post

Telewizor, smartfon, komputer i dziecko.

Wkurzam się. Jak widzę kolejne pojawiające się masowo na fejsbuku informacje straszące rodziców o tym, jak kontakt z telewizorem, komputerem i tabletem może zaszkodzić dzieciom. Najczęściej nie są one w żaden sposób poparte stanem współczesnej wiedzy, a wręcz im zaprzeczają. Plan jest taki, że napiszę o tym więcej i bardziej szczegółowo, ale dziś krótko o tym, czego waszemu dziecku NIE ZROBI komputer ani tablet.

MIT 1. Telewizor, smartfon, komputer i tablet uzależnia jak heroina.

Heroina uzależnia jak heroina. I już samo to nie jest tak oczywiste, jak przywykliśmy myśleć (jeśli kogoś to interesuje, to polecam posłuchać lub poczytać pana, który nazywa się Johann Hari ). Sam pomysł tego, że rzeczy uzależniają nas same z siebie przez to, że się z nimi zetkniemy, a my jesteśmy bezwolni w tym, wymaga weryfikacji.

To co najczęściej mają autorzy takich zdań na myśli to prawdopodobnie to, że różne rzeczy lub aktywności sprawiają nam przyjemność (lub że wpływają na mózgowy układ nagrody i kary). Ale nie jest to TAKIE SAMO oddziaływanie na mózg jak heroiny. Badacze gier komputerowych Markey i Fergusson wykazali w 2017, że granie  w gry podnosi poziom dopaminy w mózgu mniej więcej tak wysoko jak zjedzenie lodów albo kawałka pizzy, czyli o wiele, wiele mniej niż narkotyki. (Za: Peter Gray TU) Ale jak już koniecznie chcemy się trzymać tego niezbyt rzetelnego naukowo przykładu, to mam złą wiadomość – zgodnie z tą logiką wszystkie miłe rzeczy uzależniają jak heroina. Smaczne jedzenie, spacery w lesie, budowanie z klocków lego i przytulanie.

Więc nie. Ani telewizor ani smartfon ani komputer ani tablet NIE uzależnia jak heroina. I w ogóle nie uzależnia sam w sobie.

MIT 2 Tablet i smartfon upośledza motorykę małą.

Prawdą jest, że kiedy dziecko korzysta z tabletu i smartfona to ćwiczy motorykę małą w inny sposób niż na przykład podczas rysowania czy zabaw koralikami. Dziecko nie ćwiczy jej w przypadku miliona innych czynności – na przykład jak kopie w piłkę, spaceruje, słucha jak ktoś czyta mu bajki. To, że dziecko korzysta z elektroniki nie wpływa destrukcyjnie na umiejętności, które posiada albo które może opanować, co najwyżej sprawia, że w tej chwili ich nie ćwiczy lub robi to w inny sposób. Dziecko, które w ogóle nie korzysta z tabletu też może mieć problemy z motoryką, jeśli nie będzie wykonywało aktywności, które to ćwiczą albo ma takie a nie inne wrodzone predyspozycje. Rozwiązaniem jest proponowanie dziecku aktywności wspierających rozwój motoryki, a nie odbieranie mu dostępu do elektroniki.

MIT 3 Granie w gry wyłącza płaty czołowe ( i dzieci jeszcze przez 2 godziny się nie uczą).

 

Grając w gry dzieci uczą się bardzo dużo i nie jest to moja opinia, ale bardzo dobrze przebadana informacja (będę o tym więcej pisać, ale jak ktoś chce teraz już to polecam teksty Petera Graya, które zawsze mają bezpośrednie odnośniki do badań).

Pod magicznym określeniem wyłączenia płatów czołowych nie kryje się to, że dziecku przestaje nagle działać mózg, tylko jak przypuszczam, że przechodzi ono w tryb walki i ucieczki. Dzieje się tak, gdy czuje się ono zagrożone i w niebezpieczeństwie, więc może to się zdarzyć w przypadku grania w niektóre gry, szczególnie te niedostosowane do wieku. Bycie w trybie walki i ucieczki nie jest przyjemne i większość ludzi nie wybrałoby tego, choć w pewnych sytuacjach może się tak zdarzyć i dotyczy to osób, które przebywają w nim permanentnie. Dziecko raczej nie powinno dążyć do takiej sytuacji.

Cała prawda jaka ukryta jest w tym zdaniu jest taka, że gry czasem mogą uruchamiać u dzieci ten tryb, a najsensowniejszy wniosek z tego płynący jest taki, że rodzice powinni mieć sprawdzać w co ich dzieci grają i jak się z tym czują, a najlepiej poświęcić czas na wspólne granie. 

(Przy okazji optymalne dla uczenia się jest bycie w stanie delikatnego pobudzenia, ale nawet przy “wyłączonych płatach czołowych” człowiek może się uczyć, tylko na ogół nie ma dostępu do tej wiedzy poza tym stanem.)

MIT 4 Telewizja, komputer, tablet i smartfon sprawiają, że dzieci są mniej empatyczne, mniej kreatywne i mniej sprawne fizycznie (i cokolwiek jeszcze chcecie dodać).

Większość badań, na które powołują się osoby przedstawiające takie wnioski to badania korelacyjne, czyli że badani sprawdzali ile (według wypowiedzi rodziców) dzieci spędzają przed ekranem dziennie i mierzyli potem poziom jakiejś cechy u nich. Widzicie problem?

Po pierwsze może być tak, że dzieci posiadające określone cechy chętniej wybierają aktywności przed ekranem. Prawdopodobnie, gdyby zrobić analogicznie z godzinami rysowania, to też by się okazało że im więcej dziecko rysuje tym jest mniej sprawne fizycznie.

Po drugie, tego typu badania są bardzo wrażliwe na skrajności. Czyli, że na ich wynik wpływa to, że są dzieci zaniedbane albo z problemami, które rozwiązują spędzaniem przed ekranem 10 godzin dziennie i te dzieci po pierwsze mają już pewne trudności, po drugie wyłączne spędzanie czasu przed komputerem czy telewizorem sprawia, że nie mają one różnorodnych aktywności wspierających rozwój. To bezdyskusyjnie nie jest zdrowa sytuacja dla dziecka. Ale jak się ją wrzuci do badań i uśredni to wychodzi, że im więcej dziecko korzysta z telefonu czy komputera, tym jest dla niego gorzej, co nie jest zgodne prawdą.

Znowu, podobnie jak w przypadku motoryki małej kluczem nie jest to, żeby dziecko nie spędzało czasu w ten sposób, ale żeby miało bogactwo i różnorodność aktywności, z których może wybierać. Jeżeli chce się mieć wpływ na empatię albo kreatywność dziecka to jak dla mnie pierwszą rzeczą nie powinno być szukanie kozła ofiarnego, który tę empatię magiczne obniżył, ale raczej powrót do tego co ją u dzieci buduje i jak się ona rozwija. Zabranie tabletu nie sprawi, że dziecko nagle będzie empatyczne. Ba, myślę, że jest wiele sposobów w jaki elektronika może rozwijać także takie cechy jak empatia i kreatywność u osób, które z nich korzystają, są między innymi takie gry.

MIT 5 Dziecko powinno spędzać X minut dziennie przed ekranem.

Myślę, że nie ma żadnego ogólnego limitu, który określałby jaka ilość czasu jest odpowiednia dla dzieci. Rzecz w tym, żeby wspierać dziecko w regulacji tego czasu, w taki sposób, aby korzystanie z różnych sprzętów elektronicznych mu służyło, a nie je obciążało. Znowu warto pamiętać, że te zalecania typu 15 czy 20 minut dla przedszkolaka powstały w oparciu o badania korelacyjne i to nie oznacza to, że jak dziecko będzie korzystało z 30 minut to się nagle uzależni albo nie będzie miało empatii.

Po drugie wyznaczanie czasu dziennego jest bardzo mało wspierające regulacje, bo czasem jest tak, że dzieci w ogóle by nie korzystały, ale mają poczucie że im “przepadnie”, a czasem że potrzebują na wybraną aktywność dłużej niż przewiduje dzienny limit (bajka trwa 30 minut a dziecko ma 20, albo zrobienie w misji w grze trwa ponad godzinę). Dlatego zamiast nadmiernie przejmować się limitami z krążących po Facebooku infografik lepiej skorzystać z własnego mózgu i obserwować dziecko.

Na koniec mogę napisać tylko tyle, że naprawdę jeśli chodzi o tablet, telefon, komputer i telewizor, to nie chodzi o to, żeby dzieciom zabierać, limitować, ograniczać i pilnować. Wtedy zaczynamy wchodzić w bardzo niewygodną narrację zakazanego owocu i nieustannej walki o elektronikę, która nie skończy się prawdopodobnie, aż dziecko się wyprowadzi, a i to z myślą “wreszcie będę mógł grać tyle ile chcę”. To są normalne sprzęty, służące do normalnych aktywności i o wiele zdrowiej by było, gdybyśmy je tak właśnie traktowali.

Bardzo ważne jest też to, co jest obok i oprócz. Czy jesteśmy kiedy gra? Czy wiemy, co robi na tym komputerze albo telefonie? Czy potrafimy dostrzec, jakie potrzeby zaspokaja dzięki temu? Ale przede wszystkim:

Ile czasu jesteśmy z dzieckiem?

Jakie propozycje innych aktywności mu dajemy?

Czy uczymy je jak regulować emocje i odpoczywać?

Jaką mamy ze sobą więź?

W jaki sposób my spędzamy nasz wolny czas?

 

post

Metoda Domana a nauka przez zabawę

Nauka przez zabawę jest pewnym założeniem z psychologi rozwojowej mówiącym o tym, że dziecko podczas zabawy w swobodny sposób się rozwija. Obecnie jednak coraz częściej używa się tego określenia jako wytrychu, który ma zmusić dzieci do nauczenia się czegoś.

Nauka przez zabawę

Jest takie piękne zdanie, które powiedział chyba Jean Piaget – “dziecko bawiąc się uczy, a ucząc się bawi”. Piszę chyba, bo cytat ten jest tak często wykorzystywany, że trudno mi się teraz dokopać, kto to powiedział pierwszy raz. Szkoda jednak, że bardzo często wykorzystuje się je na potwierdzenie błędnych teorii i zmuszania dzieci do uczenia się pod przykrywką zabawy.

Dzieci uczą się bawiąc albo jak mówiła Maria Montessori – one się nie bawią, a pracują. Ta zabawa to jest sposób ich rozwoju odpowiedni do ich wieku i etapu rozwojowego, dopasowana przez nie same do ich potrzeb, możliwości i zainteresowań. To też taka praca, która przynosi dzieciom korzyści i pozwala na zdobywanie wiedzy i umiejętności potrzebnych w późniejszym życiu, a równocześnie wykonywana jest z radością i wewnętrzną motywacją.

Dzieje się jednak tak tylko tak długo jak jest to zabawa:

  • sterowana przez dziecko,
  • spontaniczna,
  • dobrowolna (też w sensie, że można ja zakończyć kiedy się chce),
  • wynikająca z jego potrzeb,
  • skoncentrowana na znaczeniu, a nie jakimś celu – coś zrobić, coś ukończyć, coś osiągnąć;
  • nie jest stresująca.

Metoda Domana a nauka przez zabawę

Zwolennicy metody Domana mówią, że ta nauka czytania jest tak naprawdę zabawą i dlatego, nie jest obciążeniem dla dziecka. Trudno jednak powiedzieć, żeby spełniała one założenia zabawy, w momencie kiedy całość bazuje na postanowieniu rodzica, że jego dziecko nauczy się dzisiaj rozpoznawać 5 słów – zabawa jest tu wykorzystana instrumentalnie, jest otoczką stosowaną po to, żeby te 5 słów przemycić. W ten sensie to nie jest dobrowolne.

Czytałam wypowiedzi rodziców mówiące o tym, że ich niemowlę czy roczne dziecko, bardzo się cieszy i dobrze bawi, kiedy razem się uczą i korzystają z kart do nauki czytania. Pewnie, że się cieszy. Kiedy wszystko jest w porządku to każde dziecko cieszy się z czasu z rodzicem, w którym poświęca mu on swoją pełną uwagę. Ale nie znaczy to, że nauka czytania z fiszek przez niemowlaka czy roczne dziecko jest dobrowolna, spontaniczna i wynika z jego wewnętrznej motywacji. Gdyby tak było, istniałyby niemowlaki czytające bez fiszek i bez nauki metodą Domana, tak jak istnieją dzieci w wieku przedszkolnym, które spontanicznie zaczynają czytać.

Jak powinna wyglądać nauka przez zabawę?

Cały problem leży w sposobie, w jakim stawiamy to pytanie. Nauka przez zabawę nie powinna jakoś wyglądać, ona po prostu wygląda, po prostu jest. Z samej istoty zabawy wynika to, że dzieci uczą się czegoś w jej trakcie – choć może nie zawsze tego, czego chcieliby akurat rodzice. Myślę, że zamiast koncentrować się na tym jakie aktywności, zabawy czy gry edukacyjne dla dziecka wybrać, jakie stymulujące zajęcia mu zapewnić, warto po prostu się z nim bawić. W prawdziwej zabawie jest też o wiele większa szansa, że będzie ona sterowana przez dziecko, a nie narzucona przez dorosłego, dlatego łatwiej będzie mu uczyć się i brać z tej zabawy to co akurat potrzebuje i do czego jest gotowe.  Dlatego lepiej nie traktować zabawy instrumentalnie czy jako środka do celu, do nauczenia czegoś konkretnego. Wtedy przyniesie to najwięcej korzyści, a nauka przez zabawę będzie najpełniejsza.

Więcej:

Metoda Domana
Komu służy metoda Domana?
Kiedy jest czas na naukę czytania?
Czy każde dziecko może być geniuszem?

Bibliografia:

  1. Play as Preparation for Learning and Life, An Interview with Peter Gray
  2. Peter Gray, Free play is essential to normal emotional development 
  3. Lawrence Cohen, Rodzicielstwo przez zabawę
post

Komu służy metoda Domana?

 

Jest takie jedno pytanie, które dobrze sobie postawić zanim ingeruje się w świat dziecka i narzuca mu co ona powinno albo musi robić. To pytanie o to, komu tak naprawdę to służy i komu coś daje? Ono jest najczęściej niewygodne, bo jeżeli jesteśmy gotowi sobie je zadać i głęboko się z nim zmierzyć, to bardzo często, o ile nie najczęściej, okazuje się, że te nasze pomysły służą głównie nam – wygodzie, uspokojeniu własnych lęków, zaspokojeniu własnych ambicji. A kiedy indziej okazuje się też, że sięgamy po jakieś sposoby zupełnie bezrefleksyjnie – w oparciu o przekonania, które posiadamy, a których nigdy nie weryfikowaliśmy.

Co daje dziecku metoda Domana?

Nie do końca rozumiem w jaki sposób metoda Domana i nauka czytania globalnego dziecka do lat 3 miałyby mu służyć. To nie jest czas, w którym dziecko potrzebuje tego czytania (gdyby tak było istniałyby dzieci, które opanowywałyby to same). Powodem do jej stosowania mogą być więc przekonania, takie jak:

  • mózg dziecka warto jak najbardziej stymulować w dzieciństwie – nieprawda, stymulować należy nie za dużo, nie za mało, a dziecko otoczone uważną opieką jest w stanie tym zarządzać dając odpowiednie sygnały;
  • jak dziecko nauczy się czytać mając kilkanaście miesięcy to będzie mu potem łatwiej czytać w ogóle – nieprawda, z badań wychodzi na to, że jeżeli już to trudniej;
  • jak dziecko nauczy się czytać/liczyć w przedszkolu to będzie miało wyższe osiągnięcia szkolne – tutaj też nieprawda.

A może metoda Domana jest dla rodzica?

Pozostaje jeszcze pytanie czy gdzieś w głębi serca nie chodzi rodzicowi o samego siebie. O to, że chciałby żeby jego dziecko było geniuszem, albo chociaż topowym uczniem w szkole. Żeby było jakieś – lubiło czytać, szybko i dużo czytało, mądre, najlepsze, żeby nie miało problemów w szkole albo żeby mu było łatwiej później w życiu. Może jest też w tym sporo lęku – o to, żeby być samemu jak najlepszym rodzicem, żeby niczego nie zaniedbać, żeby dać dziecku wszystko czego potrzebuje do optymalnego rozwoju. Niestety z tego lęku i braku zaufania do siebie samego płynie też brak zaufania do dziecka i jego możliwości, a często brak akceptacji tego, że ono jest jakie jest. Że nie ma IQ 200 mimo wszystkich wysiłków rodzica albo że potem czytanie ze zrozumieniem i tak przychodzi mu z trudem.

Co zamiast metody Domana?

Myślę, że może nie być żadnego „zamiast metody Domana”, że tak naprawdę chodzi o zaufanie zamiast lęku, wolność zamiast forsowania rozwoju i tworzenie więzi zamiast tworzenie kogoś, kto coś potrafi. Myślę, że w takich sytuacjach zamiast skupiać się na rozwoju dziecka (które wszak doskonale sobie z tym radzi) warto skupić się na własnym rozwoju. Takim który sprawi, że będziemy potrafili do niego podejść z pełną otwartością i akceptacją.

Więcej:

Metoda Domana
Nauka przez zabawę
Kiedy jest czas na naukę czytania?
Czy każde dziecko może być geniuszem?

post

Nauka czytania – kiedy jest na nią dobry czas?

Dużo rodziców  zastanawia się kiedy dla ich dziecka powinna się rozpocząć nauka czytania. Napisałam o tym bardzo krótko przy okazji poszukiwania informacji o metodzie Domana, która postuluje robić to bardzo wcześnie.

Kiedy dziecko powinno nauczyć się czytać?

Te z rzetelnych źródeł, na które się natknęłam stanowią, że dziecko najwcześniej osiąga gotowość do nauki czytania w wieku przedszkolnym, ale może to też być później. Według założeń Montesorri dzieci uczyły się pisać w wieku 4 lat, a następnie czytać w wieku 5. Trudno jednak ustalić odpowiedni wiek do nauki czytania z dwóch powodów – dzieci tę gotowość uzyskują w różnym wieku i nie musi ona wiązać się z motywacją do podjęcia nauki.

W książce “Nauka czytania dzieci w wieku przedszkolnym” Krystyny Kamińskiej pojawia się podstawowe założenie mówiące, że:

“Nauka czytania w przedszkolu powinna być wynikiem spontanicznej aktywności dziecka […] nie zaś wynikiem realizacji z góry określonego toku postępowania. Nauczyciel powinien jedynie ułatwić dziecku eksplorację, by proces nauki czytania i pisania przebiegał wraz z narastaniem umiejętności, niezależnie od wieku dziecka”.

Nie da się więc powiedzieć w oparciu o wiek, że istnieje odpowiedni moment do nauki czytania, bo konkretny 4 latek może być bardziej gotowy i bardziej chętny niż jakiś 8 latek. Jeżeli w ogóle da się odpowiedzieć na tak postawione pytanie to dzieci powinny się uczyć czytać wtedy kiedy są na to gotowe i chcą.

Czy w ogóle można wspierać naukę czytania u dziecka?

Czy chcę przez to powiedzieć, że właściwie to w tę naukę czytania u dzieci lepiej się nie wtrącać? W zasadzie, na dzisiaj myślę, że tak. Że nie wtrącać w tym sensie, że nie decydować za dziecko kiedy i jak ma zacząć czytać, ale równocześnie być gotowym do wspierania i pomocy, kiedy tylko o to poprosi.

Wiem, że takie postawienie sprawy zawsze budzi obawy z cyklu “a co jak nie będzie chciało nigdy?” – albo przynajmniej “co jak nie będzie chciało do 10 roku życia”. I pewnie to drugie też jest możliwe i szczerze mogę przyznać, że nie chciałabym, żeby tak się sprawy potoczyły w naszym przypadku. Z drugiej strony Kamińska pisze o tym, że dzieci teraz coraz wcześniej i częściej mają silną motywację do nauki czytania, dlatego że nowoczesny świat dostarcza im wielu więcej niż wcześniej możliwości poznawania go i one chcą z tego korzystać samodzielnie. A do tego najczęściej potrzebne im czytanie.

Dlatego myślę, że najlepszymi metodami zachęcania dziecka do tego, żeby nauczyło się czytać jest zachowanie spokoju i pozwalanie mu na swobodne eksplorowanie świata. Jak myślę o tym, co sprawia, że moje dziecko interesuje się światem literek, to w dużej mierze jest to:

  • chęć komunikowania się przez Internet – na przykład pisania na messengerze;
  • świadomość, że z Internetu można zdobyć informacje, które nas ciekawią, bo bardzo często jak nie umiem odpowiedzieć na pytanie, to czegoś szukamy i czytamy;
  • to że widzi jak my czytamy i że to lubimy;
  • czytanie jest przydatne w grach, w które gra.

Warto też pamiętać o tym, że czytanie nie jest po prostu “sztuką dla sztuki”, ono jest sposobem na komunikację, przekazywanie informacji między ludźmi. Dlatego dopóki dziecko nie potrafi komunikować, nie zna słów i ich znaczeń, mówienie o czymś takim jak nauka czytania – jakby ona nie miała wyglądać, jest bezsensowne. W tym kontekście najlepszym sposobem na przygotowywanie dziecka do nauki czytania jest po prostu… bycie z nim. Towarzyszenie mu, wspólne poznawanie świata, rozmowy czy głośne czytanie, w trakcie których dziecko poznaje nowe słowa i ich znaczenia, uczy się komunikować. Dopiero gdy to osiągnie, będzie gotowe, żeby zacząć uczyć się czytać.

Więcej:

Metoda Domana
Nauka przez zabawę a metoda Domana
Czy każde dziecko może być geniuszem?
Komu służy metoda Domana?

Bibliografia:

  1. Krystyna Kamińska “Nauka czytania dzieci w wieku przedszkolnym”, WSiP.
  2. Peter Gray, Children teach themselves to read
post

Dziecko a inteligencja. Czy każde dziecko może być geniuszem?

Czy każde dziecko może być geniuszem?

Nie, każde dziecko nie może być geniuszem, bo każde dziecko nie jest geniuszem, jakby każde dziecko było geniuszem, to nie byłoby geniuszy. To po pierwsze. Po drugie droga do bycia geniuszem, to nie jest do końca droga – oczywiście rozwój dziecka do pewnego stopnia można stymulować, można dbać o rozwój jego inteligencji, ale bardziej na takiej zasadzie, żeby nie miało ono niedoborów. To znaczy, żeby miało zaspokojone wszystkie potrzeby, żeby dostawało jedzenie, które jest dobre dla jego mózgu, żeby respektować jego alergie pokarmowe, żeby nie narażać je na traumy i niepotrzebny stres, żeby się nie nudziło, żeby mogło się swobodnie bawić i miało bliskość rodzica i jego wsparcie. Wtedy mózg  (i inteligencja) dziecka rozwija się optymalnie.

Zdania takie jak “wykorzystujemy tylko x% potencjału swojego mózgu” nie są do końca prawdziwe. Wykorzystujemy tyle mózgu ile potrafimy, na ile pozwalają nam możliwości. I mózg dziecka (o ile nic mu nie przeszkadza) też rozwija się w takim tempie w jakim ma i może się rozwijać.

Glenn Doman twierdził, że inteligencja jest w 100% możliwa do kształtowania i w zasadzie, że jest zależna tylko i wyłącznie od tego co rodzice robią z dzieckiem. Więc nie jest tak. Po pierwsze nie ma do końca zgody, co do tego czym jest inteligencja, ale na pewno nie jest ona tymi cyferkami, które dostaje się po rozwiązaniu testu z obrazkami pasującymi do wzoru (Raven’a), ani nawet tymi, które poda psycholog po przeprowadzeniu badania w gabinecie. Niektórzy próbują ją definiować bardziej w kategoriach możliwości poznawczych człowieka, podczas gdy inni mówią o tym, że jest zdolnością do przystosowywania się i dobrego funkcjonowania w społeczeństwie.

Co więcej, jakby na inteligencję nie patrzeć, to zależy ona od takiej ilości czynników, że nie wiadomo czy kiedykolwiek wszystkie odkryjemy. Pewne jest jednak, że w znacznej części zależy od genów (obecnie szacuje się, że jest to 35-50%). Czyli, że rodzimy się po prostu z jakimiś określonymi predyspozycjami i że nie ważne, co by się nie robiło, pewnego poziomu nie jesteśmy w stanie przeskoczyć. A już na pewno nie jest to możliwe kiedy mamy organiczne i nieodwracalne uszkodzenie mózgu, tak jak pacjenci Domana, którym też obiecywał, że geniusz czeka za nich tuż za rogiem.

Zastanawiam się dlaczego tak bardzo rodzicom na czymś takim, jak inteligencja zależy? Może dlatego, że to jeden z tych konstruktów psychologicznych, które w dzisiejszym świecie otoczone są wielkim kultem i większości ludzi wydaje się, że iloraz inteligencji związany jest z dobrymi rzeczami, które mogą spotkać ich dzieci w przyszłości. Ale to też nie jest takie proste. Inteligencja (a właściwie to co mierzą testy) nie jest związana ani z wynikami w szkole, ani z osiągnięciami zawodowymi, ani z tworzeniem udanych związków ani nawet z odczuwalnym poziomem szczęścia. Inteligencja jest tylko jedną z cech człowieka, dzięki której w niektórych sytuacjach może być mu łatwiej. Ale nie jest ważniejsza niż samoregulacja czy kompetencje społeczne, a do tego, żeby czuć się szczęśliwym te dwa ostatnie są nawet bardziej przydatne.

Dla mnie kluczowym pytaniem nie jest też to “czy każde dziecko możne być geniuszem”, ale “czy każde dziecko MUSI być geniuszem”? Dlaczego nie miałoby być po prostu sobą, po prostu szczęśliwe i po prostu realizujące swój potencjał, tak jak może, chce i potrafi?

Więcej:
Metoda Domana
Nauka przez zabawę
Kiedy jest czas na naukę czytania?
Komu służy metoda Domana?

post

Metoda Domana (wczesna nauka czytania) – dobry czy zły pomysł?

Na jednej z rodzicowych grup pojawił się ostatnio tekst reklamujący coś takiego jak metoda Domana, która ma sprawić, że nauka czytania jest możliwa już w pierwszym roku życia. Trochę nie styka to z moją wiedzą odnośnie rozwoju dzieci, ale prosiłam o podanie badań na temat, bo metoda ponoć stara, znana i szanowana. Nie dostałam, więc sama przegrzebałam Internet i jedyne, co mogę teraz zrobić to przestrzec przed takim pomysłem.

Co to jest metoda Domana? Historia.

Metoda Domana, która dzisiaj w Polsce utożsamiana jest głównie z nauką czytania i matematyki, powstała jako coś zupełnie innego. Glenn Doman był fizjoterapeutą (nie pedagogiem, psychologiem, a już na pewno nie neurobiologiem), który zajmował się rehabilitacją dzieci z porażeniem mózgowym i innymi uszkodzeniami mózgu. To dla nich opracował metodę, która miała im pomóc w osiągnięciu takiego poziomu intelektualnego, który często przekraczał możliwy dla tych dzieci poziom rozwoju. Jego obietnice zwiodły i dały fałszywe nadzieje wielu rodzicom dzieci z uszkodzeniami mózgu, a ich dzieci naraziły na bardzo duże obciążenie i stres. Większość z efektów, które udało się uzyskać miało charakter pozorny – uczestnicy programu potrafili rozpoznawać słowa, ale nie dawało im to umiejętności czytania.

Co więcej, Doman sięgnął po dodatkowe sposoby, które miały usprawnić proces rehabilitacji, które jednoznacznie można uznać nie tylko za przemoc, ale także coś wysoce szkodliwego. Było to między innymi podwieszanie pacjentów do góry nogami czy zakładanie im masek z CO2.

Po jakimś czasie Glenn Doman rozszerzył swoją metodę również na dzieci zdrowe, u których miała ona skutkować szybszą i bezbolesną nauką czytania. Na bazie jego książek powstały dobrze znane w Polsce karty do nauki czytania i instrukcje odnośnie tego, jak nauczyć małe dziecko czytać globalnie.

Metoda Domana a dowody naukowe

Bardzo znamienne jest to, że jak zaczęłam szukać o metodzie Domana w bazach naukowych czy google scholar, to prawie nic mi nie wyskoczyło i potrzebowałam czasu, żeby dokopać się do sensownych informacji. Sami zwolennicy tej metody opierają się głównie o książki jej autora oraz badania przeprowadzone w jego Instytucie, które zostały mocno skrytykowane przez środowisko naukowe jako nierzetelne i przeprowadzone bez użycia odpowiedniej metodologii. Nie ma więc żadnych dowodów na to, że metoda Domana działa. W tym miejscu rodzice uczący swoje dzieci na ogół beztrosko stwierdzają, że nie potrzebują dowodów, to będzie taki eksperyment i oni sprawdzą na swoim dziecku czy działa. Niestety nie ma też dowodów na to, że jej stosowanie (szczególnie u dzieci poniżej 3 roku życia) nie szkodzi.

Są natomiast dowody na to, że metoda Domana nie działa. Co więcej są badania, które sugerują, że nie tylko nie ułatwia, ale wręcz utrudnia rozwój dzieciom.

Warto mieć też świadomość, że metoda Domana została odrzucona przez środowisko naukowe i jest mocno krytykowana. Przed jej stosowaniem ostrzegają między innymi:

  • – AAP – Amerykańska Akademia Pediatryczna (organizacja z długimi tradycjami zajmująca się zdrowiem dzieci i największe wydawnictwo pediatryczne na świecie) podkreśla jej bezsennsowoność, kosztowość, czasochłonność a także fakt, że składa ona fałszywe obietnice i wywołuje niepotrzebny, często duży stres u dziecka i w relacjach rodzinnych;
    – Kanadyjski Komitet Rehabilitacji;
    – Amerykańską Akademię Leczenia Porażenia Mózgowego;
    – Amerykańska Akademia Fizjoterapii i Rehabilitacji;
    – Amerykańska Akademia Neurologii;
    – SASP – Południowoafrykanskie Towarzystwo Psychoterapii, uważa stosowanie tej metody za nadużycie wobec dzieci i ich rodziców;
    – Steven Novella (profesor zajmujący się krytycznym przeglądem literatury naukowej) stwierdził, że terapia Domana-Delacato jest pseudonauką i dalece skompromitowaną teorią, która może wyrządzić spore szkody w całej rodzinie, zarówno emocjonalne jak i finansowe.

Czytanie globalne w bardzo wczesnym wieku a późniejsza nauka

Nie znalazłam żadnych dowodów ani badań na to, że wczesna nauka czytania metodą globalną, ułatwia potem naukę czytania w szkole. Jestem pewna, że gdyby takie istniały, to zwolennicy metody Domana od razu by się nimi chwalili. Jedyne na co się powołują to anegdotyczne przypadki pojedynczych dzieci uczonych tą metodą. Nie tylko nie spełnia to żadnych zasad metodologii i nie stanowi dowodu. Uniemożliwia też wykluczenie, że istnieje czynnik, taki jak choćby wrodzona inteligencja, które sprawia, że tym dzieciom, które są w stanie opanować słowa przy pomocy metody Domana, jest też łatwiej nauczyć się czytać później. Ale jest im łatwiej bo mają takie predyspozycje, a nie dlatego, że stosowana na nich metodę Domana.

Znalazłam natomiast bardzo wiele badań odnośnie tego, że metoda nie jest skuteczna. Co więcej okazuje się, że stosowanie metody Domana może utrudniać naukę czytania w późniejszym wieku.  Powodów jest kilka:

  • – zbyt wczesne wprowadzenie dziecku pewnych wyzwań powoduje nieprawidłowe kształtowanie się jego mózgu i blokuje odpowiednie szlaki, które potem są potrzebne do opanowania czytania “normalnego”;
  • – zbyt wczesna nauka tematów, do których dziecko nie jest gotowe skutkuje bardzo silnym spadkiem motywacji do nauki, a nawet biernością w dalszym życiu, w tym kontekście zbyt wczesna nauka czytania globalnego (na przykład w okolicach roku) może potencjalnie skutkować całościowym pogorszeniem nauki.

Czytanie globalne po polsku

Język polski jest językiem fleksyjnym, oznacza to, że używając go korzystamy z wyrazów w różnych formach i odmianach. Odmieniamy przez osoby, przypadki, czasy i tryby. Dodatkowo ze względu na to, jak przebiegała ewolucja naszego języka, występuje w nim bardzo wiele oboczności – czyli że słowo w odmianie wcale nie zachowuje się do końca zgodnie z prawami logiki (na przykład nie “nie ma piesa” a “nie ma psa”). Widziałam postulaty, że dziecko nauczywszy się podstawowego słowa i potem paru odmienionych samo wydedukuje reguły rządzące tą odmianą. W sytuacji języka polskiego mam bardzo duże wątpliwości czy tak do końca jest i jak dużego wysiłku poznawczego to wymaga. Znam obcokrajowców, którzy mieszkają w Polsce od 30 lat i do dzisiaj nie wydedukowali, jak to się robi, bo jak nie ma reguł, to się tego zrobić po prostu nie da.

Z tego powodu dla języka polskiego, kwestionowany jest sens nauki czytania metodą Domana, a czytanie globalne można wykorzystać uzupełniająco razem z innymi metodami, np. analityczno-syntetyczną.

Oczywiście każde dziecko w naturalny sposób uczy się czytania globalnego i zaczyna samoistnie rozpoznawać pewne często pojawiające się słowa, z którymi styka się codziennie, jednak jest to proces naturalny, który odbywa się bez przymusu i ingerencji rodzica. Zamiast tego budzi w dziecku ciekawość i powoli wprowadza w magiczny dla niego świat liter.

Mam też wątpliwość czy czytanie globalne, w ogóle można nazwać czytaniem, gdyż tak naprawdę jest to rozpoznawanie słów. Ma to więcej wspólnego z nazywaniem kształtów, obrazów i symboli niż czytaniem jako takim, które polega na składaniu kilku cząstek znaczeniowych w słowo. A potem na tej samej zasadzie słów w zdania.

Z czytaniem globalnym jest też taki problem, że dzieci często potrafią na głos płynnie odczytać tekst składający się ze znanych i słów przez co wydaje się, że potrafią czytać. Okazuje się jednak, że bywa tak że nie są w stanie tych pojedynczych słów połączyć w logiczną całość i zrozumieć czytanego tekstu. Takie przypadki (w dużej liczbie) odnotowano we francuskich szkołach, gdzie próbowano stosować metodę Domana.

Czy wczesna nauka (czytania) rozwija mózg dziecka?

Czasem mam wrażenie, że współczesne społeczeństwo ogarnął jakiś kult produktywności i tego, że wszyscy muszą wszystko najlepiej, najszybciej, najskuteczniej. W efekcie nie tylko nie dajemy sobie luzu, nie szanujemy własnych ciał, nie patrzymy na własne możliwości, ale robimy to też z dziećmi. Jest taka bajka, którą sprzedaje się rodzicom, że oni powinni jak najbardziej mózg dziecka stymulować, jak najwięcej bodźców mu dostarczać, jak najwięcej dodatkowych zajęć i najlepiej niech czyta i liczy w wieku 3 lat.

Nie chcę tu wychodzić z forumowym argumentem mam, że pozwólmy dzieciom być dziećmi i że to czas na zabawę, ale trochę muszę. Nie jest tak, że mózg dzieci się nie rozwija, on się bardzo bardzo intensywnie rozwija w tym okresie (przede wszystkim właśnie w zabawie). Rozwój mózgu to nie są tylko literki, cyferki, twarde, mierzalne w szkole i testach umiejętności. Właściwie to jest bardzo mała jego część i jest na nią zawsze czas. Natomiast w pierwszych latach życia najważniejsze jest tworzenie więzi, uczenie się bycia z drugim człowiekiem, rozpoznawania emocji – jego i własnych, sposobów komunikowania i dbania o siebie. Są to kwestie o wiele bardziej fundamentalne dla ludzkiego życia i funkcjonowania niż to jak wygląda jakieś słowo czy jak się mnoży.

Dodatkowo badania odnośnie tego, jak przedwczesne wprowadzanie różnych treści dydaktycznych działa na dzieci nie są optymistyczne. Często wiąże się to w starszym wieku z utratą zainteresowania daną dziedziną lub nauką w całości. Takie dzieci mają mniej motywacji i są bardziej apatyczne. Pojawiają się też głosy, że zaburza to rozwój społeczny i emocjonalny dziecka. Co gorsza, efekty uzyskane przez zbyt wczesną edukację utrzymują się bardzo krótko – innymi słowy dzieci zapominają to czego się nauczyły, jeżeli nie były jeszcze na to gotowe.

Dlatego w oparciu o badania można stwierdzić, że zbyt wczesne uczenie pewnych treści dzieci nie tylko jest bezsensowne, ale nawet szkodliwe. Warto przy tym pamiętać, że “zbyt wczesne” nie oznacza “zgodne z podręcznikami o rozwoju” czy “zgodne z założeniami edukacyjnymi”. Oznacza gotowość konkretnego dziecka, która może pojawić się szybciej lub później niż takie podręczniki zakładają.

Więcej:

Nauka przez zabawę
Komu służy metoda Domana?
Kiedy jest czas na naukę czytania?
Czy każde dziecko może być geniuszem?

Bibliografia:

  1. Krystyna Kamińska “Nauka czytania dzieci w wieku przedszkolnym”, WSiP.
  2. Brain Damage Treated with Non Proven Intensive Training 2003-2011: A Norwegian Cost Analysis 
  3. http://psychology.wikia.com/wiki/The_Institutes_for_the_Achievement_of_Human_Potential 
  4. SOME CONSIDERATIONS FOR EVALUATING THE DOMAN-DELACATO „PATTERNING” METHOD 
  5. The Doman-Delacato Treatment of Neurologically Handicapped Children
  6. Tomasz Witkowski „Zakazana psychologia. Pomiędzy nauką a szarlatanerią”, t 1.
  7. Roberta Michnick Golinkoff “Einstein Never Used Flash Cards”
  8. Position Statement: The Doman Delacato Patterning Therapy (DDPT)
  9. Your Baby Can Read – Not! | NeuroLogica Blog
  10. Peter Gray, Early Academic Training Produces Long-Term Harm
  11. Stephen Camarata, Early Childhood Education: Is Earlier Really Better?
  12. Steven Novella, Psychomotor Patterning: A Critical Look
post

leśne przekąski

W zeszłym roku zostałam poproszona o napisanie tekstu na pewien temat, ale nie zdążyłam zanim wiosna się skończyła. Miało być o dzikich roślinach, które możemy razem z dziećmi bezpiecznie zbierać – i nawet zjadać. A taki tekst bezwzględnie należy pisać wiosną, bo na początek najłatwiej poznawać i zbierać rośliny, zanim jeszcze nasze lasy i łąki porosną letnim gąszczem.

Na co to komu?

O tym dlaczego warto robić takie rzeczy możnaby pisać opasłe tomiska (zresztą trochę ich już napisano), dzisiaj wspomnę tylko krótko i skromnie. Naszej rodzinie każdy kontakt z naturą przynosi wiele radości, ale wspólne zbieranie ziół powoli staje się jedną z wyjątkowych tradycji. Mniej obce dla większości ludzi są emocje towarzyszące zbieraniu grzybów, albo znajdowaniu w trawie soczystych poziomek. Zbieranie innych roślin dostarcza podobnych wrażeń, z tym, że można to robić praktycznie cały rok.

Z edukacyjnego punktu widzenia – dziecko ucząc się rozpoznawać i zbierać różne gatunki roślin nie tylko zdobywa wiedzę przyrodniczą, ale przede wszystkim ćwiczy mózg. Patrząc na ten proces z perspektywy psychologii poznawczej, podczas zwykłego polowania na kwiatki, w mózgu dziecka odbywa się prawdziwa burza. Musi korzystać ze swojej pamięci – rozpoznawać i rozróżniać, ale też używać funkcji uwagi, takich jak selektywność, czujność czy przeszukiwanie. W książeczkach edukacyjnych dla dzieci jest mnóstwo takich ćwiczeń, ale uwierzcie mi, że trzylatek o wiele więcej radości i motywacji do takiej “nauki” znajdzie na łące albo w lesie.

Natomiast podchodząc do sprawy czysto praktycznie… Często przychodzi moment, kiedy podczas dłuższego spaceru dziecko zaczyna marudzić, bardzo łatwo to przełamać pokazując mu nagle fiołka i pozwolić go zjeść. My zbieramy też zioła, które możemy potem zjeść w sałatce, zupie albo zrobić z nich domowe lekarstwa. I jakoś tak jest, że ten syrop ze zbieranych własnoręcznie kwiatów, owoców czy pędów sosen, Łucja chętnie przyjmuje, kiedy jest przeziębiona.

 

Zachęceni? To przedstawiam nasz ulubione wiosenne roślinki 🙂

Fiołek wonny

fiołek

Piękne, pachnące, słodziutkie kwiatki fiołka czasem przegryzamy podczas spaceru. Można je wrzucić do sałatki, do zupy, zrobić z nich lemoniadę albo galaretkę. Napary na mleku można podawać nawet niemowlętom (dobrze działają na chore drogi oddechowe i moczowe), więc jest to roślina bezpieczna.

Mniszek lekarski (Mlecz)

mniszek

Z mniszka można wykorzystywać wszystkie części rośliny, łącznie z korzeniem. My zbieramy liście jako dodatek do sałatek oraz kwiaty, z których robimy syrop na kaszel. Uwaga – mleczko mniszka bardzo brudzi i zostawia trudne do wyprania plamy.

Szczawik zajęczy

szczawik

Jasnozielone, delikatne “koniczynki” z białymi kwiatami o kwaskowatym smaku. Można nimi zapchać mały dzióbek, które podczas spaceru zaczyna się drzeć, że chce mu się pić, ale najlepiej pod koniec, bo pobudza trawienie 🙂 Szczawik ma spore ilości szczawianów, dlatego w większych ilościach nie powinny go stosować osoby z kamicą, ale jest poza tym jest bezpieczny i zdrowy – pobudza metabolizm i wzmacnia odporność.

Rzeżucha łąkowa

rzeżucha

Jak to rzeżucha, jest dość ostra (choć Łucja chętnie chrupie). Można ją posiekać i posypać sałatki, kanapki, dodać do zupy. Zawiera witaminę C, łatwo przyswajalny jod i sole mineralne.

Czosnaczek pospolity

garlic-mustard-115313_1920

Też jest ostry, ale dodane do sałatki liście smakuje przepysznie. Wspomaga pracę wątroby i hamuje rozwój pasożytów.

Uwaga…

Oczywiście jeśli zdecydujecie się zbierać rośliny razem z dzieckiem musicie być czujni. Pomyłka związana z tym, że dziecko poparzy dłoń, zrywając pokrzywę zamiast czosnaczku to jeszcze mały kłopot. Rośliny, które opisałam są trudne do pomylenia z czymś innym, ale zbierajcie je wtedy, gdy będziecie pewni i zawsze pierwsi próbujcie. Nie zjadajcie też ogromnych ilości ziół, bo większość z nich ma działanie lecznicze i w nadmiarze mogą zaszkodzić. I uważajcie na pszczoły na kwiatkach 🙂

post

moje dziecko tak ma

U nas w domu panuje wiele dziwnych zwyczajów. Takich, na które niektórzy mogą dostać palpitacji serca, a wielu z przerażeniem pyta “Ale jak to…?!”. Zwyczaje związane ze snem, z jedzeniem, ze sprzątaniem, z tym jak przebiegają poranki. Mnóstwo drobnych rzeczy, które czasem szokują i dziwią, bo odstają. A jak coś odstaje, to zawsze znajdzie się ktoś mądry z pomocną radą jak sprawić, żeby już nie odstawało. Najczęściej tłumaczę, dlaczego to nie, dlaczego to tak i jak to w ogóle jest, że tak bezczelnie jesteśmy dziwni. Częściowo robię to z szacunku dla rozmówców, ale pewnie też trochę, bo chcę się wytłumaczyć. A właściwie powinno starczyć wszystkim – i mi też, że moje dziecko po prostu “tak ma”.

Co wolno wojewodzie…

Jakoś tak jest, że w opinii większości ludzi dorośli mają dużo większe prawa do posiadania dziwactw niż dzieci. Dorośli mogą nie móc zasnąć przy świetle albo bez kawałka czekolady, mogą zaczynać dzień równie dobrze od stania na głowie, jak od picia kawy. Wolno im nosić tylko czarne skarpetki i nigdy nie ubierać nic niebieskiego, nie lubić golfów, chodzić na bosaka i spać bez piżamy. Dorośli nie usłyszą (chyba, że od babci):

“A co jak będziesz miała męża? Jemu może przeszkadzać, że śpisz przy świetle?”
“Wiem, że mówiłaś, że nie lubisz niebieskich ubrań, ale kupiłam Ci niebieską bluzkę, może się przekonasz!”
“Przeziębisz się bez skarpetek/papci.”
“Co się tak wiercisz przed snem? Robaki masz?”
“Nic dziwnego, że nie masz siły, jak nie jesz mięsa”
“Ej, a może Ty chory jesteś, że tak nie możesz po obudzeniu nic zjeść?”

A przecież dzieciom o wiele trudniej jest panować nad emocjami i pragnieniami. Przecież z jakiegoś powodu takie czy inne rytuały sobie stworzyły. Dlaczego im nie dawać prawa do działania w sposób odbiegający od normy. Dlaczego nie mogą po prostu tak mieć?

Najgłupszy argument świata – co kiedy…

Pewnie przez ostatnia lata każdy, kto karmił dłużej niż 1.5 roku usłyszał śmieszki, że dziecko skończy jak “ten z Gry o Tron”. Nieustannie pojawiające się pytania – a co kiedy dziecko pójdzie do przedszkola? Do szkoły? A jak będzie miało pięć lat to dalej będzie ze smoczkiem biegać?

Po pierwsze to nie wiem, co wtedy. Równie dobrze gigantyczna asteroida może roznieść całą kulę ziemską i nas będzie.

Po drugie – pewne rytuały nie budzą pytań.Jak codziennie przed kąpielą dziecko ogląda odcinek ulubionej bajki na youtubie, to nikt nie pyta, co kiedy pojedziecie na wakacje i nie będzie Internetu. Jak rano musi poprzytulać się do mamy, to nikt nie martwi się o to, że ona kiedyś będzie musiała wyjechać. Każdy jeden zwyczaj niesie ze sobą zagrożenie, że kiedyś nie będzie dało się go zrealizować. Problemem nie jest dziwność rytuałów, ale to czy nauczymy dziecka elastyczności i umiejętności radzenia sobie, gdy nie wszystko idzie zgodnie z planem.

Po trzecie – pewne rzeczy przynależą do rozwoju dziecka, występują w jakimś okresie, a potem znikają. Jak trzylatek potrzebuje do zasypiania swoją ukochaną przytulankę, to nikogo głowa nie boli, że pojedzie z nim na obóz  w wieku 15 lat. Zamiast zamartwiać się na zapas czy jakieś zachowanie nie zostanie dziecku zbyt długo, lepiej poczekać, aż ewidentne “zbyt długo” nastąpi.

Gdzie jest granica?

Usypianie przy kołysankach jest w porządku, ale Black Sabbath z pewnością zniszczy delikatny system nerwowy dziecka. Białego sera może nie jeść, no ale bez mleka to skąd wapń będzie miała. Spanie z rodzicami okej, ale do X roku życia. Do 8 wieczorem na dworze można latem zostać, ale jesienią to już nie. Na jakiej podstawie stawiamy takie, a nie inne granice tego, co dzieci mogą? Tego, jak funkcjonuje większość? Teorii wychowawczych, które tak często są ze sobą sprzeczne?

Bo tak naprawdę granice zwyczajów naszych dzieci powinny wyznaczać, tylko dwie rzeczy. Pierwszą jest realne zagrożenie dla dziecka. I tu znów pojawia się ten sam problem – co właściwie jest zagrożeniem, kiedy niektórzy uważają, że usypianie przy piersi szkodzi, a inni to rekomendują. Ostatecznie decydują zawsze rodzice. I uważam, że powinniśmy liczyć na naszych przyjaciół i rodzinę, że nie będą nas uważali za beztroskich bezmózgowców, którzy nie przemyśleli wcześniej czy dziwactwo dziecka mu nie szkodzi.

Drugą rzeczą, która ogranicza dopuszczalność zwyczajów jesteśmy my sami – to na co się godzimy, co nam nie przeszkadza, nie obciąża ponad miarę. Ale chodzi też o to, żeby to była nasza decyzja, nie obciążana lękiem przed opinią ludzi dookoła.

Dlaczego warto pozwalać dziecku na jego (dziwaczne) zwyczaje?

Bo to prostsze 🙂 Jest tyle rzeczy, o które codziennie musimy toczyć walkę, że szkoda to robić tam gdzie nie trzeba. Naprawdę niepotrzebne są dodatkowe napięcia w relacji i nerwy.

Ale przede wszystkim – zgadzając się na nie okazujemy dziecku szacunek, traktujemy go jak drugiego równorzędnego człowieka. Dajemy mu miejsce na jego autonomię, rozwój i tym samym wspieramy samodzielność. Tak paradoksalnie, możesz wspierać samodzielność pozwalając dwulatkowi biegać ze smoczkiem, a dziesięciolatkowi z ukochanym misiem.

Nie z łaską, nie wywracając oczy do sufitu, nie ledwo-co-tolerując, ale w pełni akceptując, że

moje dziecko tak ma

tak lubi

tak chce

post

jak reagujesz, gdy dziecko ponosi porażkę?

Rosnące dziecko stale się rozwija, stale się uczy i stale… ponosi porażki. O ile u najmłodszych dzieci nie postrzegamy tego w tej kategorii, bo zdajemy sobie sprawę, że żeby maluch zaczął chodzić, musi odpowiednią ilość razy klapnąć na pupę, o tyle im dziecko starsze, tym bardziej spodziewamy się, że w każdej nowej rzeczy, której będzie się uczyć takich “klapnięć na pupę” będzie coraz mniej. Im dziecko starsze tym łatwiej też zapominamy, że na naukę czegokolwiek – mówienia, rysowania, czytania, matematyki, nawet kontroli własnych emocji, dziecko potrzebuje czasu. Czasu wyznaczanego przez jego własny, wewnętrzny rytm. Brak natychmiastowych sukcesów często uważamy za porażkę. Podobnie zresztą mogą odczuwać małe dzieci, jeśli cechuje je wysoki poziom ambicji.

W zależności od tego, co sami uważamy za porażkę i jak do nich podchodzimy, podobnie będziemy reagować, gdy nasze dziecko znajduje się w takiej sytuacji. Przyjąć możemy kilka strategii, a to co zrobimy będziemy miało niebagatelny wpływ na nasze dziecko – jego motywację do dalszego rozwijania się, poziom lęku, strategie obronne w późniejszym życiu, sposób patrzenia na świat, własną samoocenę. Dlatego warto zastanowić się jak własnym zachowaniem i informacjami zwrotnymi kształtujemy kształtującą się osobowość.

“Nie wyszło? No co Ty, jest piękne!”

Pierwszym z często pojawiających się problemów jest bezbrzeżny zachwyt i sikanie ze szczęścia po nogach, nie ważne co by dziecko nie zrobiło. Choć mamy wrażenie, że dzięki temu wzmacniamy nasze dziecko i jego wiarę w siebie, to tak naprawdę kopiemy sobie dołek. Nawet małe dziecko doskonale wie, że nie wszystko w życiu jest super, piękne i wspaniałe. Zdążyło się już zorientować, że raz rysunek wychodzi mu lepiej, a raz gorzej. Jeśli, niezależnie od swoich osiągnięć, dziecko dostaje taką samą, przejaskrawioną informację zwrotną, to po pierwsze może nam przestać wierzyć oraz zwątpić w nasze zaangażowanie, a po drugie może się okazać, że będzie miało problemy ze skonfrontowaniem się z jakąkolwiek krytyką.

“Nic się nie stało.”

Zaprzeczanie sytuacji porażki. Dziecko chciało zbudować rakietę, narysować kota, ale nie wyszło. Przeżywa frustrację. A Ty przychodzisz i mówisz, że nic się nie stało? W ten sposób uczysz je zaprzeczać emocjom, których doświadcza i dewaluujesz cele, które postawiło i wysiłek, które podjęło.

“Po prostu jesteś na to za mały”

No tak, obiektywnie istnieją rzeczy, które trudno zrobić w pewnym wieku, przy pewnej masie ciała, albo wzroście. (Pisałam już o tym, między innymi tu.) Ale jest wiele rzeczy, których dziecko może się nauczyć, będąc teoretycznie “za małym”.  Taka postawa to dobra droga do zrażenia człowieka do podejmowania jakichkolwiek większych wyzwań.

“To nie Twoja wina, po prostu…”

Zaślepieni miłością, chcielibyśmy, żeby nasze dzieci nie musiały się babrać w niemiłym uczuciu, jakim jest poczucie winy, które mogłoby negatywnie wpłynąć na ich obraz siebie. Wtedy bywa, że nie chcemy mu pokazywać, co ono mogłoby zrobić lepiej. Bywa też tak, że sami mamy nierealny obraz własnego dziecka i nie chcemy przyjąć do wiadomości, że zwyczajnie “zawaliło”, albo że coś przerosło jego możliwości w danej chwili. Charakterystyczne dla takiej postawy jest przesuwanie odpowiedzialności z dziecka na czynniki zewnętrzne. Nauczyciel się uwziął albo robi za trudne sprawdziany. Rower jest za ciężki, za lekki, za zły. Kredki źle się w ręce trzymają, a inne malują zbyt słabymi kolorami. To prawda,zdarzają się sytuacje, gdy jesteśmy skazani na porażkę przez czynniki zewnętrzne, na które nie możemy mieć wpływu – i kiedy już są, warto pokazywać to dziecku. Życie według mitu, że “wszystko mi się uda, jak się będę bardzo starał” też przecież nie jest zdrowe. Ale ciągłe zwalanie winy na sytuację zewnętrzną, byleby tylko odciążyć dziecko (lub samemu się z czymś nie konfrontować) jest fatalne.

Po pierwsze uczymy dziecko postawy braku odpowiedzialności, nie ważne jak potoczy się sytuacja, to nigdy nie jest jego wina. Tym samym traci ono szansę na wyciąganie wniosków, szukanie kreatywnych rozwiązań, samodoskonalenie się. Ale jest jeszcze gorzej – długofalowo pozbawiamy naszego dziecka poczucia sprawczości i jakiejkolwiek motywacji do działania, bo przecież nic nie zależy od niego. Wspieramy rozwój osobowości w kierunku laleczki miotanej wiatrami losu. Dodatkowo, paradoksalnie, chcąc nie dopuścić do powstawania poczucia winy, wprowadzamy kategorię „wina” do jego świadomości w odniesieniu do kontekstu, w którym ona w ogóle nie powinna się pojawiać. Słabo nie?

“No nie, źle to robisz! Musisz zrobić, tak i o tak!”

Najlepiej wypowiedziane zanim dziecko jeszcze skończyło i najlepiej wyrwać mu tę kredkę czy kluskę śląską z dłoni, i zrobić za nie. Efekt murowany, że dziecko nic nie będzie potrafiło w życiu zrobić bez silnego przywódcy, który mu zademonstruje i wyda konkretne polecenia. O utracie motywacji do działania nie wspominając. Dobry pomysł jeśli chcesz, żeby jako dorosły utknął na całe życie na średnim szczeblu w korporacji, zły jeśli zależy Ci, żeby kiedykolwiek przetkał rurę od odkurzacza nie dzwoniąc przy tym trzy razy do Ciebie.

“Przyznaj się co źle zrobiłeś?”

Albo jeszcze gorzej – wyliczenie dziecku jego błędów. Ma być konstruktywna krytyka, ale niestety zostaje tylko druga połowa tego pięknego założenia… Wrzucamy w dziecku na głowę zbyt wiele na raz, rozliczamy go, wpędzamy w poczucie winy, obniżamy poczucie wartości – jednym słowem wdeptujemy w ziemię.

 

Dobre intencje

Przebiegam jeszcze raz wzrokiem przez tą wielką wystawę wstydu i hańby, którą dla Was stworzyłam i myślę sobie, że za każdą postawą, kryją się dobre intencje. Chęć, żeby dziecko dobrze sobie radziło w życiu, albo dobrze czuło ze samym sobą. I to są wszystko naprawdę piękne założenia, które powinny nam towarzyszyć. Szkoda tylko, że w tak koślawy sposób je realizujemy. Tymczasem każdą z tych postaw wystarczy trochę zmodyfikować, uzbroić się w artylerię zdrowej i pełnej miłości komunikacji, żeby móc je dobrze wykorzystywać. I o tym napiszę jeszcze osobno następnym razem.

 

Porażki rodzica w pomocy dziecku…

Teraz łapiesz się na tym, że trzy dni temu właśnie tak zdarzyło Ci się mówić do swojego dziecka. Jaki jest Twój pierwszy odruch w myślach? Druzgoczące poczucie winy, że nie jesteś dobrym rodzicem? Myśl, że to nie ma przecież żadnego znaczenia? Usprawiedliwiające poklepywanie się po ramieniu – byłam taka zmęczona? Myśl, że to Twoje pierwsze dziecko i nie mogłaś jeszcze wszystkiego wiedzieć? Coś Ci to przypomina? To może być cenna wskazówka w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie do kształtowania jakich postaw masz tendencje.

 

 

Na koniec jeszcze taka uwaga – kształtowanie trwałych postaw nie odbywa się w sekundę i pod wpływem jednego epizodu (chyba, że mówimy o traumach). Jeśli zdarza Ci się od czasu do czasu popełnić błąd, użyć nie takich słów lub sposobów to naprawdę nie musisz się teraz zamartwiać, że skrzywiłeś dziecko na całe życie 😉  Najgorsze jest stałe i kurczowe trzymanie się jakiegoś szkodliwego schematu działania.

 

post

jak pokochałam usypianie dziecka

Słyszałam o tym, że są takie dzieci (nawet niektóre znam:), co łatwo zasypiają. Łucja niestety nigdy do nich nie należała. Nie licząc drzemek w samochodzie, od urodzenia do dzisiaj, zasnęła sama może z 3 razy. Kiedy była malutka usypianie było istną katorgą, żadne smoczki, wózki, kołysanki nie wchodziły w grę. W dobre dni starczało, bagatela, drobne pół godziny noszenia.

Mądrości z piaskownicy

Oczywiście, zostałam poinformowana przez chętne panie w piaskownicy, o niezawodnej metodzie – “Wie Pani, no trzeba być twardym, bo trochę popłacze, no góra z dwa tygodnie, ale jak Pani będzie zostawiać w łóżeczku to w końcu się przyzwyczai i przestanie płakać, a Pani będzie mieć wolny wieczór.” Grzecznie dziękowałam, czasem tylko wspominając, że nie są to metody wychowawcze, które mi do końca odpowiadają , bo na ogół  słyszałam pobłażliwe parsknięcie i komentarze odnośnie tego, że w końcu się przekonam, że ile może tak ciągnąć i że matka też musi mieć trochę życia dla siebie.

3-5-7

Tak chętnie wspominana przez panie w piaskownicy metoda usypiania nazywa się “3-5-7” – od minut po ilu wchodzimy do pokoju, żeby zasygnalizować swoją obecność. Uczyłam się o niej na studiach i nawet godzinami już-prawie-zasypiające dziecko nie przekonało mnie do jej zastosowania. Nie mogę dotrzeć do badań, na które na ogół powołują się przeciwnicy tej metody, nie wydaje mi się jednak bardzo zaskakujące, że nieutulony płacz i trauma związana z porzuceniem maleńkiego dziecka, może wywołać w jego mózgu nieodwracalne zmiany. Zresztą nieodwracalne zmiany zachodzą nie tylko w mózgu, ale również w naszej więzi z dzieckiem. No bo pomyślcie przez chwilę, czego może się uczyć niemowlę, gdy rodzic nie reaguje na jego płacz? Czy naprawdę jest w stanie przeprowadzić skomplikowany wywód myślowy, że teraz wieczór i pora spać, ale moja mama bardzo mnie kocha i rano znowu będziemy razem? Czy raczej, że płakać nie warto, bo to przynosi to zmęczenie, a rodziców nie obchodzi? Że rodzice nie reagują na prośby? Wreszcie jakie zmiany powoduje to w nas samych, w naszej empatii do maleństwa, kiedy święcie staramy się wierzyć, że ignorowanie płaczu jest dla jego dobra?

Radość bliskości

Nie mogąc w bezpieczny dla naszej relacji sposób nauczyć moje dziecko szybkiego zasypiania, robiłam to, co skutkowało – nosiłam póki, była dość drobna, usypiałam przy piersi, czytałam, przytulałam, głaskałam. Zawsze trwało to bardzo długo i kończyło się późno. Nie zawsze miałam na to siły. Ale kurczowo trzymałam się myśli, co ten czas nam daje, jak ważny jest dla budowania naszej więzi, jak potrzebny dla mojego dziecka. Wąchałam małą pachnącą niemowlęciem główkę, głaskałam plecki i myślałam o tym, że Łucja nie będzie taka malutka i bezbronna zawsze. W najcięższe chwile, podczas usypiania, starałam się skupić na odczuwaniu radości z tego, że jesteśmy blisko.

Moja trzylatka nie zasypia wcale łatwiej

Po trzech latach ciągle bywam zdziwiona, że usypianie może tyle trwać. U nas jest to zazwyczaj 40 minut do 1,5 godziny. Teraz kładziemy się razem i czytamy książki, aż Łucja zaśnie. Oczywiście nie cały czas czytamy, jeszcze przecież drugie siku, dziesiąte pić i jeść, za ciepło, za zimno i szukanie ukochanego pieska. A pomiędzy tym wszystkim, coś niezwykle wyjątkowego…

Nie żałuj czasu na usypianie!

Natknęłam się, kiedy na jakiś naukowy (a może -awy) artykuł, o tym, że kiedy się ma bardzo mało czasu dla swojego dziecka, są pewne kluczowe momenty, które powinno mu się poświęcić. Artykuł mnie przeraził, bo łącznie przeznaczał 20 minut dziennie dla dziecka. Wśród nich 3 minuty przed zaśnięciem, były określone jako wyjątkowo ważne. Jedyne z całej treści z czym mogę się zgodzić, to znaczenie czasu przed zaśnięciem.

W ciągu dnia Łucja jest niezwykle zajęta zabawami, jedzeniem, bajkami, skomplikowanymi pytaniami o borsuki i ważki. Lubię ten czas w dzień, ale jeśli chodzi o bliskość, nie umywa się on do wieczora.

Często mam wrażenie, że dopiero kiedy kładziemy się do łóżka,

a ona się wycisza, potrafi mi opowiedzieć o tym,

co dzieje się w jej małej główce.

To wtedy poznaję jej lęki, problemy związane z przedszkolem, odtwarzamy na nowo sytuacje, kiedy się z kimś pokłóciła, albo zwyczajnie – jestem zasypywana czułościami. Jakbym nie była zmęczona i jakby nie było późno i ile razy bym chwilę wcześniej nie warknęła – kiedy moja córka zaprasza do swojego wewnętrznego świata, wszystko we mnie mięknie. I też się otwieram, cierpliwie słucham, tłumaczę i odpowiadam. Często wracam myślami do czasu, kiedy była malutka, jak często wydawało mi się, że już nie daję rady, a jednak dalej nosiłam i myślę o wszystkich kuponach, które odcięłyśmy od tego, że się nie poddałam, nie położyłam jej do łóżeczka płaczącej i nie zostawiłam samej sobie. I o tym ile cennych rzeczy to 10 minut dłuższe usypianie, może nam dać.

Jak usypiać?

Tego się ode mnie nie dowiecie, znam olbrzymie ilości psychologicznych i behawioralnych sztuczek, ale duża część z nich nigdy nie działała, a innych zwyczajnie nie chcę stosować. Za długie rozmowy, przy bułeczce kruszącej się do łóżka o 23.30, większość pewnie spaliłaby mnie na stosie, jak to tak. Przyzwyczaiłaś to masz. Nie reklamuję naszego modelu, w większości został on narzucony przez takie, a nie inne potrzeby naszej córki i naszą gotowość do dostosowania się. Jest trudny, ale dużo zyskaliśmy – bliskości, głębokich rozmów, przeczytanych książek.

Jedyne co mogę zareklamować, to wspominany wspólny czas przed usypianiem. Nawet jeśli wasze dzieci są aniołkami zapadającymi w głęboki sen, gdy tylko ich głowa dotknie poduszki, podczas gdy wy jeszcze dopinacie piżamkę pod szyjką, spróbujcie wykroić dla Was 10 minut. Takich, podczas których możecie pogadać, posłuchać, połaskotać się i poprzytulać. Nie pożałujecie. To może być wasze najważniejsze 10 minut w ciągu całego dnia.

Mama też musi trochę pożyć

Pewnie, że musi. Ale często podczas tych wyjątkowych chwil, kiedy moje dziecko się na mnie otwiera i wpuszcza mnie, tuż przed zaśnięciem, w swoje zawiłe przemyślenia, lęki – czasem irracjonalne, a czasem nazbyt dojrzałe, kiedy gładzi moją twarz i włosy aksamitną rączką i mówi, że to był dobry dzień, często właśnie wtedy czuję, że nigdy nie byłam bardziej żywa.