post

Zabawa, która pomaga na zazdrość

Padają ostatnio pytania o zabawy, które pomagają nam, żeby Łucji było trochę mniej trudno z pojawieniem się młodszego brata. Myślę, że to, że odpowiem na to pytanie ma sens jako źródło inspiracji, otwarcie się na takie pomysły bycia z dzieckiem. Wcale jednak nie musi być tak, że inne dzieci będą chciały skorzystać z tego samego, co my robimy.

Cohen w książce rodzicielstwo przez zabawę pisze o tym, że dziecku często trzeba proponować ileś różnych zabaw, zanim którąś przyjmie. Ja myślę też, że jeśli dziecko czuje, że to ma być nasz złoty i szybki środek na załatwienie czegoś, to też w to nie pójdzie. I że w zasadzie najlepiej się sprawdza, kiedy zabawa wychodzi od dziecka.

1. Siłowanki

Przepychanie, ściskanie, tulenie, wygłupy. Umożliwiają kontakt fizyczny i rozładowanie różnych napięć. Nie będę o tym pisać, bo jest cała książka „Siłowanki” wydawnictwa Mamania z masą pomysłów.

2.Zagubiona dziewczynka / zwierzątko

To jest autorski pomysł Łucji. Ona kuli się w jakimś kącie (często na spacerze) i mówi „Ojejku zgubiłam się w tym strasznym ciemnym lesie / mieście”, a ja zapraszam żeby szła ze mną. Pytam czy chciałaby ze mną zamieszkać, czy chciałaby mieć brata, bo ja bym chciała żeby mieszkała. Pokazuje jej mieszkanie, pokój, zabawki. Ona zadaje różne pytania, częściowo buduje strukturę „A co robicie kiedy?”, „Czy chodzicie na spacery?”, „A możemy kiedyś pojechać do lasu?”.

To jest zabawa o wyborze i o tym, że jesteśmy ze sobą bo się chcemy. A przede wszystkim o tym, że to nie jest tak, że ja ją po prostu “mam”, bo ją urodziłam, ale że ją wybieram codziennie, kocham, chcę mieć.  Myślę, że ważne jest też to że ona sobie przypomina różne rzeczy, które ma, które są jej, które dostała od nas i daje to poczucie stabilności, ale też bycia ważną i widzianą.

3.Dzidziuś / wykluwający się dinozaur

Jest dzidziusiem (niekoniecznie ludzkim), którym się zajmuje i opiekuje. Często używam dzidziusiowych akcesoriów, małego kocyka, zabawek Remika. Słyszałam od wielu osób, że się w ten sposób bawili po pojawieniu się rodzeństwa. Czasami, szczególnie w ciężkie poranki lubi być jajkiem dinozaura, otulona kocykiem, a ja i Remik ją ogrzewamy. W tej zabawie pomocne jest dla niej odwrócenie ról, w którym on jest starszym bratem.

4. Krecik Łucja

To jest zabawa, w której ja nigdy nie uczestniczyłam. Łucja zaczęła ją z opiekunką, a jak byłam w ciąży to bardzo ją rozbudowała z tatą i to z nim się w to bawi, prawie codziennie przed spaniem. Wymyslili już mnóstwo scenariuszy tej zabawy, ale zasadniczo jest o Kreciku, który wpadł w tarapaty i ratuje go Borsuk, z którym może razem zamieszkać. Często zaczynają od wspólnego budowania nory z poduszek i kocy.

Buduje jej poczucie bezpieczeństwa, pozwala się poczuć zaopiekowaną i ułatwia spokojne zaśnięcie.

5. Miasteczko Heartlake

Rozwijające się z każdym nowym zestawem LEGO Miasteczko Heartlake jest jedną z jej ulubionych zabaw, w której wymyśla historie i je wspólnie odgrywamy postaciami z LEGO. Przerabiamy tam wchodzenie w związki, zakochiwanie się, śluby, porody, odrzucenie, zazdrość, różne trudności w relacjach, chorobę psychiczną, ale też takie bardziej sensacyjne wątki typu porwanie, wypadek, pojawienie się ducha.

Dla mnie to jest taka zabawa, która tworzy nieskończone możliwości i łączy w sobie elementy klasycznego opowiadania historii, psychodramy, odgrywania ról i technik projekcyjnych, ale jest przede wszystkim mega prześmieszna.

6. Arielka

W Arielkę bawimy się w wannie, głównie gadając. Wspominam o niej, bo ma dwa ważne elementy. Po pierwsze bawimy się przy okazji, trochę wydzieramy czas na zabawę, tam gdzie wydawałoby się , że już go nie ma, a to jest ważne przy maluchu, który tak dużo go zabiera.

Po drugie to jest zabawa, do której Łucja wpuszcza Remika. Czasem jest psem księcia Eryka, ale coraz częściej księciem, albo bratem. Myślę o tym jak zabawa buduje więź i że to bardzo cenne szukać takich, które obejmą oboje dzieci i im to ułatwią. Myślę, że pomaga też kiedy fabuła historii ich jednoczy w jakimś wspólnym celu.

15 minut dziennie

 Łucja zawsze ma gotowe pomysły i czeka, więc nie musimy wspólnej zabawie nadawać struktury. Jak tak nie macie to dobrze jest pamiętać o takim wyłącznym czasie dla dziecka, w którym ono przejmuje zupełną inicjatywę za zabawę i w którym robicie wszystko, co ono chce. Może to trwać 15 minut, a może dłużej (ja widzę, że dla nas 15 minut to jest za mało, bo Łucja lubi budować skomplikowane fabuły).

Cohen w “Rodzicielstwie przez zabawę” dużo pisze o tym, jak takie 15 minut dziennie zabawy sterowanej przez dziecko bardzo wzmacnia więź między rodzicami a dzieckiem. Ja obserwuję u nas, że znalezienie czasu na zabawę to jest też pewnego rodzaju inwestycja – jak poświęcam trochę czasu na tę zabawę, to potem de facto oszczędzam go gdzie indziej, bo “wybawiona” Łucja jest często bardziej skłonna do współpracy przez resztę dnia.


Być może spodoba Ci się:

Nie lubisz mnie

Zazdrosna

Już mnie nie kochasz

Photo credits 

post

Dinozaur

Mam 31 lat i pod pewnymi względami jestem już dinozaurem. Zdarza mi się myśleć, że jak byłam dzieckiem/nastolatką/studentką to było inaczej. Zdarza mi się zupełnie nie rozumieć pewnych rzeczy, o których mówi mi młodsze rodzeństwo, choć jeszcze parę lat temu z łatwością wślizgiwałam się do ich świata. Mam trochę swoich pomysłów i przekonań, które coraz mniej przystają do tego jak wygląda dzisiaj. Na przykład o tym, że książka jest na ogół lepsza niż film i że ręką pisane jest bardziej z serca, a czytane z kartki trochę bardziej wartościowe niż z ekranu. Albo że lepiej pisać i czytać niż mówić i słuchać.

Myślałam zawsze, że taki moment, w którym zacznę czuć, że świat mija mnie szybciej niż potrafię w nim uczestniczyć przyjdzie znacznie później, może jak będę miała 50 lat, albo 70. A jednak nagle zorientowałam się, że stoję w nim jedną nogą.

Kiedyś

Pamiętam jak jeszcze parę lat temu byłam na studiach i wyniki z egzaminu pojawiły się w internecie w środku dnia. Z 30 osób przekonanych o postępowości świata, w którym wyniki dostępne są w internecie, stłoczyło się korytarzu wokół jedynego kolegi, który miał tablet z internetem i mógł nam je przeczytać. A jak cofnę się jeszcze kilka lat wcześniej to pamiętam, jak ktoś w autobusie odpowiedzi na pytanie czy ma internet powiedział, że nie przy sobie i wszyscy strasznie się śmiali.

Do niedawna trzymałam się kurczowo pewnego stylu, w którym wyrosłam. Tego z innej epoki, z ery przed smartfonów, szukania informacji w bibliotekach, czytania papierowych książek. Od paru miesięcy podejmuje wysiłek, żeby nauczyć się słuchać nagrań, co było trudne i mnie denerwowało (bo szybciej bym przeczytała i byłoby ładniej napisane), ale powoli dociera do mnie że ich zaletą jest to, że mogę to robić mając zajęte ręce i oczy, przy zmywaniu i sprzątaniu. Zaczęłam czytać książki na ekranie, zakochawszy się w aplikacji Kindle dającej mi dostęp do książek niedostępnych albo bardzo drogich w Polsce i ciesząc, że mogę robić to sprawnie nosząc albo karmiąc Remika, co jest trudne z książką w ręce. Nawet udało mi się nagrać live na Facebooku, co było bardzo dużym wyzwaniem.

Dzisiaj

Nie chcę, żeby świat mnie mijał. Chcę korzystać z różnych niesamowitych możliwości, których nie było jeszcze parę lat temu, a nie zamienić się przy tym tempie zmian za pięć lat w tetryka, który nie ogarnia co się dzieje.

Ale przede wszystkim myślę o dzieciach, które rosną w tej nowej erze, dla których to wszystko jest oczywiste, jest częścią codzienności. Myślę o mojej pięciolatce , która z łatwością przeskakuje z kartki w telefon, żeby policzyć zadanie którego ja bym nigdy się nie podjęła w tym wieku. Chwilę później ogląda na Google Street View gdzie jedziemy na na najbliższe parę dni albo wyszukuje głosowo w Wikipedii i odsłuchuje sobie informacje, które chce poznać. Robi to zwyczajnie, niemal od niechcenia i z wdziękiem kogoś kto w tym dorasta.

Prosi mnie, żeby uruchomić jej nagrywanie Minecrafta, bo chce ćwiczyć bycie jutuberką. Budzi to we mnie niejasne opory, choć nie umiem do końca powiedzieć o co mi chodzi, ale po tym z jakim trudem przychodzi mi nagranie live’a zaczynam rozumieć że ona ćwiczy coś równie ważnego w jej świecie, jak pisanie wypracowań w moim. Udaje nam się za którymś podejściem, nie jest mi łatwo to rozkminić, ale nagrywa. Kulawo jej idzie i jak się okazuje, że za pierwszym razem nie włączyliśmy mikrofonu to nawet nie rozpacza.

Jutro

Chcę jej pomóc w tym, żeby mogła mistrzowsko opanować narzędzia, którymi będzie się posługiwał jej świat. Chcę ją nauczyć wykorzystywać potencjał jaki one dają i bezpiecznie poruszać się wśród specyficznych dla tego świata zagrożeń. Ale przede wszystkim nie chcę stracić z nią ani jej bratem kontaktu, kiedy przedzieli nas przepaść dwóch światów. Nie chcę zostać po tamtej stronie ściskając kurczowo w ręce moje chińskie pióro na pompkę i notatniczek o śmiesznej w porównaniu z telefonem pojemności słów i broniąc jak niepodległości świata, który odchodzi tylko dlatego, że go znam i jest dla mnie bezpieczny. Nie chce spod nosa burczeć o tym, że nie znam się na tych waszych internetach i że pauzę włączcie.

Chcę ich w tym świecie prowadzić, a nie zabraniać licząc na… no właśnie na co? Że nie będą używać podstawowego narzędzia swoich czasów? Chcę im pokazać mądre i bezpieczne ścieżki, zamiast udawać, że w ogóle nie wejdą w las.

Chociaż czasem – przyznam się tu po cichu –  czasem ja też się strasznie tego boję.

 

post

Policjanci i złodzieje

Stoję schowana w drewnianej osłonie na śmietniki i wstrzymuję oddech. Trochę tam śmierdzi i nie chcę, żeby usłyszał mnie ten kto mnie szuka. Kiedy brakuje mi tchu przyciskam nos do szorstkiego, świerkowego drewna i powoli wciągam powietrze razem z zapachem żywicy i farby. Zastanawiam się czy zajrzą do śmietników. Może jak rzucę kamień na drugą stronę to nie, może odwrócę uwagę. W książkach przygodowych zawsze się tak udaje. Ale na razie nikogo nie ma. Osiedle jest duże i mnóstwo na nim kryjówek, choć z jakiegoś powodu zawsze wybieramy te same. Zabawa nie jest zbyt udana, gdy wybierze się za dobrą. Zaczynam się niecierpliwić, jest lato i południowe słońce zagląda nawet do tych osłoniętych śmietników. W końcu słyszę z daleka głosy i wiem, że łapią już co najmniej we dwoje. Napinają mi się mięśnie, przyjemnie mobilizująco żeby biec, serce trochę przyspiesza i czuję radość ze swobodnej zabawy.

Swobodna zabawa

Serce mi czasem pęka, kiedy myślę o tych wspomnieniach, których moje dzieci nie będą w dzielić ze mną, a jeśli już to w małym odsetku. I nie tylko mi, kiedy obserwuje Richarda Louva, Petera Graya albo profil Free Range Kids wszyscy zgodnie ubolewają nad tym jak wiele wolności odebrano dzieciom. Nad tym, że swobodna zabawa, która jest podstawą budowania wielu kompetencji nie jest stałą częścią dzieciństwa.

Kiedy wyglądam przez okno mojego mieszkania w mieście na dworze nie ma dzieci. Na osiedlu w małym mieście, w którym się wychowałam mój dwadzieścia lat młodszy brat ciągle bawi się z sąsiadami. Może mniej niż my, najstarsi, ale też mniej ma towarzystwa niż my mieliśmy i bardziej ostrożnych rodziców. Wstrzymuje mnie to przed zbyt pochopnymi sądami rodem z demotywatorów o tym, że pokolenie lat 80 z radością nawet na trzepaku się bawiło, a teraz przez te elektroniki to gówniarze dupy z domu nie ruszą. Nie lubię zero-jedynkowych interpretacji rzeczywistości, a nowe techologie zawsze były najłatwiejszym kozłem ofiarnym. Przyczyn tego, czemu śmiech dzieci nie wypełnia dziś podwórek jest dużo i komputery/tablety nigdy nie będą dla mnie wiodącą.

Strach rodzica

– Chciałabym pójść kiedyś sama do sklepu albo na spacer – mówi moja pięciolatka rozmarzonym tonem, a ja czuję, że sztywnieje na samą myśl. Ale jak to sama? Że sama zejść trzy piętra po schodach, wyjść z bloku, przejść przez osiedlową uliczkę i 30 m do sklepu?! Mój umysł podpowiada mi wizje wszystkich możliwych tragedii, które mogą się wydarzyć, a potem pojawić na okładce faktu zaraz obok mamy Madzi i tego faceta co nieopatrznie dziecko pod namiot wziął do parku i ich znaleźli policjanci. Gadamy o tym, ale ja trochę z takim nastawieniem jakbyśmy mówiły o skoku na spadochronie. Mija parę tygodni zanim znajduję w sobie odwagę. Stoję z Remikiem w wózku pod wejściem do bloku, wręczam jej dychę i mówię:

– Idź sobie coś kup. – Jej oczy rozświetlają się nagłym błyskiem. Patrzy uważnie na ulicę i rusza pędem. Nie ma jej nie wiem czy trzy minuty. Mega długie trzy minuty, w trakcie, których znalazłam najbardziej optymalne miejsce, z którego widzę wózek i tyle drogi do sklepu ile się da. Wraca w podskokach z gazetką z nowym Pet Shopem.

– Mamo! Mamo! Wow! Ale dzięki! I nawet resztę mam, zobacz!

Dociera do mnie mocno, że nawet ja tak mam. Choć wolność jest dla mnie często na pierwszym miejscu, choć jestem skłonna ponosić ryzyko, żeby ją mieć to nawet ja dałam się temu porwać. Choć sama miałam bardzo dużo wolności i mogłam chodzić sama po lesie, pływać sama w jeziorze, włazić na drzewa, wspinać się na balkon po piorunochronie i znikać na pół dnia na osiedlu albo w mazurskim lesie i choć uważam to za najpiękniejsze kawałki mojego dzieciństwa, to już teraz wiem, że nie potrafię tego dać w takim samym stopniu moim dzieciom, bo za bardzo boję się o ich bezpieczeństwo. A nawet jeśli rozpracuje przekonania, które stoją za tym strachem, nawet gdybym przygryzła wargi i wypuściła ją na dwór pod blok, to po co? Nikogo tam nie znajdzie.

Roblox

-Ej mamo, schowałam się! Chyba mnie nie widzą! – wykrzykuje Łucja z kuchni, gdzie siedzi z laptopem i w coś gra od paru minut. Sprzątam i jeszcze nie sprawdziłam w co, więc słucham jednym uchem. Słyszę przede wszystkim wielką ekscytację. Dzieje się jakaś przygoda.
– Kto cię nie widzi?
– Złodzieje. Jestem w drużynie policjantów i schowałam się, żeby ich złapać.
– A, a. Ale że co to za gra?
– Mamooo… no jak możesz nie wiedzieć. Roblox przecież.
– A. Nie wiedziałam, że w robloxie też są policjanci i złodzieje.
– Nooo są. – ostatnie wypowiada mniej obecnie, skupia się na ekranie. Coś się tam dzieje, wycofuję i się sprzątam dalej. Co chwilę słyszę jej podniecone komentarze, nie wiadomo czy do mnie czy po prostu głośno myśli. O nie, nie, uciekł z więzienia! Wypuścili go. No łapcie ich! Czemu muszę wszystko robić sama?!

Nie znam za bardzo robloxa. Pokazał go jej mój brat, a ja nigdy nie znalazłam czasu, żeby dość głęboko poznać wszystkie jego możliwości. Ale znam te emocje, czyste najprawdziwsze doświadczenie. Pamiętam je z mojego osiedla i z wakacji. Pamiętam jak w chłodną sierpniową noc pilnowałam więzienia położonego w zagłębieniu pod kilkoma sosnami, otoczonego kołem z szyszek, jak nic się nie działo i spojrzałam na księżyc i właśnie w tym momencie wszystkich uwolnili. Znam te emocje. Znam tą zabawę i jej zasady. Znam skrypt. Wiem czego uczy. Uśmiecham się.

Nowa swobodna zabawa

W bardzo, bardzo dużej części odebraliśmy dzieciom możliwość swobodnej zabawy. Nasz strach jest potęgowany przez złe wiadomości, które przecież dużo łatwiej nagłaśnia się niż historię o chłopcu, który sam wrócił do domu ze szkoły i nic mu się nie stało. Podpiera go prawo, które nie pozwala nam zostawić kilkulatka samego w domu, żeby na chwilę wyskoczyć do sklepu. I filmiki i memy na facebooku “o złych madkach”. Więc coraz mniej dzieci bawi się na dworze, na pewno w miastach. A my żeby sobie ulżyć mówimy, że to przez te komputery i tablety, choć tak naprawdę to my ich nie wypuszczamy.

Naszczęście dzieci potrafią sobie dobrze radzić i gdy blokuje się im jedne możliwości do rozwoju, to znajdują inne. I też znalazły. Emigrowały. Z podwórka z trzepaka, z osiedla przeniosły się… do gier online. Do świata nie zbadanego przez ich rodziców, w równym stopniu jak moi rodzice nie wiedzieli co robimy na osiedlu – że wciskamy się przez płot do sąsiada kraść poziomki, chowamy w łyżce koparki i chodzimy nad rzekę “tam gdzie głęboko”. To jest miejsce, w którym mogą odzyskać swobodę i bawić się. Często dokładnie w to samo w co my się bawiliśmy. Miejsce gdzie realizują potrzeby i rozwijają kompetencje, które zabraliśmy im razem ze swobodną zabawą na dworze.

Nie zabierajmy im też tego.


TU O tym dlaczego możesz się mniej bać o kontakt Twojego dziecka z ekranami, czyli najczęstszych mitach.

Photo credits

post

Granie w gry uczy myśleć na metapoziomie i planować samorozwój

Kto grał kiedyś w gry z gatunku RPG to wie, że jedną z charakterystycznych dla nich cech jest rozbudowywanie bohatera. Częścią gry jest nie tylko akcja, ale też zaplanowane rozwijanie pewnych umiejętności u swojej postaci, tak żeby odpowiadał preferencjom gracza albo żeby mógł wykonać konkretną misję. Z reguły ścieżek rozwoju jest kilka i rzadko można zdobyć wszystkie umiejętności na raz. Kiedy gracz zatrzymuje na chwilę akcję i przygląda się swojej postaci, następuje taki moment na poziomie meta – decydowania na co chcę wykorzystać zasoby (punkty doświadczenia albo pieniądze), kim moja postać ma być, co chcę żeby osiągnęła.

Granie w gry a myślenie na metapoziomie

 Jordan Shapiro pisze o tym, że granie w gry wspiera kształtowanie się takiej właśnie umiejętności metapoznania czy wewnętrznego wglądu. Można powiedzieć, że powtarzalne przechodzenie przez ten proces wytwarza w głowie gracza procedurę , którą potem przenosi do codziennego funkcjonowania – zatrzymaj się, sprawdź co masz, zastanów jak to wykorzystać i co chcesz osiągnąć.
Żyjemy dzisiaj, w Polsce, w świecie dobrobytu, ale i dużych oczekiwań, takim w którym najczęściej nie chcemy po prostu przetrwać, ale czegoś więcej. W czasach, kiedy tak ważny jest dla nas samorozwój, taki wgląd to jedna z najważniejszych życiowych umiejętności. Umożliwia planowanie rozwoju i osiąganie celów, ale przede wszystkim pozwala na to, że nie biegać w kółko siekając na oślep wszystkie napotkane potwory. Sprawia, że sprawdza się czy to co się robi ma sens, czy nie jest marnotrawieniem zasobów, czy prowadzi w takim kierunku, jakby się chciało. 

Granie w gry a planowanie samorozwoju

Moim zdaniem wybory i dylematy przed, którymi staje się grając w gry są bardzo podobne do tych, które napotyka się podczas rozwoju zawodowego, ale też osobistego, na przykład:
  1. Podczas grania w gry zdarza się, że ktoś chce wybrać wszystkie umiejętności na podstawowym poziomie, zamiast zacząć się specjalizować w jednej lub kilku i najczęściej okazuje się, wtedy, że to nie jest dobra strategia i że bez wyspecjalizowanych mocy trudno w pewnym momencie iść dalej.

2. Może być też tak, że utknie się w miejscu i nie ma zasobów na to, żeby dalej się rozwijać. Czasami jest możliwość zdobycia następnego poziomu, żeby je zdobyć jeśli się więcej „ćwiczy”. A czasem trzeba zrezygnować z kupowania droższych, następnych poziomów wybranej specjalności i zacząć rozwijać inną, na którą ma się zasoby i dopiero dzięki temu można posuwać się dalej.

3. Każdy najchętniej korzysta z najbardziej zaawansowanych umiejętności i mocy, ale żeby je zdobyć trzeba zaplanować optymalną drogę do nich, która bardzo rzadko jest prosta, bo na przykład jeśli inwestuje się tylko w sztuki walki, może się okazać, że ciężko o pieniądze. Często konieczne jest ustalenie małych kroków, które doprowadzą postać na szczyt.


Może chcesz też przeczytać czego NIE robi granie w gry.

post

To Twoja wina!

Ostatnio ciągle była nasza wina. Jak potknęła się na zabawce, to moja że nie sprzątnęłam. Jak upuściła wielki szpital LEGO , to z jakiegoś powodu taty. Jak wylała wodę, to dlatego że jej dałam w przezroczystej szklance. I tak dalej i w kółko piskliwy krzyk „to Twoja wina!”. Raz, drugi i piąty się wkurzałam, aż w końcu przypomniałam sobie, że jestem psychologiem i że wypadałoby zrozumieć i już zaraz potem, że jestem rodzicem i że chcę zrozumieć.

Obwinianie pozwala pozbyć się napięcia

Brene Brown mówi, że obwinianie innych sprawia, że możemy pozbyć się napięciaTu jest taki fajny filmik na youtube, krótki, zabawny i pokazujący jak to działa. Niektórzy robią to nagminnie, inni rzadziej, ale obwinianie sprawia, że czujemy się trochę lepiej w sytuacjach, kiedy już mleko się rozleje. Jest więc pewna strategią radzenia sobie z trudnymi emocjami, może nie za fajną, ale moje dziecko miewało jeszcze mniej przyjazne. Trochę mi pomaga, jak pomyślę, że dziś wybrała tę, a nie którąś z wielkiego pudła tych, na które reaguję wybitnie alergicznie. Łatwiej mi też, kiedy uzmysławiam sobie, że to jest jakiś krok do przodu, co wiąże się z tym, że…

To jest rozwojowe

Ciągle mam tak, że często wydaje mi się, że jakieś rzeczy które moje dziecko robi są bardzo unikalne i że to jest jakiś nasz „problem”, a potem się okazuje że to jest zupełnie normalne. I nieodmiennie bywam zdziwiona, że dużo (albo nawet większość dzieci) tak robi w pewnym momencie swojego życia, a potem im to samo przechodzi. Wiecie, jak z wchodzeniem w kałuże. No i jakie było zdziwienie, gdy po weekendzie, po którym byliśmy mocno zmęczeni natężeniem zarzutów Łucji odnośnie tego, co jest naszą winą, odkryliśmy post Bliskiego Miejsca większość 5.5-6.5 latków tak robi. A potem pojawiły się w głowie dwa potężne w kojeniu serca rodzica czasowniki – to normalne i to mija.

Ty to zrobiłeś, więc ty to posprzątasz!

Mówicie tak? Ja czasem tak. Ostateczny argument, który miesza poczucie winy z odpowiedzialnością, a często podawany jest jako przykład naturalnej konsekwencji, ale nią nie jest. Naturalną konsekwencją rozlania wody, jest to że jest ona rozlana, a nie to, że trzeba ją powycierać. Olśniło mnie, kiedy rozmawiając z Łucja usłyszałam, że to taty wina, że LEGO się rozpadło WIĘC on musi odbudować. Ty to zrobiłeś więc ty to posprzątasz to nie jest nauka brania odpowiedzialności, tylko obwiniania. I pomysłu, że ten kto jest winien ten ma naprawiać, który potem bardzo komplikuje w relacjach.
Usłyszałam też, że za tym „Twoja wina” kryje się u mojego dziecka prośba o pomoc.

A odpowiedzialność?

Może czytając poprzedni akapit przeszedł Cię zimny dreszcz, że to jest właśnie prosta droga, do tego, żeby dziecko wyrosło na kogoś, kto nie chce brać odpowiedzialności, za różne rzeczy.  Ja myślę, że jest na odwrót. Odpowiedzialność nie bierze się z poczucia winy, tylko z decyzji, że ja chce ją przyjąć, np chce naprawić coś albo chce się komuś pomóc.
To właśnie obwinianie sprzyja temu, że zamiast koncentrować się na tym, co można zrobić próbujemy wrzucić winę na inną osobę. I że dopiero jak ustalimy czyja to wina, to ona będzie to robić. Branie odpowiedzialności za to często bierze się z empatii, że widzę drugiego człowieka i chcę coś zrobić dla niego.

Co robię, kiedy słyszę że znowu jest moja wina?

Ja jak słyszę, że moja wina to mam ochotę eksplodować i czuję napięcie w rękach i nogach. To jest dla mnie sygnał, że to nie jest dobry moment na gadanie, więc biorę parę głębokich wdechów i skupiam się na tych wszystkich myślach, o których pisałam.
  1. Dzieci tak mają.
  2. To normalne.
  3. To minie.
  4. To nie o mnie, tylko o jej napięciu.
A jak już się uspokoję, to robię różnie. Jak to jest coś małego, co szybko się da rozwiązać to pytam „Chciałbyś, żeby Ci z tym pomóc?”.
Czasem jak widzę, że się uda to obracam wszystko w żart, tak żeby to śmiech rozładował napięcie. Teatralnie przepraszam i mówię że rzeczywiście to jest absolutnie i zupełnie moja wina , że siedząc w drugim pokoju nie domyśliłam się, że coś tam o nie pomogłam. A i jeszcze muszę jej wyznać, że przeze mnie dziś nie pojedziemy pod namiot , bo jest zima. Albo coś takiego. Przenosimy to obwinianie na poziom meta i robimy z niego teatr, spełnia swoją rolę oczyszczania z emocji, ale bez niszczenia relacji.
Ale najczęściej robię najoczywistsze i najłatwiejsze, sięgam po empatię. Przytulam, słucham, słucham smutku, słucham złości i mówię, że też mi przykro że się zniszczyło. Nie mówię, że jakbyś nie kładła na środki podłogi to by się nie stało.
A czasem to w ogóle, okazuje się że też mi nerwy puszczają, wykrzykuje że chyba na mózg jej padło i wychodzę z pokoju. 😁
post

Telewizor, smartfon, komputer i dziecko.

Wkurzam się. Jak widzę kolejne pojawiające się masowo na fejsbuku informacje straszące rodziców o tym, jak kontakt z telewizorem, komputerem i tabletem może zaszkodzić dzieciom. Najczęściej nie są one w żaden sposób poparte stanem współczesnej wiedzy, a wręcz im zaprzeczają. Plan jest taki, że napiszę o tym więcej i bardziej szczegółowo, ale dziś krótko o tym, czego waszemu dziecku NIE ZROBI komputer ani tablet.

MIT 1. Telewizor, smartfon, komputer i tablet uzależnia jak heroina.

Heroina uzależnia jak heroina. I już samo to nie jest tak oczywiste, jak przywykliśmy myśleć (jeśli kogoś to interesuje, to polecam posłuchać lub poczytać pana, który nazywa się Johann Hari ). Sam pomysł tego, że rzeczy uzależniają nas same z siebie przez to, że się z nimi zetkniemy, a my jesteśmy bezwolni w tym, wymaga weryfikacji.

To co najczęściej mają autorzy takich zdań na myśli to prawdopodobnie to, że różne rzeczy lub aktywności sprawiają nam przyjemność (lub że wpływają na mózgowy układ nagrody i kary). Ale nie jest to TAKIE SAMO oddziaływanie na mózg jak heroiny. Badacze gier komputerowych Markey i Fergusson wykazali w 2017, że granie  w gry podnosi poziom dopaminy w mózgu mniej więcej tak wysoko jak zjedzenie lodów albo kawałka pizzy, czyli o wiele, wiele mniej niż narkotyki. (Za: Peter Gray TU) Ale jak już koniecznie chcemy się trzymać tego niezbyt rzetelnego naukowo przykładu, to mam złą wiadomość – zgodnie z tą logiką wszystkie miłe rzeczy uzależniają jak heroina. Smaczne jedzenie, spacery w lesie, budowanie z klocków lego i przytulanie.

Więc nie. Ani telewizor ani smartfon ani komputer ani tablet NIE uzależnia jak heroina. I w ogóle nie uzależnia sam w sobie.

MIT 2 Tablet i smartfon upośledza motorykę małą.

Prawdą jest, że kiedy dziecko korzysta z tabletu i smartfona to ćwiczy motorykę małą w inny sposób niż na przykład podczas rysowania czy zabaw koralikami. Dziecko nie ćwiczy jej w przypadku miliona innych czynności – na przykład jak kopie w piłkę, spaceruje, słucha jak ktoś czyta mu bajki. To, że dziecko korzysta z elektroniki nie wpływa destrukcyjnie na umiejętności, które posiada albo które może opanować, co najwyżej sprawia, że w tej chwili ich nie ćwiczy lub robi to w inny sposób. Dziecko, które w ogóle nie korzysta z tabletu też może mieć problemy z motoryką, jeśli nie będzie wykonywało aktywności, które to ćwiczą albo ma takie a nie inne wrodzone predyspozycje. Rozwiązaniem jest proponowanie dziecku aktywności wspierających rozwój motoryki, a nie odbieranie mu dostępu do elektroniki.

MIT 3 Granie w gry wyłącza płaty czołowe ( i dzieci jeszcze przez 2 godziny się nie uczą).

 

Grając w gry dzieci uczą się bardzo dużo i nie jest to moja opinia, ale bardzo dobrze przebadana informacja (będę o tym więcej pisać, ale jak ktoś chce teraz już to polecam teksty Petera Graya, które zawsze mają bezpośrednie odnośniki do badań).

Pod magicznym określeniem wyłączenia płatów czołowych nie kryje się to, że dziecku przestaje nagle działać mózg, tylko jak przypuszczam, że przechodzi ono w tryb walki i ucieczki. Dzieje się tak, gdy czuje się ono zagrożone i w niebezpieczeństwie, więc może to się zdarzyć w przypadku grania w niektóre gry, szczególnie te niedostosowane do wieku. Bycie w trybie walki i ucieczki nie jest przyjemne i większość ludzi nie wybrałoby tego, choć w pewnych sytuacjach może się tak zdarzyć i dotyczy to osób, które przebywają w nim permanentnie. Dziecko raczej nie powinno dążyć do takiej sytuacji.

Cała prawda jaka ukryta jest w tym zdaniu jest taka, że gry czasem mogą uruchamiać u dzieci ten tryb, a najsensowniejszy wniosek z tego płynący jest taki, że rodzice powinni mieć sprawdzać w co ich dzieci grają i jak się z tym czują, a najlepiej poświęcić czas na wspólne granie. 

(Przy okazji optymalne dla uczenia się jest bycie w stanie delikatnego pobudzenia, ale nawet przy “wyłączonych płatach czołowych” człowiek może się uczyć, tylko na ogół nie ma dostępu do tej wiedzy poza tym stanem.)

MIT 4 Telewizja, komputer, tablet i smartfon sprawiają, że dzieci są mniej empatyczne, mniej kreatywne i mniej sprawne fizycznie (i cokolwiek jeszcze chcecie dodać).

Większość badań, na które powołują się osoby przedstawiające takie wnioski to badania korelacyjne, czyli że badani sprawdzali ile (według wypowiedzi rodziców) dzieci spędzają przed ekranem dziennie i mierzyli potem poziom jakiejś cechy u nich. Widzicie problem?

Po pierwsze może być tak, że dzieci posiadające określone cechy chętniej wybierają aktywności przed ekranem. Prawdopodobnie, gdyby zrobić analogicznie z godzinami rysowania, to też by się okazało że im więcej dziecko rysuje tym jest mniej sprawne fizycznie.

Po drugie, tego typu badania są bardzo wrażliwe na skrajności. Czyli, że na ich wynik wpływa to, że są dzieci zaniedbane albo z problemami, które rozwiązują spędzaniem przed ekranem 10 godzin dziennie i te dzieci po pierwsze mają już pewne trudności, po drugie wyłączne spędzanie czasu przed komputerem czy telewizorem sprawia, że nie mają one różnorodnych aktywności wspierających rozwój. To bezdyskusyjnie nie jest zdrowa sytuacja dla dziecka. Ale jak się ją wrzuci do badań i uśredni to wychodzi, że im więcej dziecko korzysta z telefonu czy komputera, tym jest dla niego gorzej, co nie jest zgodne prawdą.

Znowu, podobnie jak w przypadku motoryki małej kluczem nie jest to, żeby dziecko nie spędzało czasu w ten sposób, ale żeby miało bogactwo i różnorodność aktywności, z których może wybierać. Jeżeli chce się mieć wpływ na empatię albo kreatywność dziecka to jak dla mnie pierwszą rzeczą nie powinno być szukanie kozła ofiarnego, który tę empatię magiczne obniżył, ale raczej powrót do tego co ją u dzieci buduje i jak się ona rozwija. Zabranie tabletu nie sprawi, że dziecko nagle będzie empatyczne. Ba, myślę, że jest wiele sposobów w jaki elektronika może rozwijać także takie cechy jak empatia i kreatywność u osób, które z nich korzystają, są między innymi takie gry.

MIT 5 Dziecko powinno spędzać X minut dziennie przed ekranem.

Myślę, że nie ma żadnego ogólnego limitu, który określałby jaka ilość czasu jest odpowiednia dla dzieci. Rzecz w tym, żeby wspierać dziecko w regulacji tego czasu, w taki sposób, aby korzystanie z różnych sprzętów elektronicznych mu służyło, a nie je obciążało. Znowu warto pamiętać, że te zalecania typu 15 czy 20 minut dla przedszkolaka powstały w oparciu o badania korelacyjne i to nie oznacza to, że jak dziecko będzie korzystało z 30 minut to się nagle uzależni albo nie będzie miało empatii.

Po drugie wyznaczanie czasu dziennego jest bardzo mało wspierające regulacje, bo czasem jest tak, że dzieci w ogóle by nie korzystały, ale mają poczucie że im “przepadnie”, a czasem że potrzebują na wybraną aktywność dłużej niż przewiduje dzienny limit (bajka trwa 30 minut a dziecko ma 20, albo zrobienie w misji w grze trwa ponad godzinę). Dlatego zamiast nadmiernie przejmować się limitami z krążących po Facebooku infografik lepiej skorzystać z własnego mózgu i obserwować dziecko.

Na koniec mogę napisać tylko tyle, że naprawdę jeśli chodzi o tablet, telefon, komputer i telewizor, to nie chodzi o to, żeby dzieciom zabierać, limitować, ograniczać i pilnować. Wtedy zaczynamy wchodzić w bardzo niewygodną narrację zakazanego owocu i nieustannej walki o elektronikę, która nie skończy się prawdopodobnie, aż dziecko się wyprowadzi, a i to z myślą “wreszcie będę mógł grać tyle ile chcę”. To są normalne sprzęty, służące do normalnych aktywności i o wiele zdrowiej by było, gdybyśmy je tak właśnie traktowali.

Bardzo ważne jest też to, co jest obok i oprócz. Czy jesteśmy kiedy gra? Czy wiemy, co robi na tym komputerze albo telefonie? Czy potrafimy dostrzec, jakie potrzeby zaspokaja dzięki temu? Ale przede wszystkim:

Ile czasu jesteśmy z dzieckiem?

Jakie propozycje innych aktywności mu dajemy?

Czy uczymy je jak regulować emocje i odpoczywać?

Jaką mamy ze sobą więź?

W jaki sposób my spędzamy nasz wolny czas?

 

post

Metoda Domana a nauka przez zabawę

Nauka przez zabawę jest pewnym założeniem z psychologi rozwojowej mówiącym o tym, że dziecko podczas zabawy w swobodny sposób się rozwija. Obecnie jednak coraz częściej używa się tego określenia jako wytrychu, który ma zmusić dzieci do nauczenia się czegoś.

Nauka przez zabawę

Jest takie piękne zdanie, które powiedział chyba Jean Piaget – “dziecko bawiąc się uczy, a ucząc się bawi”. Piszę chyba, bo cytat ten jest tak często wykorzystywany, że trudno mi się teraz dokopać, kto to powiedział pierwszy raz. Szkoda jednak, że bardzo często wykorzystuje się je na potwierdzenie błędnych teorii i zmuszania dzieci do uczenia się pod przykrywką zabawy.

Dzieci uczą się bawiąc albo jak mówiła Maria Montessori – one się nie bawią, a pracują. Ta zabawa to jest sposób ich rozwoju odpowiedni do ich wieku i etapu rozwojowego, dopasowana przez nie same do ich potrzeb, możliwości i zainteresowań. To też taka praca, która przynosi dzieciom korzyści i pozwala na zdobywanie wiedzy i umiejętności potrzebnych w późniejszym życiu, a równocześnie wykonywana jest z radością i wewnętrzną motywacją.

Dzieje się jednak tak tylko tak długo jak jest to zabawa:

  • sterowana przez dziecko,
  • spontaniczna,
  • dobrowolna (też w sensie, że można ja zakończyć kiedy się chce),
  • wynikająca z jego potrzeb,
  • skoncentrowana na znaczeniu, a nie jakimś celu – coś zrobić, coś ukończyć, coś osiągnąć;
  • nie jest stresująca.

Metoda Domana a nauka przez zabawę

Zwolennicy metody Domana mówią, że ta nauka czytania jest tak naprawdę zabawą i dlatego, nie jest obciążeniem dla dziecka. Trudno jednak powiedzieć, żeby spełniała one założenia zabawy, w momencie kiedy całość bazuje na postanowieniu rodzica, że jego dziecko nauczy się dzisiaj rozpoznawać 5 słów – zabawa jest tu wykorzystana instrumentalnie, jest otoczką stosowaną po to, żeby te 5 słów przemycić. W ten sensie to nie jest dobrowolne.

Czytałam wypowiedzi rodziców mówiące o tym, że ich niemowlę czy roczne dziecko, bardzo się cieszy i dobrze bawi, kiedy razem się uczą i korzystają z kart do nauki czytania. Pewnie, że się cieszy. Kiedy wszystko jest w porządku to każde dziecko cieszy się z czasu z rodzicem, w którym poświęca mu on swoją pełną uwagę. Ale nie znaczy to, że nauka czytania z fiszek przez niemowlaka czy roczne dziecko jest dobrowolna, spontaniczna i wynika z jego wewnętrznej motywacji. Gdyby tak było, istniałyby niemowlaki czytające bez fiszek i bez nauki metodą Domana, tak jak istnieją dzieci w wieku przedszkolnym, które spontanicznie zaczynają czytać.

Jak powinna wyglądać nauka przez zabawę?

Cały problem leży w sposobie, w jakim stawiamy to pytanie. Nauka przez zabawę nie powinna jakoś wyglądać, ona po prostu wygląda, po prostu jest. Z samej istoty zabawy wynika to, że dzieci uczą się czegoś w jej trakcie – choć może nie zawsze tego, czego chcieliby akurat rodzice. Myślę, że zamiast koncentrować się na tym jakie aktywności, zabawy czy gry edukacyjne dla dziecka wybrać, jakie stymulujące zajęcia mu zapewnić, warto po prostu się z nim bawić. W prawdziwej zabawie jest też o wiele większa szansa, że będzie ona sterowana przez dziecko, a nie narzucona przez dorosłego, dlatego łatwiej będzie mu uczyć się i brać z tej zabawy to co akurat potrzebuje i do czego jest gotowe.  Dlatego lepiej nie traktować zabawy instrumentalnie czy jako środka do celu, do nauczenia czegoś konkretnego. Wtedy przyniesie to najwięcej korzyści, a nauka przez zabawę będzie najpełniejsza.

Więcej:

Metoda Domana
Komu służy metoda Domana?
Kiedy jest czas na naukę czytania?
Czy każde dziecko może być geniuszem?

Bibliografia:

  1. Play as Preparation for Learning and Life, An Interview with Peter Gray
  2. Peter Gray, Free play is essential to normal emotional development 
  3. Lawrence Cohen, Rodzicielstwo przez zabawę
post

Komu służy metoda Domana?

 

Jest takie jedno pytanie, które dobrze sobie postawić zanim ingeruje się w świat dziecka i narzuca mu co ona powinno albo musi robić. To pytanie o to, komu tak naprawdę to służy i komu coś daje? Ono jest najczęściej niewygodne, bo jeżeli jesteśmy gotowi sobie je zadać i głęboko się z nim zmierzyć, to bardzo często, o ile nie najczęściej, okazuje się, że te nasze pomysły służą głównie nam – wygodzie, uspokojeniu własnych lęków, zaspokojeniu własnych ambicji. A kiedy indziej okazuje się też, że sięgamy po jakieś sposoby zupełnie bezrefleksyjnie – w oparciu o przekonania, które posiadamy, a których nigdy nie weryfikowaliśmy.

Co daje dziecku metoda Domana?

Nie do końca rozumiem w jaki sposób metoda Domana i nauka czytania globalnego dziecka do lat 3 miałyby mu służyć. To nie jest czas, w którym dziecko potrzebuje tego czytania (gdyby tak było istniałyby dzieci, które opanowywałyby to same). Powodem do jej stosowania mogą być więc przekonania, takie jak:

  • mózg dziecka warto jak najbardziej stymulować w dzieciństwie – nieprawda, stymulować należy nie za dużo, nie za mało, a dziecko otoczone uważną opieką jest w stanie tym zarządzać dając odpowiednie sygnały;
  • jak dziecko nauczy się czytać mając kilkanaście miesięcy to będzie mu potem łatwiej czytać w ogóle – nieprawda, z badań wychodzi na to, że jeżeli już to trudniej;
  • jak dziecko nauczy się czytać/liczyć w przedszkolu to będzie miało wyższe osiągnięcia szkolne – tutaj też nieprawda.

A może metoda Domana jest dla rodzica?

Pozostaje jeszcze pytanie czy gdzieś w głębi serca nie chodzi rodzicowi o samego siebie. O to, że chciałby żeby jego dziecko było geniuszem, albo chociaż topowym uczniem w szkole. Żeby było jakieś – lubiło czytać, szybko i dużo czytało, mądre, najlepsze, żeby nie miało problemów w szkole albo żeby mu było łatwiej później w życiu. Może jest też w tym sporo lęku – o to, żeby być samemu jak najlepszym rodzicem, żeby niczego nie zaniedbać, żeby dać dziecku wszystko czego potrzebuje do optymalnego rozwoju. Niestety z tego lęku i braku zaufania do siebie samego płynie też brak zaufania do dziecka i jego możliwości, a często brak akceptacji tego, że ono jest jakie jest. Że nie ma IQ 200 mimo wszystkich wysiłków rodzica albo że potem czytanie ze zrozumieniem i tak przychodzi mu z trudem.

Co zamiast metody Domana?

Myślę, że może nie być żadnego „zamiast metody Domana”, że tak naprawdę chodzi o zaufanie zamiast lęku, wolność zamiast forsowania rozwoju i tworzenie więzi zamiast tworzenie kogoś, kto coś potrafi. Myślę, że w takich sytuacjach zamiast skupiać się na rozwoju dziecka (które wszak doskonale sobie z tym radzi) warto skupić się na własnym rozwoju. Takim który sprawi, że będziemy potrafili do niego podejść z pełną otwartością i akceptacją.

Więcej:

Metoda Domana
Nauka przez zabawę
Kiedy jest czas na naukę czytania?
Czy każde dziecko może być geniuszem?

post

Nauka czytania – kiedy jest na nią dobry czas?

Dużo rodziców  zastanawia się kiedy dla ich dziecka powinna się rozpocząć nauka czytania. Napisałam o tym bardzo krótko przy okazji poszukiwania informacji o metodzie Domana, która postuluje robić to bardzo wcześnie.

Kiedy dziecko powinno nauczyć się czytać?

Te z rzetelnych źródeł, na które się natknęłam stanowią, że dziecko najwcześniej osiąga gotowość do nauki czytania w wieku przedszkolnym, ale może to też być później. Według założeń Montesorri dzieci uczyły się pisać w wieku 4 lat, a następnie czytać w wieku 5. Trudno jednak ustalić odpowiedni wiek do nauki czytania z dwóch powodów – dzieci tę gotowość uzyskują w różnym wieku i nie musi ona wiązać się z motywacją do podjęcia nauki.

W książce “Nauka czytania dzieci w wieku przedszkolnym” Krystyny Kamińskiej pojawia się podstawowe założenie mówiące, że:

“Nauka czytania w przedszkolu powinna być wynikiem spontanicznej aktywności dziecka […] nie zaś wynikiem realizacji z góry określonego toku postępowania. Nauczyciel powinien jedynie ułatwić dziecku eksplorację, by proces nauki czytania i pisania przebiegał wraz z narastaniem umiejętności, niezależnie od wieku dziecka”.

Nie da się więc powiedzieć w oparciu o wiek, że istnieje odpowiedni moment do nauki czytania, bo konkretny 4 latek może być bardziej gotowy i bardziej chętny niż jakiś 8 latek. Jeżeli w ogóle da się odpowiedzieć na tak postawione pytanie to dzieci powinny się uczyć czytać wtedy kiedy są na to gotowe i chcą.

Czy w ogóle można wspierać naukę czytania u dziecka?

Czy chcę przez to powiedzieć, że właściwie to w tę naukę czytania u dzieci lepiej się nie wtrącać? W zasadzie, na dzisiaj myślę, że tak. Że nie wtrącać w tym sensie, że nie decydować za dziecko kiedy i jak ma zacząć czytać, ale równocześnie być gotowym do wspierania i pomocy, kiedy tylko o to poprosi.

Wiem, że takie postawienie sprawy zawsze budzi obawy z cyklu “a co jak nie będzie chciało nigdy?” – albo przynajmniej “co jak nie będzie chciało do 10 roku życia”. I pewnie to drugie też jest możliwe i szczerze mogę przyznać, że nie chciałabym, żeby tak się sprawy potoczyły w naszym przypadku. Z drugiej strony Kamińska pisze o tym, że dzieci teraz coraz wcześniej i częściej mają silną motywację do nauki czytania, dlatego że nowoczesny świat dostarcza im wielu więcej niż wcześniej możliwości poznawania go i one chcą z tego korzystać samodzielnie. A do tego najczęściej potrzebne im czytanie.

Dlatego myślę, że najlepszymi metodami zachęcania dziecka do tego, żeby nauczyło się czytać jest zachowanie spokoju i pozwalanie mu na swobodne eksplorowanie świata. Jak myślę o tym, co sprawia, że moje dziecko interesuje się światem literek, to w dużej mierze jest to:

  • chęć komunikowania się przez Internet – na przykład pisania na messengerze;
  • świadomość, że z Internetu można zdobyć informacje, które nas ciekawią, bo bardzo często jak nie umiem odpowiedzieć na pytanie, to czegoś szukamy i czytamy;
  • to że widzi jak my czytamy i że to lubimy;
  • czytanie jest przydatne w grach, w które gra.

Warto też pamiętać o tym, że czytanie nie jest po prostu “sztuką dla sztuki”, ono jest sposobem na komunikację, przekazywanie informacji między ludźmi. Dlatego dopóki dziecko nie potrafi komunikować, nie zna słów i ich znaczeń, mówienie o czymś takim jak nauka czytania – jakby ona nie miała wyglądać, jest bezsensowne. W tym kontekście najlepszym sposobem na przygotowywanie dziecka do nauki czytania jest po prostu… bycie z nim. Towarzyszenie mu, wspólne poznawanie świata, rozmowy czy głośne czytanie, w trakcie których dziecko poznaje nowe słowa i ich znaczenia, uczy się komunikować. Dopiero gdy to osiągnie, będzie gotowe, żeby zacząć uczyć się czytać.

Więcej:

Metoda Domana
Nauka przez zabawę a metoda Domana
Czy każde dziecko może być geniuszem?
Komu służy metoda Domana?

Bibliografia:

  1. Krystyna Kamińska “Nauka czytania dzieci w wieku przedszkolnym”, WSiP.
  2. Peter Gray, Children teach themselves to read
post

Dziecko a inteligencja. Czy każde dziecko może być geniuszem?

Czy każde dziecko może być geniuszem?

Nie, każde dziecko nie może być geniuszem, bo każde dziecko nie jest geniuszem, jakby każde dziecko było geniuszem, to nie byłoby geniuszy. To po pierwsze. Po drugie droga do bycia geniuszem, to nie jest do końca droga – oczywiście rozwój dziecka do pewnego stopnia można stymulować, można dbać o rozwój jego inteligencji, ale bardziej na takiej zasadzie, żeby nie miało ono niedoborów. To znaczy, żeby miało zaspokojone wszystkie potrzeby, żeby dostawało jedzenie, które jest dobre dla jego mózgu, żeby respektować jego alergie pokarmowe, żeby nie narażać je na traumy i niepotrzebny stres, żeby się nie nudziło, żeby mogło się swobodnie bawić i miało bliskość rodzica i jego wsparcie. Wtedy mózg  (i inteligencja) dziecka rozwija się optymalnie.

Zdania takie jak “wykorzystujemy tylko x% potencjału swojego mózgu” nie są do końca prawdziwe. Wykorzystujemy tyle mózgu ile potrafimy, na ile pozwalają nam możliwości. I mózg dziecka (o ile nic mu nie przeszkadza) też rozwija się w takim tempie w jakim ma i może się rozwijać.

Glenn Doman twierdził, że inteligencja jest w 100% możliwa do kształtowania i w zasadzie, że jest zależna tylko i wyłącznie od tego co rodzice robią z dzieckiem. Więc nie jest tak. Po pierwsze nie ma do końca zgody, co do tego czym jest inteligencja, ale na pewno nie jest ona tymi cyferkami, które dostaje się po rozwiązaniu testu z obrazkami pasującymi do wzoru (Raven’a), ani nawet tymi, które poda psycholog po przeprowadzeniu badania w gabinecie. Niektórzy próbują ją definiować bardziej w kategoriach możliwości poznawczych człowieka, podczas gdy inni mówią o tym, że jest zdolnością do przystosowywania się i dobrego funkcjonowania w społeczeństwie.

Co więcej, jakby na inteligencję nie patrzeć, to zależy ona od takiej ilości czynników, że nie wiadomo czy kiedykolwiek wszystkie odkryjemy. Pewne jest jednak, że w znacznej części zależy od genów (obecnie szacuje się, że jest to 35-50%). Czyli, że rodzimy się po prostu z jakimiś określonymi predyspozycjami i że nie ważne, co by się nie robiło, pewnego poziomu nie jesteśmy w stanie przeskoczyć. A już na pewno nie jest to możliwe kiedy mamy organiczne i nieodwracalne uszkodzenie mózgu, tak jak pacjenci Domana, którym też obiecywał, że geniusz czeka za nich tuż za rogiem.

Zastanawiam się dlaczego tak bardzo rodzicom na czymś takim, jak inteligencja zależy? Może dlatego, że to jeden z tych konstruktów psychologicznych, które w dzisiejszym świecie otoczone są wielkim kultem i większości ludzi wydaje się, że iloraz inteligencji związany jest z dobrymi rzeczami, które mogą spotkać ich dzieci w przyszłości. Ale to też nie jest takie proste. Inteligencja (a właściwie to co mierzą testy) nie jest związana ani z wynikami w szkole, ani z osiągnięciami zawodowymi, ani z tworzeniem udanych związków ani nawet z odczuwalnym poziomem szczęścia. Inteligencja jest tylko jedną z cech człowieka, dzięki której w niektórych sytuacjach może być mu łatwiej. Ale nie jest ważniejsza niż samoregulacja czy kompetencje społeczne, a do tego, żeby czuć się szczęśliwym te dwa ostatnie są nawet bardziej przydatne.

Dla mnie kluczowym pytaniem nie jest też to “czy każde dziecko możne być geniuszem”, ale “czy każde dziecko MUSI być geniuszem”? Dlaczego nie miałoby być po prostu sobą, po prostu szczęśliwe i po prostu realizujące swój potencjał, tak jak może, chce i potrafi?

Więcej:
Metoda Domana
Nauka przez zabawę
Kiedy jest czas na naukę czytania?
Komu służy metoda Domana?