post

O proszeniu

Mój półtoraroczny synek jeszcze nie gada, potrafi powiedzieć dużo różnych słów i łączyć je w jakąś sensowną całość, ale nie mówi, tak żeby wszystko powiedzieć. Nie znaczy to, że nie komunikuje. Bardzo dokładnie potrafi pokazać co chce i czego potrzebuje, całymi dniami, co chwilę, kieruje do mnie swoje prośby. O to, żeby mu coś podać, żeby pomóc mu skakać ze stołu, żeby iść na spacer albo usiąść z nim i oglądać książkę. Kiedy kładziemy się do snu bierze moją rękę, żeby głaskać go po głowie albo uciskać mu stopy i łydki. Jest w tym magia dziecięcego zaufania, że wszyscy my, w jego otoczeniu, spełnimy jego prośby.

 

Patrzę ze wzruszeniem, kiedy z pewnością i jasnością demonstruje do granic upierdliwości kolejne prośby. Bez lęku, bez wahania, z jakimś takim oczywistym przekonaniem, że o wszystko można prosić. Zastanawiam się jak my, dorośli to straciliśmy i ile wysiłku czasem musimy wkładać, żeby nauczyć się prosić na nowo, żeby uwierzyć, że współzależność to piękny pomysł na życie i nie bać się odmowy, nie myśleć, że nie dajemy rady, albo nie jesteśmy warci pomocy. Myślę o tym, jak w życiu krok po kroku kolejne bolesne doświadczenia potrafią nam tę umiejętność odbierać i  jak jesteśmy karmieni milionem zupełnie nam nie pomagających przekonań o tym, że dorosły człowiek radzi sobie sam, że jak prosi to sobie nie radzi, że na pomoc trzeba zasłużyć albo ją odpracować co najmniej dozgonną wdzięcznością. A on potrafi bez tego, potrafi żyć w nieustannym poczuciu, że prosić można zawsze. 

 

Często słyszę, że świat jest ciężki i nie ma co dzieci pod kloszem trzymać, lepiej niech się przyzwyczają za wczasu do tych rozczarowań i tego, że nikt się z nimi nie będzie cackał.

 

Przychodzą mi wtedy do głowy przypowieści Jezusa o proszeniu i szukaniu, biblijne stwierdzenie „nie dostajecie, bo nie prosicie”. Mam też taką myśl, że jak ktoś potrafi prosić to na pewno spotka się z odmową, ale jest wtedy i tak dużo większa szansa, że ktoś mu w końcu jednak pomoże. I że teraz, dzisiaj, odpowiadając na te wszystkie cudaczne pomysły, ale też tak zwane „prawdziwe potrzeby” moich dzieci uczę je tego, że proszenie ma sens. Uczę ich samodzielności największej z możliwych, bo tej opartej nie na samotności, ale na współzależności, w której można czerpać z sił, wiedzy i umiejętności całej wspólnoty, a nie jedynie własnych. Uczę ich tego, że są ważni, cenni i że mogą być wysłuchani, mogą szukać pomocy tak długo aż znajdą. Ale też brania odpowiedzialności za samych siebie, w taki sposób, że sprawdzają czego im trzeba i szukają kto może im w tym pomóc.

 

Już teraz widzę, że potrafią sobie radzić, kiedy nie ma mnie w pobliżu i wierzę, że kiedyś jak pójdą sobie w świat, to będą potrafili lepiej niż ja dbać o siebie i prosić o pomoc, bez wstydu, ale też z większym marginesem na przyjęcie odmowy, bo przecież będą wiedzieli, że pomoc łatwo dostać i że ktoś im w końcu ją da. Więc głaszczę małą główkę, naprawiam dwudziesty raz połamaną zabawkę, szyję sukienki dla Barbie, pomagam szukać zaginionych przedmiotów i wysłuchuje dziecięcych dramatów – tych opowiadanych przez elokwentną sześciolatkę i tych składających się z pojedynczych słów i pokazywania palcem. A kiedy nie mam już sił, próbuje mówić, że chciałabym pomóc,ale trochę później. A potem patrząc na ich odwagę w proszeniu sama piszę – czy chciałbyś mi pomóc? 

post

Brownie

Koło naszego domu stoi ławka.  Kiedy ją mijamy Łucja często mówi:
– O! Mamo! Tu kiedyś jadłyśmy brownie! Pamiętasz? Możemy jeszcze kiedyś tu przyjść i jeść brownie?

Ja pamiętam to tak: któregoś dnia było nam bardzo ciężko i pod górę. Nie mogłyśmy się totalnie dogadać i ona nie słuchała i płakała, a ja pokrzykiwałam i powoli nie wiedziałam już, co robić. Nie pamiętam już czemu było mi wtedy tak trudno, ale jakoś nie umiałam zbyt wiele z siebie wykrzesać. I wycedziłam wtedy:

  • – Dobra. Ubieraj się. Idziemy kupić coś słodkiego.

I poszłyśmy do piekarni, kupiłyśmy brownie bezglutenowe i zjadłyśmy całe na tej ławce, w zimny, ponury i pełen napięcia dzień. A jak napełniłyśmy się wiatrem i cukrem po brzegi, okazało się, że dzień zrobił się odrobinę lepszy. Lubię to wspomnienie i ciepło mi kiedy mówi o tym brownie. Przypominam sobie wtedy  o ważnych rzeczach, które chcę pamiętać.

Nie wiem czy Łucja w ogóle pamięta, że przed tym brownie skakałyśmy sobie do oczu, może nie, może pamięta tylko, to jak odbudowywałyśmy relację obżerając się ciastem. I kiedy czasem czuję, że zawaliłam coś w naszej relacji, to chcę wtedy trzymać się tego, że

moje dzieci lepiej zapamiętają, to jak rozwiązujemy nasze konflikty, niż je same

 

Przypominam też sobie, że jakbym się nie starała, nie zawsze potrafię być mama pasującej do tej z idealnej wizji w mojej głowie.  Pewnie Łucja ma tak samo i nie zawsze potrafi być taką córką, jakiej obraz ma w głowie.  Im bardziej nam trudno, im więcej napięcia w domu, gdy się śpieszymy, gdy wyje zimny wiatr, a w domu jest zbyt wiele bałaganu, to właśnie wtedy jeszcze mniej umiemy być najlepszymi nami. Nie pomaga wtedy spinanie się i staranie, rozpaczliwe próby samokontroli, albo kontroli drugiego. Tak naprawdę najbardziej pomaga… luz. I ta ławka i to ciasto, już zawsze mi przypominają, że jak robi się bardzo trudno, to

dobrze czasem przestać się tak strasznie starać, zatrzymać i już nie krzyczeć, wyjść na zewnątrz i zrobić dla siebie coś miłego

 

A potem dopiero wrócić, do tego co było do zrobienia. Przypomina mi o tym, że we wzburzeniu bardzo trudno jest nam realizować plany, albo się dogadać, ale kiedy się wyregulujemy i uspokoimy, możemy wracać z nowymi siłami. I chyba tego chcę uczyć moje dzieci. Tego, żeby wiedziały, kiedy pora się zatrzymać i zająć swoimi emocjami, zadbać o siebie i o bliskich. Żeby nie pędziły na zbity kark wykonywać powinności, aż im sił braknie i nie będzie w miejsca na nic. Żeby potrafiły uciąć sobie drzemkę albo iść na spacer, bez bzyczącego w uchu „a może lepiej by było posprzątać w łazience”.

Myślę sobie o tym, jak bardzo dobre, przyjemne i budujące rzeczy są dla nas ważne. Że to jest jakaś straszna pomyłka, żeby traktować je jako nagrodę, albo coś na potem, tylko że one są podstawą do tego, żeby móc funkcjonować w tym wydaniu siebie, które najbardziej lubimy, któremu najłatwiej zachowywać się tak jak chce i realizować swoje cele.

 

 

post

Uwaga! Nadchodzą tygrysy!

Dużo ostatnio mamy trudnych chwil, zmieniło nam się znowu życie – Łucja chodzi do szkoły, Remik ma opiekunkę, a ja mam coraz więcej zajęć. Najtrudniej w tym jest Łucji i mamy częste wybuchy rozmaitych emocji.

Było fajnie, bawili się w bazie. 

– Ta baza jest już tylko moja. Remik nie może tu wchodzić! – oświadczyła nagle Łucja stanowczym tonem
– Baza, baza! – płacze Remik
-Remik  też chce wejść do bazy, to co teraz?
– Wybuduj mu jego. Tylko gorszą od mojej. –  Buduję. Gorszą. Ale chyba nie dość gorszą, bo Łucja stwierdza:
– To ja jeszcze buduje trzecią. I wszystkie będą wszystkich dobra?
– No dobra. – pomagam jej dokończyć, bawią się. Remik krzyczy „baza, baza!”. Wychodzę na 30 sekund z pokoju i jest walka.
– Idź sobie Remik, zburzyłeś mi bazę! – naprawiam i zabieram go do tej, która miała być jego. Z książką. Łucja przychodzi i warczy. – Nie, nie możecie tu być. Wszystkie bazy są moje.

Duży pokój zamienił się w kłębowisko koców i poduszek, zmieściłoby się w tych bazach pół przedszkola. Widzę, że jest napięta, zła i że to w ogóle nie o te bazy chodzi. Remik jest zajęty książką, więc mówię:

– Ok, to teraz wszystkie bazy będą twoje, a my poczytamy. – Remik nagle nie chce już czytać i zaczyna się bawić Duplo. Łucja nagle nie chce być już w żadnej z trzech baz. Podchodzi i wyrywa mu klocki i rzuca przez pół pokoju. 

– To moje zabawki! Wszystkie są moje! – wymachuje rękami i tupie nogami. Zaczynam śpiewać głupią piosenkę, coś w stylu „Oooo Bubek, wszystkie zabawki są Łucji i nie możesz nic mieć”, ale Łucja nie chwyta. Zwija się w kulkę na moich kolanach i płacze:

– Jesteś tylko moją mamą! Bubek nie ma mamy i tylko jesteś moją.
– Tato Bubu – mówię śmiertelnie poważnym tonem. Nasza mała Łucja, która nie ma brata ani siostry jest strasznie zrozpaczona. Może ją pogłaszczemy? – ale tego już żadne z nich nie chwyta. Ona wyje przeraźliwie na moich kolanach, a on próbuje się na nie dostać jęcząc i odpychając. Ja zastanawiam się gdzie jest mój telefon, żeby zadzwonić do Bartka z płaczem, co by przefrunął nad korkami, bo no oszaleje przecież zaraz z tymi gówniarzami.

A potem nie wiem już jak to się stało, Remik siedzi na kolanach, Łucja obok nas warczy, krzyczy i skacze. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim długowłose dziecko jest za nie ciągnięte, a to bardziej pulchne szczypanie. Łucji ciało jest napięte, buzia wykrzywiona. Nagle przychodzi mi pomysł do głowy. Bębnie głośno rękami o podłogę, a oni zamierają, żeby zobaczyć co się stanie. 

– Uwaga! Uwaga! Nadchodzą tygrysy!
– I co? – pyta Łucja
– Trzeba się schronić gdzieś wysoko! – Łucja ucieka na najbliższe krzesełko, a ja udaje że tygrys dorwał moją nogę przeraźliwie krzycząc. Wyszarpuje ją i upadam na kanapę. Łucja piszczy z radości.
– Uwaga! Nadchodzą sępy! Trzeba się schronić na podłodze. – dalej idzie już łatwo, szalejmy po pokoju.
–  Uwaga! Żmije! Tupiemy, żeby je odstraszyć! O nie! To muchy! Zabijamy je! Klaszczemy! A teraz tygrysy i muchy na raz, kurcze, chyba nas pokonają! Bubu klaszcz! I przytulaste misie przyszły, musimy się przytulać!

Dzieci się śmieją i biegają po pokoju. Widzę jak w trakcie tej zabawy z ciała Łucji uchodzi napięcie, jak pojawiają się przyjemne emocje. Udało nam się. Wydostaliśmy się. Kiedy odzywa się dźwięk kodu wpisywanego do bramy bloku, biegną zgodnie do drzwi przywitać tatę, roześmiani, spokojni. I tylko sąsiadów mi żal. 

Niesamowita zabawa

Wiecie, ja w kółko czytam i piszę o tej zabawie. Opowiadam o niej rodzicom, specjalistom. A potem przychodzi taka chwila i zawsze jestem zmiażdżona jej mocą, możliwościami które daje. Tym jak wspiera regulację emocji, jak pozwala uwalniać napięcie, pozbywać się stresu, jak odbudowuje relacje. Więc mam nadzieje, że wam się nie przejadło, bo jeszcze trochę o tym pewnie popiszę.

 

post

Psycholog i terapeuta – czym się różnią?

Psycholog i terapeuta – czy to w ogóle jakaś różnica? Wiele osób myśli, że to to samo, bo psycholog prowadzi terapię, więc jest terapeutą. Piszę ten tekst w związku z tym, że ostatnio z dużym smutkiem obserwuję, jak ludzie tworzą pozory odnośnie swojego wykształcenia, tak żeby uchodząc ze specjalistę, który może pracować z dziećmi czy doradzać rodzicom.

 

Psycholog jest osobą, która skończyła pięcioletnie studia magisterskie. Psychoterapeuta jest osobą z odpowiednim wykształceniem, która skończyła szkołę terapii. Terapeuta, no cóż… to trochę bardziej skomplikowane. Może być wykwalifikowaną osobą do udzielania pomocy, a może być osobą, którą tym terminem próbuje ukryć swoje braki w wykształceniu. 

Kim jest psycholog?

Psycholog skończył studia z psychologii. W ich trakcie miał zajęcia, które dostarczyły mu między innymi wiedzy z zakresu:

  • psychopatologii (czyli uczył się o różnych zaburzeniach);
  • psychologii rozwojowej (powinien potrafić rozpoznać, jakie zachowania mieszczą się w szeroko rozumianej normie dla danego wieku);
  • psychometrii (wie jak działają różne testy psychologiczne i jak je rozumieć);
  • statystyki (jest w stanie zrozumieć i zaanalizować badania i dane);
  • psychologii zdrowia (dobry psycholog koncentruje się na dobrostanie swojego klienta, a nie na objawach);
  • psychologii osobowości (wie, że ludzie mają różnie i że norma jest bardzo szeroka).

Dodatkowo, żeby skończyć studia psycholog odbył praktyki pod okiem kogoś doświadczonego, najczęściej w szpitalu czy poradni. Psycholog powinien też przejść terapię własną, co znacznie minimalizuje przenoszenie swoich trudności na pracę z klientami.

Psychologia, to nie jest tylko słuchanie jak gadają ludzie i mądrzenie się. Żeby zostać psychologiem, trzeba zdobyć dużo wiedzy, ale przede wszystkim świadomości, jak tą wiedzę wykorzystywać, żeby nie krzywdzić ludzi. Żeby temu zapobiec dobry psycholog regularnie poddaje się superwizji, czyli spotyka się z innym psychologiem rozmawiać o swojej pracy. 

Psychoterapeuta a terapeuta

Psychoterapeutą zostaje osoba po szkole terapii, najczęściej po studiach z psychologii, czasem po jakimś pokrewnym kierunku. To długi proces, który oprócz szkoleń wymaga ponownego przejścia własnej terapii, regularnej superwizji, wielu godzin własnej praktyki. Jeżeli ktoś jest psychoterapeutą na na swojej stronie czy wizytówce tak będzie miał napisane. Dodatkowo na jego stronie powinna znaleźć się informacja jaką szkołę terapii ukończył (np. psychodynamiczną, systemową, CBT, gestalt).

Jeżeli ktoś na swojej stronie pisze, że jest terapeutą i nie podaje wykształcenia, to wiedzcie, że coś się dzieje. Bo samo słowo terapeuta nic nie znaczy, nie świadczy o żadnym wykształceniu, ani żadnych umiejętnościach. 

Terapeuta? Ale jaki?

Wielu ludzi, którzy określają się jako terapeuci nie mają nic wspólnego z wykształceniem psychologicznych ani nie kończyli szkoły terapii. Czasem robili studia podyplomowe z jakiegoś rodzaju terapii, czasem jakiś kurs. Czasami mają nie mają wiedzy ani kwalifikacji, żeby doradzać ludziom. Bywa tak, że ktoś jest terapeutą zajęciowym albo po kursie arteterapii, albo właściwie po niczym i pisze na swojej stronie po prostu terapeuta. Zanim udasz się do niego na wizytę i mu zaufasz, zachęcam Cię żebyś sprawdzał, co pod tym magicznym terapeuta się kryje. Żebyś sprawdził na jego stronie jakie ma wykształcenie, jakie kursy ukończył, jakie ma opinie.

Może być tak, że ktoś nie skończył psychologii, ale posiada odpowiednie kompetencje, empatię i zdobył wiedzę dzięki którym naprawdę pomaga ludziom. Ale jeśli ktoś kryje się ze swoim prawdziwym wykształceniem, nie chce odpowiedzieć na pytanie jakim terapeutą właściwie jest, jakie ma doświadczenie, to ja bym się bała eksperymentować. 

Terapeuta znikąd, czyli dobry marketing

Terapeuta z facebooka, z ogromną ilością lajków. Czy jest dobrym terapeutą? Czy posiada odpowiednią wiedzę i umiejętności? Czy mówi o sobie prawdę? Widzę na facebooku ludzi, którzy mają kilkadziesiąt tysięcy polubień i nie można tego o nich powiedzieć, którzy swoją działalnością szkodzą i krzywdzą. Jeśli chcesz to sprawdzić nie szukaj opinii na facebooku, gdzie łatwo można je usunąć. Nie patrz na ilość polubień, które można kupić za pieniądze. Nie patrz na jakość obrazków i zapewnienia nieznanych fanów, że dostali pomoc. Jeśli masz wątpliwości czy prosić o poradę taką osobę, zapytaj kogoś kto zna się na tym zna i może Ci doradzić. Sprawdź dokładnie jego wykształcenie i szkolenia, które przeszedł. Sprawdź czy nie obiecuje gruszek na wierzbie i rozwiązania problemów jednym prostym sposobem. Jeżeli ktoś pisze: “Pięć sposobów, aby twoje dziecko nigdy nie pyskowało / zawsze sprzątało / zaczęło jeść / odpieluchowało się w tydzień”, to mogę Cię zapewnić, że to nie ten adres. 

Psycholog kontra terapeuta

Znam psychologów, którzy skończyli studia i których bym nie poleciła ludziom. Ukończone studia nie są przecież gwarantem jakości usług w żadnym zawodzie. Znam też ludzi, którzy nie są psychologami ani psychoterapeutami i bez wahania zachęcałabym do szukania u nich pomocy. Jednak jeżeli nie wiesz nic o danych osobach, to o wiele bezpieczniej jest wybrać osobę, która skończyła studia, superwizuje się, stale aktualizuje swoją wiedzę, a przede wszystkim nie kłamie na swój temat, żeby zarobić pieniądze.

Załączam link do tekstu na ten temat napisanego przez psycholog Anitę Janeczek-Romanowską (być-bliżej.pl) oraz do grafiki stworzonej przez psycholog Magdalenę Hadaj.

 

post

Kiedy czas przynosi poczucie winy

To było z rok temu, jak Remik był jeszcze noworodkiem i przyzwyczajaliśmy się do życia w czwórkę. Łucja przyszła do mnie rozżalona i spytała:
– Mamo czy jeszcze kiedyś zrobimy coś takiego bardzo, bardzo fajniusiego?
– Co takiego?
– Tak jak kiedyś. Że Ty będziesz pracowała na komputerze, a je będę oglądała na telefonie i będziemy leżeć razem w łóżeczku.
– Tak, tak zrobimy – mówię i dławi mnie w gardle.

Największe grzechy rodziców

Dławi mnie w gardle, bo nienawidziłam tak robić, bo myślałam, że moje dziecko na tym traci i robiłam tak tylko, gdy nie wyrobiłam się z pracą w czasie, gdy była opiekunka. My rodzice mamy mnóstwo takich momentów, które nijak nie przystają do tego co planowaliśmy, kiedy czujemy że nie jesteśmy w pełnym kontakcie, że zapychamy dziecko środkiem zastępczym, żeby zrobić coś pilnego. Włączamy bajki, żeby ugotować obiad, dajemy papier toaletowy do darcia żeby się załatwić, marchewkę do pobierania, kiedy gotujemy, pozwalamy na stworzenie krainy z poduszek na podłodze, żeby spokojnie pogadać z mężem i z mocno średnim zaangażowaniem patrzymy na to co robi dziecko. Czas, który może przynosić poczucie winy, że rodzic nie daje z siebie dość. A potem… potem dziecko przychodzi i mówi, mamo to było super gdy leżałyśmy w łóżku i oglądałam bajkę, mamo to była najlepsza zabawa właśnie wtedy, kiedy byłaś zajęta obiadem.

Równoległe spędzanie czasu

Jordan Shapiro pisze o czymś takim jak równoległe spędzanie czasu ze sobą. To jest to co robimy trochę obok siebie, ale będąc razem. Kiedy wymęczona siadasz wieczorem na kanapie obok swojego męża i każdy nurkuje w swój telefon i tylko od czasu do czasu mówicie: „O jaaa, zobacz to” albo „Nie no, co oni znowu za bzdury piszą”, „Ej przeczytałam coś ciekawego”. Takie bycie bez pełni uwagi, ale bycie razem mimo to. Coś co traktujemy jako gorsze, co piętnujemy czasem, a jednak coś co też karmi relacje, zostawiając jednocześnie przestrzeń. Dzieci to wiedzą lepiej niż my, i potrafią się tym cieszyć.

Zabawa, nie-zabawa

Różni rodzice mówili mi, że nie potrafią się bawić, że nie spędzają dość czasu z dziećmi. A potem w trakcie, kiedy gadamy okazuje się, że oni się bawią, że są razem tylko nie widzieli w ten sposób tego, co robili. Nie myśleli, że wspólne pieczenie ciasta, mycie okien i sprzątanie to może być zabawa, to może być wspólny czas. Widzę to kiedy mój roczny syn z wielką radością ładuje ze mną pranie do pralki. Przypominam sobie też ciepłe jesienne dni, kiedy układaliśmy drewno do kominka na zimę, a tata woził nas taczką w drodze po kolejne kawałki. I wiem, że takie chwile też budują więź.

Mamy tylko 24 godziny

24 godziny. Z czego część śpimy, część jemy, sprzątamy, robimy pranie, załatwiamy różne rzeczy, próbujemy złapać oddech. I niezmiernie ważne jest, żeby w nich zaplanować ten czas z dzieckiem, z partnerem, z samym sobą w którym choć przez chwilę jesteśmy tylko dla siebie. Żeby zmieścił się między tymi wszystkimi pilnymi sprawami. Żebyśmy mieli chwilę na to, żeby z pełną uważnością się zobaczyć, odpowiedzieć na swoje potrzeby, pobyć. Ale to nie jest porażka, że dużo z niego spędzimy trochę obok siebie – można być obok siebie z uważnością na siebie, dobrze się bawiąc albo tylko zerkając sobie przez ramię od czasu do czasu. Bo 24 godziny to mało. 

Zdjęcie:

 

post

O mówieniu nie.

Byliśmy ostatnio w ZOO, w czwórkę. Ja, moje dzieci i mój nastoletni brat. Po drodze umówiliśmy się, że nie kupujemy zabawek, bo nie chcę i gadaliśmy o tym, że tam są drogie zabawki i takie same jak się bardzo chce można kupić gdzie indziej dużo taniej. Myślałam, że jesteśmy umówieni.

ZOO to jedno z takich miejsc, które same w sobie są

Łu już na wstępie miała jakiś nietęgi nastrój. Pierwsze co, to chciała wypożyczyć drewniany wózek, na co się nie zgodziłam i przez pierwsze parę minut była markotna z tego powodu. Po pół godziny zażyczyli sobie już loda i frytki. Okej. Chwilę później Łucja chciała zabawkę, na którą się też nie zgodziłam odwołując do naszej umowy. Ale płakała. A zaraz potem chciała iść na park linowy, przypominając mi, że powinna chodzić na takie rzeczy, żeby ćwiczyć równowagę, bo takie dostała zalecenie od pani, u której diagnozwałyśmy przetrwałe odruchy wczesnodziecięce. Znowu się nie zgodziłam, bo mieliśmy mało czasu – niedługo mieli dojechać dziadkowie.

W efekcie spędziliśmy pierwszą godzinę w nieustannym płaczu i miauczeniu. Było ciepło, ja niosłam Remika z poczuciem, że przecież organizuje super wycieczkę i wszystko źle, a mój brat zaczął rzucać sarkastyczne komentarze na ten temat. Wydawało mi się, że przyjmuje emocje i że spokojnie tlumaczę, a jest coraz gorzej.

I właśnie wtedy moje dziecko wyrzuciło:
– Bo ty mi dzisiaj cały dzień tylko mówisz NIE! Każdą rzecz, którą proszę to nie i nie. A w ogóle nie mówisz tak. – trochę mnie zagotowały te słowa w pierwszej chwili, bo ja byłam z myślą, że całe to ZOO to już jest spore tak. Z głębokim wdechem wypuściłam tę frustrację, starając się słyszeć to co ona mówi i nie słyszeć sapania brata, który był cały dzień w nastawieniu „To może jednak nie frytki, bo są drogie tutaj”.

– To chyba głupie całe czas słyszeć nie? – udało mi się wypuścić z siebie

– No głupie. Bo tylko nie i nie – przestała płakać i poczułam, że już teraz możemy gadać.

– To może znajdźmy coś ja co będę miała dzisiaj miejsce, żeby Ci powiedzieć tak, co? Bo ja myślałam, że już tak zrobiłam, ale dla Ciebie to chyba za mało.

– W ogóle nie mówiłaś tak! – zaperzyła się Łu i poczułam, że właśnie puściłam z trudem zdobyte porozumienie i próbuje forsować swoją rację.

– No dobra. Rozumiem. Cały czas słyszysz nie. Znajdziemy jakiś pomysł, żebym mogła powiedzieć tak?

– Dobra. Ale to nie będzie łatwe, bo ty cały czas nie. – Zagryzam wargi i nic nie mówię. Idziemy w ciszy. Przeżuwam w sobie listę potrzeb i szukam, co jest za tą zabawką, za tym parkiem linowym, jakie potrzeby moje dziecko ma, które chce w ten sposób zaspokoić.

– Mamo! Mamo! Plac zabaw, skręcamy!

– Ok, skręcamy – co tam że plac zabaw mamy pod domem, że moglibyśmy zdążyć obejrzeć nandu i kapibary, zanim przyjadą dziadkowie. Nie do końca wiem o jakie potrzeby chodziło, bo już jestem na to zbyt rozdrażniona. Ale usłyszałam dość, że ona chce usłyszeć tak.

Dochodzimy do placu zabaw i tam jest karuzela, za którą trzeba zapłacić 8 zł za jakieś 3 minuty. Płacę i Łu jeździ, a potem bawimy się na placu zabaw i dopiero wtedy ruszamy dalej.

Nagle mam zupełnie inne dziecko. Rozchmurzone i zadowolone. Karmienie owiec, które jeszcze przed chwilą miało być głupie, teraz jest super i na szczęście moi rodzice docierają w porę i mają złotówkę, żeby dokupić karmę, bo tak szybko im zeszła. Pozostałe dwie godziny są super.

Wychodzimy. Bez parku linowego, bez zabawki, ale jakimś cudem zadowoleni. Zostaję z myślą, jak działa ta równowaga między NIE a TAK. Z tym jak ciężki może stać się dzień, gdy nie dostrzegamy, że chodzi właśnie o jakieś TAK, a nie konkretną rzecz, kiedy dziecko w poszukiwaniu tego tak rzuca kolejna prośbę , a my coraz bardziej rozdrażnieni odmawiamy. I z tą strategią, żeby nie proponować do razu co zamiast, ale poszukać razem:

Czy jest taka rzecz, na którą mogłabym ci powiedzieć tak?

Czy znajdziesz coś innego, na co mogłabym się zgodzić?

Chciałabym coś dla ciebie zrobić / coś ci kupić, ale tak, żebym też była z tym okej. Co by to mogło być?

post

dbanie o siebie

Dopadł mnie wirus i nie czuję się najlepiej, więc tata zabrał dzieci na wyprawę do parku. Mimo średniego samopoczucia, zachłystuje się euforią nad tym czasem sama ze sobą i rozglądam po domu, co chciałabym zrobić. Odpocząć? Oddać zaległy tekst? Skończyć obiecaną pracę? W zasadzie najbardziej bym odpoczęła, jakbym się zdrzemnęła. Nie chce mi się spać. Może jednak by sprzątnąć? Jest już taki bałagan, potem nie będzie jak. Albo pogram chwilę na komputerze. Wieeeki nie grałam, a to zajęcie z mojej strefy komfortu.

Już wiem, że tego czasu jest zawsze mniej niż myślę, że nie mogę zrobić nawet kawałka tych wszystkich rzeczy. Stoję w rozkroku. Pierwsze co chcę zrobić, to skończyć tekst i wysłać, bo wiem, że to jest 5 minut. Ale gdzieś z tyłu głowy mnie szarpie “dbaj o siebie, wykorzystaj to najlepiej jak potrafisz, szybko, mocno, teraz”.

Dbanie o siebie w rodzicielstwie jest czymś na co kładzie się ostatnio duży nacisk. Pamiętam, że jak Łucja była mała to tak samo i w kółko gadano o rozwoju. Kiedy wracasz do pracy? Trzeba się rozwijać. Teraz – nie możesz tak tyrać, dbaj o siebie.

Prawda to wszystko, że warto dbać o siebie. Ale nagle jestem w takim przymusie tego dbania. Pięknie to ostatnio Marta Sikorska (Pasikonie) ujęła na swoim instagramie – „stawiam sobie oczekiwania dbania o siebie”.

Myślę o tym, że dbanie o siebie to zaspokajanie swoich potrzeb. I że każda z rzeczy, które przyszły mi do głowy, że chcę zrobić jest związana z moimi potrzebami. Sprzątanie i wywiązanie się z umów, wykonanie pracy też. Dociera do mnie, że mam ich tak strasznie dużo niezaspokojonych, że kiedy mam moment o tym pomyśleć to nie wiem, w którą stronę się zwrócić.

Zatrzymuję się w pędzie. Zamykam oczy, biorę oddech i sprawdzam co mi mówi ciało, czego najbardziej potrzebuję. Czuję pragnienie i delikatny głód. Wypijam szklankę wody, zjadam nieśpiesznie nektarynkę. Czuję też zmęczenie mięśni i delikatne zawroty głowy z powodu choroby, więc ubieram czyste prześciaradło i przynoszę wiatrak do pokoju. I komputer. Chcę poleżeć i chcę popracować. Dbam o siebie, bo świadomie wybieram.

Moja koleżanka Karla (Karla Orban – Psycholog RB) robi kurs online o dbaniu o siebie, jeśli też was uwiera ten temat, możecie do niej zajrzeć.

Chyba jednak chwilę pogram 

post

Nie warcz

– Nie warcz – mówię zmęczona i zirytowana, że Łucja warczy na Remika. Nie w przenośni. Dosłownie warczy albo ryczy, jak zbliża się do niej. Po całym dniu strasznie się wkurzam, jak słyszę głośne warknięcia, szczególnie, jak on potem wybucha płaczem.

Bez sensu. Jak przychodzi chwila refleksji to już wiem, że to zupełnie bez sensu. Przecież opowiadała mi o swoim balonie zazdrości i o tym, że kiedy już jest bardzo pełen to wybucha. A teraz oprócz zazdrości, dochodzi jeszcze konieczność bronienia swoich granic, kiedy mały, obśliniony raczkujący potwór zbliża się gnieść jej obrazki, zjadać jej czekoladę albo co gorsza lego, wyrywać zabawki, przerywać czynności.

– Po co warczysz? – pytam już bez złości, z ciekawością
– No żeby tu nie szedł, nie wiesz? – odpowiada zdziwiona moim pytaniem. Aha, czyli to drugie i dla niej jasne jak słońce, że to wiem. I że jak mówię “Nie warcz”, to może też mówię “Nie broń się”?

Moje dziecko ma różne sposoby na trudności w relacji z młodszym bratem. Niektóre są niesamowicie dojrzałe. Inne są takie, że chcę się ich jak najszybciej pozbyć. Warczenie jest gdzieś po środku. Kiedy zabiorę jej ten ze środka to duża szansa, że wróci do tych, których chciałabym, żeby nie używała i na przykład go walnie, dlatego zupełnie bez sensu, że tak gadam. Kiedy zaczynam myśleć o tym, że to warczenie to postęp, w stosunku do tego, co było dwa tygodnie temu albo co mogłoby być robi mi się lepiej. Przypominam sobie też o tym, że mówienie “nie warcz” zwiększa tylko napięcie, komplikuje im stosunki.

Następnym razem daje im chwilę przestrzeni i nie reaguję, kiedy Łucja warczy na raczkującego w jej stronę Remika. Zatrzymuje się i wybucha płaczem. Na 10 sekund, a potem idzie w swoją stronę. I wszystko jest okej.

Myślę też o innych rzeczach, które mogę powiedzieć zamiast “Nie warcz”, o rzeczach, które będą jej dodawać zamiast odejmować – strategii, sił, empatii.

Czy mogę Ci jakoś pomóc?
Co się stało?
Przeszkadza Ci, co?
To czasem trudne mieć młodszego brata?
Ciekawe czemu on tak bardzo chce do Ciebie iść?
Może wymyślimy więcej pomysłów, żebyś mogła się obronić?

A potem nagle odkrywam, że zupełnie mi już to warczenie nie przeszkadza…


Może spodoba Ci się też:

Zazdrość i bicie

Nie lubisz mnie

Zdjęcie PublicDomainPictures

post

Zabawa, która pomaga na zazdrość

Padają ostatnio pytania o zabawy, które pomagają nam, żeby Łucji było trochę mniej trudno z pojawieniem się młodszego brata. Myślę, że to, że odpowiem na to pytanie ma sens jako źródło inspiracji, otwarcie się na takie pomysły bycia z dzieckiem. Wcale jednak nie musi być tak, że inne dzieci będą chciały skorzystać z tego samego, co my robimy.

Cohen w książce rodzicielstwo przez zabawę pisze o tym, że dziecku często trzeba proponować ileś różnych zabaw, zanim którąś przyjmie. Ja myślę też, że jeśli dziecko czuje, że to ma być nasz złoty i szybki środek na załatwienie czegoś, to też w to nie pójdzie. I że w zasadzie najlepiej się sprawdza, kiedy zabawa wychodzi od dziecka.

1. Siłowanki

Przepychanie, ściskanie, tulenie, wygłupy. Umożliwiają kontakt fizyczny i rozładowanie różnych napięć. Nie będę o tym pisać, bo jest cała książka „Siłowanki” wydawnictwa Mamania z masą pomysłów.

2.Zagubiona dziewczynka / zwierzątko

To jest autorski pomysł Łucji. Ona kuli się w jakimś kącie (często na spacerze) i mówi „Ojejku zgubiłam się w tym strasznym ciemnym lesie / mieście”, a ja zapraszam żeby szła ze mną. Pytam czy chciałaby ze mną zamieszkać, czy chciałaby mieć brata, bo ja bym chciała żeby mieszkała. Pokazuje jej mieszkanie, pokój, zabawki. Ona zadaje różne pytania, częściowo buduje strukturę „A co robicie kiedy?”, „Czy chodzicie na spacery?”, „A możemy kiedyś pojechać do lasu?”.

To jest zabawa o wyborze i o tym, że jesteśmy ze sobą bo się chcemy. A przede wszystkim o tym, że to nie jest tak, że ja ją po prostu “mam”, bo ją urodziłam, ale że ją wybieram codziennie, kocham, chcę mieć.  Myślę, że ważne jest też to że ona sobie przypomina różne rzeczy, które ma, które są jej, które dostała od nas i daje to poczucie stabilności, ale też bycia ważną i widzianą.

3.Dzidziuś / wykluwający się dinozaur

Jest dzidziusiem (niekoniecznie ludzkim), którym się zajmuje i opiekuje. Często używam dzidziusiowych akcesoriów, małego kocyka, zabawek Remika. Słyszałam od wielu osób, że się w ten sposób bawili po pojawieniu się rodzeństwa. Czasami, szczególnie w ciężkie poranki lubi być jajkiem dinozaura, otulona kocykiem, a ja i Remik ją ogrzewamy. W tej zabawie pomocne jest dla niej odwrócenie ról, w którym on jest starszym bratem.

4. Krecik Łucja

To jest zabawa, w której ja nigdy nie uczestniczyłam. Łucja zaczęła ją z opiekunką, a jak byłam w ciąży to bardzo ją rozbudowała z tatą i to z nim się w to bawi, prawie codziennie przed spaniem. Wymyslili już mnóstwo scenariuszy tej zabawy, ale zasadniczo jest o Kreciku, który wpadł w tarapaty i ratuje go Borsuk, z którym może razem zamieszkać. Często zaczynają od wspólnego budowania nory z poduszek i kocy.

Buduje jej poczucie bezpieczeństwa, pozwala się poczuć zaopiekowaną i ułatwia spokojne zaśnięcie.

5. Miasteczko Heartlake

Rozwijające się z każdym nowym zestawem LEGO Miasteczko Heartlake jest jedną z jej ulubionych zabaw, w której wymyśla historie i je wspólnie odgrywamy postaciami z LEGO. Przerabiamy tam wchodzenie w związki, zakochiwanie się, śluby, porody, odrzucenie, zazdrość, różne trudności w relacjach, chorobę psychiczną, ale też takie bardziej sensacyjne wątki typu porwanie, wypadek, pojawienie się ducha.

Dla mnie to jest taka zabawa, która tworzy nieskończone możliwości i łączy w sobie elementy klasycznego opowiadania historii, psychodramy, odgrywania ról i technik projekcyjnych, ale jest przede wszystkim mega prześmieszna.

6. Arielka

W Arielkę bawimy się w wannie, głównie gadając. Wspominam o niej, bo ma dwa ważne elementy. Po pierwsze bawimy się przy okazji, trochę wydzieramy czas na zabawę, tam gdzie wydawałoby się , że już go nie ma, a to jest ważne przy maluchu, który tak dużo go zabiera.

Po drugie to jest zabawa, do której Łucja wpuszcza Remika. Czasem jest psem księcia Eryka, ale coraz częściej księciem, albo bratem. Myślę o tym jak zabawa buduje więź i że to bardzo cenne szukać takich, które obejmą oboje dzieci i im to ułatwią. Myślę, że pomaga też kiedy fabuła historii ich jednoczy w jakimś wspólnym celu.

15 minut dziennie

 Łucja zawsze ma gotowe pomysły i czeka, więc nie musimy wspólnej zabawie nadawać struktury. Jak tak nie macie to dobrze jest pamiętać o takim wyłącznym czasie dla dziecka, w którym ono przejmuje zupełną inicjatywę za zabawę i w którym robicie wszystko, co ono chce. Może to trwać 15 minut, a może dłużej (ja widzę, że dla nas 15 minut to jest za mało, bo Łucja lubi budować skomplikowane fabuły).

Cohen w “Rodzicielstwie przez zabawę” dużo pisze o tym, jak takie 15 minut dziennie zabawy sterowanej przez dziecko bardzo wzmacnia więź między rodzicami a dzieckiem. Ja obserwuję u nas, że znalezienie czasu na zabawę to jest też pewnego rodzaju inwestycja – jak poświęcam trochę czasu na tę zabawę, to potem de facto oszczędzam go gdzie indziej, bo “wybawiona” Łucja jest często bardziej skłonna do współpracy przez resztę dnia.


Być może spodoba Ci się:

Nie lubisz mnie

Zazdrosna

Już mnie nie kochasz

Photo credits 

post

Nie lubisz mnie

– Nie lubisz mnie… – pojękuje Łucja po raz kolejny w tym tygodniu. Trudno jej. Zazdrosno. Remik mało śpi. Ona ma mało mamy. Wszystkim trudno, ale jej bardzo. Było milion rozmów, mnóstwo pytania o to co może ci pomóc. Tylko ileż mogę pytać, ileż ona może mówić, kiedy wciąż i wciąż brak zasobów na to, co jej może pomóc. Mama jej może pomóc. Taka tylko dla niej. I trochę to daje ulgi, że widzę, że słyszę, że pytam, że snujemy plany, że łapiemy minuty. Ale ciągle za mało.

– Nie lubisz mnie… – powtarza głośniej. Wiem co teraz będzie, jeśli spytam dlaczego tak mówi albo myśli. Wiem też co będzie jeśli zacznę zaprzeczać. Wiem, że znowu wylądujemy nigdzie. Robię więc coś po czym nie wiem co będzie, ale widzę, że jest spokojna, lekko rozdrażniona i tak po prostu to mówi.

– No. Nie lubię. – zastyga i patrzy na mnie zdziwiona. Jakby miała długie uszy to by nimi strzygła jak zwierzaczek. – Nieee lubieee cieee jaaak….
– No jak co pyta? – już lekko naburmuszona
– Jak czekolady cię nie lubię! – dociera do niej, że to zabawa i się rozluźnia
– Nie lubię cię jak małych roślinek. I słodkich kociaczków. Jak słonecznego dnia. Nie lubię cię jaaaak….
– Jak co? Jak co? – pyta już lekko podekscytowana
– No nie lubię cię jak pysznej, zimnej wody w upał. I lodów. Taak nie lubię cię jak lodów.

Śmieje się i mnie przytula. Powtarzamy to ostatnio prawie co dzień. Starcza, żeby zrzucić trochę ciśnienia, kiedy Remik nie śpi i wisi mi na rękach. Pozwala nie wchodzić w rozmowę z serii nie lubisz mnie, kochasz go bardziej i w ogóle już nie jestem dla was ważna. Starcza, bo to zabawa, a zabawa pomaga gdy dzieciom jest ciężko, pomaga gdy nitka więzi się niebezpiecznie mocno naciąga, a ten balon zazdrości o którym ostatnio mówiła już prawie wypełnia.


Być może spodoba Ci się:

Już mnie nie kochasz
Ból istnienia
Zazdrosna

Zdjęcie: trzyletnia Łu , Stawy Milickie