post

na boso

Spędziliśmy 4 dni nad jeziorem w lesie sosnowym. Wejście do wody było piaszczyste ze srogą domieszką małych okrągłych kamyczków, polana miała trochę miękkiej trawy, trochę skoszonych ostrych łodyg, gdzieniegdzie połacie gorącego piasku, a bliżej drzew leżało sporo szyszek. Biegaliśmy na boso.

Przypomniało mi się dzieciństwo spędzane w podobnym lesie, kiedy czasem miesiąc chodziliśmy bez butów, zakładając je tylko jak mocno gryzły komary, albo było bardzo zimno. Wędrując z Remikiem między szyszkami, odkryłam że chodzenie na boso to pewna umiejętność, którą mój mózg doskonale pamięta – kiedy raz się tego nauczysz, nie potrzeby, żeby przesadnie angażować myśli wybierając ścieżkę, możesz nawet nie patrzeć pod nogi, bo uczysz się stawiać je delikatniej.

Na boso a w butach

Buty są wielkim dobrodziejstwem cywilizacji, wiadomo. Ale czasem myślę, że to narzędzie takiej cywilizacji, która się za bardzo śpieszy, żeby spojrzeć pod nogi, poczuć gdzie jest i pędzi po rozgrzanym słońcem, betonowym torze. Chodzenie na boso jest na przekór tej kulturze, jest zanurzeniem się w uważności i kontakcie z tym, co mnie otacza, jest niespieszeniem się, wyczuwaniem rozmaitych faktur, temperatur, stopnia wilgotności. 

A my ubieramy te buty na stałe, jakby musiały być przyspawane do nóg, jakby sam dotyk mamy ziemi miał nam kwasem podeszwy wyżerać. Oddzielamy się grubą warstwą od tego wszystkiego dobrego pod naszymi stopami. A potem płacimy gruby hajs za kursy uważności dla siebie i zajęcia integracji sensorycznej dla dzieci.

Co daje chodzenie na boso?

Różne rzeczy mówią i piszą o chodzeniu na boso i nie wiem czy wierzę we wszystkie te magiczne kawałki o energii płynącej z ziemi i uziemianiu się. Pubmed twierdzi, że nie ma powodów, żeby dzieci nie chodziły na boso (chyba, że chcą być sprinterami) i w dużym badaniu w Nowej Zelandii okazało się, że wcale nie miały jakoś znacząco więcej urazów.

Badań nie znalazłam o tym, że chodzenie na boso wspiera rozwój mózgu małych dzieci, ale jest dla mnie logiczne, że tak powinno być, jako że każde odmienne od codzienności doświadczenie to robi. Przekonują mnie też argumenty, że dzieci podczas chodzenia na boso:

  • integrują zmysły,
  • zwiększają świadomość własnego ciała i otoczenia,
  • rozwijają koordynację ruchową i równowagę,
  • budują siłę mięśni,
  • stymulują zmysł prioprocepcji,
  • rozwijają uważność,
  • budują kontakt z przyrodą,
  • wspierają rozwój zdrowej stopy i postawy ciała.

Moje dzieci biegają bez butów, kiedy chcą. Chodzę z moim dwulatkiem i uczę go jak omijać kujące szyszki, jak rozpoznać pokrzywy i mówię “czujesz to trawa? a teraz zobacz jaki ciepły jest piasek”. Daję mu umiejętność chodzenia na boso, która może kiedyś się przydać, a na pewno już dzisiaj dostarcza przyjemności i okazji do rozwoju. A uważności go chyba nie uczę, bo chyba ma jej w sobie więcej niż ja 😉 

 

P.S. Uprzedzający komentarze:

Chcę tym tekstem powiedzieć – pozwólcie dzieciom biegać na boso, jeśli chcą, bo to z korzyścią dla nich. Ale wiem, że są dzieci, które nie chcą i nie lubią i jak będzie się je do tego zmuszać, to ze zmuszania będzie więcej szkody niż z korzyści z biegania na boso.

Plastry i coś do odkażania warto mieć 🙂

Literatura:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC6052583/
https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC7202747/

Shed those shoes: Being barefoot benefits brain development and more!


https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC5996942/

Shed those shoes: Being barefoot benefits brain development and more!


https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC5010736/

 

 

 

 

 

post

Czy komputer / telefon niszczy wzrok?

Strach przed tym, że elektronika i ekrany zniszczą dziecięce oczy jest bardzo duży. Bardzo często dostaje feedback od rodziców, że z większością rzeczy odnośnie ekranów mogą się jeszcze zgodzić, ale co ja jak co – oczy ekran niszczy. Wszyscy to wiedzą. Nawet jak się wpisze w google, to google też to wie. Pytanie co wiedzą na ten temat naukowcy i badania.

Badań przybywa, w końcu ekspozycja na ekrany w ostatnich lata znacząco się zwiększyła, więc może być tak, że będę zmuszona kiedyś edytować ten tekst. Póki co – zobaczcie sami i odetchnijcie z ulgą.

„Zniszczysz sobie oczy”

Lęk o to, że coś może uszkodzić ludzkie oczy w ciągu wieków przeskakuje na kolejne zdobycze cywilizacyjne. Wcześniej dotyczył oglądania telewizji (albo oglądania telewizji, ze zbyt bliska), poźniej na ekrany komputerów nakładaliśmy specjalne osłony, które miały nas chronić przed promieniowaniem. A jeszcze wcześniej? Czytanie też miało wykonczyć nasz wzrok. W trakcie jak pojawiały się kolejne rodzaje oświetlenia – ja przypominam sobie, jak wchodził żarówki energooszczędne i LED, za każdym razem ktoś wszczynał alarm, że przez ten nowy pomysł wszyscy oślepniemy. Jestem skłonna się założyć, że jak wymyślono lampę naftową, ludzie też się bali, że to nienaturalne światło zaszkodzi ich zdrowiu.

Niebieskie światło, komputer i smartfon uszkadza oczy – co mówią badania?

Nie ma dowodów na to, że niebieskie światło uszkadza wzrok. Z metaanalizy badań na ten temat wynika, że silna ekspozycja na nie w okresie wielu tygodniu nie wpływa negatywnie na wzrok, nie wiemy natomiast, jaki wpływ ma wieloletnie wystawianie się na działanie niebieskiego światła, stąd zaleca się ostrożność [1]. W 2016 roku przeprowadzono też badanie [2], w oparciu o które sugeruje się, że nawet wyjątkowo długa ekspozycja na błękitne światło nie wpływa negatywnie na wzrok.

W 2020 w Chinach przeprowadzono badanie na prawie 30 000 przedszkolaków [5], było to badanie kwestionariuszowe i informacji udzielali opiekunowie, co nigdy nie daje pełnego obrazu sytuacji, ale wyniki potwierdziły hipotezę, że ekspozycja na ekran poniżej pierwszego roku życia znacząco zwiększa ryzyko krótkowzroczności u przedszkolaków (szczególnie jeśli rodzice cierpieli na krótkowzroczność). Ekspozycja powyżej pierwszego roku życia nie dawała takiej zależności. Ta sama ekipa badaczy podała podobne dane dla astygmatyzmu [6], z tym że tu kluczowe były pierwsze 2 lata życia.  Pokrywa się to z zaleceniami APA, żeby dzieci do drugiego roku życia korzystały w bardzo ograniczonym wymiarze z ekranów (oni wymieniają np. kontakty online z rodziną jako coś z czego nie warto rezygnować).  Warto pamiętać, że choć przeprowadzone badania potwierdziły hipotezy postawione przez badaczy, wymagają ciągle dalszych badań, żeby uprawomocnić ich odkrycia.

Syndrom widzenia komputerowego – kiedy komputer męczy oczy

Syndrom widzenia komputerowego [3] to dolegliwość oczu związana z pracą na komputerze opisana już w latach 90. Występuje on najczęściej u osób, które przez wiele godzin dziennie pracują przy komputerach, szczególnie w warunkach słabego oświetlenia. Najnowsze badania [4] sugerują jednak, że to nie długość czasu spędzanego przed ekranem jest tutaj kluczowa, ale inne predyspozycje (występował np częściej u kobiet i u osób noszących okulary). Nie polega on jednak na uszkodzeniu aparatu wzroku, a dolegliwościach oczu, takich jak łzawanie, wysuszanie się oka, zaburzone widzenie, podrażnienie oczu, zapalenie spojówek, bóle głowy oraz bóle szyi i barków. Aby uchronić się przed syndromem widzenia komputerowego zalecane jest:

  • odpowiednie ustawienie ekranu – 15-20 stopni poniżej poziomu wzroku,
  • odpowiednie ustawienie materiałów dodatkowych – powinny leżeć na biurku, a nie obok ekranu, na tej samej wysokości,
  • odpowiednie oświetlenie – oświetlenie pokoju nie powinno być zbyt jasne, tak żeby uniknąć wpatrywania się w ekran, dlatego warto umiejscowiać go tak, żeby światło słoneczne nie padało na niego oraz korzystać w tym pomieszczaniu z górnego światła o mniejszej mocy, w pomieszczeniu nie powinno też być zupełnie ciemno,
  • odpowiednia pozycja ciała przy pracy – wygodne krzesło, podparte stopy, wyprostowana sylwetka,
  • mruganie – pamiętając o częstym intencjonalnym mruganiu nawilżamy oczy,
  • przerwy dla oczu – co dwie godziny warto zrobić przerwę na minimum 15 minut, co 20 minut patrzeć przez 20 sekund na coś oddalonego o kilka metrów (zasada 20:20:20 zakłada 20 stóp czyli 6 metrów).

Równocześnie po ponad 20 latach prace naukowe na temat syndromu widzenia komputerowego mówią – ciągle nie wiemy jak to działa, dlaczego niektórzy odczuwają dolegliwości, a inni nie. I ostatecznie lądujemy w krainie zdrowego rozsądku – jeżeli bolą Cię oczy po paru godzinach korzystania z komputera czy telefonu, to spróbuj czy pomagają Ci te kroki. Sprawdź czy pomaga Ci, kiedy mniej korzystasz. Ale równocześnie pamiętaj, że dolegliwości oczu nie muszą być spowodowane komputerem, mogą mieć wiele innych przyczyn i jeżeli stają się uciążliwe odwiedzić specjalistę.

Oczy i smartfon

Również korzystając ze smartfona można zadbać o to, żeby jak najmniej obciążało to oczy. Można to zrobić poprzez unikanie sytuacji, które zmuszają do intensywnego wpatrywania się w ekran, a więc dostosowywać jasność ekranu do otoczenia (rozjaśnać przy ciemnym świetle, przyciemniać przy ciemnym), dbać o to czystość ekranu,powiększać drobne elementy i czcionki. Ponadto warto trzymać smartfona nie bezpośrednio przed oczami, ale trochę dalej. Oczywiście także w przypadku korzystania z telefonu korzystne jest dla naszych oczu, jeżeli pamiętamy o regularnych przerwach i częstym mruganiu.

Jeżeli zainteresował Cię ten tekst, może chcesz przeczytać także:

Telewizor, smartfon, komputer i dziecko.

Policjanci i złodzieje

Dinozaur

 

Źródła:

[1] Tosini, G., Ferguson, I. i Tsubota K., Effects of blue light on the circadian system and eye physiology, Molecular Vision, 2016; 22: 61–72.
[2] O’Hagan, J. B.,Khazova, M. i Price, L. A. A., Low-energy light bulbs, computers, tablets and the blue light hazard, Eye, 2016 Feb; 30(2): 230–233.
[4] .Altalhi, A.,Khayyat, Khojah, O., Alsalmi, M. i Almarzouki, H., Computer Vision Syndrome Among Health Sciences Students in Saudi Arabia: Prevalence and Risk Factors, 
 

[5] Gui-You YangLi-Hua HuangKatrina L Schmid i in., Associations Between Screen Exposure in Early Life and Myopia Amongst Chinese Preschoolers,  International Journal of enviromental research and public health, 2020 Feb 20;12(2)

[6] Gui-You Yang, Li-Hua HuangKatrina L. Schmid i in.,  Associations Between Screen Exposure in Early Life and Myopia amongst Chinese Preschoolers,  nt. J. Environ. Res. Public Health 2020, 17(3), 1056.
photo credti: Image by mirkosajkov

 

 

post

Czy konsultacje online mają sens?

Utknęliśmy w domach i okazuje się, że większość usług, z których normalnie korzystaliśmy nie może się odbywać na tych samych zasadach, co dotychczas.  Kiedy proponuję moim klientom przejście na spotkania z psychologiem online, widzę często spory niepokój i dostaję mnóstwo pytań: czy konsultacja psychologiczna on-line nie jest gorsza niż na żywo, jak to się w ogóle odbywa, czy ma jakiś większy sens.

To trudne pytania, ponieważ nie każdemu wszystko pasuje, niektórzy źle się czują w internetowym kontakcie, a inni wręcz przeciwnie. Nie jest tak, że konsultacje dla rodziców on-line zaczęłam robić dopiero teraz, kiedy zmusiła mnie do tego sytuacja, bo wcześniej w tej sposób odbywało się u mnie około 10% spotkań, a to dlatego, że w wielu przypadkach takie konsultacje okazywały się mieć większy sens dla klienta.

Kiedy ludzie decydują się na spotkanie z psychologiem online?

Dzisiaj znaleźliśmy w sytuacji, gdy każdy kto potrzebuje uzyskać pomoc psychologiczną może skorzystać tylko z opcji on-line lub telefonicznej. Wcześniej na praktykę tę decydowały się osoby, które miały daleko do mojego gabinetu, nie pozwalał im na to stan zdrowia, chciały uniknąć stania w korkach, potrzebowały nietypowej pory do odbycia konsultacji albo miały w domu bardzo małe dziecko, z którym nie chciały podróżować. Powodów było naprawdę bardzo wiele i tak, konsultacje on-line były powszechną praktyką, zanim wszyscy utknęliśmy w domach.

Konsultacja z psychologiem on-line – jak to wygląda?

Konsultacja psychologiczna on-line wygląda bardzo podobnie, to znaczy – rozmawiamy.  Przed spotkaniem internetowym proszę o przelanie pieniędzy na mój numer konta i wysłanie mi dowodu wpłaty. O umówionej porze łączymy się w wybrany przez Ciebie sposób – Skype, Whats app, Messenger.

Jak przygotować się do konsultacji on-line?

Sprawdź czy działa Ci sprzęt i wiesz jak się połączyć. Znajdź sobie spokojne i wygodne miejsce. Zadbaj też o swoją prywatność, aby móc swobodnie rozmawiać. Znajdź opiekę dla dziecka, na czas, kiedy będziesz rozmawiać – nie jest dobrym pomysłem, żeby słuchało o Twoich trudnościach, ani jak o nim opowiadasz. Te dwa ostatnie punkty mogą być trochę kłopotliwe w obcej sytuacji, ja często chodzę rozmawiać do samochodu, żeby dzieci nie pukały mi do drzwi.

Czy konsultacja on-line jest gorsza niż na żywo?

Mówi się czasem, że spotkanie on-line nie daje takich samych możliwości jak spotkanie na żywo, że ciężej na przykład czytać mowę ciała, że mniej jest takiego bezpośredniego kontaktu. Na szczęście z pomocą przychodzą nam nowe kanały komunikacji i dobrej jakości połączenia wideo, na których widzimy siebie, swoje twarze, swoją mimikę, ale też dobrze słychać melodię głosu. Dlatego konsultacje online wcale nie muszą być gorsze niż to, co dzieje się na żywo, w gabinecie.

Istnieją nurty terapii, w których praca jest mocno oparta o to, co może się zadziać w przestrzeni gabinetu psychologicznego – nurty, które wykorzystują pracę z ciałem albo z konkretnymi pomocami. Dla mnie ten problem jest dużo mniejszy, ponieważ konsultacje dla rodziców, które prowadzę opierają się głównie o rozmowę, dlatego wszystko to, co działoby się na żywo, możemy zrobić online.

 

 

 

post

Dentysta i strach

Pierwsze wizyty u dentysty były trudne i Łu nie chciała otworzyć buzi. Pamiętam jak zapłaciłam, przytuliłam, powiedziałam że jest ok, zakodowałam, że przed południem to zły czas, bo ona się lepiej czuje wieczorem i pooddychałam, żeby nie panikować, że już nigdy nie zrobimy tych zębów. 

Potem było spoko, przychodziłyśmy, robiłyśmy po jednym zębie, Łucja dostawała zabawkę i wychodziła zadowolona. 

Dzisiaj jechałam na luzie, bo przecież już miałyśmy doświadczenie. Jak usiadła na mnie, poczułam jak się spina, objęłam ją i czułam pod dłonią łopoczące serduszko. 

  • – Coś się stało? Ciałko Ci się spięło?
  • – Boję się. 
  • – Ok, to ok się bać. Ludzie często się boją u lekarzy. 
  • – No ale się boję.
  • – Czego? 
  • – Nie wiem…
  • – Myślisz sobie coś czy ciałko się boi?
  • – No. Ciałko. 
  • -. Ok Czasem tak jest, że nawet jak głową się wie, że – nie trzeba się bać, to ciałko i tak się boi. 
  • -Mhm. – mówi Łu, jej serduszko ciągle bije mega szybko
  • –  Agdzie w środku się boisz? – pokazuje mi palcem na brzuch
  • – Ok. To może trochę uspokoimy ten strach? – Weźmiesz głęboki oddech noskiem? – bierze – a możesz teraz go wysłać i ciepło do tego miejsca? Może zrobi mu się lepiej? 
  • – Mhm.
  • – Jeszcze raz?
  • – Mhm… – robi kilka wdechów i powoli wypuszcza powietrze. 
  • – Lepiej?
  • – Tak. Mamo. Boję się przez ten płyn. – pokazuje na psikacz, którym przed chwilą dentysta czyścił przyrządy. 
  • – Ach, to nie jest nic złego, ten płyn zabija bakterie i wirusy, żeby narzędzia były czyste.
  • – On robi, że się boję. – olśniewa mnie wtedy. Przypomina mi się jak od feralnego pobrania krwi, gdy miała rok, bała się przychodni i jak już zaczęła mówić, to mówiła, że to przez to, jak tam pachnie.
  • – Chodzi o zapach? 
  • -! Tak 
  • – Ok. Kojarzy Ci się z pobieraniem krwi, co?
  • – Tak Ono bardzo boli, strasznie mnie bolała ręka.
  • – No to na szczęście dzisiaj tego nie robimy. U dentysty jest trochę łatwiej, nie?
  • -. Tak – czuję, że już się rozluźniła i jej serce bije wolniej. – ale jeszcze trochę się boję.
  • – Ok. Pomoże Ci jak będziesz pamiętać, że jak Cię zaboli, to podniesiesz rękę i pan przestanie?
  • – Albo jak mi będzie bardzo nie miło.
  • – Dobra – śmieje się dentysta i nawet zapomina o gadaniu o zabawce, która według niego jest najwyższą dziecięcą motywacją. 

Strach nie siedzi w głowie i rzadko można mu coś wytłumaczyć. Można go usłyszeć, zrozumieć i przytulić, można złapać do niego dystans. Rzadko budzą go „racjonalne argumenty”, częściej są to rzeczy, których inni mogą nie zauważyć – zapach, obraz, dźwięk, jakąś z pozoru błaha rzecz, która alarmuje mózg. 

A  kiedy ma się sześć lat, to może być duży alarm i właśnie wtedy potrzeba kogoś, kto pomoże sobie z tym poradzić, kogoś kto sam jest spokojny. Mi w tym spokoju pomaga skupienie się na tej chwili, nieprzejmowanie się co myśli dentysta, niemyślenie co-będzie-jak-się-nie-uda i wiara w to, że ona serio chce to ogarnąć, tylko po prostu się boi. I piękne doświadczenia tego ile razy ten strach przekroczyłyśmy. Czasem myślę o dniu, w którym pierwszy raz weszła na skałkę do wspinania w parku i o jej zadowolonej minie. I krok po kroku idziemy do przodu. 

post

O proszeniu

Mój półtoraroczny synek jeszcze nie gada, potrafi powiedzieć dużo różnych słów i łączyć je w jakąś sensowną całość, ale nie mówi, tak żeby wszystko powiedzieć. Nie znaczy to, że nie komunikuje. Bardzo dokładnie potrafi pokazać co chce i czego potrzebuje, całymi dniami, co chwilę, kieruje do mnie swoje prośby. O to, żeby mu coś podać, żeby pomóc mu skakać ze stołu, żeby iść na spacer albo usiąść z nim i oglądać książkę. Kiedy kładziemy się do snu bierze moją rękę, żeby głaskać go po głowie albo uciskać mu stopy i łydki. Jest w tym magia dziecięcego zaufania, że wszyscy my, w jego otoczeniu, spełnimy jego prośby.

 

Patrzę ze wzruszeniem, kiedy z pewnością i jasnością demonstruje do granic upierdliwości kolejne prośby. Bez lęku, bez wahania, z jakimś takim oczywistym przekonaniem, że o wszystko można prosić. Zastanawiam się jak my, dorośli to straciliśmy i ile wysiłku czasem musimy wkładać, żeby nauczyć się prosić na nowo, żeby uwierzyć, że współzależność to piękny pomysł na życie i nie bać się odmowy, nie myśleć, że nie dajemy rady, albo nie jesteśmy warci pomocy. Myślę o tym, jak w życiu krok po kroku kolejne bolesne doświadczenia potrafią nam tę umiejętność odbierać i  jak jesteśmy karmieni milionem zupełnie nam nie pomagających przekonań o tym, że dorosły człowiek radzi sobie sam, że jak prosi to sobie nie radzi, że na pomoc trzeba zasłużyć albo ją odpracować co najmniej dozgonną wdzięcznością. A on potrafi bez tego, potrafi żyć w nieustannym poczuciu, że prosić można zawsze. 

 

Często słyszę, że świat jest ciężki i nie ma co dzieci pod kloszem trzymać, lepiej niech się przyzwyczają za wczasu do tych rozczarowań i tego, że nikt się z nimi nie będzie cackał.

 

Przychodzą mi wtedy do głowy przypowieści Jezusa o proszeniu i szukaniu, biblijne stwierdzenie „nie dostajecie, bo nie prosicie”. Mam też taką myśl, że jak ktoś potrafi prosić to na pewno spotka się z odmową, ale jest wtedy i tak dużo większa szansa, że ktoś mu w końcu jednak pomoże. I że teraz, dzisiaj, odpowiadając na te wszystkie cudaczne pomysły, ale też tak zwane „prawdziwe potrzeby” moich dzieci uczę je tego, że proszenie ma sens. Uczę ich samodzielności największej z możliwych, bo tej opartej nie na samotności, ale na współzależności, w której można czerpać z sił, wiedzy i umiejętności całej wspólnoty, a nie jedynie własnych. Uczę ich tego, że są ważni, cenni i że mogą być wysłuchani, mogą szukać pomocy tak długo aż znajdą. Ale też brania odpowiedzialności za samych siebie, w taki sposób, że sprawdzają czego im trzeba i szukają kto może im w tym pomóc.

 

Już teraz widzę, że potrafią sobie radzić, kiedy nie ma mnie w pobliżu i wierzę, że kiedyś jak pójdą sobie w świat, to będą potrafili lepiej niż ja dbać o siebie i prosić o pomoc, bez wstydu, ale też z większym marginesem na przyjęcie odmowy, bo przecież będą wiedzieli, że pomoc łatwo dostać i że ktoś im w końcu ją da. Więc głaszczę małą główkę, naprawiam dwudziesty raz połamaną zabawkę, szyję sukienki dla Barbie, pomagam szukać zaginionych przedmiotów i wysłuchuje dziecięcych dramatów – tych opowiadanych przez elokwentną sześciolatkę i tych składających się z pojedynczych słów i pokazywania palcem. A kiedy nie mam już sił, próbuje mówić, że chciałabym pomóc,ale trochę później. A potem patrząc na ich odwagę w proszeniu sama piszę – czy chciałbyś mi pomóc? 

post

Brownie

Koło naszego domu stoi ławka.  Kiedy ją mijamy Łucja często mówi:
– O! Mamo! Tu kiedyś jadłyśmy brownie! Pamiętasz? Możemy jeszcze kiedyś tu przyjść i jeść brownie?

Ja pamiętam to tak: któregoś dnia było nam bardzo ciężko i pod górę. Nie mogłyśmy się totalnie dogadać i ona nie słuchała i płakała, a ja pokrzykiwałam i powoli nie wiedziałam już, co robić. Nie pamiętam już czemu było mi wtedy tak trudno, ale jakoś nie umiałam zbyt wiele z siebie wykrzesać. I wycedziłam wtedy:

  • – Dobra. Ubieraj się. Idziemy kupić coś słodkiego.

I poszłyśmy do piekarni, kupiłyśmy brownie bezglutenowe i zjadłyśmy całe na tej ławce, w zimny, ponury i pełen napięcia dzień. A jak napełniłyśmy się wiatrem i cukrem po brzegi, okazało się, że dzień zrobił się odrobinę lepszy. Lubię to wspomnienie i ciepło mi kiedy mówi o tym brownie. Przypominam sobie wtedy  o ważnych rzeczach, które chcę pamiętać.

Nie wiem czy Łucja w ogóle pamięta, że przed tym brownie skakałyśmy sobie do oczu, może nie, może pamięta tylko, to jak odbudowywałyśmy relację obżerając się ciastem. I kiedy czasem czuję, że zawaliłam coś w naszej relacji, to chcę wtedy trzymać się tego, że

moje dzieci lepiej zapamiętają, to jak rozwiązujemy nasze konflikty, niż je same

 

Przypominam też sobie, że jakbym się nie starała, nie zawsze potrafię być mama pasującej do tej z idealnej wizji w mojej głowie.  Pewnie Łucja ma tak samo i nie zawsze potrafi być taką córką, jakiej obraz ma w głowie.  Im bardziej nam trudno, im więcej napięcia w domu, gdy się śpieszymy, gdy wyje zimny wiatr, a w domu jest zbyt wiele bałaganu, to właśnie wtedy jeszcze mniej umiemy być najlepszymi nami. Nie pomaga wtedy spinanie się i staranie, rozpaczliwe próby samokontroli, albo kontroli drugiego. Tak naprawdę najbardziej pomaga… luz. I ta ławka i to ciasto, już zawsze mi przypominają, że jak robi się bardzo trudno, to

dobrze czasem przestać się tak strasznie starać, zatrzymać i już nie krzyczeć, wyjść na zewnątrz i zrobić dla siebie coś miłego

 

A potem dopiero wrócić, do tego co było do zrobienia. Przypomina mi o tym, że we wzburzeniu bardzo trudno jest nam realizować plany, albo się dogadać, ale kiedy się wyregulujemy i uspokoimy, możemy wracać z nowymi siłami. I chyba tego chcę uczyć moje dzieci. Tego, żeby wiedziały, kiedy pora się zatrzymać i zająć swoimi emocjami, zadbać o siebie i o bliskich. Żeby nie pędziły na zbity kark wykonywać powinności, aż im sił braknie i nie będzie w miejsca na nic. Żeby potrafiły uciąć sobie drzemkę albo iść na spacer, bez bzyczącego w uchu „a może lepiej by było posprzątać w łazience”.

Myślę sobie o tym, jak bardzo dobre, przyjemne i budujące rzeczy są dla nas ważne. Że to jest jakaś straszna pomyłka, żeby traktować je jako nagrodę, albo coś na potem, tylko że one są podstawą do tego, żeby móc funkcjonować w tym wydaniu siebie, które najbardziej lubimy, któremu najłatwiej zachowywać się tak jak chce i realizować swoje cele.

 

 

post

Uwaga! Nadchodzą tygrysy!

Dużo ostatnio mamy trudnych chwil, zmieniło nam się znowu życie – Łucja chodzi do szkoły, Remik ma opiekunkę, a ja mam coraz więcej zajęć. Najtrudniej w tym jest Łucji i mamy częste wybuchy rozmaitych emocji.

Było fajnie, bawili się w bazie. 

– Ta baza jest już tylko moja. Remik nie może tu wchodzić! – oświadczyła nagle Łucja stanowczym tonem
– Baza, baza! – płacze Remik
-Remik  też chce wejść do bazy, to co teraz?
– Wybuduj mu jego. Tylko gorszą od mojej. –  Buduję. Gorszą. Ale chyba nie dość gorszą, bo Łucja stwierdza:
– To ja jeszcze buduje trzecią. I wszystkie będą wszystkich dobra?
– No dobra. – pomagam jej dokończyć, bawią się. Remik krzyczy „baza, baza!”. Wychodzę na 30 sekund z pokoju i jest walka.
– Idź sobie Remik, zburzyłeś mi bazę! – naprawiam i zabieram go do tej, która miała być jego. Z książką. Łucja przychodzi i warczy. – Nie, nie możecie tu być. Wszystkie bazy są moje.

Duży pokój zamienił się w kłębowisko koców i poduszek, zmieściłoby się w tych bazach pół przedszkola. Widzę, że jest napięta, zła i że to w ogóle nie o te bazy chodzi. Remik jest zajęty książką, więc mówię:

– Ok, to teraz wszystkie bazy będą twoje, a my poczytamy. – Remik nagle nie chce już czytać i zaczyna się bawić Duplo. Łucja nagle nie chce być już w żadnej z trzech baz. Podchodzi i wyrywa mu klocki i rzuca przez pół pokoju. 

– To moje zabawki! Wszystkie są moje! – wymachuje rękami i tupie nogami. Zaczynam śpiewać głupią piosenkę, coś w stylu „Oooo Bubek, wszystkie zabawki są Łucji i nie możesz nic mieć”, ale Łucja nie chwyta. Zwija się w kulkę na moich kolanach i płacze:

– Jesteś tylko moją mamą! Bubek nie ma mamy i tylko jesteś moją.
– Tato Bubu – mówię śmiertelnie poważnym tonem. Nasza mała Łucja, która nie ma brata ani siostry jest strasznie zrozpaczona. Może ją pogłaszczemy? – ale tego już żadne z nich nie chwyta. Ona wyje przeraźliwie na moich kolanach, a on próbuje się na nie dostać jęcząc i odpychając. Ja zastanawiam się gdzie jest mój telefon, żeby zadzwonić do Bartka z płaczem, co by przefrunął nad korkami, bo no oszaleje przecież zaraz z tymi gówniarzami.

A potem nie wiem już jak to się stało, Remik siedzi na kolanach, Łucja obok nas warczy, krzyczy i skacze. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim długowłose dziecko jest za nie ciągnięte, a to bardziej pulchne szczypanie. Łucji ciało jest napięte, buzia wykrzywiona. Nagle przychodzi mi pomysł do głowy. Bębnie głośno rękami o podłogę, a oni zamierają, żeby zobaczyć co się stanie. 

– Uwaga! Uwaga! Nadchodzą tygrysy!
– I co? – pyta Łucja
– Trzeba się schronić gdzieś wysoko! – Łucja ucieka na najbliższe krzesełko, a ja udaje że tygrys dorwał moją nogę przeraźliwie krzycząc. Wyszarpuje ją i upadam na kanapę. Łucja piszczy z radości.
– Uwaga! Nadchodzą sępy! Trzeba się schronić na podłodze. – dalej idzie już łatwo, szalejmy po pokoju.
–  Uwaga! Żmije! Tupiemy, żeby je odstraszyć! O nie! To muchy! Zabijamy je! Klaszczemy! A teraz tygrysy i muchy na raz, kurcze, chyba nas pokonają! Bubu klaszcz! I przytulaste misie przyszły, musimy się przytulać!

Dzieci się śmieją i biegają po pokoju. Widzę jak w trakcie tej zabawy z ciała Łucji uchodzi napięcie, jak pojawiają się przyjemne emocje. Udało nam się. Wydostaliśmy się. Kiedy odzywa się dźwięk kodu wpisywanego do bramy bloku, biegną zgodnie do drzwi przywitać tatę, roześmiani, spokojni. I tylko sąsiadów mi żal. 

Niesamowita zabawa

Wiecie, ja w kółko czytam i piszę o tej zabawie. Opowiadam o niej rodzicom, specjalistom. A potem przychodzi taka chwila i zawsze jestem zmiażdżona jej mocą, możliwościami które daje. Tym jak wspiera regulację emocji, jak pozwala uwalniać napięcie, pozbywać się stresu, jak odbudowuje relacje. Więc mam nadzieje, że wam się nie przejadło, bo jeszcze trochę o tym pewnie popiszę.

 

post

Psycholog i terapeuta – czym się różnią?

Psycholog i terapeuta – czy to w ogóle jakaś różnica? Wiele osób myśli, że to to samo, bo psycholog prowadzi terapię, więc jest terapeutą. Piszę ten tekst w związku z tym, że ostatnio z dużym smutkiem obserwuję, jak ludzie tworzą pozory odnośnie swojego wykształcenia, tak żeby uchodząc ze specjalistę, który może pracować z dziećmi czy doradzać rodzicom.

 

Psycholog jest osobą, która skończyła pięcioletnie studia magisterskie. Psychoterapeuta jest osobą z odpowiednim wykształceniem, która skończyła szkołę terapii. Terapeuta, no cóż… to trochę bardziej skomplikowane. Może być wykwalifikowaną osobą do udzielania pomocy, a może być osobą, którą tym terminem próbuje ukryć swoje braki w wykształceniu. 

Kim jest psycholog?

Psycholog skończył studia z psychologii. W ich trakcie miał zajęcia, które dostarczyły mu między innymi wiedzy z zakresu:

  • psychopatologii (czyli uczył się o różnych zaburzeniach);
  • psychologii rozwojowej (powinien potrafić rozpoznać, jakie zachowania mieszczą się w szeroko rozumianej normie dla danego wieku);
  • psychometrii (wie jak działają różne testy psychologiczne i jak je rozumieć);
  • statystyki (jest w stanie zrozumieć i zaanalizować badania i dane);
  • psychologii zdrowia (dobry psycholog koncentruje się na dobrostanie swojego klienta, a nie na objawach);
  • psychologii osobowości (wie, że ludzie mają różnie i że norma jest bardzo szeroka).

Dodatkowo, żeby skończyć studia psycholog odbył praktyki pod okiem kogoś doświadczonego, najczęściej w szpitalu czy poradni. Psycholog powinien też przejść terapię własną, co znacznie minimalizuje przenoszenie swoich trudności na pracę z klientami.

Psychologia, to nie jest tylko słuchanie jak gadają ludzie i mądrzenie się. Żeby zostać psychologiem, trzeba zdobyć dużo wiedzy, ale przede wszystkim świadomości, jak tą wiedzę wykorzystywać, żeby nie krzywdzić ludzi. Żeby temu zapobiec dobry psycholog regularnie poddaje się superwizji, czyli spotyka się z innym psychologiem rozmawiać o swojej pracy. 

Psychoterapeuta a terapeuta

Psychoterapeutą zostaje osoba po szkole terapii, najczęściej po studiach z psychologii, czasem po jakimś pokrewnym kierunku. To długi proces, który oprócz szkoleń wymaga ponownego przejścia własnej terapii, regularnej superwizji, wielu godzin własnej praktyki. Jeżeli ktoś jest psychoterapeutą na na swojej stronie czy wizytówce tak będzie miał napisane. Dodatkowo na jego stronie powinna znaleźć się informacja jaką szkołę terapii ukończył (np. psychodynamiczną, systemową, CBT, gestalt).

Jeżeli ktoś na swojej stronie pisze, że jest terapeutą i nie podaje wykształcenia, to wiedzcie, że coś się dzieje. Bo samo słowo terapeuta nic nie znaczy, nie świadczy o żadnym wykształceniu, ani żadnych umiejętnościach. 

Terapeuta? Ale jaki?

Wielu ludzi, którzy określają się jako terapeuci nie mają nic wspólnego z wykształceniem psychologicznych ani nie kończyli szkoły terapii. Czasem robili studia podyplomowe z jakiegoś rodzaju terapii, czasem jakiś kurs. Czasami mają nie mają wiedzy ani kwalifikacji, żeby doradzać ludziom. Bywa tak, że ktoś jest terapeutą zajęciowym albo po kursie arteterapii, albo właściwie po niczym i pisze na swojej stronie po prostu terapeuta. Zanim udasz się do niego na wizytę i mu zaufasz, zachęcam Cię żebyś sprawdzał, co pod tym magicznym terapeuta się kryje. Żebyś sprawdził na jego stronie jakie ma wykształcenie, jakie kursy ukończył, jakie ma opinie.

Może być tak, że ktoś nie skończył psychologii, ale posiada odpowiednie kompetencje, empatię i zdobył wiedzę dzięki którym naprawdę pomaga ludziom. Ale jeśli ktoś kryje się ze swoim prawdziwym wykształceniem, nie chce odpowiedzieć na pytanie jakim terapeutą właściwie jest, jakie ma doświadczenie, to ja bym się bała eksperymentować. 

Terapeuta znikąd, czyli dobry marketing

Terapeuta z facebooka, z ogromną ilością lajków. Czy jest dobrym terapeutą? Czy posiada odpowiednią wiedzę i umiejętności? Czy mówi o sobie prawdę? Widzę na facebooku ludzi, którzy mają kilkadziesiąt tysięcy polubień i nie można tego o nich powiedzieć, którzy swoją działalnością szkodzą i krzywdzą. Jeśli chcesz to sprawdzić nie szukaj opinii na facebooku, gdzie łatwo można je usunąć. Nie patrz na ilość polubień, które można kupić za pieniądze. Nie patrz na jakość obrazków i zapewnienia nieznanych fanów, że dostali pomoc. Jeśli masz wątpliwości czy prosić o poradę taką osobę, zapytaj kogoś kto zna się na tym zna i może Ci doradzić. Sprawdź dokładnie jego wykształcenie i szkolenia, które przeszedł. Sprawdź czy nie obiecuje gruszek na wierzbie i rozwiązania problemów jednym prostym sposobem. Jeżeli ktoś pisze: “Pięć sposobów, aby twoje dziecko nigdy nie pyskowało / zawsze sprzątało / zaczęło jeść / odpieluchowało się w tydzień”, to mogę Cię zapewnić, że to nie ten adres. 

Psycholog kontra terapeuta

Znam psychologów, którzy skończyli studia i których bym nie poleciła ludziom. Ukończone studia nie są przecież gwarantem jakości usług w żadnym zawodzie. Znam też ludzi, którzy nie są psychologami ani psychoterapeutami i bez wahania zachęcałabym do szukania u nich pomocy. Jednak jeżeli nie wiesz nic o danych osobach, to o wiele bezpieczniej jest wybrać osobę, która skończyła studia, superwizuje się, stale aktualizuje swoją wiedzę, a przede wszystkim nie kłamie na swój temat, żeby zarobić pieniądze.

Załączam link do tekstu na ten temat napisanego przez psycholog Anitę Janeczek-Romanowską (być-bliżej.pl) oraz do grafiki stworzonej przez psycholog Magdalenę Hadaj.

 

post

Kiedy czas przynosi poczucie winy

To było z rok temu, jak Remik był jeszcze noworodkiem i przyzwyczajaliśmy się do życia w czwórkę. Łucja przyszła do mnie rozżalona i spytała:
– Mamo czy jeszcze kiedyś zrobimy coś takiego bardzo, bardzo fajniusiego?
– Co takiego?
– Tak jak kiedyś. Że Ty będziesz pracowała na komputerze, a je będę oglądała na telefonie i będziemy leżeć razem w łóżeczku.
– Tak, tak zrobimy – mówię i dławi mnie w gardle.

Największe grzechy rodziców

Dławi mnie w gardle, bo nienawidziłam tak robić, bo myślałam, że moje dziecko na tym traci i robiłam tak tylko, gdy nie wyrobiłam się z pracą w czasie, gdy była opiekunka. My rodzice mamy mnóstwo takich momentów, które nijak nie przystają do tego co planowaliśmy, kiedy czujemy że nie jesteśmy w pełnym kontakcie, że zapychamy dziecko środkiem zastępczym, żeby zrobić coś pilnego. Włączamy bajki, żeby ugotować obiad, dajemy papier toaletowy do darcia żeby się załatwić, marchewkę do pobierania, kiedy gotujemy, pozwalamy na stworzenie krainy z poduszek na podłodze, żeby spokojnie pogadać z mężem i z mocno średnim zaangażowaniem patrzymy na to co robi dziecko. Czas, który może przynosić poczucie winy, że rodzic nie daje z siebie dość. A potem… potem dziecko przychodzi i mówi, mamo to było super gdy leżałyśmy w łóżku i oglądałam bajkę, mamo to była najlepsza zabawa właśnie wtedy, kiedy byłaś zajęta obiadem.

Równoległe spędzanie czasu

Jordan Shapiro pisze o czymś takim jak równoległe spędzanie czasu ze sobą. To jest to co robimy trochę obok siebie, ale będąc razem. Kiedy wymęczona siadasz wieczorem na kanapie obok swojego męża i każdy nurkuje w swój telefon i tylko od czasu do czasu mówicie: „O jaaa, zobacz to” albo „Nie no, co oni znowu za bzdury piszą”, „Ej przeczytałam coś ciekawego”. Takie bycie bez pełni uwagi, ale bycie razem mimo to. Coś co traktujemy jako gorsze, co piętnujemy czasem, a jednak coś co też karmi relacje, zostawiając jednocześnie przestrzeń. Dzieci to wiedzą lepiej niż my, i potrafią się tym cieszyć.

Zabawa, nie-zabawa

Różni rodzice mówili mi, że nie potrafią się bawić, że nie spędzają dość czasu z dziećmi. A potem w trakcie, kiedy gadamy okazuje się, że oni się bawią, że są razem tylko nie widzieli w ten sposób tego, co robili. Nie myśleli, że wspólne pieczenie ciasta, mycie okien i sprzątanie to może być zabawa, to może być wspólny czas. Widzę to kiedy mój roczny syn z wielką radością ładuje ze mną pranie do pralki. Przypominam sobie też ciepłe jesienne dni, kiedy układaliśmy drewno do kominka na zimę, a tata woził nas taczką w drodze po kolejne kawałki. I wiem, że takie chwile też budują więź.

Mamy tylko 24 godziny

24 godziny. Z czego część śpimy, część jemy, sprzątamy, robimy pranie, załatwiamy różne rzeczy, próbujemy złapać oddech. I niezmiernie ważne jest, żeby w nich zaplanować ten czas z dzieckiem, z partnerem, z samym sobą w którym choć przez chwilę jesteśmy tylko dla siebie. Żeby zmieścił się między tymi wszystkimi pilnymi sprawami. Żebyśmy mieli chwilę na to, żeby z pełną uważnością się zobaczyć, odpowiedzieć na swoje potrzeby, pobyć. Ale to nie jest porażka, że dużo z niego spędzimy trochę obok siebie – można być obok siebie z uważnością na siebie, dobrze się bawiąc albo tylko zerkając sobie przez ramię od czasu do czasu. Bo 24 godziny to mało. 

Zdjęcie:

 

post

O mówieniu nie.

Byliśmy ostatnio w ZOO, w czwórkę. Ja, moje dzieci i mój nastoletni brat. Po drodze umówiliśmy się, że nie kupujemy zabawek, bo nie chcę i gadaliśmy o tym, że tam są drogie zabawki i takie same jak się bardzo chce można kupić gdzie indziej dużo taniej. Myślałam, że jesteśmy umówieni.

ZOO to jedno z takich miejsc, które same w sobie są

Łu już na wstępie miała jakiś nietęgi nastrój. Pierwsze co, to chciała wypożyczyć drewniany wózek, na co się nie zgodziłam i przez pierwsze parę minut była markotna z tego powodu. Po pół godziny zażyczyli sobie już loda i frytki. Okej. Chwilę później Łucja chciała zabawkę, na którą się też nie zgodziłam odwołując do naszej umowy. Ale płakała. A zaraz potem chciała iść na park linowy, przypominając mi, że powinna chodzić na takie rzeczy, żeby ćwiczyć równowagę, bo takie dostała zalecenie od pani, u której diagnozwałyśmy przetrwałe odruchy wczesnodziecięce. Znowu się nie zgodziłam, bo mieliśmy mało czasu – niedługo mieli dojechać dziadkowie.

W efekcie spędziliśmy pierwszą godzinę w nieustannym płaczu i miauczeniu. Było ciepło, ja niosłam Remika z poczuciem, że przecież organizuje super wycieczkę i wszystko źle, a mój brat zaczął rzucać sarkastyczne komentarze na ten temat. Wydawało mi się, że przyjmuje emocje i że spokojnie tlumaczę, a jest coraz gorzej.

I właśnie wtedy moje dziecko wyrzuciło:
– Bo ty mi dzisiaj cały dzień tylko mówisz NIE! Każdą rzecz, którą proszę to nie i nie. A w ogóle nie mówisz tak. – trochę mnie zagotowały te słowa w pierwszej chwili, bo ja byłam z myślą, że całe to ZOO to już jest spore tak. Z głębokim wdechem wypuściłam tę frustrację, starając się słyszeć to co ona mówi i nie słyszeć sapania brata, który był cały dzień w nastawieniu „To może jednak nie frytki, bo są drogie tutaj”.

– To chyba głupie całe czas słyszeć nie? – udało mi się wypuścić z siebie

– No głupie. Bo tylko nie i nie – przestała płakać i poczułam, że już teraz możemy gadać.

– To może znajdźmy coś ja co będę miała dzisiaj miejsce, żeby Ci powiedzieć tak, co? Bo ja myślałam, że już tak zrobiłam, ale dla Ciebie to chyba za mało.

– W ogóle nie mówiłaś tak! – zaperzyła się Łu i poczułam, że właśnie puściłam z trudem zdobyte porozumienie i próbuje forsować swoją rację.

– No dobra. Rozumiem. Cały czas słyszysz nie. Znajdziemy jakiś pomysł, żebym mogła powiedzieć tak?

– Dobra. Ale to nie będzie łatwe, bo ty cały czas nie. – Zagryzam wargi i nic nie mówię. Idziemy w ciszy. Przeżuwam w sobie listę potrzeb i szukam, co jest za tą zabawką, za tym parkiem linowym, jakie potrzeby moje dziecko ma, które chce w ten sposób zaspokoić.

– Mamo! Mamo! Plac zabaw, skręcamy!

– Ok, skręcamy – co tam że plac zabaw mamy pod domem, że moglibyśmy zdążyć obejrzeć nandu i kapibary, zanim przyjadą dziadkowie. Nie do końca wiem o jakie potrzeby chodziło, bo już jestem na to zbyt rozdrażniona. Ale usłyszałam dość, że ona chce usłyszeć tak.

Dochodzimy do placu zabaw i tam jest karuzela, za którą trzeba zapłacić 8 zł za jakieś 3 minuty. Płacę i Łu jeździ, a potem bawimy się na placu zabaw i dopiero wtedy ruszamy dalej.

Nagle mam zupełnie inne dziecko. Rozchmurzone i zadowolone. Karmienie owiec, które jeszcze przed chwilą miało być głupie, teraz jest super i na szczęście moi rodzice docierają w porę i mają złotówkę, żeby dokupić karmę, bo tak szybko im zeszła. Pozostałe dwie godziny są super.

Wychodzimy. Bez parku linowego, bez zabawki, ale jakimś cudem zadowoleni. Zostaję z myślą, jak działa ta równowaga między NIE a TAK. Z tym jak ciężki może stać się dzień, gdy nie dostrzegamy, że chodzi właśnie o jakieś TAK, a nie konkretną rzecz, kiedy dziecko w poszukiwaniu tego tak rzuca kolejna prośbę , a my coraz bardziej rozdrażnieni odmawiamy. I z tą strategią, żeby nie proponować do razu co zamiast, ale poszukać razem:

Czy jest taka rzecz, na którą mogłabym ci powiedzieć tak?

Czy znajdziesz coś innego, na co mogłabym się zgodzić?

Chciałabym coś dla ciebie zrobić / coś ci kupić, ale tak, żebym też była z tym okej. Co by to mogło być?