post

Agresywna zabawa

Agresywna zabawa jest jednym z często poruszanych przez rodziców tematów. Wiele dzieci lubi wchodzić w zabawy z rodzicami oparte o kontakt fizyczny, przepychanie, siłowanie się czy szarpanie. Równocześnie często rodzice mają obawy o to czy taka intensywna i szalona, wręcz agresywna zabawa jest bezpieczna i dobra dla ich dzieci.

Najczęściej zgłaszane wątpliwości są takie, że agresywna zabawa może zwiększać lub modelować agresję i trudne zachowania u dzieci. Innym często pojawiającym się pytaniem jest co robić, kiedy dziecko bardzo się rozpędza i nie chce przestać, przez co zabawa kończy się płaczem. 

Po co dzieciom agresywna zabawa?

Agresywna zabawa, oparta o przepychanie, siłowanie, wywracanie się, gonienie czy straszenie jest nieodłączną częścią dziecięcego życia. Można powiedzieć, że często stanowi jego najradośniejsze chwile. Podczas takiej zabawy dzieci zaspokajają wiele potrzeb na raz.

  • Siłowanki są okazją do wchodzenia w bliski kontakt fizyczny z rodzicem, dzięki czemu uwalniają się w trakcie nich również te hormony, które podczas przytulania (jest to szczególnie ważne dla dzieci, które nie lubią się przytulać i nastolatków).
  • Agresywna zabawa umożliwia dzieciom zaspokojenie potrzeby ruchu.
  • Zabawy związane z przepychaniem, przewracaniem się, podrzucaniem dziecka, wywijaniem fikołków stymulują m.in. rozwój ruchowy, układ przedsionkowy, poczucie równowagi czy czucie głębokie.
  • Siłowanki wzmacniają poczucie wartości dziecka.
  • Agresywna zabawa umożliwia wyładowanie trudnych emocji i uwolnienie napięcia z ciała. 
  • Taka zabawa z dodatkiem dreszczyku jest zwyczajnie zabawna 🙂 

Walka-zabawa

Agresywne zabawy uruchamiają u dzieci stan z pogranicza spokoju i walki-ucieczki (strefy zielonej i czerwonej). Dzięki temu mogą one w bezpiecznych warunkach korzystać z różnych narzędzi, których normalnie ciało człowieka używa do radzenia sobie z niebezpieczeństwem. W takiej zabawie dziecko uczy się neurocepcji – czyli rozpoznawania niebezpieczeństwa, ale też przechodzenia między stanem walki-ucieczki i spokoju, co jest jedną z najważniejszych umiejętności w życiu. 

Walka-zabawa jest stanem, który znamy z obserwacji (nie tylko) małych ssaków, nic więc dziwnego że ludzkie dzieci też się w nią chętnie angażują. 

Czy agresywna zabawa zwiększa agresję u dzieci?

Częstą obawą pojawiającą się u rodziców jest to, że kiedy będą się w ten sposób kotłować z dziećmi, to one się nauczą agresji. Paradoksalnie jest wręcz na odwrót. Podczas agresywnej zabawy, dziecko uczy się kontrolować swoją siłę i analizować swoje pomysły, ponieważ brak uważności na partnera zabawy, może nie tylko owocować tym, że ktoś zostanie skrzywdzony, ale również natychmiastowym, nieprzyjemnym końcem tej zabawy.

Wiemy też [1], że dzieci, które mają wyższy poziom kortyzolu (hormonu stresu), we krwi chętniej i więcej inicjują takich agresywnych zabaw. Stąd wiemy, że jeżeli dziecko bardzo dużo angażuje się w takie zabawy, to może być tak, że potrzebuje dodatkowego wsparcia, żeby radzić sobie ze stresem albo przyjrzenia się jego rozkładowi dni czy naszej sytuacji w domu.

Jednocześnie ta zależność bardzo dużo mówi o mądrości z jaką funkcjonują ludzkie ciała. Wysoki poziom napięcia w ciele wymaga rozładowania, do którego może dojść na wiele sposobów, z których takie agresywne zabawy są jednym z lepszych jakie dzieci mogą użyć. (W skrócie: siłowanki z rodzicem są o wiele fajniejszą opcją niż walenie młodszego rodzeństwa młotkiem po głowie). Intensywne i mocne zabawy mogą sprawiać, że agresji kierowanej do otoczenia będzie mniej, ponieważ dziecko znajdzie w nich sposób na ujście napięcia.

Kiedy agresywna zabawa źle się kończy

Bywa tak, że dzieci podczas siłowanek, przepychanek i innych intensywnych zabaw, tak się rozpędzają, że zabawy kończą się źle. Czasami jest to trudność z zakończeniem zabawy, przekraczanie granic dorosłego, czasami nagłe wybuchy płaczu i poczucie zranienia, że rodzic zrobił coś za mocno. Warto pamiętać, że agresywna zabawa może skończyć się płaczem dziecka, nawet jeśli nic złego się w niej nie zadziało, ponieważ to wychodzące napięcie znajduje ujście w postaci łez (jest to szczególnie charakterystyczne dla dzieci, które w ostatnim czasie miały dużo przeżyć albo wchodziły w zabawę z bardzo dużym napięciem). Bywa tak że to jest zdrowy proces, związany z tym jak zmienia się wydzielanie hormonów podczas takiej zabawy. Wtedy każdorazowo dobrze jest przerwać zabawę i zaopiekować dziecko i jego emocje. Warto też przygotować sobie z dzieckiem umowę (jeśli jest zbyt małe mieć je w głowie samemu ze sobą), co do zasad bezpiecznego siłowania się. 

Bezpieczne siłowanki

W agresywne zabawy oparte o przepychanie i siłowanie się warto wchodzić świadomie. Pierwszą częścią tej świadomości jest to, że potrzebujemy zdawać sobie sprawę, że to rodzic a nie dziecko bierze odpowiedzialność za bezpieczeństwo zabawy. Dziecko wielu rzeczy nie jest w stanie przewidzieć. Drugą konieczność obupólnej zgody na taką formę aktywności – nie narzucamy takiej zabawy, gdy dziecko nie chce i nie wchodzimy w nie jeśli sami nie mamy na to przestrzeni. 

Warto ustalić zasady czy mieć ogólną umowę odnośnie tego, jak takie zabawy mają wyglądać:

  • Przerywamy zawsze, gdy ktoś sygnalizuje, że już nie chce – na przykład mówiąc dość, poddaje się.
  • Rodzic przerywa wtedy, gdy widzi, że dziecko “nakręca się” i kieruje zabawę w spokojniejsze rejony.
  • Umawiamy się na co w zabawie nie mamy zgody – na przykład gryzienie, łaskotanie, szczypanie, bicie w głowę. 
  • Sposoby na wyciszanie się po zabawie – na przykład przytulanie, czytanie, relaksacja, oglądanie bajki.

Szaleństwa przed snem

Wielu rodziców ma obawę, że jeżeli intensywne zabawy rozpoczną się wieczorem, to dziecko będzie miało trudności z zasypianiem. Z drugiej strony wieczór jest równocześnie momentem, w którym dzieci najchętniej angażują się w agresywne zabawy. Dzieje się tak dlatego, że właśnie wtedy nadmiar napięcia albo niezaspokojona potrzeba ruchu, dają o sobie znać. Dlatego dobrze jest z uważnością obserwować swoje dziecko, gdyż może być tak, że paradoksalnie wieczorne szaleństwa będą sprzyjały zasypianiu.


[1] Stephen Porges, Play as a neural exercise: Insights from the Polyvagal Theory
[2] Lawrence Cohen “Rodzicielstwo przez zabawę”
[3] Lawrence Cohen “Siłowanki”

Może zainteresuje Cię też:

Jak zadbać o aktywność fizyczną dziecka, kiedy utkniesz w domu 

O dziecku, które skacze po kanapie

 

post

jak zadbać o aktywność fizyczną dziecka (i rozładowanie napięcia), kiedy utkniesz w domu

Aktywność fizyczna jest jedną z podstawowych ludzkich potrzeb. Kiedy przychodzi późna jesień często utykamy w domu z dziećmi. Szczególnie jeśli to jest taka jesień jak teraz – covidowa, wypełniona przymusowymi kwarantannami i brakiem możliwości korzystania z różnych atrakcji pod dachem.

A przecież potrzeby ludzi się nie zmieniają i ciała naszych dzieci nadal domagają się odpowiedniej dawki ruchu, aktywności fizycznych, ale też możliwości na rozładowanie napięcia, które się w nich nagromadziło.

Co robić z dziećmi jesienią w kwarantannie?

Pisałam ostatnio, że potrzeba ruchu u dzieci jest tak podstawowa, że one znajdą sposób na jej zaspokojenie tak czy inaczej, tyle tylko że ten sposób może być ciężki dla rodziców do przyjęcia. Najczęściej o wiele bardziej dla rodziny wspierające jest, jeśli pomożemy dzieciom wybrać fajne aktywności i potowarzyszymy im w tym, wykorzystując okazję na budowanie więzi. No ale co można robić w domu? A no mnóstwo. Poniżej wrzucam kilka przykładów na fajne zabawy, które zadbają o wasze dziecko i jego potrzeby i wasze własne zdrowie psychiczne 😛 

Siłowanki, przepychanki, przewalanki

Rodzice (bardziej chyba mamy) mają często wątpliwości do tej formy aktywności z dziećmi, ale to jest jedna z tych, które bardzo polecam na wiele trudności w rodzinie. Oprócz pozbywania się napięcia, dużo dzieje się tu kontakcie fizycznym z opiekunem, co naprawdę wspiera dziecko i buduje więź. Zadbaj o bezpieczeństwo i nie przekraczaj granic dziecka, pozwalaj mu też wygrywać. Możecie dla bezpieczeństwa ustalić różne wspólnie różne zasady – np. nie gryziemy i nie łaskoczemy. 

Zabawa na rozładowanie napięcia – gobliny

To zabawa, którą wymyśliłyśmy z Łucją, gdy miała koło 3 lat i czytaliśmy “Księżniczkę i gobliny”. Włączamy utwór “W grocie króla gór” i na palcach chodzimy jak gobliny, coraz szybciej i szybciej. Po dwóch rundach brak mi tchu, ona często ciągnie trzecią. Męcząca, rozładowująca napięcie, ćwicząca poczucie rytmu i dobra na płaskostopie. 

Krzyki, piski, dziwne dźwięki

Bardzo często, kiedy nie wyjdziemy z domu, wieczorem moje dzieci biegają i wydają z siebie piski. Krzyk i pisk to jedna z dziecięcych strategii na rozładowanie napięcia, niestety bardzo dotkliwie odbierana przez rodziców z wysoką wrażliwością na dźwięki. Ale wiecie jak jest – najbardziej denerwuje nas dźwięk, którego sami nie wytwarzamy i nie mamy nad nim kontroli. A co gdyby przejąć kontrolę nad dziecięcą produkcją hałasu? Pokrzycie, popiszczcie trochę razem, a potem przejdźcie do wytwarzania dziwnych dźwięków, udawajcie zwierzęta albo odgłosy przedmiotów, pobawcie się w zgadywanie co to. Kiedy się zmęczycie hałasem, powoli przechodźcie do cichszych dźwięków. 

Kiedy rodzic nie ma siły, a dziecko chce szaleć

Sposób mojego taty. Biegaliśmy jak oszalali wokół domu, a on liczył na ile okrążeń starczy nam sił. Tylko dla wytrwałych w liczeniu, bo sił starczało na długo. Wersja soft – mierzenie czasu w jakim dziecko zrobi 20 okrążeń. Jest też wariant akademia dziwnych kroków, rodzic pokazuje dziwne kroki, a dziecko samo robi okrążenie w ten sposób. 

Inna opcja to stworzenie bezpiecznych warunków do robienia fikołków, świecy i innych ćwiczeń gimnastycznych. 

Granie na instrumentach

Nie potrzebujesz umieć grać, żeby wykorzystać proste instrumenty muzyczne do zabawy z dzieckiem. Możecie wykorzystać rzeczy wydające dźwięki, które sami zrobiliście, grające zabawki i proste instrumenty perkusyjne. Jak jest dużo napięcia możecie grać te emocje albo zagrać kłótnię między rodzeństwem, w której powoli się dogadują albo burzę, która przechodzi w łagodny deszczyk albo odegrać muzycznie jakąś krótką historię czy bajkę, w której jest niebezpieczeństwo i udaje się je pokonać/przetrwać.

Zabawa w chowanego – skarbnica doświadczeń

Kto z nas nie lubi mieć rozgrzebanych przez dzieci szaf? A jednak zabawa w chowanego króluje w naszym domu. Oprócz biegania, góry śmiechu i uruchamiania kreatywności, lubię tę zabawę za to, że pomaga dziecku radzić sobie z lękiem separacyjnym, ale też uczy bycia w kontakcie ze swoim ciałem i emocjami. Mamy w niej strach na niby i konieczność kontrolowanego zamrożenia się na chwilę, żeby szukający mnie nie znalazł. 

Aktywność fizyczna w domu dla całej rodziny

Jest taka cudowna i przyjemna aktywność fizyczna, która magicznie uwalnia napięcie z ciała, pozwala zaangażować całą rodzinę, ćwiczy koordynację, równowagę i tak, spala mnóstwo kalorii. Taniec. I naprawdę nie musisz umieć tańczyć, żeby robić to ze swoimi dziećmi. One się nigdy nie uczyły i będą się super bawić, więc też możesz. Możesz wyglądać głupio. Nikt Cię nie widzi. Możesz skakać i tańczyć najgłupsze tańce świata, aż położycie się na podłodze ze śmiechu. A wasze ciała będą czerpać korzyści z tego, że wyprodukowały masę endorfin i pozbyły się napięcia. 

Aktywność fizyczna w domu dla starszych dzieci

Dzieci w wieku szkolnym nie zawsze wchodzą tak chętnie w wymienione zabawy, jak maluchy. Gimnastyka prowadzona w formie zabawy może być dla nich zbyt dziecinna, a zwykła zbyt nudna. W takim wypadku pomocne są aktywności, w których dziecko może obserwować swój rozwój, bo możliwość osiągnięcia w czymś mistrzostwa jest jedną z ważnych elementów motywacji (D. Pink). Dlatego dzieci chętnie angażują się w niektóre ćwiczenia, takie jak pompki czy brzuszki, które mogą liczyć i widzieć, że z czasem potrafią ich robić coraz więcej. Ciekawym pomysłem jest też odbijanie piłeczek ping-pongowych paletką albo żonglowanie. Oczywiście jak rzucicie dziecku paletkę i piłeczkę, to ono wcale nie musi w to wejść. O wiele prędzej to się stanie jeśli zobaczy, że to rzecz, która nam sprawia przyjemność (uwaga: pamiętajcie o bullshit radar swojego dziecka: jak coś was wcale nie cieszy, to w 3 sekudny rozpozna, że je wkręcacie 🙂 ). 

Ruch w domu a przekonania

Czasem ciężko nam przyjąć, że to ok, żeby pozwolić dzieciom w domu tak szaleć i robić bałagan. Szaleje się na dworze. Ja myślę o tym, że kiedy nie możemy wyjść na dwór, to stajemy przed wyborem – albo pomogę im wymyślić sposoby na aktywność fizyczną nad którymi będę miała kontrolę i które się mieszczą w moim okej, albo oni wymyślą swoje, z których nie będę zadowolona i o porach w których bym nie chciała. Może być też tak, że rozładują to nagromadzone napięcie w sposób dużo trudniejszy dla wszystkich – przysłowiowych “histeriach” czy kłótniach i okładaniu się. Z tej perspektywy rozgrzebane szafy czy plac zabaw wybudowany w pokoju albo wyskakana kanapa, robi się bardzo małą ofiarą. 

Może spodoba Ci się też:

Zabawa, która pomaga na zazdrość

Uwaga! Nadchodzą tygrysy!

 

post

o dziecku, które skacze po kanapie

Przychodzi wieczór i dzieci zamieniają się w urządzenie z małym motorkiem, które biega po domu i skacze po kanapie – znacie to? To jedna z najczęstszych frustracji rodziców – dlaczego dziecko skacze po łóżku, dlaczego nie może się na chwilę uspokoić, ile razy mam mówić, żeby przestało?

Wieczorna eksplozja energii pojawia się bardzo często u małych dzieci, dlatego, że bywa im potrzebna (a nie ze złośliwości i niegrzeczności) i stawia styranego po całym dniu rodzica przed nie lada wyzwaniem. Nie jesteśmy w stanie zmusić dziecka, żeby się uspokoiło na żądanie i najczęściej sytuacja wygląda tak, że nawet jak wygonimy je z kanapy to pójdzie skakać na łóżko albo robić coś zupełnie innego, co też może nam nie odpowiadać. 

Potrzeba ruchu

Wszyscy ludzie, a dzieci szczególnie posiadają potrzebę ruchu, to jedna z bazowych, biologicznych potrzeb człowieka. Jest ona tak podstawowa, że dziecko będzie dążyć do jej zaspokojenia na wszelkie dostępne sposoby i jeśli potrzebuje ruchu, to nawet jeśli zabierzemy mu jeden, to szybko znajdzie sobie inny. Dlatego tak ważne jest, żeby dzieci miały zapewnioną odpowiednią dla siebie ilość aktywność fizycznej, bo inaczej potrzebę tę będą zaspokajały wieczornym szaleństwem.

Przestymulowanie i zmęczenie

Przestymulowanie jest ostatnio bardzo modnym ostatnio określeniem, w mojej opinii niesprawiedliwie często wiązanym tylko i wyłącznie z mediami i ekranami. Krótko i prosto mówiąc – przestymulowanie to zmęczenie układu nerwowego bodźcami – zarówno tymi wzrokowymi i słuchowymi, ale też nadmierną ilością towarzystwa, wysiłkiem poznawczym, przeładowaniem emocjami czy wydarzeniami w ciągu dnia. 

Część dzieci ma tak, że jak są bardzo zmęczone to na chwilę przed zaśnięciem wzrasta im napęd i drażliwość, a po chwili szaleństwa kładą się spokojnie spać i zasypiają. Bardzo często jest im to potrzebne, żeby pozbyć się napięcia.

Napięcie w ciele

Ludzie w ciągu dnia pełnego różnych aktywności, emocji, stresów, konfliktów, ale też pozytywnych doświadczeń, gromadzą w sobie napięcie. Jeżeli równocześnie nie mają na bieżąco możliwości, żeby je rozładowywać, w końcu to napięcie wybuchnie, jak tykająca bomba. Jeżeli dziecko wybiera bieganie po domu i krzyczenie czy skakanie po meblach, to nadal nie jest w moje opinii najtrudniejszy dla rodzica sposób do przyjęcia. Jeżeli nie mamy mu do zaproponowania innego sposobu, warto nie zabierać mu chociaż tego, bo to napięcie i tak znajdzie ujście i tak, może w postaci krzyków i płaczu, może w konfliktowości wynikającej z tegoż napięcia.

Lęk separacyjny

Zdarza się, że dzieciom wzrasta napięcie tuż przed zaśnięciem, nie chcą iść się umyć, nie chcą się położyć, a już w łożku niezwykle się wiercą, zmieniają poduszkę, idą siku, choć rodzic dałby sobie rękę uciąć, że już są zmęczone. Czasami dzieje się tak z lęku przed rozstaniem z rodzicem na czas nocy (lub już z myślą o poranku). W takim wypadku najbardziej pomaga dużo bliskości przed snem i zostaniem z dzieckiem w pokoju do momentu aż zaśnie (lub po prostu współspanie). 

Skąd mam wiedzieć, czemu moje dziecko wariuje wieczorami?

Jak widzicie do wieczornych eskalacji energii mogą prowadzić skrajnie różne przyczyny – zarówno zbyt mało bodźców, jak i zbyt dużo, podekscytowanie ale też strach, zmęczenie ale też niedostyt bliskości. Skąd wiedzieć, które z nich dotyczy mojego dziecka?

Najłatwiej to zauważyć obserwując czy dziecko zachowuje się na różne sposoby, w zależności od tego jak przebiega dzień. Czy inaczej jest w weekendy? Czy to zależy do tego czy pójdziemy na spacer? A może więcej takich zachowań jest, gdy jest dłużej lub krócej w przedszkolu, kiedy mamy gości? 

Drugim sposobem jest obserwacja dziecka po wprowadzeniu małych zmian w funkcjonowaniu rodziny. Jeżeli dokładam dziecku aktywności fizycznej, na przykład wydłużam spacer, a wieczorna sytuacja się jeszcze pogarsza, to może to jednak nie jest niezaspokojona potrzeba ruchu, a jednak zmęczenie? 

O to, jaki będzie wieczór, dbamy cały dzień

Żeby zadbać o trochę spokojniejszy wieczór, warto zadbać o przebieg dnia. Przede wszystkim obserwujemy dziecko szukając optymalnej dla niego ilości ruchu w ciągu dnia, ale też optymalnej ilości bodźców. Dla niektórych dzieci oznacza to 4 godziny intensywnych ruchowych zabaw, dla innych godzinę. Jednym dzieciom pomaga wyładowanie napięcia w formie ruchowym zabaw i przepychanek z rodzicem zaraz po przyjściu z przedszkola, a innym właśnie wyciszenie się i odcięcie od aktywności towarzyskich na chwilę jak wrócimy, choćby w taki sposób, że pogląda sobie chwilę bajkę, porysuje, poczyta książeczki z rodzicem. 

Jeżeli mamy takie poczucie, że dziecko potrzebuje rozładować napięcie wieczorem, warto zadbać o takie momenty w ciągu dnia, w których będziemy wspierać je w tym na bieżąco, proponując ruchowe zabawy, przepychanie się, śpiewanie, taniec, aktywność fizyczną. Tak, żeby nie rosło do poziomu wielkiej bomby, która będzie musiała wybuchnąć wieczorem. 

Jeżeli trudność dziecka związana jest z lękiem przed rozstaniem z rodzicem, to też możemy zadbać o to, żeby bliskości było więcej w ciągu dnia, tak żeby dziecko wieczorem było nią bardziej wysycone.

Do specjalisty

Pisałam to już na tym blogu milion razy, ale ponowie – jeżeli masz jakiekolwiek wątpliwości co do tego czy wszystko ok z zachowaniem twojego dziecka, nie potrafisz rozpoznać skąd się bierze, nie wiesz jak mu pomóc, jest ci z nim trudno, to tak można wtedy iść do specjalisty – psychologa, lekarza pierwszego kontaktu. Jeżeli coś jest na rzeczy oni pokierują Cię dalej, a jeżeli tak, to normalne, rozwojowe zachowanie, to dostaniesz spokój i empatię dla trudu, w którym jesteś

 

post

przecież czytaliśmy książeczki

Jednym z najczęstszych pytań rodziców, kiedy konsultują się w sprawie trudnej adaptacji, które otrzymuje jest “Czemu to tak ciężko idzie, przecież się przygotowywaliśmy, rozmawialiśmy jak będzie i czytaliśmy książeczki?”. No właśnie czemu? Myślę sobie o tym, że do naprawdę sporej części wydarzeń w życiu nie jesteśmy w stanie przygotować się teoretycznie. Przeczytałaś milion blogów i poradników, poszłaś na szkołę rodzenia i co dalej poród nie był łatwy? I pierwsze tygodnia bycia mamą? 

To nie znaczy, że nie warto się przygotowywać do tego, co jest przed nami i że nie warto dziecka wspierać jeszcze przed pójściem do żłobka czy przedszkola. Pewnie, że tak. Ale dobrze jest mieć świadomość tego, że nie ważne ile nie zrobimy przed, nic nie dam nam gwarancji bezproblemowej adaptacji, w której nikomu nie będzie trudno. Gdyby mogło zupełnie nie być trudno, to od sierpnia facebook nie szalałby o tym, jak można wesprzeć dziecko w adaptacji, a połowa moich konsultacji we wrześniu nie dotyczyłaby tego tematu. 

Dlaczego samo przygotowanie do adaptacji nie sprawia, że będzie łatwo?

Po pierwsze dlatego, że nikt z nas nie wie, jak to będzie. I dziecko też nie wie, jak to będzie, niezależnie od ilości przeczytanych książeczek, obejrzanych bajek i wysłuchanym historii. I że potrzebuje czasu na to, żeby odkryć, jak to będzie.

Po drugie, bo podstawą adaptacji jest to czy dziecko nawiąże relację z opiekunem, a tej relacji nie ma najczęściej jak nawiązywać, zanim rozpoczniecie proces adaptacji w w placówce. Na zbudowanie tej relacji potrzeba wspólnie spędzanego czasu i raczej trudno to magicznie przyspieszyć. 

Wreszcie dlatego, że okazuje się że życie całej rodziny się zmienia. I bardzo często wszyscy trochę za tym tęsknią. Bardzo mało jest takich małych dzieci, które gdyby im dać wybór pomaszerują do przedszkola, zamiast zostać z mamą w domu. Dlatego adaptacja do przedszkola to nie tylko czas przyzwyczajania się do nowego, ale żegnania starego. Dla dziecka i dla rodziców. I bywa, że naprawdę trochę go potrzeba, żeby się odnaleźć w nowej w rzeczywistości, opłakując się i rozstając ze starą. 

Żałoba

Czy można się cieszyć na nowe i smucić starym? Cieszyć, że wracam do pracy, ale czuć że tracę czas z dzieckiem? Cieszyć, że idę do kolegów i zabawek, ale tęsknić za rodzicem dostępnym cały czas? Tak rzadko nasze odczucia w stosunku do tego, co nas spotyka są jednorodne i nieskomplikowane. Najczęściej, że pozwolić odejść staremu, potrzebujemy przejść przez żałobę, a najłatwiej przez nią przejść w towarzystwie i pozwalając sobie na nią. 

Więc może wszystkim byłoby łatwiej w tej adaptacji, żeby zamiast się zastanawiać się czemu książeczka nie zadziałała, zastanowić się co mi, rodzicowi, to robi? Z czym się żegnam? Z czym mi trudno? Za czym będę tęsknić? I co się dzieje mojemu dziecku, że mu tak trudno? I może wtedy zrobić miejsce na ten smutek, który nas ogarnia, że nagle codziennie rano się mamy rozstawać, że zrezygnowaliśmy ze starych rytuałów, że w zasadzie całe nasze życie się wywraca właśnie do góry nogami? Zrobić miejsce na to, że to okej, że mi trudno, że dziecku jest trudno i że wszyscy po prostu potrzebujemy czasu. Czasu już w trakcie, a nie tylko przed. 

  • *ale oczywiście, gdy macie wątpliwości, warto szukać pomocy i rzeczy, które ułatwią Wam adaptację 🙂

 Image by  Jim Wellington

 

post

Więcej niż rodzice

Byliśmy na wakacjach i na maleńkiej plaży błyskawicznie poznaliśmy inne dzieci i ich rodziców. Spotkałam się przy tej wodzie z dorosłymi i zaczęliśmy rozmawiać – o temperaturze, zabawkach do pływania, wyborach szkół, żłobków, opiekunek, ile które dziecko spało w nocy. Na początku nie znaliśmy nawet swoich imion, ja byłam mamą Łucji, inni mamą i tatą Jasia czy Małgosi.

Poznaliśmy się od strony „Nie wchodź tak głęboko! Załóż czapkę! Nie jest Ci zimno? Nie, nie możemy zamienić dnia slodyczowego na dzisiaj. Nie bierz tego na rękę. Napij się trochę się wody.” Nie byliśmy jednolici, każdy rodzic stresuje się czymś innym, a na coś innego nie zwraca uwagi.

Aż nagle stało się coś takiego – dzieci posnęły przy ognisku, a rodzice wypili trochę wina i zaczęli rozmawiać. I okazało się, że oprócz bycia rodzicami, jesteśmy ciągle ludźmi. Za murem czapeczek i bidonikow z wodą, wyboru bajek czy zabawek, decyzji odnośnie słodyczy i elektroniki, każdy z nas jest sobą, jakimiś marzeniami i planami, preferencjami, zainteresowaniami i różnymi rzeczami często zawieszonymi na czas „jestem rodzicem małego dziecka”. 

Lubię być w kontakcie z innymi rodzicami, lubię wsparcie, które można z tego czerpać. Ale czasem, kiedy ta relacja opiera się wyłącznie  na „jesteśmy rodzicami”, można poczuć się w niej przerażająco samotnie. I wtedy czuję, że moje serce szuka też głębokich spotkań z drugą osoba, tym kim on jest, czego pragnie, nie tylko czy podejmuje w miarę podobne decyzje wychowawcze albo ma dzieci w podobnym wieku. 

Szukam też tego dla siebie – żeby ktoś mnie widział poza byciem mamą, poza byciem psychologiem, z tym co ja lubię, co mnie wkurza, za czym tęsknię, co nowego odkryłam  na świecie. Ale czasem mam wrażenie, że tak głęboko zakopałam się w mamowości, że sama o tym nie wiem. Dlatego od czasu do czasu zadaję sobie takie pytanie:

Kim jestem, oprócz bycia mamą?

I co będzie potem, kiedy moje dzieci będą mnie mniej potrzebować? 

 

A Ty? Kim Ty jesteś? 

 

post

na boso

Spędziliśmy 4 dni nad jeziorem w lesie sosnowym. Wejście do wody było piaszczyste ze srogą domieszką małych okrągłych kamyczków, polana miała trochę miękkiej trawy, trochę skoszonych ostrych łodyg, gdzieniegdzie połacie gorącego piasku, a bliżej drzew leżało sporo szyszek. Biegaliśmy na boso.

Przypomniało mi się dzieciństwo spędzane w podobnym lesie, kiedy czasem miesiąc chodziliśmy bez butów, zakładając je tylko jak mocno gryzły komary, albo było bardzo zimno. Wędrując z Remikiem między szyszkami, odkryłam że chodzenie na boso to pewna umiejętność, którą mój mózg doskonale pamięta – kiedy raz się tego nauczysz, nie potrzeby, żeby przesadnie angażować myśli wybierając ścieżkę, możesz nawet nie patrzeć pod nogi, bo uczysz się stawiać je delikatniej.

Na boso a w butach

Buty są wielkim dobrodziejstwem cywilizacji, wiadomo. Ale czasem myślę, że to narzędzie takiej cywilizacji, która się za bardzo śpieszy, żeby spojrzeć pod nogi, poczuć gdzie jest i pędzi po rozgrzanym słońcem, betonowym torze. Chodzenie na boso jest na przekór tej kulturze, jest zanurzeniem się w uważności i kontakcie z tym, co mnie otacza, jest niespieszeniem się, wyczuwaniem rozmaitych faktur, temperatur, stopnia wilgotności. 

A my ubieramy te buty na stałe, jakby musiały być przyspawane do nóg, jakby sam dotyk mamy ziemi miał nam kwasem podeszwy wyżerać. Oddzielamy się grubą warstwą od tego wszystkiego dobrego pod naszymi stopami. A potem płacimy gruby hajs za kursy uważności dla siebie i zajęcia integracji sensorycznej dla dzieci.

Co daje chodzenie na boso?

Różne rzeczy mówią i piszą o chodzeniu na boso i nie wiem czy wierzę we wszystkie te magiczne kawałki o energii płynącej z ziemi i uziemianiu się. Pubmed twierdzi, że nie ma powodów, żeby dzieci nie chodziły na boso (chyba, że chcą być sprinterami) i w dużym badaniu w Nowej Zelandii okazało się, że wcale nie miały jakoś znacząco więcej urazów.

Badań nie znalazłam o tym, że chodzenie na boso wspiera rozwój mózgu małych dzieci, ale jest dla mnie logiczne, że tak powinno być, jako że każde odmienne od codzienności doświadczenie to robi. Przekonują mnie też argumenty, że dzieci podczas chodzenia na boso:

  • integrują zmysły,
  • zwiększają świadomość własnego ciała i otoczenia,
  • rozwijają koordynację ruchową i równowagę,
  • budują siłę mięśni,
  • stymulują zmysł prioprocepcji,
  • rozwijają uważność,
  • budują kontakt z przyrodą,
  • wspierają rozwój zdrowej stopy i postawy ciała.

Moje dzieci biegają bez butów, kiedy chcą. Chodzę z moim dwulatkiem i uczę go jak omijać kujące szyszki, jak rozpoznać pokrzywy i mówię “czujesz to trawa? a teraz zobacz jaki ciepły jest piasek”. Daję mu umiejętność chodzenia na boso, która może kiedyś się przydać, a na pewno już dzisiaj dostarcza przyjemności i okazji do rozwoju. A uważności go chyba nie uczę, bo chyba ma jej w sobie więcej niż ja 😉 

 

P.S. Uprzedzający komentarze:

Chcę tym tekstem powiedzieć – pozwólcie dzieciom biegać na boso, jeśli chcą, bo to z korzyścią dla nich. Ale wiem, że są dzieci, które nie chcą i nie lubią i jak będzie się je do tego zmuszać, to ze zmuszania będzie więcej szkody niż z korzyści z biegania na boso.

Plastry i coś do odkażania warto mieć 🙂

Literatura:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC6052583/
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC7202747/

Shed those shoes: Being barefoot benefits brain development and more!


https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC5996942/

Shed those shoes: Being barefoot benefits brain development and more!


https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC5010736/

 

 

 

 

 

post

Czy komputer / telefon niszczy wzrok?

Strach przed tym, że elektronika i ekrany zniszczą dziecięce oczy jest bardzo duży. Bardzo często dostaje feedback od rodziców, że z większością rzeczy odnośnie ekranów mogą się jeszcze zgodzić, ale co ja jak co – oczy ekran niszczy. Wszyscy to wiedzą. Nawet jak się wpisze w google, to google też to wie. Pytanie co wiedzą na ten temat naukowcy i badania.

Badań przybywa, w końcu ekspozycja na ekrany w ostatnich lata znacząco się zwiększyła, więc może być tak, że będę zmuszona kiedyś edytować ten tekst. Póki co – zobaczcie sami i odetchnijcie z ulgą.

„Zniszczysz sobie oczy”

Lęk o to, że coś może uszkodzić ludzkie oczy w ciągu wieków przeskakuje na kolejne zdobycze cywilizacyjne. Wcześniej dotyczył oglądania telewizji (albo oglądania telewizji, ze zbyt bliska), poźniej na ekrany komputerów nakładaliśmy specjalne osłony, które miały nas chronić przed promieniowaniem. A jeszcze wcześniej? Czytanie też miało wykonczyć nasz wzrok. W trakcie jak pojawiały się kolejne rodzaje oświetlenia – ja przypominam sobie, jak wchodził żarówki energooszczędne i LED, za każdym razem ktoś wszczynał alarm, że przez ten nowy pomysł wszyscy oślepniemy. Jestem skłonna się założyć, że jak wymyślono lampę naftową, ludzie też się bali, że to nienaturalne światło zaszkodzi ich zdrowiu.

Niebieskie światło, komputer i smartfon uszkadza oczy – co mówią badania?

Nie ma dowodów na to, że niebieskie światło uszkadza wzrok. Z metaanalizy badań na ten temat wynika, że silna ekspozycja na nie w okresie wielu tygodniu nie wpływa negatywnie na wzrok, nie wiemy natomiast, jaki wpływ ma wieloletnie wystawianie się na działanie niebieskiego światła, stąd zaleca się ostrożność [1]. W 2016 roku przeprowadzono też badanie [2], w oparciu o które sugeruje się, że nawet wyjątkowo długa ekspozycja na błękitne światło nie wpływa negatywnie na wzrok.

W 2020 w Chinach przeprowadzono badanie na prawie 30 000 przedszkolaków [5], było to badanie kwestionariuszowe i informacji udzielali opiekunowie, co nigdy nie daje pełnego obrazu sytuacji, ale wyniki potwierdziły hipotezę, że ekspozycja na ekran poniżej pierwszego roku życia znacząco zwiększa ryzyko krótkowzroczności u przedszkolaków (szczególnie jeśli rodzice cierpieli na krótkowzroczność). Ekspozycja powyżej pierwszego roku życia nie dawała takiej zależności. Ta sama ekipa badaczy podała podobne dane dla astygmatyzmu [6], z tym że tu kluczowe były pierwsze 2 lata życia.  Pokrywa się to z zaleceniami APA, żeby dzieci do drugiego roku życia korzystały w bardzo ograniczonym wymiarze z ekranów (oni wymieniają np. kontakty online z rodziną jako coś z czego nie warto rezygnować).  Warto pamiętać, że choć przeprowadzone badania potwierdziły hipotezy postawione przez badaczy, wymagają ciągle dalszych badań, żeby uprawomocnić ich odkrycia.

Syndrom widzenia komputerowego – kiedy komputer męczy oczy

Syndrom widzenia komputerowego [3] to dolegliwość oczu związana z pracą na komputerze opisana już w latach 90. Występuje on najczęściej u osób, które przez wiele godzin dziennie pracują przy komputerach, szczególnie w warunkach słabego oświetlenia. Najnowsze badania [4] sugerują jednak, że to nie długość czasu spędzanego przed ekranem jest tutaj kluczowa, ale inne predyspozycje (występował np częściej u kobiet i u osób noszących okulary). Nie polega on jednak na uszkodzeniu aparatu wzroku, a dolegliwościach oczu, takich jak łzawanie, wysuszanie się oka, zaburzone widzenie, podrażnienie oczu, zapalenie spojówek, bóle głowy oraz bóle szyi i barków. Aby uchronić się przed syndromem widzenia komputerowego zalecane jest:

  • odpowiednie ustawienie ekranu – 15-20 stopni poniżej poziomu wzroku,
  • odpowiednie ustawienie materiałów dodatkowych – powinny leżeć na biurku, a nie obok ekranu, na tej samej wysokości,
  • odpowiednie oświetlenie – oświetlenie pokoju nie powinno być zbyt jasne, tak żeby uniknąć wpatrywania się w ekran, dlatego warto umiejscowiać go tak, żeby światło słoneczne nie padało na niego oraz korzystać w tym pomieszczaniu z górnego światła o mniejszej mocy, w pomieszczeniu nie powinno też być zupełnie ciemno,
  • odpowiednia pozycja ciała przy pracy – wygodne krzesło, podparte stopy, wyprostowana sylwetka,
  • mruganie – pamiętając o częstym intencjonalnym mruganiu nawilżamy oczy,
  • przerwy dla oczu – co dwie godziny warto zrobić przerwę na minimum 15 minut, co 20 minut patrzeć przez 20 sekund na coś oddalonego o kilka metrów (zasada 20:20:20 zakłada 20 stóp czyli 6 metrów).

Równocześnie po ponad 20 latach prace naukowe na temat syndromu widzenia komputerowego mówią – ciągle nie wiemy jak to działa, dlaczego niektórzy odczuwają dolegliwości, a inni nie. I ostatecznie lądujemy w krainie zdrowego rozsądku – jeżeli bolą Cię oczy po paru godzinach korzystania z komputera czy telefonu, to spróbuj czy pomagają Ci te kroki. Sprawdź czy pomaga Ci, kiedy mniej korzystasz. Ale równocześnie pamiętaj, że dolegliwości oczu nie muszą być spowodowane komputerem, mogą mieć wiele innych przyczyn i jeżeli stają się uciążliwe odwiedzić specjalistę.

Oczy i smartfon

Również korzystając ze smartfona można zadbać o to, żeby jak najmniej obciążało to oczy. Można to zrobić poprzez unikanie sytuacji, które zmuszają do intensywnego wpatrywania się w ekran, a więc dostosowywać jasność ekranu do otoczenia (rozjaśnać przy ciemnym świetle, przyciemniać przy ciemnym), dbać o to czystość ekranu,powiększać drobne elementy i czcionki. Ponadto warto trzymać smartfona nie bezpośrednio przed oczami, ale trochę dalej. Oczywiście także w przypadku korzystania z telefonu korzystne jest dla naszych oczu, jeżeli pamiętamy o regularnych przerwach i częstym mruganiu.

Jeżeli zainteresował Cię ten tekst, może chcesz przeczytać także:

Telewizor, smartfon, komputer i dziecko.

Policjanci i złodzieje

Dinozaur

 

Źródła:

[1] Tosini, G., Ferguson, I. i Tsubota K., Effects of blue light on the circadian system and eye physiology, Molecular Vision, 2016; 22: 61–72.
[2] O’Hagan, J. B.,Khazova, M. i Price, L. A. A., Low-energy light bulbs, computers, tablets and the blue light hazard, Eye, 2016 Feb; 30(2): 230–233.
[4] .Altalhi, A.,Khayyat, Khojah, O., Alsalmi, M. i Almarzouki, H., Computer Vision Syndrome Among Health Sciences Students in Saudi Arabia: Prevalence and Risk Factors, 
 

[5] Gui-You YangLi-Hua HuangKatrina L Schmid i in., Associations Between Screen Exposure in Early Life and Myopia Amongst Chinese Preschoolers,  International Journal of enviromental research and public health, 2020 Feb 20;12(2)

[6] Gui-You Yang, Li-Hua HuangKatrina L. Schmid i in.,  Associations Between Screen Exposure in Early Life and Myopia amongst Chinese Preschoolers,  nt. J. Environ. Res. Public Health 2020, 17(3), 1056.
photo credti: Image by mirkosajkov

 

 

post

Czy konsultacje online mają sens?

Utknęliśmy w domach i okazuje się, że większość usług, z których normalnie korzystaliśmy nie może się odbywać na tych samych zasadach, co dotychczas.  Kiedy proponuję moim klientom przejście na spotkania z psychologiem online, widzę często spory niepokój i dostaję mnóstwo pytań: czy konsultacja psychologiczna on-line nie jest gorsza niż na żywo, jak to się w ogóle odbywa, czy ma jakiś większy sens.

To trudne pytania, ponieważ nie każdemu wszystko pasuje, niektórzy źle się czują w internetowym kontakcie, a inni wręcz przeciwnie. Nie jest tak, że konsultacje dla rodziców on-line zaczęłam robić dopiero teraz, kiedy zmusiła mnie do tego sytuacja, bo wcześniej w tej sposób odbywało się u mnie około 10% spotkań, a to dlatego, że w wielu przypadkach takie konsultacje okazywały się mieć większy sens dla klienta.

Kiedy ludzie decydują się na spotkanie z psychologiem online?

Dzisiaj znaleźliśmy w sytuacji, gdy każdy kto potrzebuje uzyskać pomoc psychologiczną może skorzystać tylko z opcji on-line lub telefonicznej. Wcześniej na praktykę tę decydowały się osoby, które miały daleko do mojego gabinetu, nie pozwalał im na to stan zdrowia, chciały uniknąć stania w korkach, potrzebowały nietypowej pory do odbycia konsultacji albo miały w domu bardzo małe dziecko, z którym nie chciały podróżować. Powodów było naprawdę bardzo wiele i tak, konsultacje on-line były powszechną praktyką, zanim wszyscy utknęliśmy w domach.

Konsultacja z psychologiem on-line – jak to wygląda?

Konsultacja psychologiczna on-line wygląda bardzo podobnie, to znaczy – rozmawiamy.  Przed spotkaniem internetowym proszę o przelanie pieniędzy na mój numer konta i wysłanie mi dowodu wpłaty. O umówionej porze łączymy się w wybrany przez Ciebie sposób – Skype, Whats app, Messenger.

Jak przygotować się do konsultacji on-line?

Sprawdź czy działa Ci sprzęt i wiesz jak się połączyć. Znajdź sobie spokojne i wygodne miejsce. Zadbaj też o swoją prywatność, aby móc swobodnie rozmawiać. Znajdź opiekę dla dziecka, na czas, kiedy będziesz rozmawiać – nie jest dobrym pomysłem, żeby słuchało o Twoich trudnościach, ani jak o nim opowiadasz. Te dwa ostatnie punkty mogą być trochę kłopotliwe w obcej sytuacji, ja często chodzę rozmawiać do samochodu, żeby dzieci nie pukały mi do drzwi.

Czy konsultacja on-line jest gorsza niż na żywo?

Mówi się czasem, że spotkanie on-line nie daje takich samych możliwości jak spotkanie na żywo, że ciężej na przykład czytać mowę ciała, że mniej jest takiego bezpośredniego kontaktu. Na szczęście z pomocą przychodzą nam nowe kanały komunikacji i dobrej jakości połączenia wideo, na których widzimy siebie, swoje twarze, swoją mimikę, ale też dobrze słychać melodię głosu. Dlatego konsultacje online wcale nie muszą być gorsze niż to, co dzieje się na żywo, w gabinecie.

Istnieją nurty terapii, w których praca jest mocno oparta o to, co może się zadziać w przestrzeni gabinetu psychologicznego – nurty, które wykorzystują pracę z ciałem albo z konkretnymi pomocami. Dla mnie ten problem jest dużo mniejszy, ponieważ konsultacje dla rodziców, które prowadzę opierają się głównie o rozmowę, dlatego wszystko to, co działoby się na żywo, możemy zrobić online.

 

 

 

post

Dentysta i strach

Pierwsze wizyty u dentysty były trudne i Łu nie chciała otworzyć buzi. Pamiętam jak zapłaciłam, przytuliłam, powiedziałam że jest ok, zakodowałam, że przed południem to zły czas, bo ona się lepiej czuje wieczorem i pooddychałam, żeby nie panikować, że już nigdy nie zrobimy tych zębów. 

Potem było spoko, przychodziłyśmy, robiłyśmy po jednym zębie, Łucja dostawała zabawkę i wychodziła zadowolona. 

Dzisiaj jechałam na luzie, bo przecież już miałyśmy doświadczenie. Jak usiadła na mnie, poczułam jak się spina, objęłam ją i czułam pod dłonią łopoczące serduszko. 

  • – Coś się stało? Ciałko Ci się spięło?
  • – Boję się. 
  • – Ok, to ok się bać. Ludzie często się boją u lekarzy. 
  • – No ale się boję.
  • – Czego? 
  • – Nie wiem…
  • – Myślisz sobie coś czy ciałko się boi?
  • – No. Ciałko. 
  • -. Ok Czasem tak jest, że nawet jak głową się wie, że – nie trzeba się bać, to ciałko i tak się boi. 
  • -Mhm. – mówi Łu, jej serduszko ciągle bije mega szybko
  • –  Agdzie w środku się boisz? – pokazuje mi palcem na brzuch
  • – Ok. To może trochę uspokoimy ten strach? – Weźmiesz głęboki oddech noskiem? – bierze – a możesz teraz go wysłać i ciepło do tego miejsca? Może zrobi mu się lepiej? 
  • – Mhm.
  • – Jeszcze raz?
  • – Mhm… – robi kilka wdechów i powoli wypuszcza powietrze. 
  • – Lepiej?
  • – Tak. Mamo. Boję się przez ten płyn. – pokazuje na psikacz, którym przed chwilą dentysta czyścił przyrządy. 
  • – Ach, to nie jest nic złego, ten płyn zabija bakterie i wirusy, żeby narzędzia były czyste.
  • – On robi, że się boję. – olśniewa mnie wtedy. Przypomina mi się jak od feralnego pobrania krwi, gdy miała rok, bała się przychodni i jak już zaczęła mówić, to mówiła, że to przez to, jak tam pachnie.
  • – Chodzi o zapach? 
  • -! Tak 
  • – Ok. Kojarzy Ci się z pobieraniem krwi, co?
  • – Tak Ono bardzo boli, strasznie mnie bolała ręka.
  • – No to na szczęście dzisiaj tego nie robimy. U dentysty jest trochę łatwiej, nie?
  • -. Tak – czuję, że już się rozluźniła i jej serce bije wolniej. – ale jeszcze trochę się boję.
  • – Ok. Pomoże Ci jak będziesz pamiętać, że jak Cię zaboli, to podniesiesz rękę i pan przestanie?
  • – Albo jak mi będzie bardzo nie miło.
  • – Dobra – śmieje się dentysta i nawet zapomina o gadaniu o zabawce, która według niego jest najwyższą dziecięcą motywacją. 

Strach nie siedzi w głowie i rzadko można mu coś wytłumaczyć. Można go usłyszeć, zrozumieć i przytulić, można złapać do niego dystans. Rzadko budzą go „racjonalne argumenty”, częściej są to rzeczy, których inni mogą nie zauważyć – zapach, obraz, dźwięk, jakąś z pozoru błaha rzecz, która alarmuje mózg. 

A  kiedy ma się sześć lat, to może być duży alarm i właśnie wtedy potrzeba kogoś, kto pomoże sobie z tym poradzić, kogoś kto sam jest spokojny. Mi w tym spokoju pomaga skupienie się na tej chwili, nieprzejmowanie się co myśli dentysta, niemyślenie co-będzie-jak-się-nie-uda i wiara w to, że ona serio chce to ogarnąć, tylko po prostu się boi. I piękne doświadczenia tego ile razy ten strach przekroczyłyśmy. Czasem myślę o dniu, w którym pierwszy raz weszła na skałkę do wspinania w parku i o jej zadowolonej minie. I krok po kroku idziemy do przodu. 

post

O proszeniu

Mój półtoraroczny synek jeszcze nie gada, potrafi powiedzieć dużo różnych słów i łączyć je w jakąś sensowną całość, ale nie mówi, tak żeby wszystko powiedzieć. Nie znaczy to, że nie komunikuje. Bardzo dokładnie potrafi pokazać co chce i czego potrzebuje, całymi dniami, co chwilę, kieruje do mnie swoje prośby. O to, żeby mu coś podać, żeby pomóc mu skakać ze stołu, żeby iść na spacer albo usiąść z nim i oglądać książkę. Kiedy kładziemy się do snu bierze moją rękę, żeby głaskać go po głowie albo uciskać mu stopy i łydki. Jest w tym magia dziecięcego zaufania, że wszyscy my, w jego otoczeniu, spełnimy jego prośby.

 

Patrzę ze wzruszeniem, kiedy z pewnością i jasnością demonstruje do granic upierdliwości kolejne prośby. Bez lęku, bez wahania, z jakimś takim oczywistym przekonaniem, że o wszystko można prosić. Zastanawiam się jak my, dorośli to straciliśmy i ile wysiłku czasem musimy wkładać, żeby nauczyć się prosić na nowo, żeby uwierzyć, że współzależność to piękny pomysł na życie i nie bać się odmowy, nie myśleć, że nie dajemy rady, albo nie jesteśmy warci pomocy. Myślę o tym, jak w życiu krok po kroku kolejne bolesne doświadczenia potrafią nam tę umiejętność odbierać i  jak jesteśmy karmieni milionem zupełnie nam nie pomagających przekonań o tym, że dorosły człowiek radzi sobie sam, że jak prosi to sobie nie radzi, że na pomoc trzeba zasłużyć albo ją odpracować co najmniej dozgonną wdzięcznością. A on potrafi bez tego, potrafi żyć w nieustannym poczuciu, że prosić można zawsze. 

 

Często słyszę, że świat jest ciężki i nie ma co dzieci pod kloszem trzymać, lepiej niech się przyzwyczają za wczasu do tych rozczarowań i tego, że nikt się z nimi nie będzie cackał.

 

Przychodzą mi wtedy do głowy przypowieści Jezusa o proszeniu i szukaniu, biblijne stwierdzenie „nie dostajecie, bo nie prosicie”. Mam też taką myśl, że jak ktoś potrafi prosić to na pewno spotka się z odmową, ale jest wtedy i tak dużo większa szansa, że ktoś mu w końcu jednak pomoże. I że teraz, dzisiaj, odpowiadając na te wszystkie cudaczne pomysły, ale też tak zwane „prawdziwe potrzeby” moich dzieci uczę je tego, że proszenie ma sens. Uczę ich samodzielności największej z możliwych, bo tej opartej nie na samotności, ale na współzależności, w której można czerpać z sił, wiedzy i umiejętności całej wspólnoty, a nie jedynie własnych. Uczę ich tego, że są ważni, cenni i że mogą być wysłuchani, mogą szukać pomocy tak długo aż znajdą. Ale też brania odpowiedzialności za samych siebie, w taki sposób, że sprawdzają czego im trzeba i szukają kto może im w tym pomóc.

 

Już teraz widzę, że potrafią sobie radzić, kiedy nie ma mnie w pobliżu i wierzę, że kiedyś jak pójdą sobie w świat, to będą potrafili lepiej niż ja dbać o siebie i prosić o pomoc, bez wstydu, ale też z większym marginesem na przyjęcie odmowy, bo przecież będą wiedzieli, że pomoc łatwo dostać i że ktoś im w końcu ją da. Więc głaszczę małą główkę, naprawiam dwudziesty raz połamaną zabawkę, szyję sukienki dla Barbie, pomagam szukać zaginionych przedmiotów i wysłuchuje dziecięcych dramatów – tych opowiadanych przez elokwentną sześciolatkę i tych składających się z pojedynczych słów i pokazywania palcem. A kiedy nie mam już sił, próbuje mówić, że chciałabym pomóc,ale trochę później. A potem patrząc na ich odwagę w proszeniu sama piszę – czy chciałbyś mi pomóc?