryzienie, łaskotanie, szczypanie, bicie w głowę. 
  • Sposoby na wyciszanie się po zabawie – na przykład przytulanie, czytanie, relaksacja, oglądanie bajki.

Szaleństwa przed snem

Wielu rodziców ma obawę, że jeżeli intensywne zabawy rozpoczną się wieczorem, to dziecko będzie miało trudności z zasypianiem. Z drugiej strony wieczór jest równocześnie momentem, w którym dzieci najchętniej angażują się w agresywne zabawy. Dzieje się tak dlatego, że właśnie wtedy nadmiar napięcia albo niezaspokojona potrzeba ruchu, dają o sobie znać. Dlatego dobrze jest z uważnością obserwować swoje dziecko, gdyż może być tak, że paradoksalnie wieczorne szaleństwa będą sprzyjały zasypianiu.


[1] Stephen Porges, Play as a neural exercise: Insights from the Polyvagal Theory
[2] Lawrence Cohen “Rodzicielstwo przez zabawę”
[3] Lawrence Cohen “Siłowanki”

Może zainteresuje Cię też:

Jak zadbać o aktywność fizyczną dziecka, kiedy utkniesz w domu 

O dziecku, które skacze po kanapie

 

post

jak zadbać o aktywność fizyczną dziecka (i rozładowanie napięcia), kiedy utkniesz w domu

Aktywność fizyczna jest jedną z podstawowych ludzkich potrzeb. Kiedy przychodzi późna jesień często utykamy w domu z dziećmi. Szczególnie jeśli to jest taka jesień jak teraz – covidowa, wypełniona przymusowymi kwarantannami i brakiem możliwości korzystania z różnych atrakcji pod dachem.

A przecież potrzeby ludzi się nie zmieniają i ciała naszych dzieci nadal domagają się odpowiedniej dawki ruchu, aktywności fizycznych, ale też możliwości na rozładowanie napięcia, które się w nich nagromadziło.

Co robić z dziećmi jesienią w kwarantannie?

Pisałam ostatnio, że potrzeba ruchu u dzieci jest tak podstawowa, że one znajdą sposób na jej zaspokojenie tak czy inaczej, tyle tylko że ten sposób może być ciężki dla rodziców do przyjęcia. Najczęściej o wiele bardziej dla rodziny wspierające jest, jeśli pomożemy dzieciom wybrać fajne aktywności i potowarzyszymy im w tym, wykorzystując okazję na budowanie więzi. No ale co można robić w domu? A no mnóstwo. Poniżej wrzucam kilka przykładów na fajne zabawy, które zadbają o wasze dziecko i jego potrzeby i wasze własne zdrowie psychiczne 😛 

Siłowanki, przepychanki, przewalanki

Rodzice (bardziej chyba mamy) mają często wątpliwości do tej formy aktywności z dziećmi, ale to jest jedna z tych, które bardzo polecam na wiele trudności w rodzinie. Oprócz pozbywania się napięcia, dużo dzieje się tu kontakcie fizycznym z opiekunem, co naprawdę wspiera dziecko i buduje więź. Zadbaj o bezpieczeństwo i nie przekraczaj granic dziecka, pozwalaj mu też wygrywać. Możecie dla bezpieczeństwa ustalić różne wspólnie różne zasady – np. nie gryziemy i nie łaskoczemy. 

Zabawa na rozładowanie napięcia – gobliny

To zabawa, którą wymyśliłyśmy z Łucją, gdy miała koło 3 lat i czytaliśmy “Księżniczkę i gobliny”. Włączamy utwór “W grocie króla gór” i na palcach chodzimy jak gobliny, coraz szybciej i szybciej. Po dwóch rundach brak mi tchu, ona często ciągnie trzecią. Męcząca, rozładowująca napięcie, ćwicząca poczucie rytmu i dobra na płaskostopie. 

Krzyki, piski, dziwne dźwięki

Bardzo często, kiedy nie wyjdziemy z domu, wieczorem moje dzieci biegają i wydają z siebie piski. Krzyk i pisk to jedna z dziecięcych strategii na rozładowanie napięcia, niestety bardzo dotkliwie odbierana przez rodziców z wysoką wrażliwością na dźwięki. Ale wiecie jak jest – najbardziej denerwuje nas dźwięk, którego sami nie wytwarzamy i nie mamy nad nim kontroli. A co gdyby przejąć kontrolę nad dziecięcą produkcją hałasu? Pokrzycie, popiszczcie trochę razem, a potem przejdźcie do wytwarzania dziwnych dźwięków, udawajcie zwierzęta albo odgłosy przedmiotów, pobawcie się w zgadywanie co to. Kiedy się zmęczycie hałasem, powoli przechodźcie do cichszych dźwięków. 

Kiedy rodzic nie ma siły, a dziecko chce szaleć

Sposób mojego taty. Biegaliśmy jak oszalali wokół domu, a on liczył na ile okrążeń starczy nam sił. Tylko dla wytrwałych w liczeniu, bo sił starczało na długo. Wersja soft – mierzenie czasu w jakim dziecko zrobi 20 okrążeń. Jest też wariant akademia dziwnych kroków, rodzic pokazuje dziwne kroki, a dziecko samo robi okrążenie w ten sposób. 

Inna opcja to stworzenie bezpiecznych warunków do robienia fikołków, świecy i innych ćwiczeń gimnastycznych. 

Granie na instrumentach

Nie potrzebujesz umieć grać, żeby wykorzystać proste instrumenty muzyczne do zabawy z dzieckiem. Możecie wykorzystać rzeczy wydające dźwięki, które sami zrobiliście, grające zabawki i proste instrumenty perkusyjne. Jak jest dużo napięcia możecie grać te emocje albo zagrać kłótnię między rodzeństwem, w której powoli się dogadują albo burzę, która przechodzi w łagodny deszczyk albo odegrać muzycznie jakąś krótką historię czy bajkę, w której jest niebezpieczeństwo i udaje się je pokonać/przetrwać.

Zabawa w chowanego – skarbnica doświadczeń

Kto z nas nie lubi mieć rozgrzebanych przez dzieci szaf? A jednak zabawa w chowanego króluje w naszym domu. Oprócz biegania, góry śmiechu i uruchamiania kreatywności, lubię tę zabawę za to, że pomaga dziecku radzić sobie z lękiem separacyjnym, ale też uczy bycia w kontakcie ze swoim ciałem i emocjami. Mamy w niej strach na niby i konieczność kontrolowanego zamrożenia się na chwilę, żeby szukający mnie nie znalazł. 

Aktywność fizyczna w domu dla całej rodziny

Jest taka cudowna i przyjemna aktywność fizyczna, która magicznie uwalnia napięcie z ciała, pozwala zaangażować całą rodzinę, ćwiczy koordynację, równowagę i tak, spala mnóstwo kalorii. Taniec. I naprawdę nie musisz umieć tańczyć, żeby robić to ze swoimi dziećmi. One się nigdy nie uczyły i będą się super bawić, więc też możesz. Możesz wyglądać głupio. Nikt Cię nie widzi. Możesz skakać i tańczyć najgłupsze tańce świata, aż położycie się na podłodze ze śmiechu. A wasze ciała będą czerpać korzyści z tego, że wyprodukowały masę endorfin i pozbyły się napięcia. 

Aktywność fizyczna w domu dla starszych dzieci

Dzieci w wieku szkolnym nie zawsze wchodzą tak chętnie w wymienione zabawy, jak maluchy. Gimnastyka prowadzona w formie zabawy może być dla nich zbyt dziecinna, a zwykła zbyt nudna. W takim wypadku pomocne są aktywności, w których dziecko może obserwować swój rozwój, bo możliwość osiągnięcia w czymś mistrzostwa jest jedną z ważnych elementów motywacji (D. Pink). Dlatego dzieci chętnie angażują się w niektóre ćwiczenia, takie jak pompki czy brzuszki, które mogą liczyć i widzieć, że z czasem potrafią ich robić coraz więcej. Ciekawym pomysłem jest też odbijanie piłeczek ping-pongowych paletką albo żonglowanie. Oczywiście jak rzucicie dziecku paletkę i piłeczkę, to ono wcale nie musi w to wejść. O wiele prędzej to się stanie jeśli zobaczy, że to rzecz, która nam sprawia przyjemność (uwaga: pamiętajcie o bullshit radar swojego dziecka: jak coś was wcale nie cieszy, to w 3 sekudny rozpozna, że je wkręcacie 🙂 ). 

Ruch w domu a przekonania

Czasem ciężko nam przyjąć, że to ok, żeby pozwolić dzieciom w domu tak szaleć i robić bałagan. Szaleje się na dworze. Ja myślę o tym, że kiedy nie możemy wyjść na dwór, to stajemy przed wyborem – albo pomogę im wymyślić sposoby na aktywność fizyczną nad którymi będę miała kontrolę i które się mieszczą w moim okej, albo oni wymyślą swoje, z których nie będę zadowolona i o porach w których bym nie chciała. Może być też tak, że rozładują to nagromadzone napięcie w sposób dużo trudniejszy dla wszystkich – przysłowiowych “histeriach” czy kłótniach i okładaniu się. Z tej perspektywy rozgrzebane szafy czy plac zabaw wybudowany w pokoju albo wyskakana kanapa, robi się bardzo małą ofiarą. 

Może spodoba Ci się też:

Zabawa, która pomaga na zazdrość

Uwaga! Nadchodzą tygrysy!

 

post

na boso

Spędziliśmy 4 dni nad jeziorem w lesie sosnowym. Wejście do wody było piaszczyste ze srogą domieszką małych okrągłych kamyczków, polana miała trochę miękkiej trawy, trochę skoszonych ostrych łodyg, gdzieniegdzie połacie gorącego piasku, a bliżej drzew leżało sporo szyszek. Biegaliśmy na boso.

Przypomniało mi się dzieciństwo spędzane w podobnym lesie, kiedy czasem miesiąc chodziliśmy bez butów, zakładając je tylko jak mocno gryzły komary, albo było bardzo zimno. Wędrując z Remikiem między szyszkami, odkryłam że chodzenie na boso to pewna umiejętność, którą mój mózg doskonale pamięta – kiedy raz się tego nauczysz, nie potrzeby, żeby przesadnie angażować myśli wybierając ścieżkę, możesz nawet nie patrzeć pod nogi, bo uczysz się stawiać je delikatniej.

Na boso a w butach

Buty są wielkim dobrodziejstwem cywilizacji, wiadomo. Ale czasem myślę, że to narzędzie takiej cywilizacji, która się za bardzo śpieszy, żeby spojrzeć pod nogi, poczuć gdzie jest i pędzi po rozgrzanym słońcem, betonowym torze. Chodzenie na boso jest na przekór tej kulturze, jest zanurzeniem się w uważności i kontakcie z tym, co mnie otacza, jest niespieszeniem się, wyczuwaniem rozmaitych faktur, temperatur, stopnia wilgotności. 

A my ubieramy te buty na stałe, jakby musiały być przyspawane do nóg, jakby sam dotyk mamy ziemi miał nam kwasem podeszwy wyżerać. Oddzielamy się grubą warstwą od tego wszystkiego dobrego pod naszymi stopami. A potem płacimy gruby hajs za kursy uważności dla siebie i zajęcia integracji sensorycznej dla dzieci.

Co daje chodzenie na boso?

Różne rzeczy mówią i piszą o chodzeniu na boso i nie wiem czy wierzę we wszystkie te magiczne kawałki o energii płynącej z ziemi i uziemianiu się. Pubmed twierdzi, że nie ma powodów, żeby dzieci nie chodziły na boso (chyba, że chcą być sprinterami) i w dużym badaniu w Nowej Zelandii okazało się, że wcale nie miały jakoś znacząco więcej urazów.

Badań nie znalazłam o tym, że chodzenie na boso wspiera rozwój mózgu małych dzieci, ale jest dla mnie logiczne, że tak powinno być, jako że każde odmienne od codzienności doświadczenie to robi. Przekonują mnie też argumenty, że dzieci podczas chodzenia na boso:

  • integrują zmysły,
  • zwiększają świadomość własnego ciała i otoczenia,
  • rozwijają koordynację ruchową i równowagę,
  • budują siłę mięśni,
  • stymulują zmysł prioprocepcji,
  • rozwijają uważność,
  • budują kontakt z przyrodą,
  • wspierają rozwój zdrowej stopy i postawy ciała.

Moje dzieci biegają bez butów, kiedy chcą. Chodzę z moim dwulatkiem i uczę go jak omijać kujące szyszki, jak rozpoznać pokrzywy i mówię “czujesz to trawa? a teraz zobacz jaki ciepły jest piasek”. Daję mu umiejętność chodzenia na boso, która może kiedyś się przydać, a na pewno już dzisiaj dostarcza przyjemności i okazji do rozwoju. A uważności go chyba nie uczę, bo chyba ma jej w sobie więcej niż ja 😉 

 

P.S. Uprzedzający komentarze:

Chcę tym tekstem powiedzieć – pozwólcie dzieciom biegać na boso, jeśli chcą, bo to z korzyścią dla nich. Ale wiem, że są dzieci, które nie chcą i nie lubią i jak będzie się je do tego zmuszać, to ze zmuszania będzie więcej szkody niż z korzyści z biegania na boso.

Plastry i coś do odkażania warto mieć 🙂

Literatura:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC6052583/
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC7202747/

Shed those shoes: Being barefoot benefits brain development and more!


https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC5996942/

Shed those shoes: Being barefoot benefits brain development and more!


https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC5010736/

 

 

 

 

 

post

O proszeniu

Mój półtoraroczny synek jeszcze nie gada, potrafi powiedzieć dużo różnych słów i łączyć je w jakąś sensowną całość, ale nie mówi, tak żeby wszystko powiedzieć. Nie znaczy to, że nie komunikuje. Bardzo dokładnie potrafi pokazać co chce i czego potrzebuje, całymi dniami, co chwilę, kieruje do mnie swoje prośby. O to, żeby mu coś podać, żeby pomóc mu skakać ze stołu, żeby iść na spacer albo usiąść z nim i oglądać książkę. Kiedy kładziemy się do snu bierze moją rękę, żeby głaskać go po głowie albo uciskać mu stopy i łydki. Jest w tym magia dziecięcego zaufania, że wszyscy my, w jego otoczeniu, spełnimy jego prośby.

 

Patrzę ze wzruszeniem, kiedy z pewnością i jasnością demonstruje do granic upierdliwości kolejne prośby. Bez lęku, bez wahania, z jakimś takim oczywistym przekonaniem, że o wszystko można prosić. Zastanawiam się jak my, dorośli to straciliśmy i ile wysiłku czasem musimy wkładać, żeby nauczyć się prosić na nowo, żeby uwierzyć, że współzależność to piękny pomysł na życie i nie bać się odmowy, nie myśleć, że nie dajemy rady, albo nie jesteśmy warci pomocy. Myślę o tym, jak w życiu krok po kroku kolejne bolesne doświadczenia potrafią nam tę umiejętność odbierać i  jak jesteśmy karmieni milionem zupełnie nam nie pomagających przekonań o tym, że dorosły człowiek radzi sobie sam, że jak prosi to sobie nie radzi, że na pomoc trzeba zasłużyć albo ją odpracować co najmniej dozgonną wdzięcznością. A on potrafi bez tego, potrafi żyć w nieustannym poczuciu, że prosić można zawsze. 

 

Często słyszę, że świat jest ciężki i nie ma co dzieci pod kloszem trzymać, lepiej niech się przyzwyczają za wczasu do tych rozczarowań i tego, że nikt się z nimi nie będzie cackał.

 

Przychodzą mi wtedy do głowy przypowieści Jezusa o proszeniu i szukaniu, biblijne stwierdzenie „nie dostajecie, bo nie prosicie”. Mam też taką myśl, że jak ktoś potrafi prosić to na pewno spotka się z odmową, ale jest wtedy i tak dużo większa szansa, że ktoś mu w końcu jednak pomoże. I że teraz, dzisiaj, odpowiadając na te wszystkie cudaczne pomysły, ale też tak zwane „prawdziwe potrzeby” moich dzieci uczę je tego, że proszenie ma sens. Uczę ich samodzielności największej z możliwych, bo tej opartej nie na samotności, ale na współzależności, w której można czerpać z sił, wiedzy i umiejętności całej wspólnoty, a nie jedynie własnych. Uczę ich tego, że są ważni, cenni i że mogą być wysłuchani, mogą szukać pomocy tak długo aż znajdą. Ale też brania odpowiedzialności za samych siebie, w taki sposób, że sprawdzają czego im trzeba i szukają kto może im w tym pomóc.

 

Już teraz widzę, że potrafią sobie radzić, kiedy nie ma mnie w pobliżu i wierzę, że kiedyś jak pójdą sobie w świat, to będą potrafili lepiej niż ja dbać o siebie i prosić o pomoc, bez wstydu, ale też z większym marginesem na przyjęcie odmowy, bo przecież będą wiedzieli, że pomoc łatwo dostać i że ktoś im w końcu ją da. Więc głaszczę małą główkę, naprawiam dwudziesty raz połamaną zabawkę, szyję sukienki dla Barbie, pomagam szukać zaginionych przedmiotów i wysłuchuje dziecięcych dramatów – tych opowiadanych przez elokwentną sześciolatkę i tych składających się z pojedynczych słów i pokazywania palcem. A kiedy nie mam już sił, próbuje mówić, że chciałabym pomóc,ale trochę później. A potem patrząc na ich odwagę w proszeniu sama piszę – czy chciałbyś mi pomóc? 

post

Brownie

Koło naszego domu stoi ławka.  Kiedy ją mijamy Łucja często mówi:
– O! Mamo! Tu kiedyś jadłyśmy brownie! Pamiętasz? Możemy jeszcze kiedyś tu przyjść i jeść brownie?

Ja pamiętam to tak: któregoś dnia było nam bardzo ciężko i pod górę. Nie mogłyśmy się totalnie dogadać i ona nie słuchała i płakała, a ja pokrzykiwałam i powoli nie wiedziałam już, co robić. Nie pamiętam już czemu było mi wtedy tak trudno, ale jakoś nie umiałam zbyt wiele z siebie wykrzesać. I wycedziłam wtedy:

  • – Dobra. Ubieraj się. Idziemy kupić coś słodkiego.

I poszłyśmy do piekarni, kupiłyśmy brownie bezglutenowe i zjadłyśmy całe na tej ławce, w zimny, ponury i pełen napięcia dzień. A jak napełniłyśmy się wiatrem i cukrem po brzegi, okazało się, że dzień zrobił się odrobinę lepszy. Lubię to wspomnienie i ciepło mi kiedy mówi o tym brownie. Przypominam sobie wtedy  o ważnych rzeczach, które chcę pamiętać.

Nie wiem czy Łucja w ogóle pamięta, że przed tym brownie skakałyśmy sobie do oczu, może nie, może pamięta tylko, to jak odbudowywałyśmy relację obżerając się ciastem. I kiedy czasem czuję, że zawaliłam coś w naszej relacji, to chcę wtedy trzymać się tego, że

moje dzieci lepiej zapamiętają, to jak rozwiązujemy nasze konflikty, niż je same

 

Przypominam też sobie, że jakbym się nie starała, nie zawsze potrafię być mama pasującej do tej z idealnej wizji w mojej głowie.  Pewnie Łucja ma tak samo i nie zawsze potrafi być taką córką, jakiej obraz ma w głowie.  Im bardziej nam trudno, im więcej napięcia w domu, gdy się śpieszymy, gdy wyje zimny wiatr, a w domu jest zbyt wiele bałaganu, to właśnie wtedy jeszcze mniej umiemy być najlepszymi nami. Nie pomaga wtedy spinanie się i staranie, rozpaczliwe próby samokontroli, albo kontroli drugiego. Tak naprawdę najbardziej pomaga… luz. I ta ławka i to ciasto, już zawsze mi przypominają, że jak robi się bardzo trudno, to

dobrze czasem przestać się tak strasznie starać, zatrzymać i już nie krzyczeć, wyjść na zewnątrz i zrobić dla siebie coś miłego

 

A potem dopiero wrócić, do tego co było do zrobienia. Przypomina mi o tym, że we wzburzeniu bardzo trudno jest nam realizować plany, albo się dogadać, ale kiedy się wyregulujemy i uspokoimy, możemy wracać z nowymi siłami. I chyba tego chcę uczyć moje dzieci. Tego, żeby wiedziały, kiedy pora się zatrzymać i zająć swoimi emocjami, zadbać o siebie i o bliskich. Żeby nie pędziły na zbity kark wykonywać powinności, aż im sił braknie i nie będzie w miejsca na nic. Żeby potrafiły uciąć sobie drzemkę albo iść na spacer, bez bzyczącego w uchu „a może lepiej by było posprzątać w łazience”.

Myślę sobie o tym, jak bardzo dobre, przyjemne i budujące rzeczy są dla nas ważne. Że to jest jakaś straszna pomyłka, żeby traktować je jako nagrodę, albo coś na potem, tylko że one są podstawą do tego, żeby móc funkcjonować w tym wydaniu siebie, które najbardziej lubimy, któremu najłatwiej zachowywać się tak jak chce i realizować swoje cele.

 

 

post

Zabawa, która pomaga na zazdrość

Padają ostatnio pytania o zabawy, które pomagają nam, żeby Łucji było trochę mniej trudno z pojawieniem się młodszego brata. Myślę, że to, że odpowiem na to pytanie ma sens jako źródło inspiracji, otwarcie się na takie pomysły bycia z dzieckiem. Wcale jednak nie musi być tak, że inne dzieci będą chciały skorzystać z tego samego, co my robimy.

Cohen w książce rodzicielstwo przez zabawę pisze o tym, że dziecku często trzeba proponować ileś różnych zabaw, zanim którąś przyjmie. Ja myślę też, że jeśli dziecko czuje, że to ma być nasz złoty i szybki środek na załatwienie czegoś, to też w to nie pójdzie. I że w zasadzie najlepiej się sprawdza, kiedy zabawa wychodzi od dziecka.

1. Siłowanki

Przepychanie, ściskanie, tulenie, wygłupy. Umożliwiają kontakt fizyczny i rozładowanie różnych napięć. Nie będę o tym pisać, bo jest cała książka „Siłowanki” wydawnictwa Mamania z masą pomysłów.

2.Zagubiona dziewczynka / zwierzątko

To jest autorski pomysł Łucji. Ona kuli się w jakimś kącie (często na spacerze) i mówi „Ojejku zgubiłam się w tym strasznym ciemnym lesie / mieście”, a ja zapraszam żeby szła ze mną. Pytam czy chciałaby ze mną zamieszkać, czy chciałaby mieć brata, bo ja bym chciała żeby mieszkała. Pokazuje jej mieszkanie, pokój, zabawki. Ona zadaje różne pytania, częściowo buduje strukturę „A co robicie kiedy?”, „Czy chodzicie na spacery?”, „A możemy kiedyś pojechać do lasu?”.

To jest zabawa o wyborze i o tym, że jesteśmy ze sobą bo się chcemy. A przede wszystkim o tym, że to nie jest tak, że ja ją po prostu “mam”, bo ją urodziłam, ale że ją wybieram codziennie, kocham, chcę mieć.  Myślę, że ważne jest też to że ona sobie przypomina różne rzeczy, które ma, które są jej, które dostała od nas i daje to poczucie stabilności, ale też bycia ważną i widzianą.

3.Dzidziuś / wykluwający się dinozaur

Jest dzidziusiem (niekoniecznie ludzkim), którym się zajmuje i opiekuje. Często używam dzidziusiowych akcesoriów, małego kocyka, zabawek Remika. Słyszałam od wielu osób, że się w ten sposób bawili po pojawieniu się rodzeństwa. Czasami, szczególnie w ciężkie poranki lubi być jajkiem dinozaura, otulona kocykiem, a ja i Remik ją ogrzewamy. W tej zabawie pomocne jest dla niej odwrócenie ról, w którym on jest starszym bratem.

4. Krecik Łucja

To jest zabawa, w której ja nigdy nie uczestniczyłam. Łucja zaczęła ją z opiekunką, a jak byłam w ciąży to bardzo ją rozbudowała z tatą i to z nim się w to bawi, prawie codziennie przed spaniem. Wymyslili już mnóstwo scenariuszy tej zabawy, ale zasadniczo jest o Kreciku, który wpadł w tarapaty i ratuje go Borsuk, z którym może razem zamieszkać. Często zaczynają od wspólnego budowania nory z poduszek i kocy.

Buduje jej poczucie bezpieczeństwa, pozwala się poczuć zaopiekowaną i ułatwia spokojne zaśnięcie.

5. Miasteczko Heartlake

Rozwijające się z każdym nowym zestawem LEGO Miasteczko Heartlake jest jedną z jej ulubionych zabaw, w której wymyśla historie i je wspólnie odgrywamy postaciami z LEGO. Przerabiamy tam wchodzenie w związki, zakochiwanie się, śluby, porody, odrzucenie, zazdrość, różne trudności w relacjach, chorobę psychiczną, ale też takie bardziej sensacyjne wątki typu porwanie, wypadek, pojawienie się ducha.

Dla mnie to jest taka zabawa, która tworzy nieskończone możliwości i łączy w sobie elementy klasycznego opowiadania historii, psychodramy, odgrywania ról i technik projekcyjnych, ale jest przede wszystkim mega prześmieszna.

6. Arielka

W Arielkę bawimy się w wannie, głównie gadając. Wspominam o niej, bo ma dwa ważne elementy. Po pierwsze bawimy się przy okazji, trochę wydzieramy czas na zabawę, tam gdzie wydawałoby się , że już go nie ma, a to jest ważne przy maluchu, który tak dużo go zabiera.

Po drugie to jest zabawa, do której Łucja wpuszcza Remika. Czasem jest psem księcia Eryka, ale coraz częściej księciem, albo bratem. Myślę o tym jak zabawa buduje więź i że to bardzo cenne szukać takich, które obejmą oboje dzieci i im to ułatwią. Myślę, że pomaga też kiedy fabuła historii ich jednoczy w jakimś wspólnym celu.

15 minut dziennie

 Łucja zawsze ma gotowe pomysły i czeka, więc nie musimy wspólnej zabawie nadawać struktury. Jak tak nie macie to dobrze jest pamiętać o takim wyłącznym czasie dla dziecka, w którym ono przejmuje zupełną inicjatywę za zabawę i w którym robicie wszystko, co ono chce. Może to trwać 15 minut, a może dłużej (ja widzę, że dla nas 15 minut to jest za mało, bo Łucja lubi budować skomplikowane fabuły).

Cohen w “Rodzicielstwie przez zabawę” dużo pisze o tym, jak takie 15 minut dziennie zabawy sterowanej przez dziecko bardzo wzmacnia więź między rodzicami a dzieckiem. Ja obserwuję u nas, że znalezienie czasu na zabawę to jest też pewnego rodzaju inwestycja – jak poświęcam trochę czasu na tę zabawę, to potem de facto oszczędzam go gdzie indziej, bo “wybawiona” Łucja jest często bardziej skłonna do współpracy przez resztę dnia.


Być może spodoba Ci się:

Nie lubisz mnie

Zazdrosna

Już mnie nie kochasz

Photo credits 

post

Dinozaur

Mam 31 lat i pod pewnymi względami jestem już dinozaurem. Zdarza mi się myśleć, że jak byłam dzieckiem/nastolatką/studentką to było inaczej. Zdarza mi się zupełnie nie rozumieć pewnych rzeczy, o których mówi mi młodsze rodzeństwo, choć jeszcze parę lat temu z łatwością wślizgiwałam się do ich świata. Mam trochę swoich pomysłów i przekonań, które coraz mniej przystają do tego jak wygląda dzisiaj. Na przykład o tym, że książka jest na ogół lepsza niż film i że ręką pisane jest bardziej z serca, a czytane z kartki trochę bardziej wartościowe niż z ekranu. Albo że lepiej pisać i czytać niż mówić i słuchać.

Myślałam zawsze, że taki moment, w którym zacznę czuć, że świat mija mnie szybciej niż potrafię w nim uczestniczyć przyjdzie znacznie później, może jak będę miała 50 lat, albo 70. A jednak nagle zorientowałam się, że stoję w nim jedną nogą.

Kiedyś

Pamiętam jak jeszcze parę lat temu byłam na studiach i wyniki z egzaminu pojawiły się w internecie w środku dnia. Z 30 osób przekonanych o postępowości świata, w którym wyniki dostępne są w internecie, stłoczyło się korytarzu wokół jedynego kolegi, który miał tablet z internetem i mógł nam je przeczytać. A jak cofnę się jeszcze kilka lat wcześniej to pamiętam, jak ktoś w autobusie odpowiedzi na pytanie czy ma internet powiedział, że nie przy sobie i wszyscy strasznie się śmiali.

Do niedawna trzymałam się kurczowo pewnego stylu, w którym wyrosłam. Tego z innej epoki, z ery przed smartfonów, szukania informacji w bibliotekach, czytania papierowych książek. Od paru miesięcy podejmuje wysiłek, żeby nauczyć się słuchać nagrań, co było trudne i mnie denerwowało (bo szybciej bym przeczytała i byłoby ładniej napisane), ale powoli dociera do mnie że ich zaletą jest to, że mogę to robić mając zajęte ręce i oczy, przy zmywaniu i sprzątaniu. Zaczęłam czytać książki na ekranie, zakochawszy się w aplikacji Kindle dającej mi dostęp do książek niedostępnych albo bardzo drogich w Polsce i ciesząc, że mogę robić to sprawnie nosząc albo karmiąc Remika, co jest trudne z książką w ręce. Nawet udało mi się nagrać live na Facebooku, co było bardzo dużym wyzwaniem.

Dzisiaj

Nie chcę, żeby świat mnie mijał. Chcę korzystać z różnych niesamowitych możliwości, których nie było jeszcze parę lat temu, a nie zamienić się przy tym tempie zmian za pięć lat w tetryka, który nie ogarnia co się dzieje.

Ale przede wszystkim myślę o dzieciach, które rosną w tej nowej erze, dla których to wszystko jest oczywiste, jest częścią codzienności. Myślę o mojej pięciolatce , która z łatwością przeskakuje z kartki w telefon, żeby policzyć zadanie którego ja bym nigdy się nie podjęła w tym wieku. Chwilę później ogląda na Google Street View gdzie jedziemy na na najbliższe parę dni albo wyszukuje głosowo w Wikipedii i odsłuchuje sobie informacje, które chce poznać. Robi to zwyczajnie, niemal od niechcenia i z wdziękiem kogoś kto w tym dorasta.

Prosi mnie, żeby uruchomić jej nagrywanie Minecrafta, bo chce ćwiczyć bycie jutuberką. Budzi to we mnie niejasne opory, choć nie umiem do końca powiedzieć o co mi chodzi, ale po tym z jakim trudem przychodzi mi nagranie live’a zaczynam rozumieć że ona ćwiczy coś równie ważnego w jej świecie, jak pisanie wypracowań w moim. Udaje nam się za którymś podejściem, nie jest mi łatwo to rozkminić, ale nagrywa. Kulawo jej idzie i jak się okazuje, że za pierwszym razem nie włączyliśmy mikrofonu to nawet nie rozpacza.

Jutro

Chcę jej pomóc w tym, żeby mogła mistrzowsko opanować narzędzia, którymi będzie się posługiwał jej świat. Chcę ją nauczyć wykorzystywać potencjał jaki one dają i bezpiecznie poruszać się wśród specyficznych dla tego świata zagrożeń. Ale przede wszystkim nie chcę stracić z nią ani jej bratem kontaktu, kiedy przedzieli nas przepaść dwóch światów. Nie chcę zostać po tamtej stronie ściskając kurczowo w ręce moje chińskie pióro na pompkę i notatniczek o śmiesznej w porównaniu z telefonem pojemności słów i broniąc jak niepodległości świata, który odchodzi tylko dlatego, że go znam i jest dla mnie bezpieczny. Nie chce spod nosa burczeć o tym, że nie znam się na tych waszych internetach i że pauzę włączcie.

Chcę ich w tym świecie prowadzić, a nie zabraniać licząc na… no właśnie na co? Że nie będą używać podstawowego narzędzia swoich czasów? Chcę im pokazać mądre i bezpieczne ścieżki, zamiast udawać, że w ogóle nie wejdą w las.

Chociaż czasem – przyznam się tu po cichu –  czasem ja też się strasznie tego boję.

 

post

Policjanci i złodzieje

Stoję schowana w drewnianej osłonie na śmietniki i wstrzymuję oddech. Trochę tam śmierdzi i nie chcę, żeby usłyszał mnie ten kto mnie szuka. Kiedy brakuje mi tchu przyciskam nos do szorstkiego, świerkowego drewna i powoli wciągam powietrze razem z zapachem żywicy i farby. Zastanawiam się czy zajrzą do śmietników. Może jak rzucę kamień na drugą stronę to nie, może odwrócę uwagę. W książkach przygodowych zawsze się tak udaje. Ale na razie nikogo nie ma. Osiedle jest duże i mnóstwo na nim kryjówek, choć z jakiegoś powodu zawsze wybieramy te same. Zabawa nie jest zbyt udana, gdy wybierze się za dobrą. Zaczynam się niecierpliwić, jest lato i południowe słońce zagląda nawet do tych osłoniętych śmietników. W końcu słyszę z daleka głosy i wiem, że łapią już co najmniej we dwoje. Napinają mi się mięśnie, przyjemnie mobilizująco żeby biec, serce trochę przyspiesza i czuję radość ze swobodnej zabawy.

Swobodna zabawa

Serce mi czasem pęka, kiedy myślę o tych wspomnieniach, których moje dzieci nie będą w dzielić ze mną, a jeśli już to w małym odsetku. I nie tylko mi, kiedy obserwuje Richarda Louva, Petera Graya albo profil Free Range Kids wszyscy zgodnie ubolewają nad tym jak wiele wolności odebrano dzieciom. Nad tym, że swobodna zabawa, która jest podstawą budowania wielu kompetencji nie jest stałą częścią dzieciństwa.

Kiedy wyglądam przez okno mojego mieszkania w mieście na dworze nie ma dzieci. Na osiedlu w małym mieście, w którym się wychowałam mój dwadzieścia lat młodszy brat ciągle bawi się z sąsiadami. Może mniej niż my, najstarsi, ale też mniej ma towarzystwa niż my mieliśmy i bardziej ostrożnych rodziców. Wstrzymuje mnie to przed zbyt pochopnymi sądami rodem z demotywatorów o tym, że pokolenie lat 80 z radością nawet na trzepaku się bawiło, a teraz przez te elektroniki to gówniarze dupy z domu nie ruszą. Nie lubię zero-jedynkowych interpretacji rzeczywistości, a nowe techologie zawsze były najłatwiejszym kozłem ofiarnym. Przyczyn tego, czemu śmiech dzieci nie wypełnia dziś podwórek jest dużo i komputery/tablety nigdy nie będą dla mnie wiodącą.

Strach rodzica

– Chciałabym pójść kiedyś sama do sklepu albo na spacer – mówi moja pięciolatka rozmarzonym tonem, a ja czuję, że sztywnieje na samą myśl. Ale jak to sama? Że sama zejść trzy piętra po schodach, wyjść z bloku, przejść przez osiedlową uliczkę i 30 m do sklepu?! Mój umysł podpowiada mi wizje wszystkich możliwych tragedii, które mogą się wydarzyć, a potem pojawić na okładce faktu zaraz obok mamy Madzi i tego faceta co nieopatrznie dziecko pod namiot wziął do parku i ich znaleźli policjanci. Gadamy o tym, ale ja trochę z takim nastawieniem jakbyśmy mówiły o skoku na spadochronie. Mija parę tygodni zanim znajduję w sobie odwagę. Stoję z Remikiem w wózku pod wejściem do bloku, wręczam jej dychę i mówię:

– Idź sobie coś kup. – Jej oczy rozświetlają się nagłym błyskiem. Patrzy uważnie na ulicę i rusza pędem. Nie ma jej nie wiem czy trzy minuty. Mega długie trzy minuty, w trakcie, których znalazłam najbardziej optymalne miejsce, z którego widzę wózek i tyle drogi do sklepu ile się da. Wraca w podskokach z gazetką z nowym Pet Shopem.

– Mamo! Mamo! Wow! Ale dzięki! I nawet resztę mam, zobacz!

Dociera do mnie mocno, że nawet ja tak mam. Choć wolność jest dla mnie często na pierwszym miejscu, choć jestem skłonna ponosić ryzyko, żeby ją mieć to nawet ja dałam się temu porwać. Choć sama miałam bardzo dużo wolności i mogłam chodzić sama po lesie, pływać sama w jeziorze, włazić na drzewa, wspinać się na balkon po piorunochronie i znikać na pół dnia na osiedlu albo w mazurskim lesie i choć uważam to za najpiękniejsze kawałki mojego dzieciństwa, to już teraz wiem, że nie potrafię tego dać w takim samym stopniu moim dzieciom, bo za bardzo boję się o ich bezpieczeństwo. A nawet jeśli rozpracuje przekonania, które stoją za tym strachem, nawet gdybym przygryzła wargi i wypuściła ją na dwór pod blok, to po co? Nikogo tam nie znajdzie.

Roblox

-Ej mamo, schowałam się! Chyba mnie nie widzą! – wykrzykuje Łucja z kuchni, gdzie siedzi z laptopem i w coś gra od paru minut. Sprzątam i jeszcze nie sprawdziłam w co, więc słucham jednym uchem. Słyszę przede wszystkim wielką ekscytację. Dzieje się jakaś przygoda.
– Kto cię nie widzi?
– Złodzieje. Jestem w drużynie policjantów i schowałam się, żeby ich złapać.
– A, a. Ale że co to za gra?
– Mamooo… no jak możesz nie wiedzieć. Roblox przecież.
– A. Nie wiedziałam, że w robloxie też są policjanci i złodzieje.
– Nooo są. – ostatnie wypowiada mniej obecnie, skupia się na ekranie. Coś się tam dzieje, wycofuję i się sprzątam dalej. Co chwilę słyszę jej podniecone komentarze, nie wiadomo czy do mnie czy po prostu głośno myśli. O nie, nie, uciekł z więzienia! Wypuścili go. No łapcie ich! Czemu muszę wszystko robić sama?!

Nie znam za bardzo robloxa. Pokazał go jej mój brat, a ja nigdy nie znalazłam czasu, żeby dość głęboko poznać wszystkie jego możliwości. Ale znam te emocje, czyste najprawdziwsze doświadczenie. Pamiętam je z mojego osiedla i z wakacji. Pamiętam jak w chłodną sierpniową noc pilnowałam więzienia położonego w zagłębieniu pod kilkoma sosnami, otoczonego kołem z szyszek, jak nic się nie działo i spojrzałam na księżyc i właśnie w tym momencie wszystkich uwolnili. Znam te emocje. Znam tą zabawę i jej zasady. Znam skrypt. Wiem czego uczy. Uśmiecham się.

Nowa swobodna zabawa

W bardzo, bardzo dużej części odebraliśmy dzieciom możliwość swobodnej zabawy. Nasz strach jest potęgowany przez złe wiadomości, które przecież dużo łatwiej nagłaśnia się niż historię o chłopcu, który sam wrócił do domu ze szkoły i nic mu się nie stało. Podpiera go prawo, które nie pozwala nam zostawić kilkulatka samego w domu, żeby na chwilę wyskoczyć do sklepu. I filmiki i memy na facebooku “o złych madkach”. Więc coraz mniej dzieci bawi się na dworze, na pewno w miastach. A my żeby sobie ulżyć mówimy, że to przez te komputery i tablety, choć tak naprawdę to my ich nie wypuszczamy.

Naszczęście dzieci potrafią sobie dobrze radzić i gdy blokuje się im jedne możliwości do rozwoju, to znajdują inne. I też znalazły. Emigrowały. Z podwórka z trzepaka, z osiedla przeniosły się… do gier online. Do świata nie zbadanego przez ich rodziców, w równym stopniu jak moi rodzice nie wiedzieli co robimy na osiedlu – że wciskamy się przez płot do sąsiada kraść poziomki, chowamy w łyżce koparki i chodzimy nad rzekę “tam gdzie głęboko”. To jest miejsce, w którym mogą odzyskać swobodę i bawić się. Często dokładnie w to samo w co my się bawiliśmy. Miejsce gdzie realizują potrzeby i rozwijają kompetencje, które zabraliśmy im razem ze swobodną zabawą na dworze.

Nie zabierajmy im też tego.


TU O tym dlaczego możesz się mniej bać o kontakt Twojego dziecka z ekranami, czyli najczęstszych mitach.

Photo credits

post

Granie w gry uczy myśleć na metapoziomie i planować samorozwój

Kto grał kiedyś w gry z gatunku RPG to wie, że jedną z charakterystycznych dla nich cech jest rozbudowywanie bohatera. Częścią gry jest nie tylko akcja, ale też zaplanowane rozwijanie pewnych umiejętności u swojej postaci, tak żeby odpowiadał preferencjom gracza albo żeby mógł wykonać konkretną misję. Z reguły ścieżek rozwoju jest kilka i rzadko można zdobyć wszystkie umiejętności na raz. Kiedy gracz zatrzymuje na chwilę akcję i przygląda się swojej postaci, następuje taki moment na poziomie meta – decydowania na co chcę wykorzystać zasoby (punkty doświadczenia albo pieniądze), kim moja postać ma być, co chcę żeby osiągnęła.

Granie w gry a myślenie na metapoziomie

 Jordan Shapiro pisze o tym, że granie w gry wspiera kształtowanie się takiej właśnie umiejętności metapoznania czy wewnętrznego wglądu. Można powiedzieć, że powtarzalne przechodzenie przez ten proces wytwarza w głowie gracza procedurę , którą potem przenosi do codziennego funkcjonowania – zatrzymaj się, sprawdź co masz, zastanów jak to wykorzystać i co chcesz osiągnąć.
Żyjemy dzisiaj, w Polsce, w świecie dobrobytu, ale i dużych oczekiwań, takim w którym najczęściej nie chcemy po prostu przetrwać, ale czegoś więcej. W czasach, kiedy tak ważny jest dla nas samorozwój, taki wgląd to jedna z najważniejszych życiowych umiejętności. Umożliwia planowanie rozwoju i osiąganie celów, ale przede wszystkim pozwala na to, że nie biegać w kółko siekając na oślep wszystkie napotkane potwory. Sprawia, że sprawdza się czy to co się robi ma sens, czy nie jest marnotrawieniem zasobów, czy prowadzi w takim kierunku, jakby się chciało. 

Granie w gry a planowanie samorozwoju

Moim zdaniem wybory i dylematy przed, którymi staje się grając w gry są bardzo podobne do tych, które napotyka się podczas rozwoju zawodowego, ale też osobistego, na przykład:
  1. Podczas grania w gry zdarza się, że ktoś chce wybrać wszystkie umiejętności na podstawowym poziomie, zamiast zacząć się specjalizować w jednej lub kilku i najczęściej okazuje się, wtedy, że to nie jest dobra strategia i że bez wyspecjalizowanych mocy trudno w pewnym momencie iść dalej.

2. Może być też tak, że utknie się w miejscu i nie ma zasobów na to, żeby dalej się rozwijać. Czasami jest możliwość zdobycia następnego poziomu, żeby je zdobyć jeśli się więcej „ćwiczy”. A czasem trzeba zrezygnować z kupowania droższych, następnych poziomów wybranej specjalności i zacząć rozwijać inną, na którą ma się zasoby i dopiero dzięki temu można posuwać się dalej.

3. Każdy najchętniej korzysta z najbardziej zaawansowanych umiejętności i mocy, ale żeby je zdobyć trzeba zaplanować optymalną drogę do nich, która bardzo rzadko jest prosta, bo na przykład jeśli inwestuje się tylko w sztuki walki, może się okazać, że ciężko o pieniądze. Często konieczne jest ustalenie małych kroków, które doprowadzą postać na szczyt.


Może chcesz też przeczytać czego NIE robi granie w gry.

post

To Twoja wina!

Ostatnio ciągle była nasza wina. Jak potknęła się na zabawce, to moja że nie sprzątnęłam. Jak upuściła wielki szpital LEGO , to z jakiegoś powodu taty. Jak wylała wodę, to dlatego że jej dałam w przezroczystej szklance. I tak dalej i w kółko piskliwy krzyk „to Twoja wina!”. Raz, drugi i piąty się wkurzałam, aż w końcu przypomniałam sobie, że jestem psychologiem i że wypadałoby zrozumieć i już zaraz potem, że jestem rodzicem i że chcę zrozumieć.

Obwinianie pozwala pozbyć się napięcia

Brene Brown mówi, że obwinianie innych sprawia, że możemy pozbyć się napięciaTu jest taki fajny filmik na youtube, krótki, zabawny i pokazujący jak to działa. Niektórzy robią to nagminnie, inni rzadziej, ale obwinianie sprawia, że czujemy się trochę lepiej w sytuacjach, kiedy już mleko się rozleje. Jest więc pewna strategią radzenia sobie z trudnymi emocjami, może nie za fajną, ale moje dziecko miewało jeszcze mniej przyjazne. Trochę mi pomaga, jak pomyślę, że dziś wybrała tę, a nie którąś z wielkiego pudła tych, na które reaguję wybitnie alergicznie. Łatwiej mi też, kiedy uzmysławiam sobie, że to jest jakiś krok do przodu, co wiąże się z tym, że…

To jest rozwojowe

Ciągle mam tak, że często wydaje mi się, że jakieś rzeczy które moje dziecko robi są bardzo unikalne i że to jest jakiś nasz „problem”, a potem się okazuje że to jest zupełnie normalne. I nieodmiennie bywam zdziwiona, że dużo (albo nawet większość dzieci) tak robi w pewnym momencie swojego życia, a potem im to samo przechodzi. Wiecie, jak z wchodzeniem w kałuże. No i jakie było zdziwienie, gdy po weekendzie, po którym byliśmy mocno zmęczeni natężeniem zarzutów Łucji odnośnie tego, co jest naszą winą, odkryliśmy post Bliskiego Miejsca większość 5.5-6.5 latków tak robi. A potem pojawiły się w głowie dwa potężne w kojeniu serca rodzica czasowniki – to normalne i to mija.

Ty to zrobiłeś, więc ty to posprzątasz!

Mówicie tak? Ja czasem tak. Ostateczny argument, który miesza poczucie winy z odpowiedzialnością, a często podawany jest jako przykład naturalnej konsekwencji, ale nią nie jest. Naturalną konsekwencją rozlania wody, jest to że jest ona rozlana, a nie to, że trzeba ją powycierać. Olśniło mnie, kiedy rozmawiając z Łucja usłyszałam, że to taty wina, że LEGO się rozpadło WIĘC on musi odbudować. Ty to zrobiłeś więc ty to posprzątasz to nie jest nauka brania odpowiedzialności, tylko obwiniania. I pomysłu, że ten kto jest winien ten ma naprawiać, który potem bardzo komplikuje w relacjach.
Usłyszałam też, że za tym „Twoja wina” kryje się u mojego dziecka prośba o pomoc.

A odpowiedzialność?

Może czytając poprzedni akapit przeszedł Cię zimny dreszcz, że to jest właśnie prosta droga, do tego, żeby dziecko wyrosło na kogoś, kto nie chce brać odpowiedzialności, za różne rzeczy.  Ja myślę, że jest na odwrót. Odpowiedzialność nie bierze się z poczucia winy, tylko z decyzji, że ja chce ją przyjąć, np chce naprawić coś albo chce się komuś pomóc.
To właśnie obwinianie sprzyja temu, że zamiast koncentrować się na tym, co można zrobić próbujemy wrzucić winę na inną osobę. I że dopiero jak ustalimy czyja to wina, to ona będzie to robić. Branie odpowiedzialności za to często bierze się z empatii, że widzę drugiego człowieka i chcę coś zrobić dla niego.

Co robię, kiedy słyszę że znowu jest moja wina?

Ja jak słyszę, że moja wina to mam ochotę eksplodować i czuję napięcie w rękach i nogach. To jest dla mnie sygnał, że to nie jest dobry moment na gadanie, więc biorę parę głębokich wdechów i skupiam się na tych wszystkich myślach, o których pisałam.
  1. Dzieci tak mają.
  2. To normalne.
  3. To minie.
  4. To nie o mnie, tylko o jej napięciu.
A jak już się uspokoję, to robię różnie. Jak to jest coś małego, co szybko się da rozwiązać to pytam „Chciałbyś, żeby Ci z tym pomóc?”.
Czasem jak widzę, że się uda to obracam wszystko w żart, tak żeby to śmiech rozładował napięcie. Teatralnie przepraszam i mówię że rzeczywiście to jest absolutnie i zupełnie moja wina , że siedząc w drugim pokoju nie domyśliłam się, że coś tam o nie pomogłam. A i jeszcze muszę jej wyznać, że przeze mnie dziś nie pojedziemy pod namiot , bo jest zima. Albo coś takiego. Przenosimy to obwinianie na poziom meta i robimy z niego teatr, spełnia swoją rolę oczyszczania z emocji, ale bez niszczenia relacji.
Ale najczęściej robię najoczywistsze i najłatwiejsze, sięgam po empatię. Przytulam, słucham, słucham smutku, słucham złości i mówię, że też mi przykro że się zniszczyło. Nie mówię, że jakbyś nie kładła na środki podłogi to by się nie stało.
A czasem to w ogóle, okazuje się że też mi nerwy puszczają, wykrzykuje że chyba na mózg jej padło i wychodzę z pokoju. 😁