post

jak przetrwać długi deszczowy weekend

Długi weekend majowy zapowiada się tak brzydko, że nawet nie będę pisać, żebyście szli do lasu. Jeśli tylko pojawi się jakieś przejaśnienie, to my pewnie skorzystamy i pojedziemy, choćby na chwilę, istnieje jednak spore ryzyko, że przez te parę dni możemy być uwięzieni w domu. I tutaj muszę szczerze przyznać, że jak już przychodzi takie “wolne”, to sama chciałabym, żeby coś ze sobą wniosło i coś było inaczej w stosunku do reszty dni, które spędzam codziennie z Łucją. Nie tylko dlatego, że zrobimy coś wyjątkowego, ale także, bo zawsze liczę, że uda mi się trochę odpocząć. I wcale nie uśmiecha mi się spędzić na zabawach z córką całego dnia… Ale najczęściej jest tak, że jak już zarazimy dziecko jakąś zabawą, zaczniemy z nim budować z duplo, wybudujemy miasto z drewnianych klocków dla zwierzątek z Kinder Niespodzianki albo stworzymy tor wyścigowy dla samochodzików, to ono potem już się samo bawi. Wystarczy poświęcić mu trochę uwagi, nasycić je swoją obecnością i podrzucić jakiś pomysł, a potem usiąść obok ze swoją książką. Niestety dzieci bardzo dobrze widzą, co się w nas dzieje, więc ostrzegam, że zabawa na niby, żeby je zaangażować i szybko się samemu wycofać może nie zadziałać 😉

Na koniec parę naszych ulubionych i sprawdzonych zabaw, gdyby zabrakło wam w nadchodzące deszczowe dni pomysłów.

Szukanie skarbów

Z mapą. Rysuję mapę domu razem ze wszystkimi większymi meblami, a potem chowam różne skarby i zaznaczam ich położenie na mapie. Zabawa oferuje to pół godziny radości dziecka (i rodzica pozostawionego w spokoju 🙂 ), ale jak dziecko jest małe trzeba wcześniej z nim omówić mapę, co jest gdzie.

Z zagadkami. Chowamy skarby na zmianę i wymyślamy niejednozaczne, czasem rymowane podpowiedzi. Wymaga dużo więcej zaangażowania w trakcie, ale za to jest śmieszna.

Zimno-ciepło.

Udawanie zwierząt.

Udajemy zwierzęta na zmianę i zgadujemy, albo Łucja zaczarowuje nas swoją magiczną różdżką.

Wymyślanie historii. 

Opowiadamy bajki, ale czasem korzystamy z jakiś kart z obrazkami – np. z memorów albo z Zagadek Smoka Obiboka (bo zagadki są na razie za trudne dla Łucji). Można też kupić Story Cubes, ale my ich jeszcze nie mamy.

Czasem odgrywamy jakieś historie, jakoś zawsze inicjatywy Łucji, która opiera je o znane bajki. Bywa, że jest Czerwonym Kapturkiem, albo Irenką z „Królewny i Goblina”.

Wspólne gotowanie i pieczenie. 

Najłatwiejsze do ogarnięcia z małym dzieckiem są moim zdaniem muffinki (poza tym są dość odporne na zamieszanie w proporcjach, albo kolejności dodawania składników).

Układanki, gry planszowe, klocki.

Filmy przyrodnicze albo bajki długometrażowe.

Szukanie metalowych przedmiotów.

Łucja ma taką wędkę z magnesikiem, ale każdy silniejszy magnez się nada. Chodzi po domu, sprawdza, co jest metalowe i przychodzi nas poinformować. Też można długo odpocząć.

Co tonie?

Zabawa do wanny, dostaje michę przedmiotów i sprawdza co tonie. 

Pacjent – zabawa bez wychodzenia z łóżka, na ekstremalne lenistwo.

Leżę w łóżku, a Łucja bada mnie swoimi przyrządami i zaleca terapię, a potem gotuje swoje plastikowe jedzenie i mi przynosi. Z reguły dość szybko z sypialni robi się szpital, do którego dołączają różne pluszaki również badane i karmione. Przetrwałam tak parę prawdziwych chorób 🙂 

 

post

Mamo, nie (z)wariuj przed świętami

Wczoraj z rozbawieniem dokonałam w głowie pewnych porównań. Jak wyglądały pierniki, które lukrowałam sama, a jak te które lukruję z Łucją? Jak opakowane prezenty? Ile bałaganu powstawało przy tych czynnościach zanim mi pomagała? O ile krócej to wszystko trwało, kiedy trwało, kiedy nie musiałyśmy trzy razy rozwałkowywać jednego kawałka ciasta, bo Łucja zrobiła pięć kształtów w jednym miejscu? A sprzątanie…. szkoda nawet o tym wspominać… (“Mamo, a co to? Mogę sobie wziąć? Oooo mamooo, to nie jest miejsce dinozaurów, one muszą być na parapecie!”)

Całość, przy ograniczeniu czasowym, licznych obowiązkach i własnych wizjach doskonałych Świąt  grozi katastrofą. Możesz na przykład  zostać sfrustrowaną jędzowatą tyranką  już na  tydzień przed Świętami i uspokoić się dopiero po podaniu barszczu (albo i nie). Albo po prostu zasuwać z motorkiem w tyłku, eksploatując się do granic możliwości i zasnąć z twarzą w rzeczonym barszczu, a najpóźniej tuż po podaniu ciasta. Albo zwyczajnie być nie dość zadowolona z efektów, które pomogły Ci osiągnąć Twoje dzieci (pierniczki brzydkie, prezenty brzydkie, choinka brzydka, a dziecięcy pokój sprzątnięty techniką upychania pod łóżkiem 🙂 ). Tak czy siak, nie jest to chyba idealna wizja świąt. Choć chyba nie rzadka, patrząc na wypowiedzi różnych mam, o tym, jak one świąt nie cierpią, ile to przygotowań, męczarnie, a potem na koniec i tak nikt nie docenia.

 

Odpuszczanie

Jedną z rzeczy, którą moim zdaniem najlepiej uczy nas rodzicielstwo jest pozbywanie się nadmiarów perfekcjonizmu. Jeśli nie masz siły, chęci, trudno, znajdź to czego wcale nie musisz robić. Świat się nie zawali, jak będzie jedna potrawa, albo ciasto mniej, a ta szafa z kurtkami w przedpokoju nie zostanie posprzątana. U nas priorytetem jest to na czym nam najbardziej zależy, albo przy sprzątaniu, to co najbardziej by mnie denerwowało, gdybym tego nie sprzątnęła. Jak te najważniejsze rzeczy nie wiszą już nad głową też jest jakoś łatwiej i spokojniej, zabrać się za inne. Rozwiązań jest dużo, można zamówić część jedzenia, można nawet wyjechać na święta, nie musimy się sztywno trzymać przecież tradycji trwającej od prababki. 🙂

Pomoc

Przyjmuj pomoc. Mało, proś o pomoc. Ja mam zawsze w głowie tą klasyczną wizję, kiedy żona przed świętami szaleje, a mąż magicznym sposobem znika z domu – kupienie choinki nagle trwa trzy godziny. Nic dziwnego, że ona szaleje, jak wszystko musi sama, ani że on znika, jak ona szaleje. A im bardziej jedno, tym bardziej drugie 🙂 Zamiast tego… poproś o pomoc odpowiednio wcześnie, ustalcie, co kto może robić. Tak samo z dziećmi, jeśli są już dość duże.

Ale jak to? Dlaczego prosić? Oni powinni pomagać, sami z siebie się angażować, co ja im łaskę robię? Przecież święta dla wszystkich! Czemu niby…?

Ano, temu, że jesteś koorydnatorką Świąt, tylko Ty jedna wiesz wszystko co trzeba jeszcze zrobić, dokupić, przygotować. Tak jak tylko Ty potrafisz znaleźć w domu obcinacz do paznokci… i tego małego lwa, co wypadł z kinder-niespodzianki pół roku temu. Więc pogódź się z tym w końcu, nie mamrotaj pod nosem, że wszystko musisz sama i poproś o pomoc. (Uwaga prawdopodobnie wykonanie oddelegowanych czynności, może Cię nie w pełni zadowolić, wtedy patrz punkt powyżej 🙂 ).

Wyznacz sobie granice w pracy

Broń Boże, żadnego pieczenia ciastek o 1 w nocy. Ani sprzątania w szufladach do nocy, bo czas się kończy. Chyba, że rzeczywiście planujesz zasnąć z głową w barszczu 🙂

Ułatw sobie z prezentami

My w tym roku mamy połowę prezentów już zapakowanych i … kupionych przez Internet. Zero łażenia po centrach handlowych w tłoku, przy upiornych dźwiękach Last Christmas, bez najmniejszego pomysłu, co kupić, żeby w efekcie skończyć z czymś, co nas nie do końca przekonuje, za to zapłaciliśmy więcej niż chcieliśmy. Wybrałam leżąc w łóżeczku, kurier przywiózł i spokój. A radości… naprawdę tyle samo 🙂

Dobre planowanie

Mamy przecież cały ten smętny, brzydki grudzień, żeby sobie spokojnie rozłożyć różne czynności. Więc nie zostawiaj wszystkiego na ostatnią chwilę i zaplanuj, co i kiedy. Fajnym pomysłem jest przygotowanie razem z dziećmi kalendarza adwentowego z zadaniami na każdy dzień – tu pieczemy ciastka, tu sprzątamy w pokoju, tu robimy kartki. My nie robiłyśmy, bo bardzo cenimy sobie spontaniczność, ale od początku grudnia już twardo się przygotowujemy do świąt.

Zmiana nastawienia

Najważniejsze ze wszystkiego. Wigilia będzie kulminacyjnym momentem, ale jest jeszcze Adwent, okres przygotowań, które miały być radosne, a nie mordercze. Czas na… wspaniałą wspólną zabawę – wśród pieczenia, robienia kartek świątecznych, pakowania prezentów, nawet sprzątania. Przez cały rok organizujesz swojemu dziecku mnóstwo rozwojowych i kreatywnych zajęć, a tu nagle nic nie trzeba wymyślać. Przygotowania do świąt są same w sobie kreatywne i rozwojowe. Jeśli tylko zgodzisz się na ten brzydki łańcuch na choince i krzywo wycięte pierniki z toną lukru.

Odkrycie dziecięcej radości

Przygotowania do świąt przed Łucją wydają mi się teraz zabawą w domu, w porównaniu, z tym co dzieje się teraz. Wigilia z dzieckiem nabiera innego wymiaru. Świat pełen pisków radości podczas tych wszystkich czynności, które przebiegały w biegu. Nucenie świątecznej piosenki pod małym noskiem. Świadomość jak ona to bardzo przeżywa. To wszystko sprawia, że naprawdę czuję “magię świąt”. I do tego te wszystkie komentarze “O jejku, mamo, ale X się ucieszy z tego prezentu, wiesz?”, “Och, te ciasteczka, będą bardzo smakować mojej babci.” Myślisz jeszcze o tym? A żyjesz chwilą podczas tych przygotowań? Zagłębiasz się całą sobą w głupiutkie pierniki, czy może starasz się je zrobić, jak najszybciej myśląc jeszcze o rogalikach, serniku, pierogach i szafce z butami? Lepiej chyba po dziecięcemu.

Prawdziwe przesłanie

Niemowlaczek leżący na sianie, obok krowa, niestety nie drewniana, śmierdzi oborą. Przyszły Zbawiciel świata, człowiek, który za trzydzieści lat powie, że najważniejsze jest, żeby kochać – Boga i innych ludzi. Nie ma pierników, nie ma choinki, nie ma szafek, szuflad, karpia. Jedna z największych chwil w dziejach świata. Myślę o chwili, kiedy urodziłam moją córkę, o radości, że jesteśmy już w trójkę. I w święta, życzę Wam, żebyście zamiast przejmować się jedzeniem, porządkiem, prezentami, potrafili znaleźć choć ułamek radości, którą daje Narodzenie.

 „Albowiem Dziecię nam się narodziło,
Syn został nam dany,
na Jego barkach spoczęła władza.
Nazwano Go imieniem:
Przedziwny Doradca, Bóg Mocny,
Odwieczny Ojciec, Książę Pokoju”