post

oglądanie bajki przy jedzeniu – czyli co nas wspiera a co nie?

Wieki temu, jak Łu miała parę miesięcy rozwiązywałam jakiś quiz dla rodziców o przemocy. Taki mający im uświadomić, że to nie tylko bicie itd. Ale jakoś niedobrze się z nim czułam, wydaje mi się, że taki temat trudno zawrzeć w quizie, że przemoc niekoniecznie kryje się pod konkretnymi zachowaniami, czasem bardziej subtelnie pod intencjami, pod tym co się dzieje między dwoma osobami i na co one mają wolę się zgodzić. Pamiętam, że szczególnie uderzyło mnie założenie, że włączenie bajki dziecku, żeby zjadło posiłek było zdecydowanie uznane za przemoc.

Wyobrażam sobie taką sytuację, że to tak może być. Tylko, że to nie od bajki zależy. Zależy od nastawienia, że ja robię coś żeby dziecko zmusić, żeby ono zjadło, bo ja uważam, że musi, a ono nie chce, albo że to jest jakiś nasz sposób na poradzenie sobie z sytuacją. Mało tego ja znam, bardzo dobrze znam, taką sytuację, kiedy oglądanie bajki przy posiłku stało się wyjściem wzmacniającym dla więzi, a nie niszczącym.

Łucja ostatnio często ogląda przy jedzeniu. Na początku byłam bardzo niezadowolona z jej pomysłu, bo w mojej głowie jest wizja, że wspólne posiłki to zacieśnianie bliskości i w ogóle to nic ma nie grać, nie ma być włączone i nie ma przeszkadzać. Tylko, że jak my cały dzień ze sobą jesteśmy (albo prawie cały) to mamy dużo czasu na bliskość i ona wcale przecież przy posiłku być nie musi. To wspólne jedzenie to tak statystycznie dobrze zbliża ludzi, bo często jest tak, że to jedyny moment w ciągu dnia, kiedy dłużej razem przebywają. Więc to nie do końca o nas.

Po drugie ta bajka to jest jej wybór, a nie moja przynęta, haczyk czy trik, żeby ją do czegoś zmuszać. Ona je wolno (naprawdę wolno, czasem godzinę) i ją to jedzenie nudzi, jak ma zajęcie przy tym i ochotę to potrafi zjeść naprawdę dużo, ale jak nie ma to może będąc głodna i mając coś, co lubi wysiedzieć 5 minut i zjeść 5 łyżek. I mamy wymyślone milion swoich zabaw od zębistej jaskini do jakichś zgadywanek, co to akurat mam w pyszczku. Tylko, że obie mamy ich już powoli serdecznie dość. A ja po 15–20 minutach sama często czuję w sobie rosnącą frustrację, że ja już nie chcę tam siedzieć, że ile lat to jedzenie może tyle trwać. Nie raz, nie dwa, nie dziesięć rosło między nami wielkie napięcie z tego powodu. Bo ona też nie chce, żeby ktoś nad nią siedział i pytał co chwilę czy jeszcze je.

Ta bajka przy jedzeniu dla nas okazała się być bardziej wspierająca niż toksyczna. Zrobiła nam przestrzeń, w której ona w spokoju może sobie jeść tyle ile chce i tak długo, jak chce, a ja bez napięcia mogę zająć się innymi rzeczami. To, oczywiście, nie ma być tekst zachęcający do oglądania telewizji przy jedzeniu 🙂 To dla mnie duża lekcja o tym, że różne rzeczy w relacji rzadko są po prostu jakieś, że trudno jednoznacznie mówić, że coś jest wspierające dla relacji z dzieckiem albo nie. Bo bardzo dużo zależy – od dziecka, od rodzica, od sytuacji, od sposobu użycia. Przypomina mi też o tym, że warto mieć otwartość na propozycje dziecka, bo często ono samo potrafi odnaleźć pomocne strategie, na które my z różnych przyczyn jesteśmy ślepi.

(Aha, mamy taką zasadę, która chroni to, co dla mnie ważne, że jak Łu chce, żeby ją karmić albo bawić się, w którąś z naszych zabaw, to wtedy wyłączamy bajkę. Bo dla mnie te zabawy to jest też sposób na bycie razem, a nie na futrowanie jej, jak gęś.)

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *