post

spotkanie z nieprzewidywalnym, czyli co jest najważniejsze na biwaku z dzieckiem?

Wycieczki i wyjazdy pod namiot nieodłącznie wiążą się z przygodami, a przygody – z dużą dozą nieprzewidywalności. Jeśli połączy się z to z dziećmi, szczególnie takimi jak Łucja, to możemy być pewni, że nasze wycieczki i biwaki będzie cechowała nieprzewidywalność podniesiona do kwadratu 🙂

Zabranie najpotrzebniejszych rzeczy jest bardzo istotne, ale w obliczu wszystkiego, co potencjalnie może nas spotkać, może się okazać, że nasze pieczołowicie przygotowywane zasoby są niewystarczające. Podobnie jest z dokładnym planowaniem wyjazdu – napotkane sytuacje mogą nas zupełnie zaskoczyć. Dlatego uważam, że podczas wycieczek i biwaków najważniejsze są elastyczność, kreatywność i odrobina pomysłowości oraz dobry humor. Oto kilka sytuacji, które nie są nam obce:

Złe miejsce

Przyjeżdżacie na wcześniej upatrzone i starannie zaplanowane miejsce. I guzik. Brzydko. Brudno. Bezpośrednio przy drodze (choć to na ogół można wykluczyć przy użyciu Google Street View). Ktoś już tam jest – i to ktoś z kim raczej nie chcesz przebywać w towarzystwie dzieci – na przykład grupa młodzieży, która już o 17 ma mocno w czubie.

Powodów może być wiele, ważne co robić dalej. Możecie tam zostać i się męczyć. Albo wrócić do domu, znosząc nawzajem swoje rozczarowanie i złe humory. Albo… szybko znaleźć inne miejsce. Może to wymagać przejechania kilku kilometrów w poszukiwaniu zasięgu i więcej niż kilku na nowe miejsce, ale na pewno jest najlepszą opcją w tym przypadku.

Brzydka pogoda

Niby możemy korzystać z prognoz pogody. I niby korzystamy, ale  to wcale nie wyklucza przykrych niespodzianek. Ja polecam Mapy Meteo, bo bardzo dobrze sprawdzają się przy lokalizacjach leżących dalej od większych miast i pomagają zobaczyć czy jakaś zbłąkana, uporczywa chmurka nie będzie krążyć nad wybranym przez nas miejscem. Prognozy pogody nigdy jednak nie działają w 100%.

Nie dalej jak w czerwcu pojechaliśmy pod namiot i powitała nas upiornie zimna mżawka i 9 stopni Celsujsza o 18. Siedzenie przy ognisku przez pół wieczoru i noc w namiocie z dzieckiem były zdecydowanie złym pomysłem w tej sytuacji, więc znaleźliśmy na szybko jakiś nocleg.

Ale jeśli temperatura jest w miarę sprzyjająca, nie ma bardzo silnego wiatru ani koszmarnej ulewy pomysłów na zabawy w delikatnym deszczu i namiocie jest wiele.

“Nie chcę tego jeść”

Kiełbaski i ziemniaki z ogniska są smakiem mojego dzieciństwa i nie do końca rozumiem, że ktoś może nie chcieć ich jeść (mimo okresu wegetariańskiego w moim życiu, w którym i tak zawsze miałam ochotę na kiełbaskę z ogniska). No więc eureka – dzieci nie zawsze chcą. Podobnie z jedzeniem z kociołka.

A Ty jesteś na jakimś głębokim zadupiu, 20 km przez las od najbliższego sklepu. . I tutaj elastyczność działa na dwa sposoby. Po pierwsze trzeba mieć coś innego do jedzenia. Po drugie pozwolić sobie na to, żeby dziecko przez dzień czy dwa żyło na bułkach, słodyczach i owocach. Pocieszające jest to, że z każdym kolejnym wyjazdem Łucja coraz chętniej korzysta z biwakowych przysmaków (ostatnio zupę zrobioną ziemniaków, cebuli i kiełbasy), a my coraz lepiej wiemy, co zabrać jako opcję awaryjną.

“Boję się/ nudzi mi się”

Siedzicie już przy ognisku, jest niezwykle przyjemnie i właśnie powinno rozpocząć się odpoczywanie, gdy dziecko zaczyna marudzić. Boję się, nie chcę tu siedzieć, jest mi niewygodnie, jest za ciemno. I nie ma czemu się dziwić, bo to zupełnie nowa sytuacja, zupełnie inne warunki niż te, do których jest przyzwyczajone. U nas sprawdzały się:

wyjęcie fotelika z auta, żeby mogła siedzieć w bardziej “znajomej” przestrzeni (ze dwa razy nawet w nim usnęła)

własna podusia i ukochany Piesio

opowieści przy ognisku

szybsze udanie się spać

przytulanie

gry w zagadki

zabawa latarką

W ostatni weekend wysiedzieliśmy w trójkę do północy oglądając gwiazdy i opowiadając mniej i bardziej dziwne historie.

Braki w wyposażeniu

No i tu może być duży problem. Część rzeczy przy wystarczającej dozie kreatywności można zastąpić, ale z innymi może być trudno. Mieliśmy taką sytuację, że znajomy nie miał okrycia i materaca. Nie zrezygnowaliśmy z biwakowania, a dzielni mężczyźni survivalowo spali pod naszym zapasowym kocykiem. Nie była to najbardziej komfortowa noc w ich życiu, ale nikt nie żałował tego wyjazdu.

Atak komarów

Nad jeziorem Niesłysz rozbiliśmy się w dość zakrzaczonym miejscu i ilość komarów była niewyobrażalna. Ani płyny odstraszające komary ani dymiące dzień i noc ognisko nie pomagały. Ostatecznie przesiedzieliśmy najgorszy okres, czyli zmierzch w aucie, a namiot rozbiliśmy po zmroku. Większość soboty i niedzieli musieliśmy przesiedzieć w słońcu, co poskutkowało niezwykle mocną, jak na początek czerwca, opalenizną. Podczas spaceru przez las odganialiśmy się natomiast dużymi liśćmi.

Nagły napad zmęczenia

Źle zaplanowana trasa, delikatne zabłądzenie i to, że nie wzięłam pod uwagę aktualnego stanu zdrowia sprawiły, że mieliśmy problemy z powrotem do miejsca biwakowania. W końcu ja spędziłam bardzo przyjemny wieczór z Łucją na miejskiej plaży, podczas którego tata samotnie udał się po samochód, żeby nas odwieźć.

Zwierzęta zjadające jedzenie

Zdarzyło nam się to więcej niż raz, nawet więcej niż dwa. Także uwierzcie, jeśli śpicie w lesie i zostawicie jedzenie na wierzchu to jest prawie pewne, że was też spotka. Dodam, że dla wyposażonych w pazurki cwaniaków szczelnie zamknięte opakowania i zawiązane worki nie są żadną przeszkodą. I chociaż fajnie się w nocy nasłuchuje i miło potem opowiada, że w nocy przyszła wydra i zjadła pozostawione pieczone jabłko, a list ukradł kiełbaski i zrobił przed namiotem kupę, to wesoło jest dopóki sprawa dotyczy tylko jabłka, a nie zaplanowanego śniadania.

Wypadki

Ugryzienia owadów, uderzenia, oparzenia, zgnieciona noga, poparzenie pokrzywą, przecięcie skóry. To wszystko może się stać. Podczas jednego wyjazdu musieliśmy Łucję nosić, bo potłukła sobie nogę (w domu przeszło jak ręką odjął). Na wypadki najlepiej pomaga dobry humor i apteczka, wiadomo przecież, że plaster jest najbardziej uniwersalnym lekiem na wszystkie dziecięce dolegliwości.

Zbędne ryzyko?

To prawda, że wycieczki i biwakowanie niosą ze sobą pewne ryzyko. Niewygód, trudności, czasem nawet realnych niebezpieczeństw. Ja uważam, że mimo to warto na nie jeździć (o tym może kiedy indziej). A nawet – że właśnie dlatego warto na nie jeździć. Myśląc o tym, jak mnie samą rozwinęły wszystkie nasze (nie zawsze miłe) przygody, jestem pewna że moja córka też czerpała z nich niezwykle wiele dla swojego rozwoju.

Kiedy nadchodzi nieprzewidywalne uratować sytuację może dobry humor i przemyślenie sytuacji. Odrobina elastyczności i kreatywności prawie zawsze pozwalała nam znaleźć wyjście z sytuacji. 🙂

post

świetliki

Jesteśmy na weekend w lesie pod namiotem, zrobiło się już ciemno i Łucja jest płaczliwa. Żal jej, że nie było świetlików. Bardzo chciała je zobaczyć i nawet dwa tygodnie wcześniej pokłóciła się z kolegą do łez, że te świetliste punkty nad ogniskiem, to są świetliki, a nie żadne iskierki. Z mieszanymi uczuciami decyduję się na małe kłamstwo i wkręcam jej, że księżyc przeświecający przez drzewa, to ogromny świetlik daleko stąd. Opowiadamy jeszcze historię przy ognisku wcinając pieczony chleb i idziemy spać do namiotu.

Właśnie kończę opowiadać trzecią bajkę, Łucja powoli wycisza się na tyle, że jest szansa, że niebawem zaśnie. I wtedy, właśnie wtedy słyszę z zewnątrz:

– Patrzcie, świetlik!
– Gdzie?
– No tam, przy namiocie.
– Rzeczywiście. Kurcze, a Łucja tak chciała zobaczyć.

Ona nie usłyszała tej wymiany zdań zajęta bajką i przez chwilę zastanawiam się, że może odpuścić, nie komplikować sobie, kiedy już zaraz mogłaby zasnąć. A potem przypominam sobie, jak bardzo jej zależało. I że w tym roku czas świetlików powoli już mija. I bez dłuższego namysłu porywam ją na ręce i wychodzimy z namiotu. Nie mogę znaleźć butów, więc wybiegam w skarpetkach prosto w mokrą trawę i się rozglądam. Łucja, trochę przestraszona, pyta szeptem:

– Co? Co mamo?  – a ja nie wiem czy odpowiadać, bo nie widzę nigdzie tego nieszczęsnego robaczka i nie chcę jej robić nadziei. Nie ma. Ale decyduję się powiedzieć.

– Był świetlik. Chodź, poszukamy go jeszcze. One lubią być przy krzakach.  

I w ciemności, w skarpetkach wędruję w stronę krzaków. Jest! Widzimy go wyraźnie z daleka.  Wracam po buty i znajdujemy jeszcze trzy. Łucja się rozbudziła. Ale zasnęła w miarę szybko. I ze spełnionym marzeniem.

Richard Louv pisał ostatnio, że każde dziecko zasługuje na to, żeby zobaczyć gwiazdy. W moim świecie wydaje mi się niemożliwe, żeby nie zobaczyło. Ale na pewno każde dziecko zasługuje też na to, żeby zobaczyć świetliki. Pozwolisz? Wybiegniesz z domu, albo z namiotu rozbudzając je o 23? Ja myślę, że warto.  

post

jak znaleźć miejsce na wycieczkę?

Kolejny długi weekend przed nami. Często zachęcam, żeby zabierać dzieci w las i często zastanawiam się, jak to się dzieje, że rzadko kiedy w lesie spotykamy kogokolwiek, nie mówiąc już o rodzinach z dziećmi.

Jednym z powodów, które słyszę, że ludzie do lasu się nie wybierają, jest trudność w znalezieniu miejsca, do którego można pojechać. Więc krótko o tym, jak mieszkając nawet w dużym mieście łatwo takie miejsce znaleźć i do niego dotrzeć.

Szukając nowych miejsc korzystamy głównie z dwóch sposobów – map google oraz zwykłej obserwacji otoczenia, gdy jedziemy samochodem.

Mapy google

Otwieramy mapę na Wrocławiu, albo miejscu, w którym będziemy i stopniowo oddalamy. Czego szukamy? Większych zielonych plam. A potem można przybliżyć, użyć satelity i google street view, żeby przyjrzeć się miejscu. Osobom, które nie lubią niespodzianek i wolą wszystko dobrze zaplanować proponuję wybieranie tych jasno zielonych punktów – parki krajobrazowe, narodowe, rezerwaty, z reguły mają dobrze opisane trasy w Internecie, z podaną ilością kilometrów, zaznaczonymi miejscami, gdzie można odpocząć i zdjęciami.

Obserwacja

Często jeżdżąc na wycieczki mijamy las, w którym coś na urzeka. Zaznaczamy sobie na go na mapie, albo zapamiętujemy miejsce i potem do niego wracamy. Znaleźliśmy już w ten sposób kilka niezwykłych (i na ogół pustych) miejsc.

Szukanie w sieci

W Internecie można znaleźć dużo fajnych opisów miejsc na krótsze i dłuższe wycieczki. Nie zawsze jednak szukanie bezpośrednio w wyszukiwarce to dobry pomysł – w pierwszej kolejności wyskakują strony wysoko wypozycjonowane, artykuły z gazet, miejsca najbardziej znane, ale niekoniecznie warte zwiedzania. Lepiej korzystać z konkretnych stron czy blogów.

My często korzystamy ze strony czaswlas.pl, w której dla konkretnego województwa czy powiatu można wyszukać trasy, miejsca na ognisko czy miejsca do spania. Po znalezieniu miejsca, można je jeszcze obejrzeć na mapie czy doszukać więcej informacji na innych stronach.

Co kiedy wybrane miejsce okaże się złe?

Zdarzało nam się to parę razy. Przyjeżdżaliśmy do lasu i okazywało się, że coś nam nie odpowiadało. Droga była nieprzejezdna (np. zalana), dziwnie pachniało, albo leśny parking został zamieniony w śmietnisko. Wtedy wsiadamy do auta i jedziemy kawałek dalej, do najbliższego lasu znalezionego na mapie. W ten sposób też znaleźliśmy ciekawe miejsca.

Dokąd nie jechać w długi weekend?

Jeśli jest długi weekend i ładna pogoda, pewne miejsca będą oblężone. Nie wybierajcie wtedy bardzo znanych miejsc położonych blisko dużych miast, bo planowany odpoczynek na łonie przyrody może zamienić się koszmar szukania miejsca do parkowania, jedzenia, odpoczynku i przeciskanie się szlakiem w tłumie, przy napiętych nerwach, żeby dziecko nie zostało przez kogoś rozjechane rowerem. Wrocławiakom w najbliższy weekend radzę unikać Ślęży, jeśli koniecznie chcecie jechać w te okolice wybierzcie, którąś z mniejszych górek w jej masywie – np. Radunię.

post

wyzwania na wakacjach

Każdego tygodnia, ba! niemal każdego dnia nasze dziecko napotyka wyzwania. Ich trudność często powiązana jest z nowością jakiegoś doświadczenia. I choć nam czasem się wydaje, że mało co już na świecie może być nowe, to przecież kilkulatek przeżywa różne sytuacje po raz pierwszy niemal na każdym kroku. Od drobnych rzeczy – jak nauka ubierania się czy nalanie sobie po raz pierwszy wody do szklanki, po różne społeczne sytuacje – dzielenie się czymś, pierwsza kłótnia, pierwsza kradzież zabawki na placu zabaw, pierwsze krzywdzące słowa do kogoś skierowane. Dziecko codziennie podejmuje nowe wyzwania. Tych największych wydaje się być szczególnie dużo wraz z nadejściem wakacji i wyjazdami. Oto dziecko jedzie gdzieś pierwszy raz bez rodziców, lub po prostu – w nowe miejsce, tam gdzie są nieznane potrawy, inny klimat, czeka je pierwsza długa podróż, a może tak jak nas niebawem – podróż samolotem.

Wyzwania dziecka stają się też naszymi wyzwaniami

Myślimy często o nich dużo wcześniej, czasem nawet znając charakter dziecka drżymy, jak to będzie. Czy nam nie wychudnie na urlopie, bo nie będzie chciało jeść? Czy poradzimy sobie z usypianiem? Czy będzie sprawiało trudności podczas lotu samolotem albo długiej  jazdy autobusem lub pociągiem? Jako rodzice czasem wpadamy w obsesyjne myśli już długo przed wyjazdem.

Jak w tą nową – w związku z tym często trudną sytuację, wprowadzić nasze dziecko, tak żeby dobrze to przyjęło?

Oswajanie z nowością

Rozmowa jest najprostszą rzeczą, o jakiej często zapominamy. Przecież możesz porozmawiać ze swoim dzieckiem o tym, co nadejdzie! Przegadane nie jest już aż tak nowe, nieznane i straszne. Możesz opowiedzieć o swoich doświadczeniach, gdy byłeś mały (choć tu uwaga, dopóki dziecko nie wyrazi swoich obaw, nie sugerowałabym mu, że można się czegoś bać). Pokazać zdjęcia miejsc, do których pojedziecie. Pooglądać bajki w języku z kraju, w którym będziecie przebywać. Pooglądać lub poczytać wspólnie historie przygotowujące dziecko do wypraw. To wszystko sprawi, że dziecko będzie bardziej gotowe na przyjęcie nowego doświadczenia.

Przygotowanie planu          

Koniecznie wysłuchaj wszystkich obaw swojego dziecka. Pamiętaj jednak o tym, że wysłuchanie nie polega tylko na tym, że dziecko je wypowie. Zanurz się w świat jego emocji i spróbuj zrozumieć, jak wielkie te obawy są. Nie bagatelizuj lęków, nie wyśmiewaj, że są nierzeczywiste. Część rzeczy owszem, można wyjaśnić i obalić – że w Chorwacji nie będzie tygrysów ani lwów, że tam gdzie jedziecie jest prąd. Może jednak się okazać, że dużo obaw Twojego dziecka jest w pełni uzasadnionych i odkrycie ich może pozwolić wam przygotować sobie plan radzenia z takimi sytuacjami. Może trzeba zabrać konkretne rzeczy ze sobą – jakąś zabawkę, poduszkę dziecka, które będą odpowiedzią na tęsknotę za domem? A może nakładkę na toaletę lub nocnik? A może po prostu trzeba złożyć pewne obietnice, zapewnić o swojej obecności i opiece? Nie wiem, czego będzie potrzebowało Twoje dziecko, ale jeśli poświęcisz na to wcześniej czas, na pewno wspólnie odkryjecie rzeczy, o którym sam nie pomyślałeś.

Tworzenie stałości

Tworząc plany pamiętajcie, że najłatwiej przetrwać nowe sytuacje, jeśli stworzymy w nich punkty zaczepienia odwołujące się do tego, co dziecko już zna. Możemy przenieść część rytuałów z domu, albo zabrać określone rzeczy, które zapewnią dziecku poczucie bezpieczeństwa. Świetnie sprawdzi się ulubiona przytulanka dziecka, jeśli taką ma. Na szczęście największe poczucie stałości możemy dać dziecku my sami, poprzez bliską relację, jaką z nim wykształciliśmy. Przytulenie do mamy odbuduje przecież poczucie bezpieczeństwa dziecka niezależnie od miejsca, w którym się znajdziecie.

Zew przygody

Jeśli nauczymy nasze dzieci nie tylko nie obawiać się nowego, ale przede wszystkim nim cieszyć, patrzeć na wyzwania, jako na nowe przygody, z pewnością mu się to opłaci. I to nie tylko podczas najbliższych wakacji, ale w każdej trudnej sytuacji do końca życia.

Dlatego rozmawiając o nadchodzącym wyjeździe nie skupiajcie się przede wszystkim na waszych obawach. Choć jest to bardzo ważne, staraj się poświęcić conajmniej (!) tyle samo czasu na rozmowę o wspaniałościach, które Was spotkają. Przecież wyjazd ma być dla wszystkich przyjemnością, a nie trudnym obowiązkiem. Opowiedz o miejscu, do którego pojedziecie, zapytaj dziecko, co będzie chciało tam robić. Rozważ powiększenie swojego planu o odwiedzenie jeziora/lasu/parku rozrywki zgodnie z życzeniem swojego dziecka. Pozwól mu czekać na wakacje jako wspaniałą przygodę, a nie trudne wyzwanie.

Zacznij od siebie

To już trochę tchnie banałem, ale muszę napisać 🙂 Przede wszystkim to Ty się uspokój! Jeśli Twoje przygotowania do wyjazdu i sam pobyt, będą przepełnione lękiem i frustracją, jeśli Ty nie będziesz się dobrze bawić, to na jakiej podstawie spodziewasz się, że Twoje dziecko będzie? Jeśli w Twojej głowie nadchodzące wakacje tak naprawdę nie są przygodą, to jakim sposobem chcesz zaszczepić taką wizję w swoim dziecku?

Przygotuj i zabierz wszystko, co będzie Ci potrzebne, żeby bezpiecznie czuć się na wyjeździe. Nie obawiając się kąśliwych uwagi (“Co Ty, tam cegły zapakowałaś?!”) zapakuj dwa razy za dużo ubrań, wszystkie leki, które masz w domu i tonę zabawek na niepogodę, jeśli tylko Cię to uspokoi. I przestań tworzyć czarne wizje odnośnie zachowania swojego dziecka. Jeśli Ty będziesz spokojna, wyluzowana i radośnie nastawiona, Twoje dziecko na pewno też będzie spokojniejsze.

Ostatnio moja znajoma przejechała sama, z trójką dzieci z tyłu samochodu, 1000km. Większość z nas pewnie nigdy, przenigdy by się tego nie podjęła. Czy ma takie cudownie wyciszone, do rany przyłóż dzieci? Nie wiem, bo ich nie znam, ale ona jest raczej spontaniczną osobą, więc nie spodziewam się. Myślę, że przede wszystkim jej spokój i wiara w to, że mogą, sprawiły że przebyli tę drogę bez ekscesów. A właściwie, że w ogóle ją przebyli.

 

Dobrze zaplanowana sielanka?

Po tych wszystkich mądrościach muszę Cię rozczarować. Dzieci to dzieci i na pewno nie będzie lukierkowo, na pewno się coś wydarzy, na pewno będzie jakiś płacz i czegoś zabraknie. Ale traktuj to ze spokojem, jako małe wyzwania do pokonania i skup się na tym, co na wyjeździe najpiękniejsze – wspólnym czasie razem. Tymczasem ja trzymam kciuki i życzę Wam wspaniałych przygód wakacyjnych 🙂

 

post

Stawy Milickie – pomysł na piękną wycieczkę

Prognozy przewidują piękny pogodę w weekend, dlatego na szybko napiszę o jednej z naszych najlepszych wycieczek – nad Stawy Milickie. Może tekst kogoś zainspiruje do odwiedzenia tego miejsca.

Do tej wyprawy miałam dość ambiwalentne uczucia, z tego względu, że parokrotnie byliśmy w okolicy i wydawało mi się z drogi, że nie bardzo jest miejsce na swobodne spacerowanie. Ciężko też nam było znaleźć dobry opis jakiejś sensownej (nie za długiej i nie przy drodze) trasy. Pojechaliśmy trochę w ciemno i rzeczywiście okazało się, że napotkaliśmy na początku tylko dużą ilość zakazów wchodzenia na teren stawów.

Mimo, że pojechaliśmy bez planu, udało nam się znaleźć przepiękne miejsce – przeszliśmy część ścieżki dydaktycznej nad Stawem Niezgoda. Trochę pochodziliśmy po lesie na skraju bagien, a trochę ścieżką prowadzącą brzegiem stawu i lasu na bagnach. Choć była piękna pogoda, towarzyszyła nam błoga cisza i brak innych ludzi. Zwierząt za to spotkaliśmy bez liku – żaby, zaskrońca, lisa, orła, przytłaczające wręcz ilości ptaków wodnych, a nawet widzieliśmy Łosia płynącego przez staw. Moja zielarska pasja też została zaspokojona, bo w lesie znajdowały się przepiękne stanowiska bluszczyku kurdybanku, przetacznika, gwiazdnicy i skrzypu.

Miejsce jest bardzo wygodne na wycieczkę z małym dzieckiem, można zrobić krótki spacer, albo zabrać wózek czy rowerek i poruszać się tylko po drodze. Można też poświęcić cały dzień na taką wyprawę i zjeść świeżą rybę, w którejś z lokalnych restauracji.

Mapa ze wspomnianą ścieżką dydaktyczną znajduje się tutaj.

IMG_2793IMG_2807

IMG_2801IMG_2805IMG_2823IMG_2831

post

Dlaczego nie?

Korzystając z pięknej niedzielnej pogody wędrowaliśmy niedawno po lesie w okolicach Wołowa (Rezerwat Jeziorany). W końcu natknęliśmy się na jeziorko – takie, jak to jeziorka w lesie – trudno znaleźć dojście do wody, brzeg grząski, błotnisty, wszędzie liście i patyki. Łucji to jednak nie zraziło i koniecznie chciała się wykąpać, co nie wzbudziło mojego zbytniego entuzjazmu. Zanim zdążyłam przejrzeć wszystkie argumenty z serii “dlaczego nie” i spojrzeć na męża w poszukiwaniu wsparcia, okazało się, że on sam już stoi w wodzie. “Ciepła jest” stwierdził po prostu i ostatecznie, więc pomogłam Łucji się rozebrać. Długo w wodzie nie zabawiła, bo – zgodnie z przewidywaniami – dno nie przypadło jej do gustu. Ale wyszła zadowolona, że pozwoliliśmy jej spróbować.

Wracając, nie pierwszy raz myślałam o tym, jak łatwo i naturalnie reagujemy oporem na nietypowe pomysły i prośby dziecka. I o tym, jakim dobrym nawykiem jest tłumaczenie dziecku “dlaczego nie”. Oczywiście, że uczymy w ten sposób dziecka argumentować, pokazujemy mu, że nasza odmowa nie jest bezzasadna i sprawiamy, że łatwiej ją przyjąć. Ale przy okazji zrozumiałam też, że ma to znaczenie dla mnie, chroni przed popadaniem w schematy i zabranianiem czegoś, czego wcale nie ma potrzeby zabraniać. Bo skoro nie mogę znaleźć dobrego powodu dlaczegoby tego nie robić, to może jednak zróbmy? 🙂

Pomyślałam sobie też o kilku argumentach, które padać nigdy nie powinny, a w stosunku do dziecka tak łatwo je wypowiadać.

“Nie, bo będzie bałagan”

Na bałagan jesteśmy się w stanie zgodzić jeśli chodzi o zabawy, które w naszym pojęciu są “rozwijające i kreatywne” – ciastolina, malowanie farbami albo coś rodem z metody Montessori. Ale kiedy dziecko samemu wymyśla zabawę – chce przesypywać sól kuchenną do innego pudełka albo pomóc nam nakładać ciasto do foremek na babeczki, to już nie mamy w sobie tyle entuzjazmu. Ja wiem, że dla umęczonej matki to nie jest bagatelny argument. Ale jednak zanim padnie może warto się zastanowić:

– Jak duży ten bałagan będzie i czy rzeczywiście długo zajmie mi posprzątanie?

– Czy korzyści nie są większe niż straty w postaci bałaganu?

– Może da się umówić z dzieckiem na sprzątanie?

(U nas czasem pada ten argument, ale w połączeniu z moim zmęczeniem – “dziś już nie chce sprzątać, zróbmy to jutro”).

„Nie, bo jesteś za mały”

Mamy dzisiaj swobodny dostęp do wiedzy o rozwoju dzieci, i to dobrze. Ale czasem zapominamy, że normy statystyczne nie koniecznie muszą być wyznacznikiem dla naszego malucha. Pewnych rzeczy nauczy się później, a innych wcześniej niż przewiduje to psychologia. Moja córka skutecznie oduczyła mnie myślenia w kategoriach, że jest zbyt mała, żeby czegoś się nauczyć (albo dość duża, żeby wreszcie przestać to czy tamto). Okazuje się, że mając 2.5 roku można słuchać do snu „Muminków” czy „Kubusia Puchatka”, obierać cukinię ze skóry, rozpoznawać kilkanaście gatunków ptaków i jednocześnie nie ogarniać tak skomplikowanego problemu, jakim jest załatwianie się na nocnik 😉 Bardzo się cieszę, że wychowując ją nie koncentrowałam się na normach. Po pierwsze udało nam się nie utknąć nigdy w marźmie i frustracji, że już dawno powinnyśmy poradzić sobie z jakąś kwestią. Po drugie zgadzanie się na pewne jej inicjatywy, na które powinna być “za mała”, sprawiło że nasze życie przeskoczyło w ciekawsze rejony – choćby takie, że mogę jej wieczorem czytać książki, które lubię.

“Nie, bo nie”

Najgorsze z możliwych. Nie, bo nie, bo jestem mamą albo tatą i tak mówię. Oczywiście są sytuacje w życiu, kiedy chcemy, żeby dziecko szybko, bez zbędnej dyskusji i tłumaczeń reagowało na nasze “nie”. Wydaje mi się, że możemy to osiągnąć na dwa sposoby. Pierwszym jest stosowanie silnego i autorytatywnego stylu wychowawczego, w którym jestem silnym rodzicem i zawsze trzeba mnie słuchać, bo taki jest porządek rzeczy (to raczej mi obce). Albo właśnie poprzez to, że zazwyczaj argumentujemy. Dzięki temu przyzwyczajamy dziecko, że nasze zakazy i zastrzeżenia mają sens, że nie są powodowane czystą złośliwością. Może źle myślę, ale uważam, że prawdziwy autorytet powstaje na podstawie relacji, zaufania do drugiej osoby i jej mądrości, a nie z jakiegoś kosmicznego założenia, że ktoś jest czyimś rodzicem.

 

Dlaczego warto brać pod uwagę pomysły dziecka?

Dzieci mają bardzo dużą fantazję, a dodatku jeszcze nie stłamszoną. Jeśli nie będziemy jej gasić, to są duże szanse, że pozwolą nam odkrywać i doświadczać rzeczy, których sami byśmy nie wymyślili.

Poza tym większość wybranych przez dzieci aktywności służy ich rozwojowi – nawet jeśli nie zostały one opisane w mądrych książkach, jako zachowanie wspierające konkretny obszar mózgu 🙂 Dziecko chodzące po krawężniku ćwiczy koordynacje i równowagę, bawiące się się na spacerze kamyczkami dba o swoją integrację sensoryczną, a kłócące z nami uczy wyrażać emocje i argumentować. Dlaczego mu tego zabraniać?

Ale przede wszystkim, nawet jeśli nie zawsze się będziemy zgadzać, ale za to będziemy brać pod uwagę pomysły naszego dziecka, to damy mu poczucie bycia wysłuchanym i poważnego traktowania. I będziemy budować swój autorytet, oparty na bliskiej relacji, bliższej niż jeśli za wszelką cenę będziemy chcieli być rodzicem-wyrocznią.

*Zdjęcia z wycieczki na profilu fejsbukowym