post

Siatki centylowe i masa ciała. Ile powinno ważyć dziecko?

Prawie każdy rodzic przeżywa trudne chwile związane z masą ciała swojego dziecka, niemal zawsze uważa się, że jest ona za mała albo za duża. Większość nie jest też zadowolona z tego ile dziecko je – wystarczy powiedzieć, że to jest jeden z częstszych powodów konsultacji rodziców ze specjalistami.

Najgorsze jednak dla mnie jest to, że nawet kiedy rodzic, wychowany w takiej kulturze podejmuje w sobie ogromny wysiłek, żeby nie poddawać się ogólno panującej panice dotyczącej masy ciała swojego dziecka, to i tak go postraszą. Że dziadkowie zawsze bardzo przeżywają temat to wiadomo. Ale gorzej jak przychodzi się do lekarza i słyszy się, że dziecko jest za chude, że może trzeba zacząć dokarmiać, że coś trzeba robić, a nie ma do tego podstaw albo pani korzysta z jakiejś dziwnej siatki centylowej.

Musimy przyjrzeć się wadze dziecka!

Pierwsze moje dziecko było zawsze szczuplusie i drobniutkie, jadło jak ptaszek i przez pięć lat jej życia, gryząc z wargi z niepokoju przekopywałam się przez informacje, pomysły i magiczne sposoby. Drugie moje dziecko, choć urodziło się 300g cięższe, już teraz waży tyle co Łucja na rok i co chwilę krzyczy, żeby wręczać mu coś do jedzenia, więc oddychałam z ulgą, że w tym temacie tym razem spokojnie będzie.

W zeszłym tygodniu zważyliśmy się przed szczepieniem i zostaliśmy z wynikiem wezwani z powrotem do pani doktor. Weszłam z lekkim rozbawieniem myśląc “Ale że co? Ten za gruby?”. I usłyszałam, że to wcale nie wygląda różowo, że musimy się przyjrzeć wadze dziecka, bo on dobrze wygląda ale waży za mało, tutaj na siatce centylowej to jest na samym dole i może trzeba będzie zwiększyć kaloryczność posiłków.

Co to jest siatka centylowa?

Siatka centylowa jest to taki wykres, który sprawdza jak waga, wzrost, obwód głowy, BMI dziecka ma się do większości innych dzieci w populacji. Tyle. Kiedy istnieją duże rozbieżności może to być przesłanką do tego, żeby sprawdzać czy wszystko zdrowotnie jest okej. Ale:

Siatka centylowa nie mówi o tym czy dziecko jest zdrowe – niska albo wysoka masa ciała może być pierwszym znakiem tego, że dziecko ma jakieś ukryte problemy zdrowotne i obserwuje się ją, ponieważ jest najbardziej widoczna. Więc kiedy dziecko znacznie odbiega od większości populacji to sprawdza się najczęstsze medyczne przyczyny. Nie jest tak, że kiedy dziecko jest poza siatką to na pewno jest chore.

Waga dziecka a siatki centylowe

Najczęściej (nad)używaną siatką centylową jest ta mówiąca o masie ciała dziecka. Sami pomyślcie ile razy ważyliście swoje dziecko a ile mierzyliście mu obwód głowy, a przecież mały lub duży obwód głowy też może (nie musi) być pierwszy widocznym znakiem choroby.

Siatek centylowych jest bardzo wiele i różnią się one między sobą. Bardzo ważne jest, żeby pamiętać, że większość dostępnych siatek centylowych powstała w oparciu o dzieci karmione mlekiem modyfikowanym, więc i u takich dzieci powinna być stosowana. U dzieci karmionych mlekiem matki jest inna dynamika przyrostu masy ciała i często obserwuje się u nich “spadek” w siatce centylowej, właśnie przez to, że stosuje się nieodpowiednie siatki.

Siatka centylowa – jak wybrać i jak czytać?

W naszej przychodni małemu wyszło, że jest w 3-10 centylu wagowo. Pani korzystała z siatki kółeczka, reklamowej, dostarczonej przez producenta mleka. Na siatce w książeczce zdrowia (w różnych książeczkach są różne) był zaraz za 50 centylem, natomiast na siatce WHO dla dzieci karmionych piersią w połowie przedziału 50-85 centyla. I teraz uwaga: żaden z tych wyników nie oznacza, że jest jakikolwiek powód do niepokoju.

Siatka centylowa ma za zadanie ułatwiać obserwacje zmian w masie ciała, co oznacza, że powodem do obaw może być kiedy dziecko przesuwa się w przedziałach centylowych, w dodatku sporo i nagle. Jeżeli dziecko zawsze jest w tym nieszczęsnym trzecim centylu i zawsze było to nie powinno to być przesłanką do jakiegokolwiek niepokoju. To znaczy, że to dziecko jest drobne. Jeżeli jest powyżej 85 centyla to też nie jest powód do niepokoju. To nie jest tak, że 50 centyl to jest ideał do którego się dąży, bo to tak jakby oczekiwać, że wszyscy ludzie będą mieli określoną wysokość np 170cm.

Ale jeżeli źle wybierzemy siatkę to może się okazać, że dziecko:

nagle w niej spadło czy w ogóle się w niej nie mieści

Dlatego tak ważne jest, żeby korzystać z odpowiedniej siatki centylowej i szczerze polecam patrz na siatki centylowe WHO o TUTAJ, bo szkoda Twoich nerwów.

Kiedy dziecko trzeba dokarmiać?

Pani doktor w oparciu o nieodpowiednią siatkę zasugerowała, że być może trzeba będzie zwiększyć kaloryczność posiłków. Bardzo częstym rozwiązaniem proponowanym przez lekarzy jest dokarmianie dziecka mlekiem modyfikowanym. Jest to rażący błąd ponieważ to mleko matki jest najbardziej odżywcze. Jedynymi przypadkami kiedy jest taka zmiana jest odpowiednia są takie, kiedy dziecko z jakiś powodów nie trawi mleka matki (to są bardzo rzadkie przypadki) albo matka ma problemy z wykarmieniem dziecka (i to też są dość rzadkie przypadki). W tym drugim przypadku w pierwszej kolejności warto skonsultować się z dobrym doradcą laktacyjnym.

Więc jeżeli jesteś mamą, która chce karmić piersią i ma pokarm i słyszy, że dziecko trzeba dokarmiać mlekiem modyfikowanym i wniosek ten wyciągnięto tylko w oparciu o siatkę centylową (szczególnie inną niż dla dzieci karmionych piersią) to wiedz, że jest to koszmarna bzdura.

Zwiększenie kaloryczności posiłków

Chciałam jeszcze tylko dodać, że zwiększanie kaloryczności posiłków nie bardzo ma sens. Dziecko nie zmuszane (a zmuszane najczęściej też) je mniej więcej tyle ile chce. I jak zwiększa mu się kaloryczność to ono szybko je mniej, bo dostaje te kalorie w mniejszej objętościowo ilości. Taki psikus. Jedyny efekt jest taki, że zwiększając kaloryczność (na przykład dodając tłuszczu do owsianki) zmniejszamy gęstość odżywczą pokarmu, czyli że w tej samej kalorycznie porcji będzie mniej składników odżywczych. Czyli w skrócie że dziecko zje mniej wartościowych rzeczy, za to zje ten tłuszcz, co mu do owsianki wsadziliście.


Nie zajmuje się tematem jedzenia ani karmienia na co dzień i nie przyszło mi do głowy, aby o tym pisać. Ale jak mi pani doktor swoje wnioski przedstawiła, to pomyślałam, że o tym trzeba napisać w jak największej ilości miejsc skoro wciąż to są nieoczywiste rzeczy. Zgłębiać temat proponuję od ludzi, którzy się specjalizują w temacie:

Hafija o karmieniu piersią
Zuzanna Antecka o żywieniu dzieci
Magdalena Komsta o siatkach, normach i rośnięciu.

Warto też przeczytać książkę “Moje dziecko nie chce jeść” Carlosa Gonzalesa i dobrze to zrobić jeszcze zanim w ogóle masz dziecko.

Siatki centylowe WHO:

Siatki centylowe masy ciała dla dziewczynek 0-5 lat 

Siatki centylowe masy ciała chłopców 0-5 lat

Źródła:

  1. Carlos Gonzales, Moje dziecko nie chce jeść, Mamania.
  2. Jack Newman, Breastfeeding. Empowering parents. International Breastfeeding Centre.
post

Granie w gry uczy myśleć na metapoziomie i planować samorozwój

Kto grał kiedyś w gry z gatunku RPG to wie, że jedną z charakterystycznych dla nich cech jest rozbudowywanie bohatera. Częścią gry jest nie tylko akcja, ale też zaplanowane rozwijanie pewnych umiejętności u swojej postaci, tak żeby odpowiadał preferencjom gracza albo żeby mógł wykonać konkretną misję. Z reguły ścieżek rozwoju jest kilka i rzadko można zdobyć wszystkie umiejętności na raz. Kiedy gracz zatrzymuje na chwilę akcję i przygląda się swojej postaci, następuje taki moment na poziomie meta – decydowania na co chcę wykorzystać zasoby (punkty doświadczenia albo pieniądze), kim moja postać ma być, co chcę żeby osiągnęła.

Granie w gry a myślenie na metapoziomie

 Jordan Shapiro pisze o tym, że granie w gry wspiera kształtowanie się takiej właśnie umiejętności metapoznania czy wewnętrznego wglądu. Można powiedzieć, że powtarzalne przechodzenie przez ten proces wytwarza w głowie gracza procedurę , którą potem przenosi do codziennego funkcjonowania – zatrzymaj się, sprawdź co masz, zastanów jak to wykorzystać i co chcesz osiągnąć.
Żyjemy dzisiaj, w Polsce, w świecie dobrobytu, ale i dużych oczekiwań, takim w którym najczęściej nie chcemy po prostu przetrwać, ale czegoś więcej. W czasach, kiedy tak ważny jest dla nas samorozwój, taki wgląd to jedna z najważniejszych życiowych umiejętności. Umożliwia planowanie rozwoju i osiąganie celów, ale przede wszystkim pozwala na to, że nie biegać w kółko siekając na oślep wszystkie napotkane potwory. Sprawia, że sprawdza się czy to co się robi ma sens, czy nie jest marnotrawieniem zasobów, czy prowadzi w takim kierunku, jakby się chciało. 

Granie w gry a planowanie samorozwoju

Moim zdaniem wybory i dylematy przed, którymi staje się grając w gry są bardzo podobne do tych, które napotyka się podczas rozwoju zawodowego, ale też osobistego, na przykład:
  1. Podczas grania w gry zdarza się, że ktoś chce wybrać wszystkie umiejętności na podstawowym poziomie, zamiast zacząć się specjalizować w jednej lub kilku i najczęściej okazuje się, wtedy, że to nie jest dobra strategia i że bez wyspecjalizowanych mocy trudno w pewnym momencie iść dalej.

2. Może być też tak, że utknie się w miejscu i nie ma zasobów na to, żeby dalej się rozwijać. Czasami jest możliwość zdobycia następnego poziomu, żeby je zdobyć jeśli się więcej „ćwiczy”. A czasem trzeba zrezygnować z kupowania droższych, następnych poziomów wybranej specjalności i zacząć rozwijać inną, na którą ma się zasoby i dopiero dzięki temu można posuwać się dalej.

3. Każdy najchętniej korzysta z najbardziej zaawansowanych umiejętności i mocy, ale żeby je zdobyć trzeba zaplanować optymalną drogę do nich, która bardzo rzadko jest prosta, bo na przykład jeśli inwestuje się tylko w sztuki walki, może się okazać, że ciężko o pieniądze. Często konieczne jest ustalenie małych kroków, które doprowadzą postać na szczyt.


Może chcesz też przeczytać czego NIE robi granie w gry.

post

Rosół

Moja mama nie przekazała mi jedynego słusznego sposobu na rosół. Jak byłam mała to gotowała taki bardzo prosty i delikatny  na piersi z kurczaka. Ja swoje gotowanie zaczęłam bez przekonań na temat tego, jak powinien wyglądać PRAWDZIWY rosół (tymbardziej, że miałam dłuższy wegetariański okres).
Dzisiaj moje rosoły w ogóle nie przypominają rosołów mojej mamy. Ale ona nauczyła mnie czegoś ważnego – odwagi że zupa powstaje jak się wrzuci różne rzeczy do wody i doda przypraw. Resztę wzięłam od różnych napotkanych po drodze osób. Moja współlokatorka nauczyła mnie przypalać cebulę na gazie, a babcia używać dużo świeżego lubczyku.  Ktoś, nie pamiętam kto, że lepiej żeby selera było ze 2 razy więcej niż pietruszki.  Daję kurkumę i kardamon, dzięki znajomości z kimś kto ma swoje korzenie daleko na wschodzie. Bartek mówił zawsze „gotuj długo i na małym gazie”.
Dziś jest taki ponury dzień, Łucja zaszyła się pod kocem a Remik uparcie wisi w chuście. Słuchamy Toma Waitsa i Jeffa Buckleya i gotujemy rosół. Kiedy wrzucam kolejne składniki moje myśli wędrują do osób , które pokazały mi jak ich używać. Większość z nich nie uczestniczy teraz w moim życiu i kiedyś było mi ciężko z tym. Miałam jakieś takie przeświadczenie, że jak relacja jest dobra i udana to zostaje na zawsze.  I że „dobra” relacja rozpada się jak wydarzy się coś spektakularnego, czyli krótko mówiąc albo ktoś umrze albo ktoś da dupy.
Kiedy nazywam je głośno brzmi śmiesznie, ale nie jest takie. Przynosi dużo poczucia winy i obwiniania siebie albo drugiego. Dzisiaj coraz częściej dodaje moje składniki do rosołu z wdzięcznością i spokojem, że relacje nie muszą trwać określoną ilość. Że drogi mogą rozchodzić się bez bólu i bez winy. A rosół i tak jest na koniec dobry i mój.
post

To Twoja wina!

Ostatnio ciągle była nasza wina. Jak potknęła się na zabawce, to moja że nie sprzątnęłam. Jak upuściła wielki szpital LEGO , to z jakiegoś powodu taty. Jak wylała wodę, to dlatego że jej dałam w przezroczystej szklance. I tak dalej i w kółko piskliwy krzyk „to Twoja wina!”. Raz, drugi i piąty się wkurzałam, aż w końcu przypomniałam sobie, że jestem psychologiem i że wypadałoby zrozumieć i już zaraz potem, że jestem rodzicem i że chcę zrozumieć.

Obwinianie pozwala pozbyć się napięcia

Brene Brown mówi, że obwinianie innych sprawia, że możemy pozbyć się napięciaTu jest taki fajny filmik na youtube, krótki, zabawny i pokazujący jak to działa. Niektórzy robią to nagminnie, inni rzadziej, ale obwinianie sprawia, że czujemy się trochę lepiej w sytuacjach, kiedy już mleko się rozleje. Jest więc pewna strategią radzenia sobie z trudnymi emocjami, może nie za fajną, ale moje dziecko miewało jeszcze mniej przyjazne. Trochę mi pomaga, jak pomyślę, że dziś wybrała tę, a nie którąś z wielkiego pudła tych, na które reaguję wybitnie alergicznie. Łatwiej mi też, kiedy uzmysławiam sobie, że to jest jakiś krok do przodu, co wiąże się z tym, że…

To jest rozwojowe

Ciągle mam tak, że często wydaje mi się, że jakieś rzeczy które moje dziecko robi są bardzo unikalne i że to jest jakiś nasz „problem”, a potem się okazuje że to jest zupełnie normalne. I nieodmiennie bywam zdziwiona, że dużo (albo nawet większość dzieci) tak robi w pewnym momencie swojego życia, a potem im to samo przechodzi. Wiecie, jak z wchodzeniem w kałuże. No i jakie było zdziwienie, gdy po weekendzie, po którym byliśmy mocno zmęczeni natężeniem zarzutów Łucji odnośnie tego, co jest naszą winą, odkryliśmy post Bliskiego Miejsca większość 5.5-6.5 latków tak robi. A potem pojawiły się w głowie dwa potężne w kojeniu serca rodzica czasowniki – to normalne i to mija.

Ty to zrobiłeś, więc ty to posprzątasz!

Mówicie tak? Ja czasem tak. Ostateczny argument, który miesza poczucie winy z odpowiedzialnością, a często podawany jest jako przykład naturalnej konsekwencji, ale nią nie jest. Naturalną konsekwencją rozlania wody, jest to że jest ona rozlana, a nie to, że trzeba ją powycierać. Olśniło mnie, kiedy rozmawiając z Łucja usłyszałam, że to taty wina, że LEGO się rozpadło WIĘC on musi odbudować. Ty to zrobiłeś więc ty to posprzątasz to nie jest nauka brania odpowiedzialności, tylko obwiniania. I pomysłu, że ten kto jest winien ten ma naprawiać, który potem bardzo komplikuje w relacjach.
Usłyszałam też, że za tym „Twoja wina” kryje się u mojego dziecka prośba o pomoc.

A odpowiedzialność?

Może czytając poprzedni akapit przeszedł Cię zimny dreszcz, że to jest właśnie prosta droga, do tego, żeby dziecko wyrosło na kogoś, kto nie chce brać odpowiedzialności, za różne rzeczy.  Ja myślę, że jest na odwrót. Odpowiedzialność nie bierze się z poczucia winy, tylko z decyzji, że ja chce ją przyjąć, np chce naprawić coś albo chce się komuś pomóc.
To właśnie obwinianie sprzyja temu, że zamiast koncentrować się na tym, co można zrobić próbujemy wrzucić winę na inną osobę. I że dopiero jak ustalimy czyja to wina, to ona będzie to robić. Branie odpowiedzialności za to często bierze się z empatii, że widzę drugiego człowieka i chcę coś zrobić dla niego.

Co robię, kiedy słyszę że znowu jest moja wina?

Ja jak słyszę, że moja wina to mam ochotę eksplodować i czuję napięcie w rękach i nogach. To jest dla mnie sygnał, że to nie jest dobry moment na gadanie, więc biorę parę głębokich wdechów i skupiam się na tych wszystkich myślach, o których pisałam.
  1. Dzieci tak mają.
  2. To normalne.
  3. To minie.
  4. To nie o mnie, tylko o jej napięciu.
A jak już się uspokoję, to robię różnie. Jak to jest coś małego, co szybko się da rozwiązać to pytam „Chciałbyś, żeby Ci z tym pomóc?”.
Czasem jak widzę, że się uda to obracam wszystko w żart, tak żeby to śmiech rozładował napięcie. Teatralnie przepraszam i mówię że rzeczywiście to jest absolutnie i zupełnie moja wina , że siedząc w drugim pokoju nie domyśliłam się, że coś tam o nie pomogłam. A i jeszcze muszę jej wyznać, że przeze mnie dziś nie pojedziemy pod namiot , bo jest zima. Albo coś takiego. Przenosimy to obwinianie na poziom meta i robimy z niego teatr, spełnia swoją rolę oczyszczania z emocji, ale bez niszczenia relacji.
Ale najczęściej robię najoczywistsze i najłatwiejsze, sięgam po empatię. Przytulam, słucham, słucham smutku, słucham złości i mówię, że też mi przykro że się zniszczyło. Nie mówię, że jakbyś nie kładła na środki podłogi to by się nie stało.
A czasem to w ogóle, okazuje się że też mi nerwy puszczają, wykrzykuje że chyba na mózg jej padło i wychodzę z pokoju. 😁
post

Telewizor, smartfon, komputer i dziecko.

Wkurzam się. Jak widzę kolejne pojawiające się masowo na fejsbuku informacje straszące rodziców o tym, jak kontakt z telewizorem, komputerem i tabletem może zaszkodzić dzieciom. Najczęściej nie są one w żaden sposób poparte stanem współczesnej wiedzy, a wręcz im zaprzeczają. Plan jest taki, że napiszę o tym więcej i bardziej szczegółowo, ale dziś krótko o tym, czego waszemu dziecku NIE ZROBI komputer ani tablet.

MIT 1. Telewizor, smartfon, komputer i tablet uzależnia jak heroina.

Heroina uzależnia jak heroina. I już samo to nie jest tak oczywiste, jak przywykliśmy myśleć (jeśli kogoś to interesuje, to polecam posłuchać lub poczytać pana, który nazywa się Johann Hari ). Sam pomysł tego, że rzeczy uzależniają nas same z siebie przez to, że się z nimi zetkniemy, a my jesteśmy bezwolni w tym, wymaga weryfikacji.

To co najczęściej mają autorzy takich zdań na myśli to prawdopodobnie to, że różne rzeczy lub aktywności sprawiają nam przyjemność (lub że wpływają na mózgowy układ nagrody i kary). Ale nie jest to TAKIE SAMO oddziaływanie na mózg jak heroiny. Badacze gier komputerowych Markey i Fergusson wykazali w 2017, że granie  w gry podnosi poziom dopaminy w mózgu mniej więcej tak wysoko jak zjedzenie lodów albo kawałka pizzy, czyli o wiele, wiele mniej niż narkotyki. (Za: Peter Gray TU) Ale jak już koniecznie chcemy się trzymać tego niezbyt rzetelnego naukowo przykładu, to mam złą wiadomość – zgodnie z tą logiką wszystkie miłe rzeczy uzależniają jak heroina. Smaczne jedzenie, spacery w lesie, budowanie z klocków lego i przytulanie.

Więc nie. Ani telewizor ani smartfon ani komputer ani tablet NIE uzależnia jak heroina. I w ogóle nie uzależnia sam w sobie.

MIT 2 Tablet i smartfon upośledza motorykę małą.

Prawdą jest, że kiedy dziecko korzysta z tabletu i smartfona to ćwiczy motorykę małą w inny sposób niż na przykład podczas rysowania czy zabaw koralikami. Dziecko nie ćwiczy jej w przypadku miliona innych czynności – na przykład jak kopie w piłkę, spaceruje, słucha jak ktoś czyta mu bajki. To, że dziecko korzysta z elektroniki nie wpływa destrukcyjnie na umiejętności, które posiada albo które może opanować, co najwyżej sprawia, że w tej chwili ich nie ćwiczy lub robi to w inny sposób. Dziecko, które w ogóle nie korzysta z tabletu też może mieć problemy z motoryką, jeśli nie będzie wykonywało aktywności, które to ćwiczą albo ma takie a nie inne wrodzone predyspozycje. Rozwiązaniem jest proponowanie dziecku aktywności wspierających rozwój motoryki, a nie odbieranie mu dostępu do elektroniki.

MIT 3 Granie w gry wyłącza płaty czołowe ( i dzieci jeszcze przez 2 godziny się nie uczą).

 

Grając w gry dzieci uczą się bardzo dużo i nie jest to moja opinia, ale bardzo dobrze przebadana informacja (będę o tym więcej pisać, ale jak ktoś chce teraz już to polecam teksty Petera Graya, które zawsze mają bezpośrednie odnośniki do badań).

Pod magicznym określeniem wyłączenia płatów czołowych nie kryje się to, że dziecku przestaje nagle działać mózg, tylko jak przypuszczam, że przechodzi ono w tryb walki i ucieczki. Dzieje się tak, gdy czuje się ono zagrożone i w niebezpieczeństwie, więc może to się zdarzyć w przypadku grania w niektóre gry, szczególnie te niedostosowane do wieku. Bycie w trybie walki i ucieczki nie jest przyjemne i większość ludzi nie wybrałoby tego, choć w pewnych sytuacjach może się tak zdarzyć i dotyczy to osób, które przebywają w nim permanentnie. Dziecko raczej nie powinno dążyć do takiej sytuacji.

Cała prawda jaka ukryta jest w tym zdaniu jest taka, że gry czasem mogą uruchamiać u dzieci ten tryb, a najsensowniejszy wniosek z tego płynący jest taki, że rodzice powinni mieć sprawdzać w co ich dzieci grają i jak się z tym czują, a najlepiej poświęcić czas na wspólne granie. 

(Przy okazji optymalne dla uczenia się jest bycie w stanie delikatnego pobudzenia, ale nawet przy “wyłączonych płatach czołowych” człowiek może się uczyć, tylko na ogół nie ma dostępu do tej wiedzy poza tym stanem.)

MIT 4 Telewizja, komputer, tablet i smartfon sprawiają, że dzieci są mniej empatyczne, mniej kreatywne i mniej sprawne fizycznie (i cokolwiek jeszcze chcecie dodać).

Większość badań, na które powołują się osoby przedstawiające takie wnioski to badania korelacyjne, czyli że badani sprawdzali ile (według wypowiedzi rodziców) dzieci spędzają przed ekranem dziennie i mierzyli potem poziom jakiejś cechy u nich. Widzicie problem?

Po pierwsze może być tak, że dzieci posiadające określone cechy chętniej wybierają aktywności przed ekranem. Prawdopodobnie, gdyby zrobić analogicznie z godzinami rysowania, to też by się okazało że im więcej dziecko rysuje tym jest mniej sprawne fizycznie.

Po drugie, tego typu badania są bardzo wrażliwe na skrajności. Czyli, że na ich wynik wpływa to, że są dzieci zaniedbane albo z problemami, które rozwiązują spędzaniem przed ekranem 10 godzin dziennie i te dzieci po pierwsze mają już pewne trudności, po drugie wyłączne spędzanie czasu przed komputerem czy telewizorem sprawia, że nie mają one różnorodnych aktywności wspierających rozwój. To bezdyskusyjnie nie jest zdrowa sytuacja dla dziecka. Ale jak się ją wrzuci do badań i uśredni to wychodzi, że im więcej dziecko korzysta z telefonu czy komputera, tym jest dla niego gorzej, co nie jest zgodne prawdą.

Znowu, podobnie jak w przypadku motoryki małej kluczem nie jest to, żeby dziecko nie spędzało czasu w ten sposób, ale żeby miało bogactwo i różnorodność aktywności, z których może wybierać. Jeżeli chce się mieć wpływ na empatię albo kreatywność dziecka to jak dla mnie pierwszą rzeczą nie powinno być szukanie kozła ofiarnego, który tę empatię magiczne obniżył, ale raczej powrót do tego co ją u dzieci buduje i jak się ona rozwija. Zabranie tabletu nie sprawi, że dziecko nagle będzie empatyczne. Ba, myślę, że jest wiele sposobów w jaki elektronika może rozwijać także takie cechy jak empatia i kreatywność u osób, które z nich korzystają, są między innymi takie gry.

MIT 5 Dziecko powinno spędzać X minut dziennie przed ekranem.

Myślę, że nie ma żadnego ogólnego limitu, który określałby jaka ilość czasu jest odpowiednia dla dzieci. Rzecz w tym, żeby wspierać dziecko w regulacji tego czasu, w taki sposób, aby korzystanie z różnych sprzętów elektronicznych mu służyło, a nie je obciążało. Znowu warto pamiętać, że te zalecania typu 15 czy 20 minut dla przedszkolaka powstały w oparciu o badania korelacyjne i to nie oznacza to, że jak dziecko będzie korzystało z 30 minut to się nagle uzależni albo nie będzie miało empatii.

Po drugie wyznaczanie czasu dziennego jest bardzo mało wspierające regulacje, bo czasem jest tak, że dzieci w ogóle by nie korzystały, ale mają poczucie że im “przepadnie”, a czasem że potrzebują na wybraną aktywność dłużej niż przewiduje dzienny limit (bajka trwa 30 minut a dziecko ma 20, albo zrobienie w misji w grze trwa ponad godzinę). Dlatego zamiast nadmiernie przejmować się limitami z krążących po Facebooku infografik lepiej skorzystać z własnego mózgu i obserwować dziecko.

Na koniec mogę napisać tylko tyle, że naprawdę jeśli chodzi o tablet, telefon, komputer i telewizor, to nie chodzi o to, żeby dzieciom zabierać, limitować, ograniczać i pilnować. Wtedy zaczynamy wchodzić w bardzo niewygodną narrację zakazanego owocu i nieustannej walki o elektronikę, która nie skończy się prawdopodobnie, aż dziecko się wyprowadzi, a i to z myślą “wreszcie będę mógł grać tyle ile chcę”. To są normalne sprzęty, służące do normalnych aktywności i o wiele zdrowiej by było, gdybyśmy je tak właśnie traktowali.

Bardzo ważne jest też to, co jest obok i oprócz. Czy jesteśmy kiedy gra? Czy wiemy, co robi na tym komputerze albo telefonie? Czy potrafimy dostrzec, jakie potrzeby zaspokaja dzięki temu? Ale przede wszystkim:

Ile czasu jesteśmy z dzieckiem?

Jakie propozycje innych aktywności mu dajemy?

Czy uczymy je jak regulować emocje i odpoczywać?

Jaką mamy ze sobą więź?

W jaki sposób my spędzamy nasz wolny czas?

 

post

widzę to co ty

Kąpałam się z Remikiem, siedział oparty o moje kolana twarzą do mnie.  i nagle bardzo głośno kichnęłam. Dwa razy. Jego oczy zrobiły się jeszcze większe niż zazwyczaj, otworzył szeroko buzię i zastygł sztywny, wpatrując się we mnie, zastanawiając czy trzeba się bać. Uśmiechnęłam się, powiedziałam coś uspokajającego i momentalnie poczułam jak małe, pulchne ciałko się rozluźnia.
Lubię w kontakcie z niemowlęciem to, że jest prosty i zmusza do powrotu do podstaw. Dzisiaj uświadamia mi znowu, że dziecko czerpie spokój z mojego spokoju, ale może ode mnie też brać napięcie, lęk, złość (Stuart Shanker nazywa to mózgowe Wi-fi i można poczytać w zacnej książce „Self-Reg”).
Przypomina mi to też o tym, że dzieci na nas patrzą, szukając informacji – co jest bezpieczne, a czego się bać, unikać, nienawidzić, kiedy reagować od razu z pozycji walki/ucieczki. To dzieje się na poziomie tu i teraz, kiedy kicham albo używam robota kuchennego i on widzi moje oczy, mój uśmiech, mój spokój i nie boi się. Kiedy podnoszę głos na jego siostrę, a ona na mnie i on wybucha płaczem. Albo kiedy Łucja idzie nocą z nami przez las i z nadzieja wyczekuje na spotkanie zwierzęcia.  Ale też na poziomie długodystansowym, na lata, a może nawet na całe życie.
Moje poglądy i lęki dzisiaj, mogą zacząć być moich dzieci za parę lat, kiedy z powodu tego jak ja dzisiaj reaguję moje dzieci będą bały albo reagowały złością na całkiem konkretne sytuacje albo ludzi. Chciałabym dawać im tylko to, co ich będzie wspierać. Uczyć wybierać miłość zamiast nienawiści i szukać połączenia z drugim, kiedy ogarnia ich strach i zwątpienie. Ale wiem, że nie dam rady tego zrobić, jeśli nie zaopiekuję się swoimi strachami i smutkami, niewspierającymi myślami i przekonaniami. Więc robię to – bez presji, małymi kroczkami i delikatnie.
post

dokręcić można zawsze

Robimy przemeblowanie i między innymi dokupiliśmy wkład z szufladami do regału. Okazało się, że instrukcja przewiduje przykręcenie tego wkładu w boki regału, czego postanowiłam nie robić. Nie jestem pewna czy chcę, żeby te szuflady były dokładnie w tym miejscu i chcę wypróbować, jak to się będzie sprawdzać, a jak przykręcę i potem będę chciała zmienić, to zostaną dziury już na zawsze.
Przypomniały mi te regały, że moja mama używała takiego zwrotu odnośnie dzieci, jak „dokręcić mu śrubę”, co oznaczało sięgnięcie po bardziej twarde metody wychowawcze niż zazwyczaj.
Jakoś tak mam w życiu, że nie lubię rozwiązań ostatecznych, wyborów, których nie da się odkręcić i takich, po których zostaje trwały ślad. I jak Bartek pytał czy jestem pewna, że to dobry pomysł, żeby nie dokręcać szuflad to w sumie nie wiedziałam. Bo może się będą przesuwać albo wypadać. Ale stwierdziłam, że dokręcić zawsze można.
W wielu sytuacjach w życiu jest dla nas oczywiste, że nie zaczynamy od bardziej hardcorowych metod tylko od najdelikatniejszych i jak one nie działają to dopiero sięgamy po następne. Robimy tak jak jesteśmy chorzy, jak odplamiamy ubrania czy czyścimy mieszkanie. Bo pamiętamy o tym, że te super skuteczne rozwiązania często niosą ze sobą ryzyko (a czasem pewność) uszkodzenia tego, co chcemy naprawiać albo inne skutki uboczne.
Tymczasem w relacjach, szczególnie z dziećmi, rzadko o tym pamiętamy. Kiedy naszym celem jest przede wszystkim zmiana zachowania dziecka i nie patrzymy co jest za nim, to naszym kryterium tego jak reagować staje się skuteczność. A kiedy najważniejsza jest skuteczność, to nie widzimy efektów ubocznych i szybko sięgamy po to, co da nam natychmiastowy skutek. Tylko wtedy z naszą relacją może stać się to, co z koszulką często odplamianą najsilniejszym odplamiaczem, pacjentem leczonym antybiotykami przy każdej byle infekcji albo regałem z wkręconymi śrubami.
Kiedy czuję, że nie wiem jak postąpić z moim dzieckiem i chcę już wytaczać największe działa, często biorę głęboki wdech i na sekundę się zatrzymuję. Próbuję wtedy pamiętać o tym, że dokręcić zawsze można. Ale jak już się dokręci to nie ma odwrotu. Potem zostaje naprawianie efektów ubocznych.
post

zachód słońca

Jest ciepły, wiosenny wieczór i słońce powoli chowa się za górami zalewając horyzont przyjemną czerwienią. Nie ma wiatru, jest spokój i powoli czuć lato. Jest w delikatnie pachnących żywicą, rozgrzanych deskach balustrady, w ciemniejącej zieleni liści, w delikatniejszym niż wiosenny śpiewie ptaków.

– Nie oglądasz bajki? – pyta tata
– Nie – odpowiadam. Mam chyba 8 lat i stoję na balkonie oparta o barierki. Patrzę na góry, na słońce, na trawę. Głęboko oddycham i jest mi dobrze, bardzo dobrze.
– Pięknie co? – mówi i otacza mnie ramieniem, które w mojej głowie jest tak duże, jak wąż boa.
– No – mam łzy w kącikach oczu, więc nie mówię nic więcej. Czuję bliskość, wspólnotę i zrozumienie chwili, o której ciężko mówić. I wielkie jak wąż ramię. Obiecuję sobie, że zawsze będę to pamiętać i z jakiegoś powodu, tym razem mi się udaje.

Przez następne ponad 20 lat staję w tym samym miejscu, opieram się o kolejne barierki, patrzę przed siebie. I pamiętam. Żeby wziąć głęboki oddech, taki jak tylko dzieci potrafią bez ćwiczeń relaksacyjnych. Poszukać zapachu żywicy. Zobaczyć piękno i stanąć na chwilę w zachwycie i wdzięczności.

Czuję łączność z tą 8 letnią dziewczynką, z jej radością życia, z jej potrzebą, żeby zatrzymać się i spojrzeć na świat, z jej wrażliwością na przyrodę. Bardzo dużo się zmieniło, minęłam magiczną granicę myślenia “jak już będę dorosła”, mam swoją córkę, w której czasem widzę małe skrawki siebie, ale najczęściej niezwykle ciekawego, drugiego człowieka. I zrozumiałam, że nie ma żadnej różnicy między prawdziwością, głębokością i wagą doświadczeń i emocji, kiedy się ma 3, 8 i 30 lat. Że można co najwyżej stracić trochę otwartości na świat, że można otoczyć się murem, żeby widzieć mniej, a myśleć, że wie się  więcej, bo jest się dorosłym.

post

dzień utraconego dziecka

Dzisiaj jest dzień, który upamiętnia tych, o których bardzo łatwo zapominamy i jeśli ktoś o nich myśli, to tylko ich rodzice. Utracone dzieci. To jest ból, którego nigdy nie doświadczyłam, poczułam jego ułamek, jak 10 lat temu jakiś nieogarnięty ginekolog powiedział mi, że najprawdopodobniej nie zajdę nigdy w ciążę. Nie mam więc doświadczenia, do którego mogłabym się odwołać ani nie chcę pisać, że wiem jak to jest albo co robić, kiedy się traci dziecko. Mam znajomych, którzy stracili swoje dzieci i trochę wiedzy profesjonalisty.

Żyjemy w takich czasach, że utraty dziecka bardzo łatwo doświadczyć, bo bardzo szybko dowiadujemy się, że kobieta jest w ciąży, czasem jeszcze nawet przed terminem spodziewanej miesiączki, a najwięcej poronień zdarza się przecież do 6 tygodnia ciąży. I dla wielu osób strata już wtedy bywa bardzo trudna i wymaga przejścia przez wielotygodniową, a czasem i wielomiesięczną żałobę. A z drugiej strony to jest taki rodzaj żałoby, który ciągle społecznie jest mało akceptowany, bo jest mimo wszystko inny niż kiedy odchodzi człowiek, którego inni ludzie też znali, któremu można urządzić pogrzeb, z którym związane są jakieś wspomnienia i pamiątki.

Z taką żałobą bardzo często rodzice zostają sami. Trudno im o niej mówić, trudno im znaleźć pocieszenie i często nie wiedzą jak odnaleźć się wśród znajomych. Bo część z tych znajomych wie, a część nie. Bo sami nie wiedzą czego chcieliby dostać od bliskich – dostrzeżenia i zrozumienia cierpienia, czy może właśnie “normalnego” traktowania.

My, znajomi też często nie umiemy się odnaleźć w tej sytuacji. Czasami staramy się za wszelką cenę zachowywać naturalnie i w efekcie sprawiamy wrażenie, że nic nas nie obchodzi czyjeś cierpienie. Kiedy sami jesteśmy rodzicami, to bywa że próbujemy nie rzucać się z tym w oczy i wycofujemy z relacji. Albo wręcz przeciwnie – tak bardzo staramy się pomóc, że narzucamy się i nie przyjmujemy do wiadomości, że może nie jesteśmy w tej chwili najlepszymi osobami do dawania wsparcia, komuś kto właściwe stracił dziecko.

Jak myślę o towarzyszeniu komuś w żałobie po dziecku, która wydaje mi się być najtrudniejszą ze wszystkich możliwych, to myślę, że ona jest jak spokojne stanie w jednym miejscu w naszej relacji z wbitą obok chorągiewką “Jestem tu.” Myślę o okazywaniu pełnego szacunku dla bólu drugiej osoby i gotowości do bycia z nią, nie ważne jak długo by on nie trwał. Ale też do gotowości do NIE bycia z nią, jeśliby to miało jej nie wspierać.

Moja koleżanka, która mogłaby powiedzieć wszystko o tym, powiedziała mi kiedyś “Po prostu daj znać, że jesteś. Jak będzie chciała to będzie wiedziała, że może na Ciebie liczyć.” Nie wspominam dzisiaj żadnego z moich własnych dzieci, choć myślę ze wzruszeniem o kilku, które mogłabym znać. Zapalam dla nich świeczkę na parapecie i jedyne, co potrafię (choć pisałam mądre prace o teodycei i o traumie) to po raz kolejny w życiu i przywołać słowa C.S. Lewisa – śmierć jest zawsze straszna. Wiem, że jest na tyle straszna, że potrzebuje żałoby i chcę powiedzieć tylko że, jeśli będziesz mnie wtedy potrzebować, to jestem tu.

 

post

rodzicielski błąd atrybucji

Jak się studiuje psychologię, to już na pierwszym roku można się dowiedzieć, że jest coś takiego jak podstawowy błąd atrybucji. Polega on na tym, że kiedy obserwujemy ludzi to mamy tendencję do wyjaśniania ich zachowania w kontekście tego jacy oni są, a nie sytuacji.

Czyli że jak ktoś krzyczy to jest krzykaczem, a nie że znalazł się w trudnej sytuacji. Co ciekawe, ze sobą robimy na odwrót – jak zachowamy się nienajchwalebniej na świecie to przypiszemy to zmęczeniu, innym osobom albo temu, że byliśmy głodni, za to źródła wszelkich przejawów altruizmu doszukamy się we własnym wnętrzu. Mamy też podobne tendencje przy wyjaśnianiu sukcesów i porażek. Jak somsiadowi się udało, to mu się fuksło, a jak nam to zapracowaliśmy. Jak nam coś nie wyszło to mieliśmy pecha albo ktoś się uwziął, somsiad za to zasłużył.

Rodzicielski błąd atrybucji

Myślę, że tak samo postrzegamy swoje dzieci oraz rolę naszych metod wychowawczych. Patrząc na zachowanie dzieci innych ludzi dajemy srogie oceny maluchom i złe recenzje metodom wychowawczym ich rodziców, a sukcesy tych dzieci z łatwością przypisujemy ich wrodzonym zdolnościom. Nasze dzieci za to zawsze zachowują się w niepożądany sposób, bo są chore lub zmęczone, a wszystkie problemy, które się pojawiają w tej relacji związane są z tym jakie dzieci są, a nie tym jak je wychowujemy. Często też dochodzimy do wniosku, że do zmiany zachowania dziecka dochodzi na skutek naszych zabiegów (choć czasem wymaga to konsekwentnego stosowania ich przez rok i 2 miesiące ;p ), a nie dlatego że po prostu z czegoś wyrosło albo zmieniły się okoliczności. Nasze dzieci są też zdrowe, bo je dobrze karmimy, sprzątamy w domu, używamy odpowiedniego proszku do prania, dajemy witaminę D albo probiotyk i chodzimy do lasu, a chorują bo ktoś je zaraził. Cudze dzieci chorują, bo jedzą chipsy i nie myją rąk. Oczywiście trochę przesadzam, ale chcę pokazać jak to działa.

Na co to komu?

Takie mechanizmy jak błąd atrybucji służą w głównej mierze utrzymywaniu pozytywnej samooceny. Nas, jako osób po prostu, czy w tym wypadku – nas, jako rodziców. Ale są strasznie zwodnicze, bo zamiast czerpać ze stabilnego poczucia własnej wartości, musimy stale i stale się porównywać z innymi i oceniać – siebie i ich. I oceniać też własne dziecko. Co nie służy ani naszej relacji z samym sobą, ani tej ze swoim dzieckiem ani z innymi rodzicami.

Co można zrobić?

Można przestać zaglądać do somsiada i jego ogródka i patrzeć do siebie. Ale też nie po to, żeby się oceniać, obwiniać albo chwalić. Po to, żeby być uważnym na siebie i swoje dziecko, na wspólną relacje, na chwilę w której jesteśmy.

Można też ćwiczyć się w postawie ciekawości i otwartości, w zadawaniu pytań o to co się kryje za czyimś słowami i czyimś zachowaniem, pamiętając o tym, że istnieje coś takiego jak błąd atrybucji. I wtedy może dostrzec, że dziecko które się rzuciło na podłogę w sklepie ma małego brata albo plaster po porannym pobraniu krwi, że rodzic który krzyczy ma podkrążone z niewyspania oczy.

A może nawet można dojść do miejsca, w którym w ogóle nie będzie trzeba wiele dostrzegać , bo może nie będziemy mieli nawet chęci wystawiać komukolwiek recenzji. Może będziemy woleli wyciągnąć rękę, uśmiechnąć się i dać znać, że też czasem nam ciężko i że to rozumiemy.

Bo żaden rodzic, żadne dziecko i żadne metody nigdy nie są idealne. Ale można być łagodnym dla siebie i dla drugiego wtedy, kiedy ta nieidealność mocno nam doskwiera.